Dołącz do nas

Prasówka

By ta magia zadziałała, czyli tygodniowy przegląd mediów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich sześciu dni, które obejmują sekcję piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Wszystkie pierwsze drużyny seniorskie mają obecnie przerwę pomiędzy sezonami. Trwają rozmowy na temat transferów zawodniczek, zawodników do i z naszych drużyn.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Plan przygotowań GKS-u Katowice

Poznaliśmy plan przygotowań do nowego sezonu zespołu GKS-u Katowice, który treningi wznowi 10 lipca.

Piłkarki zespołu prowadzonego przez Karolinę Koch po ostatnim meczu w sezonie i zdobyciu tytułu mistrzowskiego udały się na krótki urlop. Na boisko zawodniczki wrócą 10 lipca, a 19 lipca rozegrają swój pierwszy sparing.  Zmierzą się z mistrzyniami Słowacji Spartakiem Myjava.

Plan przygotowań:

19 lipca: Spartak Myjava (wyjazd)

22 lipca: TME SMS Łódź (wyjazd, Kleszczów)

29 lipca: Medyk Konin (wyjazd)

5 sierpnia: Rekord Bielsko-Biała (Katowice)

12 sierpnia: Slavia Praga (wyjazd)

 

sportdziennik.com – Prezes nie gryzł się w język

Marek Szczerbowski, żegnający się z prezesurą w wielosekcyjnym klubie z Bukowej, wraz z radnymi podsumował sezon na posiedzeniu Komisji Kultury, Promocji i Sportu.

Wypowiadał się o zakończonym sezonie, pieniądzach, budżecie, konflikcie z kibicami. Wbijał szpilki swoim poprzednikom. Przypominał radnym, co mówili pod jego adresem, ale też dziękował za współpracę. Marek Szczerbowski, który z końcem czerwca przestanie pełnić rolę prezesa GieKSy, a oficjalnie pożegna się z nią w sierpniu, wziął udział w posiedzeniu katowickiej Komisji Kultury, Promocji i Sportu. Jej głównym punktem było podsumowanie sezonu wielosekcyjnego GKS-u.

– To był dobry rok, zarówno od strony organizacyjnej, sportowej, jak i finansowej – wyliczał Szczerbowski, zapraszając radnych do dyskusji. – Jestem po lekturze wszystkich protokołów z posiedzeń komisji. Wiem, o co pytaliście, to były bardzo ciekawe pytania. Kilka – przełomowych. Jeśli nie padną z waszych ust, umkną waszej pamięci, powołam się na protokoły i będę się starał odpowiedzieć – mówił szef GieKSy, machając plikiem wydrukowanych kartek.

Krzysztof Pieczyński, przewodniczący komisji, zaznaczył na wstępie, że był to dla GKS-u historyczny sezon – zakończony zdobyciem mistrzostwa Polski przez hokeistów i piłkarki. Poprzednio w podwójnej koronie był w 1968 roku, kiedy po złoto sięgnęli hokeiści oraz florecistki.

– Hokej to dyscyplina najprostsza do zarządzania – zaznaczał Marek Szczerbowski. – Jest pięć klubów, które rywalizują. Cracovia z panem Filipiakiem, wydająca połowę więcej pieniędzy, z którą wygrywamy. GKS Tychy, Unia Oświęcim, JKH Jastrzębie. Jestem fanem hokeja, choć posądzano mnie, że chcę go zlikwidować. Konkurencja jest dużo mniejsza niż na przykład w piłce nożnej kobiet. Tam są cztery ligi, a nie jedna – jak w hokeju. Chcę oddać szacunek dziewczynom, grają za 3500-4000 złotych, są z różnych części Polski. Walczyły, zdobyły złoty medal. Celem w obu tych sekcjach nie było mistrzostwo, a czołowa czwórka. Drużyna siatkarzy utrzymała się w PlusLidze. Najwięcej emocji budzi piłka nożna mężczyzn. Celem było utrzymać się w pierwszej lidze szybciej niż rok temu, prawie to zrealizowaliśmy. W GKS-ie czasy cyganienia skończyły się. Nie ma zrzucania odpowiedzialności na inne podmioty. Ja jestem odpowiedzialny. Choć od marca jest ze mną wiceprezes Krzysztof Nowak, to chciałbym, by aż do teraz wszystkie złe rzeczy obciążały mnie; by prezes Nowak przychodził z czystą kartą. Ja kończę pracę, od teraz wszystkie decyzje będzie już podejmował Krzysztof. Tak się umówiliśmy – podkreślał ustępujący sternik klubu z Bukowej.

Jak można się było domyślać, radni poruszyli kwestię budowania społeczności i bojkotu ogłoszonego przez kibiców przeciw prezesowi Szczerbowskiemu, który towarzyszył domowym meczom GieKSy w pierwszym półroczu minionego sezonu. Główny zainteresowany zdecydowanie nie gryzł się w język.

– W okresie, gdy była dość duża dynamika, wzmożona energia, można to było odebrać jako coś meganegatywnego. Chcę jednak powiedzieć, że nie było to coś różniącego się od tego, co było przed moim przyjściem; tyle że moi poprzednicy ulegali wpływom i pod dużą presją realizowali chore pomysły – przekonywał Marek Szczerbowski i objaśniał:

– Działa to mniej więcej tak: przychodzi nowy człowiek i jest zapraszany do współpracy. Jeśli w pierwszym kroku podejmie złe decyzje, to staje się ich niewolnikiem. A jeśli podejmie właściwe – to jest eskalowanie. Aż do momentu, kiedy padnie. A ja nie padłem. Dzisiaj jest świetna publiczność. Prezesa Szczerbowskiego już nie będzie. Wiedziałem, że będę zużyty po tej grze. Ale będę obserwował. Założyłem się o bardzo duże pieniądze, że rok – i nie wytrzymają (kibice – dop. red.). Chcę przegrać ten zakład. Jeśli przegram, to będę dumny, bo to by oznaczało, że publiczność będzie OK. Przed moim przyjściem? Podchodzenie pod szatnię, wybijanie szyb, wulgaryzmy, atakowanie zawodników, pracowników. To nie wychodziło na światło dzienne. Ja się nikogo nie boję. Czekam, chcę spojrzeć wszystkim w twarz. Nie zrobiłem nic złego, tylko chroniłem ludzi. Agresja była wszechogarniająca, tylko nie wychodziła na światło dzienne. Wiele rzeczy udało mi się uporządkować, ale nie wszystko – mówił ostro ustępujący ze stanowiska prezes, uderzając w szalikowców GKS-u.

Podczas posiedzenia komisji kilkukrotnie wywołał do tablicy radną Patrycję Grolik. Przypomniał jej słowa z listopada, że „oprawa kibiców GKS-u to jej zdaniem jedna z lepszych opraw w Polsce”. Szczerbowski pokazywał zdjęcie z kwietniowego meczu w Gdyni i wulgarnego transparentu wywieszonego w sektorze gości przez fanatyków GieKSy.

– To działo się już po konflikcie. Banner – „Mańka-Szulik wypierd…”. Może to ta najlepsza oprawa? Może nie? Nie ma znaczenia, co myślę o tym, jak zarządzany jest Górnik Zabrze. Kiedyś prezydent Zabrza miała relację z kibicami, ale w którymś momencie musiała powiedzieć stop. Ja powiedziałem stop na samym początku. Bardzo zależało mi, by GKS Katowice zaczął działać. Musiałem odsunąć wszystkie siły, by podejmować właściwe decyzje. Wiedziałem, że to się przełoży na efekt. A że były nim trzy mistrzostwa i hokejowy superpuchar? Sorry, w to nie wierzyłem, ale życie mi oddało. Nikt nie będzie na mnie krzyczał, nikt nie będzie wymuszał, bym ja mu coś dawał za darmo. Ja się nie boję. Ostatnio na ulicy ktoś powiedział: „Nie podoba mi się pan!”. Akurat byłem w dobrej formie i odparłem: „Niech się pan nie przejmuje, kiedyś spotka pan mężczyznę, który się panu spodoba”. To są koszty, które ponosiłem, ale na koniec mogę powiedzieć, że wszystko robiłem transparentnie i uczciwie. Mam nadzieję, że kibice GKS-u będą się zachowywać tak, jak na finałowym meczu hokeja. Byli wzorem do naśladowania, chylę czoło. Nigdy się nie zachowywali tak, jak wtedy. Czułem satysfakcję. A spójrzcie, co się działo w Tychach. 2500 ludzi – i 2500 śpiewa wulgaryzmy na GKS Katowice. Matka z dzieckiem śpiewała. Spójrzcie sobie, ten mecz był w telewizji – zwracał się do radnych Marek Szczerbowski, nawiązując jeszcze do ostatnich piłkarskich derbów z Ruchem Chorzów.

– Pierwszy raz na takim meczu derbowym nie doszło do żadnego istotnego aktu. Jestem w stanie zrozumieć te race, choć to łamanie prawa. Ale była wspaniała publiczność, która poniosła GKS do wygranej 2:1 – przypominał.

Szczerbowski dziękował prezydentowi Marcinowi Krupie, wiceprezydentom Bogumiłowi Sobuli i przysłuchującemu się jego słowom Waldemarowi Bojarunowi, naczelnikom wydziałów Urzędu Miasta, pani skarbnik Danucie Lange. I radnym, przypominając przy okazji, jak przeczytał w protokole jednego z posiedzeń komisji, że radna Grolik chce go poznać.

– Dzwoniłem potem do pani radnej. Prosiłem, by zgłosiła pani problemy. Rozmawialiśmy pięć minut, zgłosiła pani jeden: żeby „Gieksikowi” (klubowej maskotce – dop. red.) buty zszyć. Powołałem komisję, „Gieksik” ma te buty zszyte, tylko podeszwa jest taka, że gdy się opiera, to może to wyglądać tak, jakby nie były zszyte – wyjaśniał Marek Szczerbowski, uśmiechając się potem pod nosem.

Pytano go o pieniądze. Na przykład – jaki budżet powinien mieć GKS, by móc utrzymywać się w środku tabeli ekstraklasy.

– Kosztowy musiałby być co najmniej na poziomie 25 milionów, z tym że około 10 mln można dostać z Canal+. Istotną część powinni stanowić kibice, przychody z dni meczowych. Myśmy je zwiększyli. Mimo bojkotowego sezonu, w hokeju uzyskaliśmy trzy razy wyższe przychody niż wcześniej – zaznaczał prezes GieKSy, wyliczając, że na początku jego trwającej blisko 4 lata kadencji, gdy klub spadł z piłkarskiej pierwszej ligi, budżet wynosił 12 mln, a dziś utrzymał się w niej za 8.

– Hokej na starcie kosztował 7,9 mln zł, my mistrza zrobiliśmy za 5,1 mln. Tego pierwszego, drugiego już nie, bo doszła Liga Mistrzów, premie, zawodnicy mieli większe oczekiwania. Gdy przyszedłem do GKS-u, nie było niczego, nie było budżetowania. Dziś jest zgodne ze strukturą organizacyjną, z podziałem na koszty rodzajowe, funkcje czasu, plan, zaangażowanie i wykonanie. We wszystkich sekcjach. Ja te liczby mam w głowie, one są wszystkie w jednym pliku excelowskim do dyspozycji organów spółki, zrealizowane do drugiego miejsca po przecinku. – opisywał Szczerbowski.

5,32 miliona złotych straty za okres od stycznia do kwietnia oraz blisko 1,9 mln zł straty za 2022 rok – takie dane finansowe związane z GieKSą otrzymali radni. Radny Adam Szymczyk dopytywał prezesa, na ile to niepokojący trend i czy jest się czym martwić.

– Strata za 2022 rok to konsekwencja… hokejowego mistrzostwa Polski. Nie mieliśmy zagwarantowanych środków na wypłatę premii, miasto dokonało tego przez podwyższenie kapitału. Gdyby nie mistrzostwo, spółka wykazałaby zysk. Wypłacenie premii i koszty organizacji Ligi Mistrzów odbyły się z podwyższenia kapitału, a ono nie wpływa na wynik finansowy – tłumaczył Szczerbowski, nawiązując też do straty za pierwsze cztery miesiące 2023 roku.

– Mieliśmy je bardzo wysoko kosztowe i posiadaliśmy nadwyżkę z poprzedniego roku. Dzięki temu nie wzięliśmy dotacji, regulowaliśmy zobowiązania tą nadwyżką. Odchodzę i zostawiam do dyspozycji około 20-paru milionów złotych. Na rachunku bankowym jest 5 milionów. Dotacji mamy jeszcze 11 mln, bo 4,5 mln wzięliśmy w maju. Będą wpływy z transmisji telewizyjnych Polsatu, do tego prawdopodobnie premie za tytuły, realizowane przez państwa, przez miasto, jak w poprzednich latach. Mamy dwie drużyny, przed którymi występy w Lidze Mistrzów. To oznacza, że jeśli mój następca przygotuje bardzo skrupulatnie program marketingowy, za pośrednictwem Polskiej Organizacji Turystycznej możemy uzyskać kwotę liczoną w milionach. Nie wiem, jaka będzie, bo ja już będę wtedy w stanie spoczynku. Zajmie się tym pan prezes Nowak – podsumował Marek Szczerbowski. Przy Bukowej ma być do końca czerwca, a umowa będzie rozwiązana z dniem 26 sierpnia, gdy wybiją mu okrągłe 4 lata prezesury w GieKSie.

 

Bez rozgrzewki. Trzeba mieć grubą skórę…

Wracam do konferencji prasowej, na której prezes GKS-u Katowice, Marek Szczerbowski, ogłosił zamiar rozstania się z klubem.

Ma to się stać 26 sierpnia, w dniu, w którym miną cztery lata od objęcia przezeń tej funkcji. Ale to właściwie nie była konferencja. To był raczej rodzaj teatru jednego aktora, monodram, stand up bądź – jak kto woli – wykład, co skądinąd pasowałoby do okoliczności, bo działo się to w Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach. Miejsce nieprzypadkowe. Tam Marek Szczerbowski, mający tytuł doktora, prowadzi zajęcia ze studentami. Stamtąd też wywodzi się wiceprezes, a niebawem zapewne prezes GKS-u, Krzysztof Nowak.

Pomińmy jednak ów anturaż, który towarzyszył ogłoszeniu przez Szczerbowskiego zamiaru rezygnacji ze stanowiska. Skoncentrujmy się bardziej na meritum spraw dotyczących zarówno jego osoby, jak i katowickiego klubu. Otóż nie sposób nie zgodzić się z tezą, że GKS stał się potężnym kombinatem z sekcjami piłki nożnej (żeńskiej i męskiej), hokeja i siatkówki. Tego typu układ – wielosekcyjność – był domeną klubów funkcjonujących w dawnych latach, dla niektórych nawet zamierzchłych, znaczonych ideologią socjalistyczną. Wtedy takie molochy miały większe uzasadnienie z punktu widzenia zarządzania nimi. Stał za nimi wielki przemysł, w tym górnictwo, a także wojsko, milicja… A prezes był Boh i Car.

Kapitalizm sprawił, że stopniowo trzeba było od tego odchodzić i chyba nie trzeba tego wątku specjalnie rozwijać. Szukając w dzisiejszych czasach bardzo nielicznych analogii, można podać przypadek profesora Janusza Filipiaka. Stojąc na czele giganta informatycznego, Comarchu, ma ten kaprys, że finansuje zarówno piłkarską, jak i hokejową Cracovię. Skądinąd z tą drugą wychodzi(ło) mu dużo lepiej. Jednak też trzeba podkreślić, że ostatni jak dotychczas tytuł mistrza Polski wywalczyła w 2017 roku. Z Cracovią piłkarską ciągle ma pod górkę.

No więc powtórzmy: zarządzanie takim klubem, jak GKS, jest ogromnym wyzwaniem samym w sobie. I to niezależnie od tego, że władze Katowic wzięły na siebie wysiłek jego finansowania, przynajmniej częściowo zdejmując z prezesa obowiązek bieżącego zabiegania o to, żeby w klubie starczało od pierwszego do pierwszego, żeby wszystkie należności płacone były na czas, i żeby jeszcze pod względem tego, co oferuje w postaci kontraktów sportowcom, było dostatecznie konkurencyjne wobec rywali. Co nie znaczy, że miejskie wsparcie oznacza „kłopot z głowy”. Otóż nie!

Szczerbowski musiał od początku prezesowskiej kadencji mierzyć się z koniecznością racjonalizowania wydatków, doprowadzeniem ich do większej przejrzystości. W związku z tym… z hejtem, jaki zaczął mu towarzyszyć – w klubie i wokół niego – że pieniędzy jest mało, i że przestały trafiać do rozmaitych beneficjentów, w tym kibiców.

Jak trudną rolą jest zarządzanie tak wielkim klubem, pokazują losy prezesów innych klubów – choć najczęściej tylko piłkarskich i finansowanych z budżetów miejskich – którzy jeśli wytrzymali na stanowisku np. dwa lata, to znaczy, że pracowali długo. Generalnie ta prezesowska karuzela kręci się bardzo szybko. Dlatego raz po raz ktoś z niej wylatuje, czasem z własnej woli, czasem z cudzej. Przyczyny? Mogą być sportowe, finansowe, a bywają i… polityczno-towarzyskie. Na tym tle Marek Szczerbowski jest (był) ewenementem, co mogłoby (powinno) świadczyć o tym, że ze swojej roli wywiązywał się nienagannie. Czy w tym kontekście wypada wspominać o dwóch tytułach mistrzowskich hokeistów? Mistrzostwie Polski piłkarek nożnych? Nie najgorszych wynikach siatkarzy mimo kadrowego kontredansu? Wreszcie powrotu piłkarzy z II-ligowej banicji? Fakt, od tych ostatnich wymaga się najwięcej, wiadomo czego…

 

By ta magia zadziałała

Pierwsza liga to nie jest miejsce GKS-u Katowice. Powiedziałem nowemu dyrektorowi, że mnie walka o 10. pozycję nie interesuje – mówił Krzysztof Nowak, wiceprezes klubu z Bukowej, do radnych na posiedzeniu Komisji Kultury, Promocji i Sportu.

Chcę bardzo serdecznie podziękować prezesowi Szczerbowskiemu za to, co robił. Trzy miesiące z kawałkiem w klubie wystarczyły mi, by zobaczyć, jaki ogrom pracy został wykonany, której na zewnątrz nie widać. Zewnętrzne przejawy działalności GKS-u są widoczne, ale to, co się dzieje wewnątrz, by układać organiczną pracę, nie do wszystkich dociera. A jest robione naprawdę bardzo dobrze – powiedział katowickim radnym na posiedzeniu Komisji Kultury, Promocji i Sportu Krzysztof Nowak, wiceprezes GieKSy, który po odejściu Marka Szczerbowskiego wkrótce obejmie stery w spółce.

Wiceprezes Nowak w świecie piłki jest osobą nową, ale z pewnością nie w świecie sportu. Z powodzeniem radzi sobie w strukturach AZS AWF Katowice.

– Przyszedłem z klubu akademickiego, gdzie sport rządzi się innymi prawami niż w GKS-ie. Nie boję się wyzwań. Pytają mnie, jak to się udało 12-15 lat temu, zrobić z takiego klubu akademickiego jak AZS AWF najlepszy klub w Polsce, a ośmielę się powiedzieć, że w niektórych sekcjach na miarę europejską. Podkreślam, że to kwestia budowania zespołu wokół pewnych idei. Nigdy w życiu nie powiem, że Krzysztof Nowak cokolwiek zrobił sam. Zbudowaliśmy czołowy klub w Europie patrząc na lekkoatletykę, pływanie.

Osiągamy światowe wyniki, a kończąc AWF, z pływania miałem ledwie trójkę. Nie znam się na tym do końca, nie umiem prowadzić zawodnika, ale wiedziałem, kto będzie znakomitym trenerem. Byłem pewnym mózgiem tego wszystkiego i tylko dobierałem odpowiednich ludzi. Podobnie było w lekkoatletyce. Ludzie dostawali możliwości, narzędzia. Najważniejsze jest zbudowanie odpowiedniego zespołu. W GKS-ie w dwóch sekcjach mistrzowskich – piłki nożnej kobiet i hokeja – są odpowiedni ludzie; zaangażowani, niesamowicie zmotywowani do osiągnięcia sukcesu. W siatkówce mamy zbudowaną drużynę na play off. Głębszym problemem jest piłka nożna, wymagającym analizy – mówił Krzysztof Nowak.

Radni i przewodniczący komisji Krzysztof Pieczyński dopytywali go, jaki cel zostanie postawiony przed zespołem z Bukowej na kolejny sezon.

– Trudno odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ale jeśli Puszcza Niepołomice, z 15-tysięcznego miasteczka, była w stanie awansować do ekstraklasy… Jestem przestrzegany przed deklaracjami, nie chcę niczego mówić na wyrost, ale powiem wprost: chciałbym, byśmy walczyli o baraże. Drużyna pokazała w derbach z Ruchem, że może grać w fantastyczny sposób z rywalem, który awansował do ekstraklasy; być niesiona dopingiem, oprawą.

Byliśmy w stanie zagrać kilka bardzo dobrych meczów. Cel został zrealizowany, chciałbym teraz postawić zdecydowanie bardziej ambitny – przyznawał wiceprezes GieKSy, nawiązując do zadania „wywalczenie utrzymania szybciej niż rok temu”. To i tak nie wyszło, bo zarówno w 2022, jak i 2023 roku, katowiczanie pieczętowali pierwszoligowy byt w 32. kolejce. Powiedziałem Dawidowi Dubasowi, który formalnie od 1 lipca będzie dyrektorem sportowym, że nie chcę, byśmy grali o 10. miejsce. Uważam, że powinniśmy grać przynajmniej o baraże.

Mówię to publicznie po raz pierwszy, choć wiem, że trudności będzie wiele. Puszcza pokazała, że w barażach wszystko może się wydarzyć. Wykorzystanie trzech niestrzelonych w rundzie wiosennej rzutów karnych spowodowałoby, że mielibyśmy 7 punktów więcej, a to dałoby miejsce w szóstce. To pokazuje, że nie jest to wydumany plan, nas od barażów nie dzieliła przepaść, choć nasz budżet wcale nie był tak wysoki, a adekwatny do miejsca zajmowanego w lidze – zwracał uwagę wiceprezes GKS-u.

Wiadomo, że z Bukową pożegnał się dyrektor sportowy Robert Góralczyk, którego miejsce zajmie wspomniany Dawid Dubas. Trenerem pozostanie Rafał Górak.

– Musimy zastanowić się nad budowaniem drużyny, do myślenia dała klasyfikacja Pro Junior System, w której zajęliśmy ostatnie miejsce. Potrzebujemy 7-8 zmian, niektórzy zawodnicy są już niepotrzebni, trener nie widzi ich w składzie, który trzeba uzupełnić. Rozłożyłbym naszą strategię na dwa lata. Spójrzmy, jakie kluby awansowały do pierwszej ligi, jakie do niej spadły z ekstraklasy. Ta liga będzie niesamowicie wyrównana. Sądziłem, że sama magia nazwy GKS powinna działać. Daj Boże, by za niedługo tak było. Stadion rośnie, z trzeciego piętra na AWF widać doskonale, jak wschodzi, widać ulicę Upadową. Byłoby pięknie, gdybyśmy powalczyli o ekstraklasę. Być może zapłacę kiedyś za to, co w tej chwili powiem, ale 20 lat w pierwszej lidze to dla GKS-u za dużo. Zrobiono wiele, by klub uporządkować. To nie jest nasze miejsce – podkreślał Nowak.

Na komisji zagadywano go też o kwestie finansowe, m.in. klub biznesu, bardzo widoczny za panowania poprzednich zarządów, a za kadencji Marka Szczerbowskiego obecny głównie w pytaniach, czemu nie hula tak, jak kiedyś.

– Były uwagi, że został zlikwidowany. Chcę się temu przyjrzeć. Jeśli będziemy budować go na zdrowych zasadach, to jak najbardziej. Ja szanuję liczby. Jeśli członek klubu biznesu wpłacał 196 złotych i 40 groszy, a chciał za to dwa bilety na hokej, cztery bilety na piłkę nożną, to się po prostu nie spina. Jaki to klub biznesu? Wzorem innych – a mam przyjaciół w wielu miejscach – trzeba popatrzeć na to, jak zbudować to na zdrowych zasadach.

Trzeba to zrobić, ale absolutnie będę kontynuował politykę prezesa Szczerbowskiego, że nie ma zarabiania na GKS-ie. Jeśli ktoś chce pomagać, musi mieć GKS w sercu. Nie jest tak, że chcemy tylko wyciągać pieniądze od miasta. W dłuższej perspektywie, w takim klubie, przy czterech sekcjach, trzeba będzie zastanowić się, ile można działać w takiej formule (miejskiej spółki – dop. red.). To wymaga pogłębionej analizy. Zarabiać trzeba.

Najprostsza sprawa, która w tym ma pomóc, to rozbudowanie publiczności, która przychodziłaby na GKS tak, jak na Ruch. Publiczność kupuje bilety, my świetnie gramy… Puszcza miała na meczach 800 widzów, a my na derbach z Ruchem – 6000. Jeśli będziemy dobrze grać, będą przychodzić kibice i będą dobre widowiska – zaznaczał wiceprezes GKS-u.

Z frekwencją jednak jest problem – nie tylko w piłce nożnej, ale też siatkówce.

– Pamiętam, jak z ówczesnym prezesem Wojciechem Cyganem zastanawialiśmy się, czy nie powinna rozgrywać meczów na AWF. Są głosy, że kibice nie przyjeżdżają do Szopienic, bo to nie jest jurysdykcja GKS-u. Z tym coś trzeba zrobić, by kibicowskie animozje nie miały takiego wpływu na siatkówkę. Być może jednym z pomysłów jest to, aby z różnych miejsc w Katowicach wyjeżdżały autobusy – zastanawiał się Nowak.

Radnych zastanawiały też kwestie relacji z kibicami, których Marek Szczerbowski – delikatnie rzecz ujmując – starał się trzymać na duży dystans. – Chcę współpracować z kibicami w kwestii opraw, by pomagały w widowisku, bo dzięki temu będą przychodzić ludzie, będzie większa frekwencja i najnormalniej w świecie więcej pieniędzy. Z pewnością nie zrobię niczego ponad obowiązujące prawo. Kilka wydarzeń pokazało, że Katowice mają bardzo fajnych kibiców, tylko trzeba ustalić obowiązujące ramy – stwierdził wiceprezes GKS-u, który od 26 sierpnia oficjalnie, a od 1 lipca w praktyce samodzielnie będzie rządził wielosekcyjnym klubem z Bukowej.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Adamczyk wciąż na pokładzie GKS-u

Trwa przebudowa GKS-u Katowice przed sezonem 2023/2024. W środę górnośląski klub poinformował o przedłużeniu współpracy z grającym na pozycji środkowego Sebastianem Adamczykiem. Jest on już piątym zawodnikiem, który nadal będzie bronił barw GKS-u.

Coraz więcej wiadomo o składzie w jakim GKS Katowice wystąpi w kolejnym sezonie. Na razie klub poinformował o przedłużeniu kontraktów z oboma atakującymi – Jakubem Jaroszem i Damianem Domagałą, Wiktorem Mielczarkiem (przyjmujący) oraz Dawidem Ogórkiem (libero). W środę przyszedł czas na środkowego, Sebastiana Adamczyka, który również nadal będzie występował w barwach katowickiej drużyny.

Sebastian Adamczyk siatkarskie szlify zbierał w SMS-ie PZPS Spała. Następnie występował między innymi w BBTS-ie Bielsko-Biała i KPS-ie Siedlce, a do GKS-u Katowice został wypożyczony z PGE Skry Bełchatów w październiku 2022 r. Do końca minionego sezonu Adamczyk rozegrał 22 spotkania, w których zdobył łącznie 127 punktów, w tym 9 zagrywką i 31 blokiem. Dobra postawa na boiskach PlusLigi sprawiła, że Sebastian Adamczyk doczekał się powołania do szerokiej kadry siatkarskiej reprezentacji Polski na rok 2023.

– Gdy wypożyczaliśmy w zeszłym roku Sebastiana z PGE Skry Bełchatów, w głównej mierze miał on uzupełnić środek siatki, gdzie wskutek kontuzji mieliśmy problemy kadrowe. To wypożyczenie okazało się strzałem w dziesiątkę. Sebastian przebojem wdarł się do szóstki i rozegrał bardzo dobry sezon, czego najlepszym dowodem jest powołanie do reprezentacji Polski. Jeszcze przed ogłoszeniem powołania wiedzieliśmy, że musimy przedłużyć naszą współpracę na kolejny rok – powiedział dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice Jakub Bochenek.

