Felietony
Coś dla masochistów… (po raz drugi)
Co roku (a w zasadzie co pół roku) po ostatnim zakończonym meczu ligowym, w naszej redakcji zaczyna się czas dyżurów. Ma to na celu wzięcie odpowiedzialności przez każdego z redaktorów za pojawianie się newsów na stronie przez tydzień swojego dyżuru, ale z drugiej strony daje też możliwość odpoczynku od naszej społecznej pracy przez cały rok. Jak na nieszczęście, mojej skromnej osobie, przychodzi pełnienie pierwszego dyżuru. Czynię to z niekłamaną niechęcią, bo liga zakończyła się ponad tydzień temu, a ja muszę wrócić myślami i emocjami do tego, co niszczyło mnie przez ten rok. Czyli do drużyny piłkarskiej GKS Katowice. W tym tygodniu pojawią się podsumowania poszczególnych formacji w rundzie jesiennej, na początek jednak tradycyjny sprint przez 20 meczów tego sezonu, które już zostały rozegrane. Czytacie na własną odpowiedzialność, prosimy też odstawić jedzenie i napoje na czas lektury (dozwolone są tylko napoje wyskokowe – dla ukojenia).
Lista hańby
Do tejże listy kompromitacji w Pucharze Polski dopisana została Siarka Tarnobrzeg. Dzieciaki z Tarnobrzega okazały się lepsze od naszych zawodników, którzy w pewnej części byli nowi. Nie zrobili oni wiele, żeby na stadionie Siarki osiągnąć choćby remis. Grali niemrawo, bez wyrazu, ale wygrać z ekipą z drugiej ligi było obowiązkiem. Tak się nie stało i po tych wszystkich Luboniach, Zdzieszowicach i Niepołomicach, doszedł Tarnobrzeg.
Nie dojechaliśmy na pierwszą połowę. Gra się nam nie układała, byliśmy mało komunikatywni, nie pomagaliśmy sobie na boisku – powiedział po meczu trener Piotr Mandrysz.
Rekord świata
W takich kategoriach należy rozpatrywać wizytę kibiców pod szatnią piłkarzy już po meczu 1. kolejki. Frustracja osiągnęła swój szczyt, ale tak naprawdę to była symboliczna 35. kolejka poprzedniego sezonu – jeśli chodzi o emocje kibiców. Klęska w Pucharze i kompromitacja ze słabą Pogonią u siebie była ciosem. Do tego widzieliśmy, jak na tle naszych zblazowanych gwiazdek, poruszali się szybcy i żwawi zawodnicy Pogoni – nie było dla nich straconych piłek. W końcówce zdobyli zwycięskiego gola.
– Można zarzucić piłkarzom niedostatki umiejętności, ale nie można zarzucić, że nie chcieli, bylibyśmy nieuczciwi – swoją osobliwą wersję na temat zaangażowania wygłosił szkoleniowiec.
Blisko euforii
Po tak katastrofalnych meczach kibice dali piłkarzom szansę na wyjeździe w Legnicy. I piłkarze swoją – tym razem ambitną postawą – sprawili, że mecz został prawie wygrany. Mimo braków piłkarskich byliśmy zadowoleni z zaangażowania. Swoje zrobił Paweł Mandrysz, który po rajdzie zdobył bramkę. Niestety w doliczonym czasie gry wątpliwy karny dla Miedzi pozbawił nas wygranej.
– Oddaliśmy inicjatywę przeciwnikowi, ale nie starczyło nam argumentów, by w ofensywie przenieść ciężar gry na połowę przeciwnika w dłuższym wymiarze czasu – tym razem przytomnie wypowiadał się trener.
Bukową zdobywają już byle leszcze
Oczywiście to „leszcze” tylko na potrzeby tego artykułu. Bo piłkarze Puszczy byli kolejnymi poważnymi zawodnikami, z ambicją, pomysłem na grę, którzy na tle piłkarzy GKS pokazali się z dobrej strony i wygrali. Nasza twierdza przypominała wówczas domek z kart, co potwierdziło się zresztą w dalszej fazie sezonu.
– Ugrzęźliśmy w dole tabeli i taka jest prawda na chwilę obecną. Winę za taki stan rzeczy ponoszę ja jako trener – słowa szkoleniowca po spotkaniu.
Napastnik Prokić
Nawet jeśli Serb nie gra typowo w ataku, to najlepiej czuje się zbiegając do środka i jako rasowy napastnik wykańczając akcje. W Częstochowie GKS w końcu zagrał dobrze, szybko uzyskał dwubramkowe prowadzenie i wygrał.
– Gratuluję moim podopiecznym bo zagrali solidne spotkanie i zasłużenie zdobyli trzy punkty – pierwszy raz zadowolony mógł być opiekun piłkarzy GKS.
Jest iskierka nadziei
Prawdziwym sprawdzianem miało być spotkanie z Chojniczanką, czyli naszym rywalem do awansu z poprzedniego sezonu. GieKSa zagrał bardzo dobre spotkanie, zachowała czyste konto (co jak się później okaże – będzie rzadkością) i wygrała w pełni zasłużenie. Szalał Adrian Frańczak, który zapomniał, że nie umie grać w piłkę. Świetnie w defensywie i ofensywie. To było to spotkanie, które dało nam wielką nadzieję na kolejne spotkania.
– Paradoksalnie najtrudniejszym momentem był ten po strzeleniu gola, bo przywrócił się od razu film z dwóch dotychczasowych meczów na Bukowej. Obawiałem się, że znowu wypuścimy zwycięstwo z rąk, dzisiaj jednak graliśmy dobrze – mówił trener, a sytuacja na szczęście po raz trzeci się nie powtórzyła.
Żółwie lub piłkarzyki – jak kto woli
Oczekiwaliśmy, że po dwóch wygranych w dobrym stylu, z Odrą Opole będzie hat-trick. Niestety z ambicji i dobrej gry nic nie zostało. Mieliśmy snujących się ledwo na nogach zmęczonych życiem ludzi. To było ambicjonalne zero, na domiar złego ze straconą bramką w końcówce po fatalnym błędzie Midzierskiego i Abramowicza. Na swoje szczęście Midzier w końcówce po „ręce Boga” wyrównał i katowiczanie nie przegrali kolejnego meczu u siebie.
– Powiem tak – jeśli w trzech pierwszych spotkaniach zdobyliśmy jeden punkt, a teraz w trzech – siedem, to na pewno jest progres, aczkolwiek do pełni szczęścia zabrakło zwycięstwa – mówił Mandrysz.
Garbaty myli bramki, a my przegrywamy z najgorszą drużyną
Po sześciu meczach Wigry miały na koncie dwa remisy i cztery porażki. Trener Artur Skowronek nie wygrał meczu od 50 lat (oprócz meczu z GKS jako trener Olimpii). Więc najlepszym rozwiązaniem było przyjechać na Bukową, żeby sobie wygrać. Jednak Wigry były na tyle słabe, że Robin Hoodem postanowił być Damian Garbacik, który nieatakowany przez nikogo po prostu kopnął do własnej bramki. Szczyty kompromitacji zaczęły być coraz bardziej wygórowane.
– Tego nie wolno robić na żadnym szczeblu rozgrywek i w pierwszej lidze również – sensownie skonstatował trener Piotr.
Sosnowiec się śmieje, a Cygan ma dość
Chcieliśmy rehabilitacji na stadionie Ludowym, chcieliśmy też rewanżu za poprzedni sezon. Niestety znów dostaliśmy w tytę, przegrywając 0:3, a zawodnicy pozwolili, by nasz klub był wyzywany i obrażany. Nie wytrzymał tej zniewagi prezes Wojciech Cygan i po meczu podał się do dymisji. Późno, jak na upokorzenia, których musiał doświadczyć ze strony piłkarzy.
– Nie jesteśmy zadowoleni z tego, trzeba z tym żyć, chociaż szkoda, że głównym aktorem tego spotkania nie byli dzisiaj piłkarze – szkoleniowiec zrzucił odpowiedzialność za porażkę na sędziów.
Rozjechana defensywa
W Mielcu już do przerwy było 0:3. Nasi obrońcy grali kryminalnie. Nie pilnowali pozycji, a na domiar złego, zamiast blokować strzał Janoty z dystansu, chytali się za jajka, nie robiąc ruchu do przeciwnika. W drugiej połowie udało się wcisnąć dwie bramki, ale come backu z wiosny (wówczas 3:3) nie było.
– Druga połowa pokazała, że tak. Po pierwszej odpowiedź byłaby negatywna – odpowiedział trener na pytanie, czy z tego zespołu da się jeszcze coś wyciągnąć.
Już z ambicją, jeszcze z frajerstwem
W meczu z mocnym Chrobrym katowiczanie grali ambitnie i prowadzili już 2:0. Szczerze mówiąc przy takiej grze i prowadzeniu, nie mieli prawa wypuścić tego z rąk. Piłkarze GKS pokazali jednak, że niemożliwe nie istnieje i stracili dwie bramki z niczego.
– Przeszliśmy z nieba do piekła, bo jeden punkt w naszej sytuacji nas nie zadowala – mówił były zawodnik Pogoni Szczecin.
Sprinter Kędziora
W obecności ponad 700 kibiców GKS grał w zimnym Bytowie. To nie był jakiś wybitny pojedynek, ale znów przyzwoitość w kwestiach wolicjonalnych była zachowana. W końcu pierwszą bramkę zdobył Błąd, ale najbardziej godnym uwagi był sprint Wojciecha Kędziory po defensywnym stałym fragmencie – wiekowy napastnik odsadził wszystkich i strzelił w końcówce zwycięskiego gola.
– Gratuluję zawodnikom zaangażowania na boisku, ale nad jakością piłkarską musimy popracować, bo presja i stres wpływa na moich zawodników nie tak, jak powinna. To powoduje, że gramy nie tak, jak byśmy chcieli – mimo wygranej trener sygnalizował już pewne sprawy związane z psychiką zawodników.
Tym razem euforia
W Bielsku GieKSa grała średnio. Jednak szybko po stracie bramki udało się wyrównać. I gdy wydawało się, że mecz zakończy się remisem, świetnie w doliczonym czasie gry sytuację sam na sam wykorzystał Adrian Błąd. Zawodnik zdobył drugą bramkę z rzędu i wprowadził trybunę gości w euforię. Ten moment był chyba najjaśniejszym podczas całej jesieni i choć na chwilę dał nam radość.
– Gratuluję mojej drużynie, bo myślę, że piłkarsko zagraliśmy dzisiaj najlepszy mecz. Nie mówię tego tylko przez pryzmat wyniku, ale tego, że przeciwnik przez większość meczu miał z nami duże problemy – mówił szkoleniowiec, w czym też była prawda, bo Podbeskidzie miało problemy z konstruowaniem akcji.
Pewnie na rozgrzewce
W środku tygodnia GKS zagrał ostatni mecz przed derbami z Ruchem Chorzów. Dobra gra i pewna wygrana – trzecia z rzędu – dała nam świetne nastroje i duży optymizm przed pojedynkiem z Niebieskimi. Trzy punkty zostały odhaczone.
– Przesunęliśmy się do środka tabeli i to powinno dobrze wpłynąć na morale, to taki plusik, który mam nadzieję, ze będzie dużym plusem – powiedział Mandi senior.
Napluli w twarz, największy raz
Mecz z Ruchem Chorzów to była klęska i jeden wielki dramat. Wielka otoczka, nadzieję kibiców na to, że z odwiecznym, ale dawno niespotkanym rywalem, dodatkowo ostatnim w tabeli, będzie pewna wygrana. Niestety znów kopaczyny nie stanęły na wysokości zadania. Przerżnęli ten mecz już w pierwszej połowie, a mogło być 0:3 do przerwy. Oddali ten mecz bez takiej walki, jaką chcielibyśmy oglądać. Dali chorzowianom fetę po powrocie ich autobusu na Cichą.
– Z przebiegu spotkania zagraliśmy dobry mecz, a w drugiej połowie bardzo dobry – przytoczmy tylko ten cytat, który powoduje, że człowieka wygłaszającego takie opinie, nie powinno być w naszym klubie.
Sabotaż w Tychach
Pierwsza połowa z GKS Tychy – w momencie, gdy powinna być rehabilitacją za Ruch – była położeniem się na murawie. Była oddana bez 1% walki. Zawodnicy celowo nie angażowali się w grę i odpuścili to spotkanie. Słabo grające Tychy wygrały prestiżowy mecz, a kibice kolejnego kibicowskiego rywala mieli satysfakcję.
– Nie zgodzę się, że nie chcieliśmy. Może do przerwy tak – bo tak to wyglądało – nawet trener potwierdził, że piłkarzom się nie chciało.
Palec Kędziory
Z Olimpią gościom animuszu starczyło na 15 minut. Potem GKS ze słabiutkim rywalem robił co chciał i wygrał 2:0, a gol Kędziory był ozdobą spotkania i bramką roku w wykonaniu piłkarza GKS. Niestety potem pan gwiazdor uciszał kibiców przytykając palec do ust. Co po derbowych spotkaniach było mocno nie na miejscu.
– Wierzę głęboko, że z dwóch wyjazdów przywieziemy punkty, bo myślę, że na wyjazdach gra się nam łatwiej – jakże ciekawie wypowiedział się szkoleniowiec GKS Katowice, dając tym samym pstryczka w nos kibicom.
Szaleństwo Plizgi i Błąda
W wyjazdowym spotkaniu z Górnikiem GKS grał słabo, siermiężnie, topornie itd. Przegrywał znów z najsłabszą drużyną tej ligi, która i w tym meczu tę słabość potwierdzała. Na szczęście trener zrobił zmiany, które dały wygraną. Plizga i Błąd w ciągu kilku minut rozmontowali defensywę gospodarzy, swoje dołożył też Cerimagić. Po końcówce przypominającej Pogoń z 2011, katowiczanie zdobyli trzy punkty. Wszystko już po głupiej czerwonej kartce Kalinkowskiego.
– Pokazaliśmy hart ducha, zaangażowanie, poparliśmy to wieloma składnymi akcjami, które dały nam w pełni zasłużone trzy punkty – zgadzaliśmy się z trenerem jeśli chodzi o hart ducha, nie jeśli chodzi o sytuacje.
Rzut karny
W arktycznych warunkach w Siedlcach GKS nie grał źle, ale nie potrafił zdobyć gola z akcji. Z zespołem, który u siebie wygrał tylko jeden mecz. Więc zaraz po meczu było OK, ale potem oceniając na chłodno, pozostawał spory niedosyt.
– Remis połowicznie nas cieszy, bo przyjechaliśmy z nastawieniem zrewanżowania się gospodarzom za porażkę w pierwszej rundzie – szkoleniowiec nie krył połowicznej radości po tym spotkaniu.
Wygrana dająca iluzję
W ostatnim meczu roku GKS wygrał u siebie z mocną Miedzią i zakończył sezon z 6-punktową stratą do miejsca premiowanego awansem. Spłaszczona tabela daje informację, że jesień nie była taka taka zła. Ale to tylko złudzenie – wszystkie kluczowe mecze były przegrane. Wygrana z Miedzią zaciemnia obraz mało ambitnej drużyny.
– Ruchy personalne determinuje wynik, my dziś kończymy rundę i na pewno w najbliższych dniach będziemy analizować kadrę i ewentualne możliwości uzupełnienia kadry. Jestem przeciwnikiem rewolucji, w lecie to miało miejsce. Jestem zwolennikiem drobnych retuszy bo czas działa na korzyść zespołu. Nieprzypadkowo przez pierwsze 10 spotkań zdobyliśmy 9 punktów a w kolejnych 19. Progres jest więc duży i byłbym ostrożny by teraz mówić kogo chcemy a kogo nie chcemy w zespole. Mamy swoje przymiarki, ale życie pokaże co z tego wyjdzie – słowa trenera po spotkaniu z Miedzią tylko zmroziły krew w żyłach.
Wszystkim, którzy dotrwali do końca gratulujemy i nie zazdrościmy masochizmu. Pisanie tego artykułu było udręką. Niech to podsumowanie będzie też pewnym przypomnieniem, że wielokrotnie ta drużyna nas kibiców zwyczajnie upokorzyła. I te minus sześć punktów to jest tylko matematyka. A tak naprawdę ta ekipa nie ma przyszłości, po przyjdą kolejne kluczowe lub prestiżowe mecze i znów będzie jak zawsze…
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Piłka nożna
Gabriel Kobylak 2028
GKS Katowice zdecydował się na transfer definitywny Gabriela Kobylaka z Legii Waszawa. 24-letni bramkarz podpisał z nami umowę do końca czerwca 2028 roku. Kontrakt zawiera opcję przedłużenia o kolejny sezon.
Kobylak występował w podkarpackich drużynach młodzieżowych (Zgoda Zarszyn, Orzeł Bażanówka, Ekoball Sanok i Karpaty Krosno). W 2018 roku trafił do Legii, gdzie najpierw grał w rezerwach a następnie został wypożyczony do Puszczy Niepołomice (2020-22) oraz Radomiaka Radom (2022/23 i wiosna 2024). Po sezonie 2023/24 wrócił do Legii Warszawa, ale nie przebił się na stałe do pierwszej jedenastki. Ze stołeczną drużyną zdobył Puchar i SuperPuchar Polski.
W ostatnim sezonie wystąpił w 8 spotkaniach (6 w rezerwach Legii w III lidze, 1 w Lidze Konferencji i 1 w Pucharze Polski). Na poziomie Ekstraklasy ma rozegrane 47 spotkań, a na jej zapleczu – 50. Ma także skromne doświadczenie pucharowe – wystąpił w 6 meczach w Lidze Konferencji (w tym 1 w eliminacjach).
Życzymy powodzenia w naszych barwach!
Foto: GKSKatowice.eu
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.


Cierpliwy
4 grudnia 2017 at 22:26
Górnik bedzie mistrzem,niebieskie bankruty spadną a MY dalej bedziemy w tej buraczanej 1lidze
Mecza
5 grudnia 2017 at 11:46
Ja się zgadzam z trenerem. Potrzeba stabilizacji i to wystarczy do poprawy wyników. Kolejna rewolucja nawet gdyby przyszło 5 wyróżniających się zawodników z ekstraklasy przyniesie odwrotny skutek od zamierzonego. Nie przypadkowo u nas każdy notuje zjazd i kadra wydaje się przeciętna bo zanim zaskoczy gra to u nas jest już „jazda” Pisałem już, w czubie są Ci gdzie jest stabilizacja, to wystarcza aby beniaminek jechał z większością.
artur
5 grudnia 2017 at 18:04
Mecza prosza cię skończ te głupoty, pojadą do Turcji po tę twoją stabilizację a na koniec sezonu będą się z ciebie śmiać
Mecza
5 grudnia 2017 at 18:36
Arturze akurat co do Turcji jestem przeciwny. Powinni po górach zapieprzać po kolana w śniegu a później formę szlifować w błocie. Wrócą i będą zerkać czy im nowe, kolorowe buty się nie pobrudziły.
Dziadek
5 grudnia 2017 at 21:35
Mając w pamięci trzy ostatnie wiosny „murowanego kandydata”, aż boję się mysleć o kolejnej…