Felietony
(Cicha) nadzieja – z ograniczonym zaufaniem
Zazwyczaj pomiędzy meczami rozgrywanymi co trzy dni, nie dajemy felietonu przed- i pomeczowego, a raczej jeden międzymeczowy. Nie ma bowiem co powielać bytów (nie mylić z Bytovią). Tym razem jednak – z racji tego, że zbliża się mecz szczególny – felietony dwa będą. Dzisiaj krótszy po spotkaniu z Podbeskidziem, jutro obszerniejszy – dotyczący nadchodzącego pojedynku derbowego na Cichej.
Jak już pisałem o poprzednich meczach, do Puszczy podchodziłem z autentycznym spokojem, do Bytovii – z niepokojem, a do Stomilu – z pewnością, że bardziej spieprzyć się tego nie da. A jednak się dało. To spowodowało, że moja wiara została nadwątlona bardzo mocno i na mecz z Podbeskidziem szedłem już z innego rodzaju spokojem, takim „co będzie, to będzie”. I na szczęście to było zwycięstwo i to wysokie.
Na forum panuje euforia, łaska kibica na pstrym koniu jeździ, po Stomilu wiadro pomyj, a teraz nagle cudowny dzień, cudowny mecz, życie jest piękne. Ja przyznam, że choć cieszę się i to bardzo, to jednak do tej wygranej podchodzę ze spokojem. Zbyt wiele już było takich „pięknych” i pojedynczych zwycięstw, po którym następowało bolesne zderzenie z rzeczywistością. Prawdziwą, pełną radość jest w stanie dać mi tylko awans. Żadne zwycięstwo, dwa czy trzy tego nie spowodują. Wiem, podejście ostrożne, ale nie chcę po prostu znów popaść w kibicowską rozpacz, bo „znów oszukali”. A ta drużyna ciągle jest znakiem zapytania i nie wiadomo, co wywinie choćby w sobotę.
To był dziwny mecz. W pierwszej połowie można było odnieść wrażenie, że zawodnicy robią wiele, by w polu coś tam pograć, ale gola nie strzelić. Mowa zwłaszcza o sytuacji Mandrysza, który mając na szesnastym metrze mnóstwo miejsca strzelił tak, jakby brał udział w „obij słupek”. Gdy pierwszą bramkę zdobył Mączyński pomyślałem sobie „no kurna, nie chcą strzelić, a tu taki przypadek”. No ale zaraz był gol Klemenza i radość drużyny i euforia na stadionie. Tu już przyszła mi na myśl następująca refleksja: „Nawet jeśli nie chcieli, to może po takich spektakularnych trzech minutach stwierdzą, że warto!”. Nadal jednak 2:0 mnie nie przekonywało. Dopiero trzeci gol Adriana Błąda dał spokój i wiarę, że te trzy punkty zostaną w Katowicach.
Ta drużyna nadal wiele może wygrać, ale też przegrać z kretesem. Tu nie ma punktów pośrednich. Spotkanie z Podbeskidziem pokazało, że walką można bardzo wiele osiągnąć i nie trzeba przy tym wielkich umiejętności. Cieszy, że trener otwarcie mówi, że niektórych zawodników odesłał na trybuny, bo nie zagwarantowaliby oni takiego poziomu walki. A to będzie potrzebne do końca sezonu, a już zwłaszcza w dwóch nadchodzących derbach.
Powiem tak – nie dam się nabrać na tę wygraną. W takim sensie, że uwierzę, że poprzednie mecze to był tylko wypadek przy pracy. Mam jednak cichą (nomen omen) nadzieję, że spotkanie z zespołem z Bielska coś odmieni w głowach piłkarzy, tak że stwierdzą, że warto – dla tej atmosfery, dla kibiców, dla klubu i dla siebie. Bo mimo fatalnej gry i wyników, kibice dali popis wsparcia i dopingu.
Nie dam się nabrać na wygraną, ale znów pojawił się u mnie cień nadziei. Z bardzo na razie ograniczonym zaufaniem. Wygrajcie z Ruchem, a potem będziemy myśleć, co dalej.
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


Artur
10 maja 2018 at 10:36
Wszyscy piszą że mamy łatwe spotkania do końca, a jest wręcz przeciwnie. Nie licząc Ruchu (z którym jak nie wygramy to chyba trzeba by tą drużynę poprostu skasować)gramy z Tychami, które są w mocnym gazie (i w moim odczuciu to oni awansują)Olimpia i Górnik walczą o pozostanie w lidze i to będą dla nich mecze ostatniej szansy. Ciężko uwierzyć w awans, naprawdę ciężko. Wczoraj jakby nie padła ta przypadkowa bramka to pewnie skończyło by się 0:0. Jesteśmy poprostu za słabi i mentalnie i piłkarsko
Irishman
10 maja 2018 at 11:35
No jasne, my strzelamy przypadkowe bramki, odnosimy przypadkowe zwycięstwa, a inni to oczywiście wirtuozi, profesjonaliści, którzy mają wszystko poukładane i przewidziane.
Nie Panowie! Ta liga jest po prostu strasznie wyrównana i jak od kilku lat cała polska piłka klubowa jest to równanie w dół. Zgadzam się, że wczoraj wygraliśmy zaangażowaniem i walka. Ale tak trzeba w I lidze grać. Grając w ten sposób pokonywały nas kolejni kelnerzy i za Brzęczka, i za Mandrysza, i w kilku spotkaniach za Paszulewicza. Gdyby zrozumiał to Brzęczek dziś kończylibyśmy rozgrywki w Ex. Mandrysz to zrozumiał… ale za późno, tym bardziej, że dał się zaskoczyć, właśnie tak grającym chorzowskim. Paszulewicz rozumiał to od początku i tylko dlatego dziś jesteśmy na miejscu dającym awans. Czy je utrzymamy, to zależy od tego, czy będziemy kontynuować taką grę, a umiejętności mamy raczej wyższe niż rywale. A, że strzelamy przypadkowe bramki? No ale jakby nie było strzałów oraz pozycji do nich wywalczonych ciężką harówą na boisku, to nie byłoby bramek.
Ja też oczywiście nie popadam w euforie, na to będzie ewentualnie czas po ostatnim gwizdku sezonu 2017/2018! Ale nadzieja jest, że i trener i piłkarze wyciągnęli naukę z meczów ze Stalą, Puszczą, Bytovią i Stomilem. Tym bardziej, że być może kryzys (fizyczny) mamy już za sobą, a np. Tychy może jeszcze przed!
Irishman
10 maja 2018 at 11:40
A do derbów proponuję podejść bardzo ostrożnie! W takim meczu najsłabszy rywal, grając na ambicji potrafi zagrać na nosie nawet najlepszemu. A tym bardziej, że my wcale tacy zajebiści nie jestesmy!
Mecza
10 maja 2018 at 11:49
Shellu tym razem bardzo przytomne podejście. Ja też nie wierzę, wczoraj przy 2:0 byłem zaskoczony i na pewno nie byłem pewny trzech punktów. Oczywiście będę kibicował, obserwował ale z ograniczonym zaufaniem. Mnie nie zdziwi porażka z Ruchem. Braknie punktu na przestrzeni całego sezonu to się wtedy wkurzę, bo można było ale trzeba było determinacji (nie umiejętności)w straconych meczach. Uwierzę dopiero po ostatnim gwizdku sezonu ale chyba też nie na 100% bo to będzie taki kosmos że może wyjdzie jakiś doping, źle policzone kartki itp. oraz walkower. To by było takie po „Katowicku” jak coś spieprzyć jak jest dobrze.
kolo
10 maja 2018 at 11:52
A ja przypomnę tylko zwycięstwo z Tychami sprzed roku na podobnym etapie sezonu też 3:0, też na B1. Też wtedy odżyły nadzieje i wszyscy wpadali w euforię, że odzyskujemy kontrolę nad sytuacją.
Jak to się skończyło?
Dlatego teraz nie wierzę.
Pyjter
10 maja 2018 at 11:59
Pojawieniem się prezydenta Krupy na trybunach chcą pokazać że jednak liczą na awans?Też do tego podchodzę spokojnie,ale z ruchem nie wygrać to by było frajerstwo do potęgi!Moim zdaniem Zagłębie odpadnie w walce o awans, Tychy, Chojniczanka i Stal Mielec to są głównie rywale o awans.
Solski
10 maja 2018 at 12:55
Mecz ok, gratulacje za 3 punkty się należą. Mam jednak apel do piłkarzy, jeżeli nie macie zamiaru awansować z jakichś Wam wiadomych względów, to przynajmniej w DErBACH wbijcie ten ostatni gwóźdź do trumny chorzowskich
Myslowice
10 maja 2018 at 15:06
Mi się wydaje ze wlasnie szpil ze smierdzacymi jest teraz najwazniejszy . To jest tak wielka szansa dla naszych grajków żeby wszystko spierdolic ze drugiej takiej szansy nie będzie.Ostatnia drużyna w tabeli, przegrywają mecz za meczem i to po 6- 0, klub z problemami finansowymi. Nic ino dostać teraz od nich ze 3 -0 jak mamy dużą szanse na awans a potem. Koleczko w grudziadzu.Dla mnie jak wygrają w Chorzowie i zremisuja z Tychami to będzie duży krok w kierunku awansu
Marshall_GzG
10 maja 2018 at 15:32
kolo – ja tez jestem małej wiary, przypomniałeś mi sytuację z przed roku. Byłem wczoraj na meczu (chodzę od 21 lat) i przyznam że dwie z trzech bramek to takie trochę „fuksem”, co wcale nie znaczy że nie cieszę się z wygranej 🙂 Ale właśnie co pisał -kolo- nie wpadajmy w euforię (jak rok temu)…. to się naprawdę może źle skończyć (dla nas w głowach)pod koniec sezonu ….. :/
Bartolo
10 maja 2018 at 16:39
….frajerzy
Mecza
10 maja 2018 at 18:42
@Bartolo, trzymasz kciuki za przeciwników aby wyszło na Twoim? Oświeć nas jeśli dobro GKS leży Ci na sercu. Jesteś anonimowy, rozprawy sądowej nie będzie. Mało tego, nie musi być bo jak wszystko wychodzi na jaw (piłkarze nie chcą, Prokić nie chce, UM nie chce itd, itp) to robią wszystko przeciwnie, tak dla niepoznaki. Jeśli masz informacje, które mogą pomóc pisz. Wytrąćmy wszystkie argumenty tym nieprzechylnym. Ja np. uważam że GKS jest piłkarsko zbliżony do 1/3 ligi i budżet 2mln w jedną stronę czy drugą stronę nie robi różnicy bo nie ma prawa. W ekstraklasie są większe różnice i często też nie widać różnicy.
Scifo
10 maja 2018 at 18:46
Cieszę się, że byłem wczoraj na szpilu, bo 3:0 na B1, to nie jest norma. Widać było zaangażowanie, presing, i nie ma znaczenia, że bramkarz Podbeskidzia jest słaby, to ich problem. Pierwsza bramka przypadkowa, ale też mogło być zdecydowanie wyżej. Chciałbym częście oglądać takie mecze.
Teraz liczy się tylko mecz z r i chcę widzieć to samo, co wczoraj plus ekstra z płuca na smrodów.
Innych spraw nie będę komentował, a o przyszłym sezonie porozmawiamy po gwizdku kończącym ostatni mecz sezonu.