Dołącz do nas

Piłka nożna

Beznamiętnie w środku pola

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Podobnie jak w przypadku obrony, analiza pomocy nastręcza pewne trudności ze względu na kilka systemów gry, którzy preferowali trenerzy GKS Katowice podczas rundy jesiennej. Grając piątką obrońców i dwoma napastnikami w linii pomocy zostają zaledwie trzy miejsca (boczni obrońcy robią w ofensywie za bocznych pomocników). Gdy już wróciliśmy do gry czwórką w obronie, najczęściej tych pomocników było czterech (przy dwóch napastnikach), jednak zdarzały się mecze, w których graliśmy nieśmiertelnym systemem 4-5-1.

W ustawieniu 5-3-2 siłą rzeczy brakuje na boisku miejsca dla bocznych pomocników, więc zawodnicy z tych pozycji mieliby dużo trudniej wskoczyć do składu, gdyby to ustawienie miało miejsce dłużej. Względnie trzeba by było kombinować z „wepchnięciem” ich do środka boiska. Specyficzną sytuację zaobserwowaliśmy w meczu pucharowym z Chrobrym, kiedy Alan Czerwiński jako prawy obrońca miał zadania ofensywne, a nominalny boczny pomocnik Krzysztof Wołkowicz grał w środku. Problem polegał jednak na tym, ze Wołka ciągnęło na skrzydło i ze dwa razy praktycznie zabiegł drogę Czerwińskiemu i mieliśmy piłkarską kolizję, na szczęście bez ofiar.

Boczni pomocnicy
Opis tej formacji możemy zacząć praktycznie od trzeciej kolejki i meczu z Niecieczą. Na skrzydłach zagrali Krzysztof Wołkowicz i Piotr Ceglarz i ten drugi zaliczył chyba najlepszy moment w sezonie, bo zanotował asystę przy golu Grzegorza Goncerza. W początkowej fazie sezonu trochę na skrzydle pograł Michał Nawrot i opinie co do tego zawodnika były różne, ale generalnie mało pochlebne. Czasem wydawało się to nieco niesprawiedliwe, bo choć może nie błyszczał, to jednak też nie grał tragicznie, miał kilka niezłych akcji, jak przy bramkowej Goncerza z Chojniczanką. Jednak przeciętność w GKS to za mało i nie wywalczył sobie na dobre miejsca w podstawowym składzie, choć naprawdę przez kilka dobrych kolejek grał na lewym skrzydle. Ceglarz w tym czasie okupował prawą stronę i próbował być przebojowy, ale jakoś piłkarskiej w ogóle nie pokazywał. Kilka razy na placu gry pojawiał się Krzysztof Wołkowicz, ale to był okres, w którym z niewiadomych przyczyn trener Moskal na niego nie stawiał od początku. A przecież po zmianach Wołkowicz pokazywał dobrą formę. Dziwiliśmy się, czemu nie gra, a potem się okazało, że to zdziwienie nie było bezpodstawne. W końcu po słabym meczu z Wigrami szkoleniowiec zdecydował się na zmiany. Do środka przesunął Nawrota, na skrzydle postawił na Alana Czerwińskiego i właśnie Wołkowicza. To był strzał w dziesiątkę – Alan zagrał bardzo dobrze, a Wołkowicz świetnie i do tego strzelił dwie bramki. Nic dziwnego, że wyszli w podstawowym składzie w następnych meczach, ale z Pogonią Siedlce było średnio, a w Lubinie już słabo.

