Piłka nożna
Beznamiętnie w środku pola
Podobnie jak w przypadku obrony, analiza pomocy nastręcza pewne trudności ze względu na kilka systemów gry, którzy preferowali trenerzy GKS Katowice podczas rundy jesiennej. Grając piątką obrońców i dwoma napastnikami w linii pomocy zostają zaledwie trzy miejsca (boczni obrońcy robią w ofensywie za bocznych pomocników). Gdy już wróciliśmy do gry czwórką w obronie, najczęściej tych pomocników było czterech (przy dwóch napastnikach), jednak zdarzały się mecze, w których graliśmy nieśmiertelnym systemem 4-5-1.
W ustawieniu 5-3-2 siłą rzeczy brakuje na boisku miejsca dla bocznych pomocników, więc zawodnicy z tych pozycji mieliby dużo trudniej wskoczyć do składu, gdyby to ustawienie miało miejsce dłużej. Względnie trzeba by było kombinować z „wepchnięciem” ich do środka boiska. Specyficzną sytuację zaobserwowaliśmy w meczu pucharowym z Chrobrym, kiedy Alan Czerwiński jako prawy obrońca miał zadania ofensywne, a nominalny boczny pomocnik Krzysztof Wołkowicz grał w środku. Problem polegał jednak na tym, ze Wołka ciągnęło na skrzydło i ze dwa razy praktycznie zabiegł drogę Czerwińskiemu i mieliśmy piłkarską kolizję, na szczęście bez ofiar.
Boczni pomocnicy
Opis tej formacji możemy zacząć praktycznie od trzeciej kolejki i meczu z Niecieczą. Na skrzydłach zagrali Krzysztof Wołkowicz i Piotr Ceglarz i ten drugi zaliczył chyba najlepszy moment w sezonie, bo zanotował asystę przy golu Grzegorza Goncerza. W początkowej fazie sezonu trochę na skrzydle pograł Michał Nawrot i opinie co do tego zawodnika były różne, ale generalnie mało pochlebne. Czasem wydawało się to nieco niesprawiedliwe, bo choć może nie błyszczał, to jednak też nie grał tragicznie, miał kilka niezłych akcji, jak przy bramkowej Goncerza z Chojniczanką. Jednak przeciętność w GKS to za mało i nie wywalczył sobie na dobre miejsca w podstawowym składzie, choć naprawdę przez kilka dobrych kolejek grał na lewym skrzydle. Ceglarz w tym czasie okupował prawą stronę i próbował być przebojowy, ale jakoś piłkarskiej w ogóle nie pokazywał. Kilka razy na placu gry pojawiał się Krzysztof Wołkowicz, ale to był okres, w którym z niewiadomych przyczyn trener Moskal na niego nie stawiał od początku. A przecież po zmianach Wołkowicz pokazywał dobrą formę. Dziwiliśmy się, czemu nie gra, a potem się okazało, że to zdziwienie nie było bezpodstawne. W końcu po słabym meczu z Wigrami szkoleniowiec zdecydował się na zmiany. Do środka przesunął Nawrota, na skrzydle postawił na Alana Czerwińskiego i właśnie Wołkowicza. To był strzał w dziesiątkę – Alan zagrał bardzo dobrze, a Wołkowicz świetnie i do tego strzelił dwie bramki. Nic dziwnego, że wyszli w podstawowym składzie w następnych meczach, ale z Pogonią Siedlce było średnio, a w Lubinie już słabo.
Z Chrobrym do jedenastki powrócił Ceglarz i znów mieliśmy status quo, czyli brak efektu. Na domiar złego słabo grał znów Wołkowicz. Niestety okazało się, że mecz w Bytowie był jednorazowym epizodem tego zawodnika, bo w Grudziądzu zagrał fatalnie, a Alan Czerwiński na prawej stronie niewiele lepiej. W końcu trener Moskal zdecydował się na tyleż niespodziewaną, co postulowaną przez nas wiele razy (ale już dawno temu) zagrywkę z wystawieniem Grzegorza Goncerza na prawej pomocy. Jak wiemy, za czasów Adama Nawałki Gonzo brylował właśnie na tej pozycji. Teraz jednak jego gra na boku była taka trochę nietypowa, bo niby był skrajnym pomocnikiem, a często zbiegał do środka czy wręcz wychodził na pozycję napastnika. Na pewno było to element zaskoczenia dla rywala i to taki, który się sprawdził, bo zawodnik znów strzelił gola. Z Dolcanem znów mieliśmy na skrzydle Nawrota i Wołkowicza, który bardzo długo mimo kiepskiej formy utrzymywał się w składzie. Z Sandecją mieliśmy bezbarwny epizod Jarosława Wieczorka. W końcu coś zaczął grać Wołkowicz. Jednak dopiero z Tychami zawodnik pokazał się z bardzo dobrej strony. Kapitalnie walczył, być może obok Goncerza był w tym meczu najbardziej ambitnym zawodnikiem. Naprawdę dobrze się to oglądało. Natomiast Ceglarz? Zagrał przeciętnie, nic nie zepsuł, ale na tle bardzo dobrze grających kolegów wypadł dość blado. Niestety z Arką Wołkowicz zagrać nie mógł i mieliśmy dość eksperymentalny duet bocznych pomocników, który utworzyli Aleksander Januszkiewicz i Bartosz Sobotka. Alex dostawał w przekroju rundy szansę głównie jako rezerwowy i przede wszystkim zapamiętaliśmy go jako zawodnika szarżującego, ale często trochę bez sensu. Gdy udawało mu się minąć w pojedynku rywala, to ręce same składały się do oklasków, problemem jednak było to, że zbyt często się to nie zdarzało. Bartosz Sobotka natomiast w pierwszej połowie w Gdyni bardzo dobrze współpracował z Rafałem Pietrzakiem, ale po przerwie mocno zgasł. Z Widzewem wrócił Wołkowicz i spisał się bardzo źle, a Sobotka dramatycznie. Z Miedzią dramatycznie zagrał natomiast Wołek, który notował same straty i został zmieniony. Co ciekawe całkiem nieźle wystąpił w tym meczu Piotr Ceglarz, ale w przekroju całej rundy nic nie dał drużynie. Wspomnijmy jeszcze oczywiście o Dariuszu Zapotocznym. Zawodnik o znaczeniu marginalnym tej „marginalności” nie pokazał w meczu ze Stomilem. Wszedł na boisko w doliczonym czasie gry i mogliśmy łapać się za głowy. Tymczasem w pierwszej akcji zawodnik kapitalnie się odnalazł i strzelił gola. Ponadto jednak zagrał kilka końcówek i… to by było na tyle. Incydentalnie na boku pomocy grał Rafał Pietrzak i trzeba przyznać, że wcale nie jest to złe rozwiązanie.
Defensywni pomocnicy
Kluczowymi zawodnikami w pomocy mającymi w GieKSie defensywną rolę są Kamil Cholerzyński i Sławomir Duda. Na dzień dzisiejszy wydaje się, że kombinowanie z innym składem personalnym nie ma większego sensu, ale to nie oznacza też, że możemy być jakoś specjalnie zadowoleni z postawy wyżej wymienionych. W pierwszym meczu z Widzewem trener Moskal mając trzy miejsca w pomocy zdecydował się na wystawienie tej defensywnej dwójki w środku. Oczywiście rola ich jest płynna i zmienna, dlatego nieraz zdarza się, że angażują się mocniej w akcje ofensywne. Tym razem trzecim w środku był Ceglarz, nie było więc typowego rozgrywającego i najczęściej tę rolę na siebie brał Kufel. Zawodnik w Legnicy z konieczności zagrał na obronie, w pomocy oglądaliśmy więc Michała Nawrota, jednak był to bezbarwny występ. Jeśli chodzi o ocenę gry Dudy i Cholerzyńskiego przez całą rundę to jednak w przypadku tego pierwszego w wielu meczach miało się wrażenie, jakby nie było go na boisku. Z jednej strony to dobrze, bo to oznacza, że nie popełniał rażących błędów. Z drugiej jednak wiemy, że Sławka stać na więcej, nawet w kontekście rozpoczynania czy kończenia akcji. Nieraz pokazał, że potrafi bardzo dobrze zagrać długą krzyżową piłkę, wyprowadzić kolegę prostopadłym podaniem (gol Goncerza z Siedlcami) czy w końcu mocno strzelić z daleka. Potrafi przecież tez zdobywać bramki (w Grudziądzu czy Łodzi). Brakuje jednak czegoś więcej, ale akurat do tego zawodnika jakoś bardzo przyczepić się nie można. Kamil natomiast dobre i pewne mecze potrafi przeplatać z beznadziejnymi. Na dobrą sprawę nie ma reguły i nigdy nie wiadomo, kiedy zagra lepiej, a kiedy słabiej. Jego grzechem głównym jest krycie na radar i czasem odpuszczanie przeciwnika. Na szczęście grając na obronie aż takich błędów nie popełnił, natomiast w pomocy bywało z tym różnie. Dobrze potrafi włączyć się do akcji ofensywnej, czego efektem był gol w Gdyni.
Warto zwrócić uwagę jeszcze na dwóch zawodników. Przez jakiś czas w środku grał Michał Nawrot i tak jak pisaliśmy wcześniej – dla niektórych był irytujący ze swoim dość ociężałym stylem gry, ale też nie można powiedzieć, żeby jakieś większe błędy popełniał, a przecież na przykład ze Stomilem zaliczył bardzo dobrą asystę przy golu Zapotocznego. Ciągnęła się za nim ta nieszczęsna ręka z Lubina, ale generalnie w przekroju całej rundy nie wniósł wiele do zespołu. Krzysztof Bodziony natomiast tak naprawdę snuł się po boisku i nie wiadomo było do końca czy ma role defensywne czy ofensywne. Grał niestety przez większość rundy bardzo słabo, dlatego też nie miał miejsca w podstawowym składzie. Jako rezerwowy nie wnosił nic. Jedynym jego dorobkiem był gol po rykoszecie z Flotą i asysta w Płocku. Natomiast w meczu z Widzewem zagrał chyba najgorzej jak tylko się dało…
Ofensywny pomocnik
W przypadku gry dwoma napastnikami rola rozgrywającego nieco się różni od przypadku gry z jednym zawodnikiem na szpicy. Dwóch napastników może bowiem współpracować sami ze sobą, w przypadku osamotnionego zawodnika, musi on liczyć na „dziesiątkę” bezwzględnie. Pozycja rozgrywającego nadal ma jednak wielkie znaczenie. O ile w pierwszym meczu z Widzewem kilku zawodników brało na siebie odpowiedzialność, to dopiero po wejściu Przemysława Pitrego w meczu z Miedzią coś w tym temacie zaczęło się tworzyć, bo zawodnik zagrał po prostu znakomicie. Zaczęło, ale… kontynuacji to nie miało. Pitry jako bardzo doświadczony zawodnik, który jeszcze dwa sezony temu prawdopodobnie był najlepszym piłkarzem pierwszej ligi, obecnie mocno sprzeciętniał. Nie notuje wielu asyst, często ma tendencję do spowalniania gry, głupich nonszalanckich strat, mało lub niegroźnie uderza z dystansu. Po meczu z Flotą stracił miejsce w składzie i wchodził na boisko z ławki, ale niewiele wnosił do gry. Dla odmiany w Bytowie zagrał od początku i zaliczył znakomity mecz. „Zawodnik ostatnio rezerwowy teraz zagrał od początku i spisał się świetnie. Momentami to był Pitry z najlepszych czasów. Przegląd pola, bardzo dobre rozprowadzanie akcji, a także podania prostopadłe. To właśnie jego podanie uruchomiło Wołkowicza, który strzelił pierwszą bramkę. Przy drugiej w sposób niesygnalizowany zmienił stronę akcji i dośrodkował w pole karne, a tam Czerwiński zaliczył asystę do Goncerza. W drugiej połowie znów prostopadle uruchomił samego Goncerza” – pisaliśmy po tym meczu. Z Pogonią Siedlce zdobył natomiast ładnego gola. Z kolei po spotkaniu z Chrobrym cenzurka już nie była tak miła: „Z całym szacunkiem dla sposobu gry, który oparty jest na technice, a nie na szybkości, to spowalnianie gry w tym meczu było irytujące. Można było odnieść wrażenie, że kapitan na wszystko w tym meczu ma czas, a nieraz aż prosiło się szybko zagrać do przodu czy na skrzydło. To był Pitry w zwolnionym tempie”. Potem było znów przeciętnie lub słabo. Co prawda na tle jeszcze słabszych kolegów Pitry pokazywał czasem umiejętności techniczne, ale pojawiało się to czasem 1-2 razy w meczu. W pewnym momencie rudny zawodnik odniósł kontuzję i nie grał. Wrócił dopiero od meczu z Arką i zarówno w Gdyni, jak i Łodzi zagrał przeciętnie, podobnie jak z Miedzią, ale ostatni mecz urozmaicił wspaniałą bramką z dystansu.
Rozgrywać próbował też w rundzie jesiennej Kamil Bętkowski. Jednak o ile jego wejście do gry było bardzo efektowne, to potem było już gorzej. Tak po prawdzie, to zawodnik pokazał naprawdę duży potencjał w swoich pierwszych meczach. Potrafił zachować się z piłką przy nodze, co rzadkość w GKS przeprowadzić udany drybling czy rozprowadzić akcję, czasem w nietuzinkowy sposób. Fantastyczną akcję przeprowadził w meczu z Wigrami, kiedy to zaprezentował „kapitalne uwolnienie się od pressingu trzech rywali, minięcie czwartego i prostopadła piłka do Nawrota”. Brakowało jednak efektywności z gry tego zawodnika i po czterech spotkaniach od pierwszej minuty stracił miejsce w składzie. Od początku zagrał jeszcze tylko w meczu z Chrobrym, a potem rzadko zaliczał ogony lub wchodził po przerwie, jednak zarówno z Sandecją, jak i Tychami niewiele wniósł do gry, co zwłaszcza w derbach było na minus, bo piłkarz nie wpasował się w konwencję niesamowitej walki. Jego pozycja w drugiej części rundy znacząco osłabła, by nie powiedzieć była zerowa.
Podsumowanie
Na każdej z pozycji pomocy mieliśmy sporą rotację i nie sposób określić jakiejś jednej dominującej ekipy w tej formacji. Na skrzydłach niestety nie wyróżnił się żaden z zawodników. Poza pojedynczymi świetnymi meczami Wołkowicza zarówno prawi, jak i lewi pomocnicy spisywali się słabo. Przede wszystkim zawiódł Piotr Ceglarz, po którym spodziewaliśmy się dużo więcej. W środku przeciętnie spisali się Kamil Cholerzyński i Sławomir Duda, ale jakoś tam swoje zadanie spełniali. Jako rozgrywający zawiódł w tej rundzie Przemysław Pitry, Kamil Bętkowski po dobrym początku potem mocno spuścił z tonu. Zawodnicy tacy jak Michał Nawrot i przede wszystkim Krzysztof Bodziony nie okazali się mocnymi transferami. Jeśli trener Skowronek chce, aby ta formacja była mocniejsza musi chyba… sprawić sobie nowych zawodników, bo część z nich jest po prostu już chyba wypalonych…
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Piłka nożna
Gabriel Kobylak 2028
GKS Katowice zdecydował się na transfer definitywny Gabriela Kobylaka z Legii Waszawa. 24-letni bramkarz podpisał z nami umowę do końca czerwca 2028 roku. Kontrakt zawiera opcję przedłużenia o kolejny sezon.
Kobylak występował w podkarpackich drużynach młodzieżowych (Zgoda Zarszyn, Orzeł Bażanówka, Ekoball Sanok i Karpaty Krosno). W 2018 roku trafił do Legii, gdzie najpierw grał w rezerwach a następnie został wypożyczony do Puszczy Niepołomice (2020-22) oraz Radomiaka Radom (2022/23 i wiosna 2024). Po sezonie 2023/24 wrócił do Legii Warszawa, ale nie przebił się na stałe do pierwszej jedenastki. Ze stołeczną drużyną zdobył Puchar i SuperPuchar Polski.
W ostatnim sezonie wystąpił w 8 spotkaniach (6 w rezerwach Legii w III lidze, 1 w Lidze Konferencji i 1 w Pucharze Polski). Na poziomie Ekstraklasy ma rozegrane 47 spotkań, a na jej zapleczu – 50. Ma także skromne doświadczenie pucharowe – wystąpił w 6 meczach w Lidze Konferencji (w tym 1 w eliminacjach).
Życzymy powodzenia w naszych barwach!
Foto: GKSKatowice.eu
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.


Marcin piotrowice
13 grudnia 2014 at 20:11
Ceglarz nie daje rady, już lepszy na boku jest Januszkiewicz! Trzeba naszych chłopaków z rezerw wziąć, z Katowic żeby za Gieksę trawę gryzli, a nie jakichś kolesi bez naszego śląskiego charakteru..