Piłka nożna
Beznamiętnie w środku pola
Podobnie jak w przypadku obrony, analiza pomocy nastręcza pewne trudności ze względu na kilka systemów gry, którzy preferowali trenerzy GKS Katowice podczas rundy jesiennej. Grając piątką obrońców i dwoma napastnikami w linii pomocy zostają zaledwie trzy miejsca (boczni obrońcy robią w ofensywie za bocznych pomocników). Gdy już wróciliśmy do gry czwórką w obronie, najczęściej tych pomocników było czterech (przy dwóch napastnikach), jednak zdarzały się mecze, w których graliśmy nieśmiertelnym systemem 4-5-1.
W ustawieniu 5-3-2 siłą rzeczy brakuje na boisku miejsca dla bocznych pomocników, więc zawodnicy z tych pozycji mieliby dużo trudniej wskoczyć do składu, gdyby to ustawienie miało miejsce dłużej. Względnie trzeba by było kombinować z „wepchnięciem” ich do środka boiska. Specyficzną sytuację zaobserwowaliśmy w meczu pucharowym z Chrobrym, kiedy Alan Czerwiński jako prawy obrońca miał zadania ofensywne, a nominalny boczny pomocnik Krzysztof Wołkowicz grał w środku. Problem polegał jednak na tym, ze Wołka ciągnęło na skrzydło i ze dwa razy praktycznie zabiegł drogę Czerwińskiemu i mieliśmy piłkarską kolizję, na szczęście bez ofiar.
Boczni pomocnicy
Opis tej formacji możemy zacząć praktycznie od trzeciej kolejki i meczu z Niecieczą. Na skrzydłach zagrali Krzysztof Wołkowicz i Piotr Ceglarz i ten drugi zaliczył chyba najlepszy moment w sezonie, bo zanotował asystę przy golu Grzegorza Goncerza. W początkowej fazie sezonu trochę na skrzydle pograł Michał Nawrot i opinie co do tego zawodnika były różne, ale generalnie mało pochlebne. Czasem wydawało się to nieco niesprawiedliwe, bo choć może nie błyszczał, to jednak też nie grał tragicznie, miał kilka niezłych akcji, jak przy bramkowej Goncerza z Chojniczanką. Jednak przeciętność w GKS to za mało i nie wywalczył sobie na dobre miejsca w podstawowym składzie, choć naprawdę przez kilka dobrych kolejek grał na lewym skrzydle. Ceglarz w tym czasie okupował prawą stronę i próbował być przebojowy, ale jakoś piłkarskiej w ogóle nie pokazywał. Kilka razy na placu gry pojawiał się Krzysztof Wołkowicz, ale to był okres, w którym z niewiadomych przyczyn trener Moskal na niego nie stawiał od początku. A przecież po zmianach Wołkowicz pokazywał dobrą formę. Dziwiliśmy się, czemu nie gra, a potem się okazało, że to zdziwienie nie było bezpodstawne. W końcu po słabym meczu z Wigrami szkoleniowiec zdecydował się na zmiany. Do środka przesunął Nawrota, na skrzydle postawił na Alana Czerwińskiego i właśnie Wołkowicza. To był strzał w dziesiątkę – Alan zagrał bardzo dobrze, a Wołkowicz świetnie i do tego strzelił dwie bramki. Nic dziwnego, że wyszli w podstawowym składzie w następnych meczach, ale z Pogonią Siedlce było średnio, a w Lubinie już słabo.
Z Chrobrym do jedenastki powrócił Ceglarz i znów mieliśmy status quo, czyli brak efektu. Na domiar złego słabo grał znów Wołkowicz. Niestety okazało się, że mecz w Bytowie był jednorazowym epizodem tego zawodnika, bo w Grudziądzu zagrał fatalnie, a Alan Czerwiński na prawej stronie niewiele lepiej. W końcu trener Moskal zdecydował się na tyleż niespodziewaną, co postulowaną przez nas wiele razy (ale już dawno temu) zagrywkę z wystawieniem Grzegorza Goncerza na prawej pomocy. Jak wiemy, za czasów Adama Nawałki Gonzo brylował właśnie na tej pozycji. Teraz jednak jego gra na boku była taka trochę nietypowa, bo niby był skrajnym pomocnikiem, a często zbiegał do środka czy wręcz wychodził na pozycję napastnika. Na pewno było to element zaskoczenia dla rywala i to taki, który się sprawdził, bo zawodnik znów strzelił gola. Z Dolcanem znów mieliśmy na skrzydle Nawrota i Wołkowicza, który bardzo długo mimo kiepskiej formy utrzymywał się w składzie. Z Sandecją mieliśmy bezbarwny epizod Jarosława Wieczorka. W końcu coś zaczął grać Wołkowicz. Jednak dopiero z Tychami zawodnik pokazał się z bardzo dobrej strony. Kapitalnie walczył, być może obok Goncerza był w tym meczu najbardziej ambitnym zawodnikiem. Naprawdę dobrze się to oglądało. Natomiast Ceglarz? Zagrał przeciętnie, nic nie zepsuł, ale na tle bardzo dobrze grających kolegów wypadł dość blado. Niestety z Arką Wołkowicz zagrać nie mógł i mieliśmy dość eksperymentalny duet bocznych pomocników, który utworzyli Aleksander Januszkiewicz i Bartosz Sobotka. Alex dostawał w przekroju rundy szansę głównie jako rezerwowy i przede wszystkim zapamiętaliśmy go jako zawodnika szarżującego, ale często trochę bez sensu. Gdy udawało mu się minąć w pojedynku rywala, to ręce same składały się do oklasków, problemem jednak było to, że zbyt często się to nie zdarzało. Bartosz Sobotka natomiast w pierwszej połowie w Gdyni bardzo dobrze współpracował z Rafałem Pietrzakiem, ale po przerwie mocno zgasł. Z Widzewem wrócił Wołkowicz i spisał się bardzo źle, a Sobotka dramatycznie. Z Miedzią dramatycznie zagrał natomiast Wołek, który notował same straty i został zmieniony. Co ciekawe całkiem nieźle wystąpił w tym meczu Piotr Ceglarz, ale w przekroju całej rundy nic nie dał drużynie. Wspomnijmy jeszcze oczywiście o Dariuszu Zapotocznym. Zawodnik o znaczeniu marginalnym tej „marginalności” nie pokazał w meczu ze Stomilem. Wszedł na boisko w doliczonym czasie gry i mogliśmy łapać się za głowy. Tymczasem w pierwszej akcji zawodnik kapitalnie się odnalazł i strzelił gola. Ponadto jednak zagrał kilka końcówek i… to by było na tyle. Incydentalnie na boku pomocy grał Rafał Pietrzak i trzeba przyznać, że wcale nie jest to złe rozwiązanie.
Defensywni pomocnicy
Kluczowymi zawodnikami w pomocy mającymi w GieKSie defensywną rolę są Kamil Cholerzyński i Sławomir Duda. Na dzień dzisiejszy wydaje się, że kombinowanie z innym składem personalnym nie ma większego sensu, ale to nie oznacza też, że możemy być jakoś specjalnie zadowoleni z postawy wyżej wymienionych. W pierwszym meczu z Widzewem trener Moskal mając trzy miejsca w pomocy zdecydował się na wystawienie tej defensywnej dwójki w środku. Oczywiście rola ich jest płynna i zmienna, dlatego nieraz zdarza się, że angażują się mocniej w akcje ofensywne. Tym razem trzecim w środku był Ceglarz, nie było więc typowego rozgrywającego i najczęściej tę rolę na siebie brał Kufel. Zawodnik w Legnicy z konieczności zagrał na obronie, w pomocy oglądaliśmy więc Michała Nawrota, jednak był to bezbarwny występ. Jeśli chodzi o ocenę gry Dudy i Cholerzyńskiego przez całą rundę to jednak w przypadku tego pierwszego w wielu meczach miało się wrażenie, jakby nie było go na boisku. Z jednej strony to dobrze, bo to oznacza, że nie popełniał rażących błędów. Z drugiej jednak wiemy, że Sławka stać na więcej, nawet w kontekście rozpoczynania czy kończenia akcji. Nieraz pokazał, że potrafi bardzo dobrze zagrać długą krzyżową piłkę, wyprowadzić kolegę prostopadłym podaniem (gol Goncerza z Siedlcami) czy w końcu mocno strzelić z daleka. Potrafi przecież tez zdobywać bramki (w Grudziądzu czy Łodzi). Brakuje jednak czegoś więcej, ale akurat do tego zawodnika jakoś bardzo przyczepić się nie można. Kamil natomiast dobre i pewne mecze potrafi przeplatać z beznadziejnymi. Na dobrą sprawę nie ma reguły i nigdy nie wiadomo, kiedy zagra lepiej, a kiedy słabiej. Jego grzechem głównym jest krycie na radar i czasem odpuszczanie przeciwnika. Na szczęście grając na obronie aż takich błędów nie popełnił, natomiast w pomocy bywało z tym różnie. Dobrze potrafi włączyć się do akcji ofensywnej, czego efektem był gol w Gdyni.
Warto zwrócić uwagę jeszcze na dwóch zawodników. Przez jakiś czas w środku grał Michał Nawrot i tak jak pisaliśmy wcześniej – dla niektórych był irytujący ze swoim dość ociężałym stylem gry, ale też nie można powiedzieć, żeby jakieś większe błędy popełniał, a przecież na przykład ze Stomilem zaliczył bardzo dobrą asystę przy golu Zapotocznego. Ciągnęła się za nim ta nieszczęsna ręka z Lubina, ale generalnie w przekroju całej rundy nie wniósł wiele do zespołu. Krzysztof Bodziony natomiast tak naprawdę snuł się po boisku i nie wiadomo było do końca czy ma role defensywne czy ofensywne. Grał niestety przez większość rundy bardzo słabo, dlatego też nie miał miejsca w podstawowym składzie. Jako rezerwowy nie wnosił nic. Jedynym jego dorobkiem był gol po rykoszecie z Flotą i asysta w Płocku. Natomiast w meczu z Widzewem zagrał chyba najgorzej jak tylko się dało…
Ofensywny pomocnik
W przypadku gry dwoma napastnikami rola rozgrywającego nieco się różni od przypadku gry z jednym zawodnikiem na szpicy. Dwóch napastników może bowiem współpracować sami ze sobą, w przypadku osamotnionego zawodnika, musi on liczyć na „dziesiątkę” bezwzględnie. Pozycja rozgrywającego nadal ma jednak wielkie znaczenie. O ile w pierwszym meczu z Widzewem kilku zawodników brało na siebie odpowiedzialność, to dopiero po wejściu Przemysława Pitrego w meczu z Miedzią coś w tym temacie zaczęło się tworzyć, bo zawodnik zagrał po prostu znakomicie. Zaczęło, ale… kontynuacji to nie miało. Pitry jako bardzo doświadczony zawodnik, który jeszcze dwa sezony temu prawdopodobnie był najlepszym piłkarzem pierwszej ligi, obecnie mocno sprzeciętniał. Nie notuje wielu asyst, często ma tendencję do spowalniania gry, głupich nonszalanckich strat, mało lub niegroźnie uderza z dystansu. Po meczu z Flotą stracił miejsce w składzie i wchodził na boisko z ławki, ale niewiele wnosił do gry. Dla odmiany w Bytowie zagrał od początku i zaliczył znakomity mecz. „Zawodnik ostatnio rezerwowy teraz zagrał od początku i spisał się świetnie. Momentami to był Pitry z najlepszych czasów. Przegląd pola, bardzo dobre rozprowadzanie akcji, a także podania prostopadłe. To właśnie jego podanie uruchomiło Wołkowicza, który strzelił pierwszą bramkę. Przy drugiej w sposób niesygnalizowany zmienił stronę akcji i dośrodkował w pole karne, a tam Czerwiński zaliczył asystę do Goncerza. W drugiej połowie znów prostopadle uruchomił samego Goncerza” – pisaliśmy po tym meczu. Z Pogonią Siedlce zdobył natomiast ładnego gola. Z kolei po spotkaniu z Chrobrym cenzurka już nie była tak miła: „Z całym szacunkiem dla sposobu gry, który oparty jest na technice, a nie na szybkości, to spowalnianie gry w tym meczu było irytujące. Można było odnieść wrażenie, że kapitan na wszystko w tym meczu ma czas, a nieraz aż prosiło się szybko zagrać do przodu czy na skrzydło. To był Pitry w zwolnionym tempie”. Potem było znów przeciętnie lub słabo. Co prawda na tle jeszcze słabszych kolegów Pitry pokazywał czasem umiejętności techniczne, ale pojawiało się to czasem 1-2 razy w meczu. W pewnym momencie rudny zawodnik odniósł kontuzję i nie grał. Wrócił dopiero od meczu z Arką i zarówno w Gdyni, jak i Łodzi zagrał przeciętnie, podobnie jak z Miedzią, ale ostatni mecz urozmaicił wspaniałą bramką z dystansu.
Rozgrywać próbował też w rundzie jesiennej Kamil Bętkowski. Jednak o ile jego wejście do gry było bardzo efektowne, to potem było już gorzej. Tak po prawdzie, to zawodnik pokazał naprawdę duży potencjał w swoich pierwszych meczach. Potrafił zachować się z piłką przy nodze, co rzadkość w GKS przeprowadzić udany drybling czy rozprowadzić akcję, czasem w nietuzinkowy sposób. Fantastyczną akcję przeprowadził w meczu z Wigrami, kiedy to zaprezentował „kapitalne uwolnienie się od pressingu trzech rywali, minięcie czwartego i prostopadła piłka do Nawrota”. Brakowało jednak efektywności z gry tego zawodnika i po czterech spotkaniach od pierwszej minuty stracił miejsce w składzie. Od początku zagrał jeszcze tylko w meczu z Chrobrym, a potem rzadko zaliczał ogony lub wchodził po przerwie, jednak zarówno z Sandecją, jak i Tychami niewiele wniósł do gry, co zwłaszcza w derbach było na minus, bo piłkarz nie wpasował się w konwencję niesamowitej walki. Jego pozycja w drugiej części rundy znacząco osłabła, by nie powiedzieć była zerowa.
Podsumowanie
Na każdej z pozycji pomocy mieliśmy sporą rotację i nie sposób określić jakiejś jednej dominującej ekipy w tej formacji. Na skrzydłach niestety nie wyróżnił się żaden z zawodników. Poza pojedynczymi świetnymi meczami Wołkowicza zarówno prawi, jak i lewi pomocnicy spisywali się słabo. Przede wszystkim zawiódł Piotr Ceglarz, po którym spodziewaliśmy się dużo więcej. W środku przeciętnie spisali się Kamil Cholerzyński i Sławomir Duda, ale jakoś tam swoje zadanie spełniali. Jako rozgrywający zawiódł w tej rundzie Przemysław Pitry, Kamil Bętkowski po dobrym początku potem mocno spuścił z tonu. Zawodnicy tacy jak Michał Nawrot i przede wszystkim Krzysztof Bodziony nie okazali się mocnymi transferami. Jeśli trener Skowronek chce, aby ta formacja była mocniejsza musi chyba… sprawić sobie nowych zawodników, bo część z nich jest po prostu już chyba wypalonych…
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.


Marcin piotrowice
13 grudnia 2014 at 20:11
Ceglarz nie daje rady, już lepszy na boku jest Januszkiewicz! Trzeba naszych chłopaków z rezerw wziąć, z Katowic żeby za Gieksę trawę gryzli, a nie jakichś kolesi bez naszego śląskiego charakteru..