Z Chrobrym do jedenastki powrócił Ceglarz i znów mieliśmy status quo, czyli brak efektu. Na domiar złego słabo grał znów Wołkowicz. Niestety okazało się, że mecz w Bytowie był jednorazowym epizodem tego zawodnika, bo w Grudziądzu zagrał fatalnie, a Alan Czerwiński na prawej stronie niewiele lepiej. W końcu trener Moskal zdecydował się na tyleż niespodziewaną, co postulowaną przez nas wiele razy (ale już dawno temu) zagrywkę z wystawieniem Grzegorza Goncerza na prawej pomocy. Jak wiemy, za czasów Adama Nawałki Gonzo brylował właśnie na tej pozycji. Teraz jednak jego gra na boku była taka trochę nietypowa, bo niby był skrajnym pomocnikiem, a często zbiegał do środka czy wręcz wychodził na pozycję napastnika. Na pewno było to element zaskoczenia dla rywala i to taki, który się sprawdził, bo zawodnik znów strzelił gola. Z Dolcanem znów mieliśmy na skrzydle Nawrota i Wołkowicza, który bardzo długo mimo kiepskiej formy utrzymywał się w składzie. Z Sandecją mieliśmy bezbarwny epizod Jarosława Wieczorka. W końcu coś zaczął grać Wołkowicz. Jednak dopiero z Tychami zawodnik pokazał się z bardzo dobrej strony. Kapitalnie walczył, być może obok Goncerza był w tym meczu najbardziej ambitnym zawodnikiem. Naprawdę dobrze się to oglądało. Natomiast Ceglarz? Zagrał przeciętnie, nic nie zepsuł, ale na tle bardzo dobrze grających kolegów wypadł dość blado. Niestety z Arką Wołkowicz zagrać nie mógł i mieliśmy dość eksperymentalny duet bocznych pomocników, który utworzyli Aleksander Januszkiewicz i Bartosz Sobotka. Alex dostawał w przekroju rundy szansę głównie jako rezerwowy i przede wszystkim zapamiętaliśmy go jako zawodnika szarżującego, ale często trochę bez sensu. Gdy udawało mu się minąć w pojedynku rywala, to ręce same składały się do oklasków, problemem jednak było to, że zbyt często się to nie zdarzało. Bartosz Sobotka natomiast w pierwszej połowie w Gdyni bardzo dobrze współpracował z Rafałem Pietrzakiem, ale po przerwie mocno zgasł. Z Widzewem wrócił Wołkowicz i spisał się bardzo źle, a Sobotka dramatycznie. Z Miedzią dramatycznie zagrał natomiast Wołek, który notował same straty i został zmieniony. Co ciekawe całkiem nieźle wystąpił w tym meczu Piotr Ceglarz, ale w przekroju całej rundy nic nie dał drużynie. Wspomnijmy jeszcze oczywiście o Dariuszu Zapotocznym. Zawodnik o znaczeniu marginalnym tej „marginalności” nie pokazał w meczu ze Stomilem. Wszedł na boisko w doliczonym czasie gry i mogliśmy łapać się za głowy. Tymczasem w pierwszej akcji zawodnik kapitalnie się odnalazł i strzelił gola. Ponadto jednak zagrał kilka końcówek i… to by było na tyle. Incydentalnie na boku pomocy grał Rafał Pietrzak i trzeba przyznać, że wcale nie jest to złe rozwiązanie.

Defensywni pomocnicy
Kluczowymi zawodnikami w pomocy mającymi w GieKSie defensywną rolę są Kamil Cholerzyński i Sławomir Duda. Na dzień dzisiejszy wydaje się, że kombinowanie z innym składem personalnym nie ma większego sensu, ale to nie oznacza też, że możemy być jakoś specjalnie zadowoleni z postawy wyżej wymienionych. W pierwszym meczu z Widzewem trener Moskal mając trzy miejsca w pomocy zdecydował się na wystawienie tej defensywnej dwójki w środku. Oczywiście rola ich jest płynna i zmienna, dlatego nieraz zdarza się, że angażują się mocniej w akcje ofensywne. Tym razem trzecim w środku był Ceglarz, nie było więc typowego rozgrywającego i najczęściej tę rolę na siebie brał Kufel. Zawodnik w Legnicy z konieczności zagrał na obronie, w pomocy oglądaliśmy więc Michała Nawrota, jednak był to bezbarwny występ. Jeśli chodzi o ocenę gry Dudy i Cholerzyńskiego przez całą rundę to jednak w przypadku tego pierwszego w wielu meczach miało się wrażenie, jakby nie było go na boisku. Z jednej strony to dobrze, bo to oznacza, że nie popełniał rażących błędów. Z drugiej jednak wiemy, że Sławka stać na więcej, nawet w kontekście rozpoczynania czy kończenia akcji. Nieraz pokazał, że potrafi bardzo dobrze zagrać długą krzyżową piłkę, wyprowadzić kolegę prostopadłym podaniem (gol Goncerza z Siedlcami) czy w końcu mocno strzelić z daleka. Potrafi przecież tez zdobywać bramki (w Grudziądzu czy Łodzi). Brakuje jednak czegoś więcej, ale akurat do tego zawodnika jakoś bardzo przyczepić się nie można. Kamil natomiast dobre i pewne mecze potrafi przeplatać z beznadziejnymi. Na dobrą sprawę nie ma reguły i nigdy nie wiadomo, kiedy zagra lepiej, a kiedy słabiej. Jego grzechem głównym jest krycie na radar i czasem odpuszczanie przeciwnika. Na szczęście grając na obronie aż takich błędów nie popełnił, natomiast w pomocy bywało z tym różnie. Dobrze potrafi włączyć się do akcji ofensywnej, czego efektem był gol w Gdyni.

Warto zwrócić uwagę jeszcze na dwóch zawodników. Przez jakiś czas w środku grał Michał Nawrot i tak jak pisaliśmy wcześniej – dla niektórych był irytujący ze swoim dość ociężałym stylem gry, ale też nie można powiedzieć, żeby jakieś większe błędy popełniał, a przecież na przykład ze Stomilem zaliczył bardzo dobrą asystę przy golu Zapotocznego. Ciągnęła się za nim ta nieszczęsna ręka z Lubina, ale generalnie w przekroju całej rundy nie wniósł wiele do zespołu. Krzysztof Bodziony natomiast tak naprawdę snuł się po boisku i nie wiadomo było do końca czy ma role defensywne czy ofensywne. Grał niestety przez większość rundy bardzo słabo, dlatego też nie miał miejsca w podstawowym składzie. Jako rezerwowy nie wnosił nic. Jedynym jego dorobkiem był gol po rykoszecie z Flotą i asysta w Płocku. Natomiast w meczu z Widzewem zagrał chyba najgorzej jak tylko się dało…

Ofensywny pomocnik
W przypadku gry dwoma napastnikami rola rozgrywającego nieco się różni od przypadku gry z jednym zawodnikiem na szpicy. Dwóch napastników może bowiem współpracować sami ze sobą, w przypadku osamotnionego zawodnika, musi on liczyć na „dziesiątkę” bezwzględnie. Pozycja rozgrywającego nadal ma jednak wielkie znaczenie. O ile w pierwszym meczu z Widzewem kilku zawodników brało na siebie odpowiedzialność, to dopiero po wejściu Przemysława Pitrego w meczu z Miedzią coś w tym temacie zaczęło się tworzyć, bo zawodnik zagrał po prostu znakomicie. Zaczęło, ale… kontynuacji to nie miało. Pitry jako bardzo doświadczony zawodnik, który jeszcze dwa sezony temu prawdopodobnie był najlepszym piłkarzem pierwszej ligi, obecnie mocno sprzeciętniał. Nie notuje wielu asyst, często ma tendencję do spowalniania gry, głupich nonszalanckich strat, mało lub niegroźnie uderza z dystansu. Po meczu z Flotą stracił miejsce w składzie i wchodził na boisko z ławki, ale niewiele wnosił do gry. Dla odmiany w Bytowie zagrał od początku i zaliczył znakomity mecz. „Zawodnik ostatnio rezerwowy teraz zagrał od początku i spisał się świetnie. Momentami to był Pitry z najlepszych czasów. Przegląd pola, bardzo dobre rozprowadzanie akcji, a także podania prostopadłe. To właśnie jego podanie uruchomiło Wołkowicza, który strzelił pierwszą bramkę. Przy drugiej w sposób niesygnalizowany zmienił stronę akcji i dośrodkował w pole karne, a tam Czerwiński zaliczył asystę do Goncerza. W drugiej połowie znów prostopadle uruchomił samego Goncerza” – pisaliśmy po tym meczu. Z Pogonią Siedlce zdobył natomiast ładnego gola. Z kolei po spotkaniu z Chrobrym cenzurka już nie była tak miła: „Z całym szacunkiem dla sposobu gry, który oparty jest na technice, a nie na szybkości, to spowalnianie gry w tym meczu było irytujące. Można było odnieść wrażenie, że kapitan na wszystko w tym meczu ma czas, a nieraz aż prosiło się szybko zagrać do przodu czy na skrzydło. To był Pitry w zwolnionym tempie”. Potem było znów przeciętnie lub słabo. Co prawda na tle jeszcze słabszych kolegów Pitry pokazywał czasem umiejętności techniczne, ale pojawiało się to czasem 1-2 razy w meczu. W pewnym momencie rudny zawodnik odniósł kontuzję i nie grał. Wrócił dopiero od meczu z Arką i zarówno w Gdyni, jak i Łodzi zagrał przeciętnie, podobnie jak z Miedzią, ale ostatni mecz urozmaicił wspaniałą bramką z dystansu.

Rozgrywać próbował też w rundzie jesiennej Kamil Bętkowski. Jednak o ile jego wejście do gry było bardzo efektowne, to potem było już gorzej. Tak po prawdzie, to zawodnik pokazał naprawdę duży potencjał w swoich pierwszych meczach. Potrafił zachować się z piłką przy nodze, co rzadkość w GKS przeprowadzić udany drybling czy rozprowadzić akcję, czasem w nietuzinkowy sposób. Fantastyczną akcję przeprowadził w meczu z Wigrami, kiedy to zaprezentował „kapitalne uwolnienie się od pressingu trzech rywali, minięcie czwartego i prostopadła piłka do Nawrota”. Brakowało jednak efektywności z gry tego zawodnika i po czterech spotkaniach od pierwszej minuty stracił miejsce w składzie. Od początku zagrał jeszcze tylko w meczu z Chrobrym, a potem rzadko zaliczał ogony lub wchodził po przerwie, jednak zarówno z Sandecją, jak i Tychami niewiele wniósł do gry, co zwłaszcza w derbach było na minus, bo piłkarz nie wpasował się w konwencję niesamowitej walki. Jego pozycja w drugiej części rundy znacząco osłabła, by nie powiedzieć była zerowa.

Podsumowanie
Na każdej z pozycji pomocy mieliśmy sporą rotację i nie sposób określić jakiejś jednej dominującej ekipy w tej formacji. Na skrzydłach niestety nie wyróżnił się żaden z zawodników. Poza pojedynczymi świetnymi meczami Wołkowicza zarówno prawi, jak i lewi pomocnicy spisywali się słabo. Przede wszystkim zawiódł Piotr Ceglarz, po którym spodziewaliśmy się dużo więcej. W środku przeciętnie spisali się Kamil Cholerzyński i Sławomir Duda, ale jakoś tam swoje zadanie spełniali. Jako rozgrywający zawiódł w tej rundzie Przemysław Pitry, Kamil Bętkowski po dobrym początku potem mocno spuścił z tonu. Zawodnicy tacy jak Michał Nawrot i przede wszystkim Krzysztof Bodziony nie okazali się mocnymi transferami. Jeśli trener Skowronek chce, aby ta formacja była mocniejsza musi chyba… sprawić sobie nowych zawodników, bo część z nich jest po prostu już chyba wypalonych…

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Marcin piotrowice

    13 grudnia 2014 at 20:11

    Ceglarz nie daje rady, już lepszy na boku jest Januszkiewicz! Trzeba naszych chłopaków z rezerw wziąć, z Katowic żeby za Gieksę trawę gryzli, a nie jakichś kolesi bez naszego śląskiego charakteru..

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga