Dołącz do nas

Piłka nożna

Beznamiętnie w środku pola

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Podobnie jak w przypadku obrony, analiza pomocy nastręcza pewne trudności ze względu na kilka systemów gry, którzy preferowali trenerzy GKS Katowice podczas rundy jesiennej. Grając piątką obrońców i dwoma napastnikami w linii pomocy zostają zaledwie trzy miejsca (boczni obrońcy robią w ofensywie za bocznych pomocników). Gdy już wróciliśmy do gry czwórką w obronie, najczęściej tych pomocników było czterech (przy dwóch napastnikach), jednak zdarzały się mecze, w których graliśmy nieśmiertelnym systemem 4-5-1.

W ustawieniu 5-3-2 siłą rzeczy brakuje na boisku miejsca dla bocznych pomocników, więc zawodnicy z tych pozycji mieliby dużo trudniej wskoczyć do składu, gdyby to ustawienie miało miejsce dłużej. Względnie trzeba by było kombinować z „wepchnięciem” ich do środka boiska. Specyficzną sytuację zaobserwowaliśmy w meczu pucharowym z Chrobrym, kiedy Alan Czerwiński jako prawy obrońca miał zadania ofensywne, a nominalny boczny pomocnik Krzysztof Wołkowicz grał w środku. Problem polegał jednak na tym, ze Wołka ciągnęło na skrzydło i ze dwa razy praktycznie zabiegł drogę Czerwińskiemu i mieliśmy piłkarską kolizję, na szczęście bez ofiar.

Boczni pomocnicy
Opis tej formacji możemy zacząć praktycznie od trzeciej kolejki i meczu z Niecieczą. Na skrzydłach zagrali Krzysztof Wołkowicz i Piotr Ceglarz i ten drugi zaliczył chyba najlepszy moment w sezonie, bo zanotował asystę przy golu Grzegorza Goncerza. W początkowej fazie sezonu trochę na skrzydle pograł Michał Nawrot i opinie co do tego zawodnika były różne, ale generalnie mało pochlebne. Czasem wydawało się to nieco niesprawiedliwe, bo choć może nie błyszczał, to jednak też nie grał tragicznie, miał kilka niezłych akcji, jak przy bramkowej Goncerza z Chojniczanką. Jednak przeciętność w GKS to za mało i nie wywalczył sobie na dobre miejsca w podstawowym składzie, choć naprawdę przez kilka dobrych kolejek grał na lewym skrzydle. Ceglarz w tym czasie okupował prawą stronę i próbował być przebojowy, ale jakoś piłkarskiej w ogóle nie pokazywał. Kilka razy na placu gry pojawiał się Krzysztof Wołkowicz, ale to był okres, w którym z niewiadomych przyczyn trener Moskal na niego nie stawiał od początku. A przecież po zmianach Wołkowicz pokazywał dobrą formę. Dziwiliśmy się, czemu nie gra, a potem się okazało, że to zdziwienie nie było bezpodstawne. W końcu po słabym meczu z Wigrami szkoleniowiec zdecydował się na zmiany. Do środka przesunął Nawrota, na skrzydle postawił na Alana Czerwińskiego i właśnie Wołkowicza. To był strzał w dziesiątkę – Alan zagrał bardzo dobrze, a Wołkowicz świetnie i do tego strzelił dwie bramki. Nic dziwnego, że wyszli w podstawowym składzie w następnych meczach, ale z Pogonią Siedlce było średnio, a w Lubinie już słabo.

Z Chrobrym do jedenastki powrócił Ceglarz i znów mieliśmy status quo, czyli brak efektu. Na domiar złego słabo grał znów Wołkowicz. Niestety okazało się, że mecz w Bytowie był jednorazowym epizodem tego zawodnika, bo w Grudziądzu zagrał fatalnie, a Alan Czerwiński na prawej stronie niewiele lepiej. W końcu trener Moskal zdecydował się na tyleż niespodziewaną, co postulowaną przez nas wiele razy (ale już dawno temu) zagrywkę z wystawieniem Grzegorza Goncerza na prawej pomocy. Jak wiemy, za czasów Adama Nawałki Gonzo brylował właśnie na tej pozycji. Teraz jednak jego gra na boku była taka trochę nietypowa, bo niby był skrajnym pomocnikiem, a często zbiegał do środka czy wręcz wychodził na pozycję napastnika. Na pewno było to element zaskoczenia dla rywala i to taki, który się sprawdził, bo zawodnik znów strzelił gola. Z Dolcanem znów mieliśmy na skrzydle Nawrota i Wołkowicza, który bardzo długo mimo kiepskiej formy utrzymywał się w składzie. Z Sandecją mieliśmy bezbarwny epizod Jarosława Wieczorka. W końcu coś zaczął grać Wołkowicz. Jednak dopiero z Tychami zawodnik pokazał się z bardzo dobrej strony. Kapitalnie walczył, być może obok Goncerza był w tym meczu najbardziej ambitnym zawodnikiem. Naprawdę dobrze się to oglądało. Natomiast Ceglarz? Zagrał przeciętnie, nic nie zepsuł, ale na tle bardzo dobrze grających kolegów wypadł dość blado. Niestety z Arką Wołkowicz zagrać nie mógł i mieliśmy dość eksperymentalny duet bocznych pomocników, który utworzyli Aleksander Januszkiewicz i Bartosz Sobotka. Alex dostawał w przekroju rundy szansę głównie jako rezerwowy i przede wszystkim zapamiętaliśmy go jako zawodnika szarżującego, ale często trochę bez sensu. Gdy udawało mu się minąć w pojedynku rywala, to ręce same składały się do oklasków, problemem jednak było to, że zbyt często się to nie zdarzało. Bartosz Sobotka natomiast w pierwszej połowie w Gdyni bardzo dobrze współpracował z Rafałem Pietrzakiem, ale po przerwie mocno zgasł. Z Widzewem wrócił Wołkowicz i spisał się bardzo źle, a Sobotka dramatycznie. Z Miedzią dramatycznie zagrał natomiast Wołek, który notował same straty i został zmieniony. Co ciekawe całkiem nieźle wystąpił w tym meczu Piotr Ceglarz, ale w przekroju całej rundy nic nie dał drużynie. Wspomnijmy jeszcze oczywiście o Dariuszu Zapotocznym. Zawodnik o znaczeniu marginalnym tej „marginalności” nie pokazał w meczu ze Stomilem. Wszedł na boisko w doliczonym czasie gry i mogliśmy łapać się za głowy. Tymczasem w pierwszej akcji zawodnik kapitalnie się odnalazł i strzelił gola. Ponadto jednak zagrał kilka końcówek i… to by było na tyle. Incydentalnie na boku pomocy grał Rafał Pietrzak i trzeba przyznać, że wcale nie jest to złe rozwiązanie.

Defensywni pomocnicy
Kluczowymi zawodnikami w pomocy mającymi w GieKSie defensywną rolę są Kamil Cholerzyński i Sławomir Duda. Na dzień dzisiejszy wydaje się, że kombinowanie z innym składem personalnym nie ma większego sensu, ale to nie oznacza też, że możemy być jakoś specjalnie zadowoleni z postawy wyżej wymienionych. W pierwszym meczu z Widzewem trener Moskal mając trzy miejsca w pomocy zdecydował się na wystawienie tej defensywnej dwójki w środku. Oczywiście rola ich jest płynna i zmienna, dlatego nieraz zdarza się, że angażują się mocniej w akcje ofensywne. Tym razem trzecim w środku był Ceglarz, nie było więc typowego rozgrywającego i najczęściej tę rolę na siebie brał Kufel. Zawodnik w Legnicy z konieczności zagrał na obronie, w pomocy oglądaliśmy więc Michała Nawrota, jednak był to bezbarwny występ. Jeśli chodzi o ocenę gry Dudy i Cholerzyńskiego przez całą rundę to jednak w przypadku tego pierwszego w wielu meczach miało się wrażenie, jakby nie było go na boisku. Z jednej strony to dobrze, bo to oznacza, że nie popełniał rażących błędów. Z drugiej jednak wiemy, że Sławka stać na więcej, nawet w kontekście rozpoczynania czy kończenia akcji. Nieraz pokazał, że potrafi bardzo dobrze zagrać długą krzyżową piłkę, wyprowadzić kolegę prostopadłym podaniem (gol Goncerza z Siedlcami) czy w końcu mocno strzelić z daleka. Potrafi przecież tez zdobywać bramki (w Grudziądzu czy Łodzi). Brakuje jednak czegoś więcej, ale akurat do tego zawodnika jakoś bardzo przyczepić się nie można. Kamil natomiast dobre i pewne mecze potrafi przeplatać z beznadziejnymi. Na dobrą sprawę nie ma reguły i nigdy nie wiadomo, kiedy zagra lepiej, a kiedy słabiej. Jego grzechem głównym jest krycie na radar i czasem odpuszczanie przeciwnika. Na szczęście grając na obronie aż takich błędów nie popełnił, natomiast w pomocy bywało z tym różnie. Dobrze potrafi włączyć się do akcji ofensywnej, czego efektem był gol w Gdyni.

Warto zwrócić uwagę jeszcze na dwóch zawodników. Przez jakiś czas w środku grał Michał Nawrot i tak jak pisaliśmy wcześniej – dla niektórych był irytujący ze swoim dość ociężałym stylem gry, ale też nie można powiedzieć, żeby jakieś większe błędy popełniał, a przecież na przykład ze Stomilem zaliczył bardzo dobrą asystę przy golu Zapotocznego. Ciągnęła się za nim ta nieszczęsna ręka z Lubina, ale generalnie w przekroju całej rundy nie wniósł wiele do zespołu. Krzysztof Bodziony natomiast tak naprawdę snuł się po boisku i nie wiadomo było do końca czy ma role defensywne czy ofensywne. Grał niestety przez większość rundy bardzo słabo, dlatego też nie miał miejsca w podstawowym składzie. Jako rezerwowy nie wnosił nic. Jedynym jego dorobkiem był gol po rykoszecie z Flotą i asysta w Płocku. Natomiast w meczu z Widzewem zagrał chyba najgorzej jak tylko się dało…

Ofensywny pomocnik
W przypadku gry dwoma napastnikami rola rozgrywającego nieco się różni od przypadku gry z jednym zawodnikiem na szpicy. Dwóch napastników może bowiem współpracować sami ze sobą, w przypadku osamotnionego zawodnika, musi on liczyć na „dziesiątkę” bezwzględnie. Pozycja rozgrywającego nadal ma jednak wielkie znaczenie. O ile w pierwszym meczu z Widzewem kilku zawodników brało na siebie odpowiedzialność, to dopiero po wejściu Przemysława Pitrego w meczu z Miedzią coś w tym temacie zaczęło się tworzyć, bo zawodnik zagrał po prostu znakomicie. Zaczęło, ale… kontynuacji to nie miało. Pitry jako bardzo doświadczony zawodnik, który jeszcze dwa sezony temu prawdopodobnie był najlepszym piłkarzem pierwszej ligi, obecnie mocno sprzeciętniał. Nie notuje wielu asyst, często ma tendencję do spowalniania gry, głupich nonszalanckich strat, mało lub niegroźnie uderza z dystansu. Po meczu z Flotą stracił miejsce w składzie i wchodził na boisko z ławki, ale niewiele wnosił do gry. Dla odmiany w Bytowie zagrał od początku i zaliczył znakomity mecz. „Zawodnik ostatnio rezerwowy teraz zagrał od początku i spisał się świetnie. Momentami to był Pitry z najlepszych czasów. Przegląd pola, bardzo dobre rozprowadzanie akcji, a także podania prostopadłe. To właśnie jego podanie uruchomiło Wołkowicza, który strzelił pierwszą bramkę. Przy drugiej w sposób niesygnalizowany zmienił stronę akcji i dośrodkował w pole karne, a tam Czerwiński zaliczył asystę do Goncerza. W drugiej połowie znów prostopadle uruchomił samego Goncerza” – pisaliśmy po tym meczu. Z Pogonią Siedlce zdobył natomiast ładnego gola. Z kolei po spotkaniu z Chrobrym cenzurka już nie była tak miła: „Z całym szacunkiem dla sposobu gry, który oparty jest na technice, a nie na szybkości, to spowalnianie gry w tym meczu było irytujące. Można było odnieść wrażenie, że kapitan na wszystko w tym meczu ma czas, a nieraz aż prosiło się szybko zagrać do przodu czy na skrzydło. To był Pitry w zwolnionym tempie”. Potem było znów przeciętnie lub słabo. Co prawda na tle jeszcze słabszych kolegów Pitry pokazywał czasem umiejętności techniczne, ale pojawiało się to czasem 1-2 razy w meczu. W pewnym momencie rudny zawodnik odniósł kontuzję i nie grał. Wrócił dopiero od meczu z Arką i zarówno w Gdyni, jak i Łodzi zagrał przeciętnie, podobnie jak z Miedzią, ale ostatni mecz urozmaicił wspaniałą bramką z dystansu.

Rozgrywać próbował też w rundzie jesiennej Kamil Bętkowski. Jednak o ile jego wejście do gry było bardzo efektowne, to potem było już gorzej. Tak po prawdzie, to zawodnik pokazał naprawdę duży potencjał w swoich pierwszych meczach. Potrafił zachować się z piłką przy nodze, co rzadkość w GKS przeprowadzić udany drybling czy rozprowadzić akcję, czasem w nietuzinkowy sposób. Fantastyczną akcję przeprowadził w meczu z Wigrami, kiedy to zaprezentował „kapitalne uwolnienie się od pressingu trzech rywali, minięcie czwartego i prostopadła piłka do Nawrota”. Brakowało jednak efektywności z gry tego zawodnika i po czterech spotkaniach od pierwszej minuty stracił miejsce w składzie. Od początku zagrał jeszcze tylko w meczu z Chrobrym, a potem rzadko zaliczał ogony lub wchodził po przerwie, jednak zarówno z Sandecją, jak i Tychami niewiele wniósł do gry, co zwłaszcza w derbach było na minus, bo piłkarz nie wpasował się w konwencję niesamowitej walki. Jego pozycja w drugiej części rundy znacząco osłabła, by nie powiedzieć była zerowa.

Podsumowanie
Na każdej z pozycji pomocy mieliśmy sporą rotację i nie sposób określić jakiejś jednej dominującej ekipy w tej formacji. Na skrzydłach niestety nie wyróżnił się żaden z zawodników. Poza pojedynczymi świetnymi meczami Wołkowicza zarówno prawi, jak i lewi pomocnicy spisywali się słabo. Przede wszystkim zawiódł Piotr Ceglarz, po którym spodziewaliśmy się dużo więcej. W środku przeciętnie spisali się Kamil Cholerzyński i Sławomir Duda, ale jakoś tam swoje zadanie spełniali. Jako rozgrywający zawiódł w tej rundzie Przemysław Pitry, Kamil Bętkowski po dobrym początku potem mocno spuścił z tonu. Zawodnicy tacy jak Michał Nawrot i przede wszystkim Krzysztof Bodziony nie okazali się mocnymi transferami. Jeśli trener Skowronek chce, aby ta formacja była mocniejsza musi chyba… sprawić sobie nowych zawodników, bo część z nich jest po prostu już chyba wypalonych…

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Marcin piotrowice

    13 grudnia 2014 at 20:11

    Ceglarz nie daje rady, już lepszy na boku jest Januszkiewicz! Trzeba naszych chłopaków z rezerw wziąć, z Katowic żeby za Gieksę trawę gryzli, a nie jakichś kolesi bez naszego śląskiego charakteru..

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga