Piłka nożna
Co jest grane?
Wszyscy oczekiwaliśmy walki i jeszcze raz walki, o trzech punktach to już nie ma nawet co wspominać. W pierwszej połowie nie było nic, druga była już lepsza, ale trzech punktów nam nie dała. Kibice są wnerwieni skołowani i dają temu wyraz w swoich wypowiedziach na forum.
SylweK
Miała być autostrada do ekstraklasy, a już jest droga gruntowa…
„łatwiejsi rywale”, na razie bilans z tymi łatwiejszymi mamy 0-1-1
Homer
Nie umiem sobie wytłumaczyć tego co gramy od dwóch meczy.
Przypominają się najgorsze mecze z jesieni, gdzie nie potrafimy wymienić trzech celnych podań, a nasz pomysł na atak to jest laga do przodu i atakowanie jednym, wysuniętym zawodnikiem.
Defensywa, która do tej pory grała bezbłędnie nagle pozwala słabej Bytovii na stworzenie sobie trzech stuprocentowych okazji po juniorskich błędach. Gdyby nie Wierzbicki to stracilibyśmy dwa gole dzisiaj.
Bardzo słaby mecz Prokicia, Słomki i Cerimagicia. Prokic jakby mu ktoś klapki na oczy założył w momencie jak ma piłkę; holuje tak długo aż straci. Praktycznie niewidoczny Błąd,a le on przeważnie tak gra, ale miał w meczu jakiś błysk, dziś żadnego
Nasz atak to kupa śmiechu, ani Kędziora, ani Goncerz (!) nie stwarzają żadnego zagrożenia w meczach.
Paszulewicz na konferencji chwali II połowę; z tym się nie zgodzą bo w miarę dobrze zagrali ostatnio 15 minut. Po przerwie mieliśmy kupę szczęścia, że nam goście tej bramki nie strzelili
PRT
Smutne to, znowu dużo ludzi, ładna pogoda i brak zwycięstwa, już kij w sumie z tymi 3 pkt, ale gra to tragedia, końcówka coś ciekawa była, tak to porażka… A moglo fajnie zamknąć te ładną niedzielę…
Mandrysz na plus, dużo biegał, widać, ze chciał… Grzesiu dramat, prokic 1 połowa nie wiem co robił…
Brawa dla Wierzby!!
Axel
Taki dramat to był ostatni raz chyba za Mandrysza. Kompletny brak pomysłu, brak pressingu, zaangażowania, holowanie piłki, mnóstwo niedokładności. Nie było też strzałów, środek w ogóle pomijany przy konstruowaniu akcji ofensywnej, w obronie też słabo wyglądał nasz defensywny, na siłę ciągnięcie gry do skrzydła.
Tyle lat w tej jebanej lidze, jest szansa na awans, tym bardziej że narobili apetytu wcześniejszymi spotkaniami, a tu naraz zapominają jak się gra. Człowieka może chuj strzelić. Absolutnie nie należały się po meczu oklaski i czy wygrywasz. Nie mam pojęcia co jest grane i jak przemówić do tych grajków. Stąd potem biorą się te wszystkie dziwne domysły, że miasto nie chce awansu albo że prokic już gra przeciwko nam. Wystarczyłoby wygrać dzisiaj i robić swoje. Straszna kaszana, nie dało się na to patrzeć. Ile my stworzyliśmy okazji? Dwie na całe spotkanie – główka i dwa słupki (abstrakcja jak prokic na linii tego nie dobił) oraz druga główka gdzie obronną ręką wyszedł bramkarz bytovii. Za bardzo to zaczyna przypominać poprzedni sezon – też w pewnym momencie zapomnieli jak się gra. Oby teraz było inaczej.
Wierzba zagrał okej, wybronił jedną okazję sam na sam i główkę gości w drugiej połowie.
Franczak czasami nie wiedział xo się dzieje, lepiej w ofensywie niż gdy ma bronić.
Kamiński i Klemenz w miarę poprawnie.
Słaby dużo biegał ale nie wiele z tego było.
Słomka zagrał słabiutko, otwarta przestrzeń a ten się cofa (kilka razy).
Błąd przez większość meczu niewidoczny, jego centrostrzał skończył na poprzeczce.
Poczobut powoli równa poziomem do reszty, już tak nie doskakuje jak poprzednio.
Cerimagic w ogóle nie czuł piłki, problemy z przyjęciem, nic z niego nie było.
Prokic – gubiła mu się piłka, pare razy próbował coś tam pociągnąć, ale bez wiary w sukces.
Kędziora niby się pokazywał, ale wtedy brakowało go w polu karnym.
Mandrysz próbował coś tam rozruszać, ale średnio mu to wyszło. Podobnie goncerz.
Tajemnica volasa wciąż pozostaje nierozwiązana. Kurde, skoro gościu nie ma siły na cały mecz to można go wpuścić na końcówkę chociaż, bo na pewno nie jest gorszy piłkarsko od reszty napastników. Tam i tak nie było wtedy taktyki.
Zajczak
Ciężko mi to przez klawiaturę przechodzi, ale dzisiaj widziałem symptomy poprzednich sezonów. Obym się mylił, bo cały czas wierzę…
Jedynie kogo mógłbym dzisiaj wyróżnić to Poczobuta, Wierzbickiego i 12 zawodnika z Blaszoka.
Fjodor1964
Niech za wszystko wystarczy komentarz mojej kobity – „przecież oni grają jakoś tak bez życia, jakby im się nie chciało i byli na tym boisku za karę…”
Shellu
Ja powiem tylko, że po tym meczu mam poważne obawy, czy ta drużyna chce i potrafi.
Mamy powtórkę sprzed roku, kiedy wystarczy minimum z minimum, by awansować.
Ale w dwóch meczach nie mamy żadnego minimum, tylko tragiczną grę i tragiczną postawę kluczowych zawodników.
Dla mnie sprawa jest jasna, jeśli nie wygrają w Olsztynie i zagrają znów taką żenadę, to będziemy mieli powtórkę.
irishman
Była walka (przynajmniej w drugiej połowie) zabrakło umiejętności i pomysłu (trenera). My nie potrafimy grać inaczej jak tylko z kontry, co przy fatalnej dyspozycji Andrei (na którego trener mimo wszystko ciągle stawia, bo pewnie nie potrafi bez niego ułożyć drużyny) oraz słabszej Błąda wygląda równie fatalnie.
Obraz gry trochę się poprawił, gdy po wejściu ambitnego Mandrysza zaczęliśmy nareszcie grać nie tylko przez Prokicia ale nareszcie także atakować prawą stroną, gdzie rozegrał się także Frańczak.
Reasumując spotkały się drużyny, absolutnie równorzędne! Wynik mógł co prawda przechylić się w jedną albo drugą stronę ale skończyło się sprawiedliwym remisem.
Trzeba sobie niestety zdać sprawę z tego, że tak grając, my niestety ten awans w końcu przegramy, bo „jakościowo” na pewno obecnie nie jesteśmy na drugim miejscu, jak to mówi trener. Na którym jesteśmy, to okaże się po rozegraniu wszystkich meczów. Pytanie na rzecz kogo (poza Miedzią, bo ta jest chyba poza konkurencja)?
Zresztą obojętnie ktokolwiek zajmie miejsce Sandecji (nawet jak jakimś ogromnym cudem my) sprzed roku, to czekają go straszne chwile w Ex! Chyba, że dokona rewolucji w składzie!
Malutkim promykiem nadziei jest rosnąca forma Goncerza (dla mnie MEGAZASKOCZEINIE!) oraz fajne wejście Mandrysza. Ale to mimo wszystko chyba za mało, aby się bić o awans. Tak samo jak jedna taktyka, która ma być dobra na wszystkich…
kosa
Bardzo słaby mecz GieKSy. Łudziłem się w trakcie spotkania, że może jednak coś wpadnie i dość szybko zapomnimy o stylu, bo przecież najważniejsze są punkty, ale… No właśnie. Nie ma zwycięstwa i to nie jest grzechem, gdyby było widać styl, pomysł, czy coś. Niestety nic takiego nie było, a grać zaczęliśmy pod sam koniec spotkania w osiemdziesiątej-którejś minucie. Samo to, że bliżej wygranej była Bytovia wiele pokazuje. Na szczęście kolejny dobry mecz rozegrał Wierzba, o którego tak się wszyscy tutaj bali.
Spotkanie miało kilka faz: najpierw nudna pierwsza połowa, gdy my nie wiedzieliśmy jak zaatakować, a Bytovii nie sądziła, że może powalczyć o pełną pulę; potem początek drugiej połowy, gdy Bytovia uwierzyła i zrobiła kilka dobrych akcji; aż wreszcie sama końcówka, gdzie my przycisnęliśmy, ale jedynie dzięki stałym fragmentom gry (choć i w tej fazie swoją super sytuację mieli goście). Myślę, że Bytovia może być wkurwiona, bo jakby szybciej zaatakowała, to pewnie by wygrała.
Nie rozumiem naprawdę wielu decyzji trenera Paszulewicza. Dlaczego zagrał Cerimagić po tak długiej przerwie, skoro już w Niepołomicach był próbowany Fosa i naturalnym wydawało się, że to on dostanie szansę od pierwszej minuty, a Cerimagić będzie na wypadek słabej gry Fosy. Cerimagić został rzucony na głęboką wodę – niczym Goncerz na derby z Ruchem.
Następnie napastnicy: tym razem zagrał Kędziora, co po słabych meczach Goncerza wydawało się naturalne, ale na ławce powinien usiąść Volas i wejść po przerwie. Kurczę, jakby jeszcze ten Volas w ogóle nie grał u nas, ale decyzje z nim są nielogiczne: siedział na trybunach, potem ławce, wszedł na kilka minut i… wyleciał z osiemnastki. Kilkukrotny mistrz kraju, zdobywca korony króla strzelców, w tym sezonie w ekstraklasie holenderskiej pykał, a my go mamy jako trzeciego (lub czwartego licząc Prokicia) i zapchaj dziurę w pierwszej lidze polskiej? Bez jaj. Goncerz został zweryfikowany negatywnie, a swoje szanse dostał, więc teraz był czas na Volasa. A skończy się tak, że pewnie wpuści go za dwie-trzy kolejki na jeden-dwa mecze i się z nim nie przedłuży kontraktu. Psujemy synkowi karierę, a potem pójdzie do jakiegoś Mariboru, pogra w pucharach, w lidze zrobi króla strzelców i będzie zdziwienie. Przecież on do nas nie przychodził na trybuny, ale do odbudowania się. Choć oczywiście po meczu z Bytovią to Goncerz powinien dostać szansę w Olsztynie, a Volas na ławce (bo nie wierzę, że wpuści Volasa od pierwszych minut). Kędziora dziś słabo i niech siądzie na trybunach.
Rotowania młodzieżowcami to już chyba nikt nie rozumie – ktoś gra dobrze to potem ławka, ktoś nie gra to pierwszy skład, ktoś daje dobrą zmianę to trybuny itd.
Mamy idealny terminarz, bo na 6 spotkań mamy 4 spotkania z czterema ostatnimi drużynami, które mega odstają od reszty stawki. Jasne, zaraz będzie pisanie, że nie umiemy grać ze słabymi drużynami, ale to zwykłe pierdolenie. Taka Odra jest najsłabsza na wiosnę, a wygraliśmy z nią 2:1 na wyjeździe. To wszystko siedzi w ich/naszych głowach te nieuzasadnione obawy przed dołem. Te cztery mecze trzeba wygrać i dopisać 12 punktów, a potem coś urwać z Bielskiem i Tychami. I będzie dobrze. Ale zmieńmy te podejście, bo pewnie zaraz piłkarze będą powtarzać, że nie umieją grać z dołem. Sezon temu umieli, bo Brzęczek wygrywał z dołem, jak leci.
Przez to, że od dwóch kolejek bronimy wicelidera zdobywając jeden punkt (słabość ligi!), mamy powtórkę sezonu poprzedniego. Zobaczcie sobie na tabelę po 28. kolejce wtedy. Trzeba bić na alarm i coś zmienić. Na razie dalej jesteśmy w grze, bo rywale są równie chujowi. Ale już gdzieś tam w oddali czeka Zagłębie z dobrą formą (oby do Głogowa) i nawet te Tychy, które grają na wiosnę świetnie i mają tyle punktów, ile Górnik rok temu.
Dodam jeszcze, że po 28. kolejkach mamy 47 punktów, czyli dokładnie tyle, ile sezon temu. A był już przecież moment, że drużyna Paszulewicza wyprzedziła team Brzęczka. Teraz się zrównali, a rok temu w 29. kolejce rozbiliśmy Tychy. Musimy więc wygrać w Olsztynie, by na pięć kolejek przed końcem sezonu mieć taką samą sytuację jak rok temu. A sami wiemy, jak rok temu się wszystko skończyło.
I mega mi żal tej frekwencji na Trybunie Głównej, bo od niepamiętnych czasów, to ona ciągnie nas w ostatnich spotkaniach i super robotę wykonuje klub, że ci ludzie tam przychodzą. A teraz może to pójść na marne.
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


Najnowsze komentarze