Bez zmian na libero w GKS-ie Katowice

Bartosz Mariański jest kolejnym zawodnikiem, który przedłużył umowę z GKS-em Katowice. Dla 31-letniego zawodnika będzie to już siódmy sezon spędzony w górnośląskim zespole. Nie dojdzie zatem do zmian na pozycji libero, gdyż wcześniej umowę przedłużył również Dawid Ogórek.

Kolejne karty na sezon 2023/2024 odkrył GKS Katowice. W dalszym ciągu jego barw bronił będzie Bartosz Mariański, który na pozycji libero będzie tworzył duet – tak jak poprzednio – z Dawidem Ogórkiem. W przeszłości występował w AZS-ie Olsztyn, Kęczaninie Kęty i Asseco Resovii Rzeszów, ale najbardziej związany jest właśnie z GKS-em, bowiem sezon 2023/2024 będzie już siódmym spędzonym przez niego w katowickich barwach.

Bartosz Mariański, który w 2021 roku wrócił do GKS-u Katowice po dwuletnim okresie występów w Asseco Resovii Rzeszów, niezmiennie stanowi o sile linii przyjęcia w górnośląskiej drużynie, czego dowodem są jego lokaty w pierwszej piątce najlepiej przyjmujących graczy PlusLigi w sezonach 2022/2023 oraz 2021/2022.

Dodajmy, że jest on pierwszym zawodnikiem, który wystąpił w stu plusLigowych spotkaniach siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice.

– Bartek to prawdziwa grająca ikona katowickiej siatkówki. Może jego wiek na to nie wskazuje, ale reprezentuje on barwy naszego Klubu od wielu lat i do tego mocno identyfikuje się z GKS-em i miastem Katowice. Jesteśmy podekscytowani możliwością dalszej współpracy z jednym z najlepszych polskich zawodników na tej pozycji – powiedział dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice Jakub Bochenek.

 

HOKEJ

hokej.net –  Mistrz Polski z licencją! Dwie piątki gotowe

GKS Katowice jest czwartym zespołem, który otrzymał licencję na grę w Polskiej Hokej Lidze w sezonie 2023/2024. Ekipa z alei Korfantego spełniła wszystkie wymogi.

Przypomnijmy, że każdy z klubów jest zobowiązany do tego, aby zaprezentować stosowne potwierdzenia, że nie zalega z opłatami do Urzędu Skarbowego, ZUS-u, Polskiego Związku Hokeja na Lodzie oraz Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie (IIHF).

Poza tym musi też udowodnić, że nie posiada żadnych zaległości względem byłych trenerów, zawodników i sędziów. Musi też zaprezentować porozumienia z klubami młodzieżowymi, z właścicielem lodowiska oraz dokumenty finansowe i budżet na poziomie dwóch milionów złotych.

Pozwolenie na występy na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce otrzymały już trzy kluby: JKH GKS Jastrzębie, GKS Tychy i Re-Plast Unia Oświęcim.

Licencję z numerem czwartym otrzymali mistrzowie Polski. Na razie ważne kontrakty z katowickim klubem ma 11 zawodników.

W tym gronie jest bramkarz John Murray, obrońcy: Santeri Koponen, Jakub Wanacki, Maciej Kruczek i Kacper Maciaś, a także występujący w ataku Olli Iisakka, Hampus Olsson, Grzegorz Pasiut, Mateusz Bepierszcz, Bartosz Fraszko, Igor Smal.

Nowymi twarzami w zespole są ofensywnie usposobiony defensor Santeri Koponen oraz napastnik Olli Iisakka. Obaj pochodzą z Finlandii.

– Wzorem poprzednich sezonów pierwsza część przygotowań do nowego sezonu będzie realizowana przez zawodników indywidualnie, zgodnie z rozpiskami przygotowanymi przez sztab szkoleniowy. W sierpniu drużyna rozpocznie wspólne treningi na lodzie – informuje oficjalny serwis internetowy mistrzów Polski.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Pogonią

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.

1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.

2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊

3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.

4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.

5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.

6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.

7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.

8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.

9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.

10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.

11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.

12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.

13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.

14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.

15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.

16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.

17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.

18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.

19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.

20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.

21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.

22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.

23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.

24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.

25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.

26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.

27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.

28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.

29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.

30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.

31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.

32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.

33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.

34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.

35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊

36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.

37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.

38. GieKSa w Europie!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga