Piłka nożna
Czas wziąć się do pracy
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat dzisiejszego meczu Stal Rzeszów – GKS Katowice.
1liga.org – Zapowiedź 14. kolejki Fortuna 1 Ligi
[…] Stal Rzeszów – GKS Katowice, niedziela 5 listopada, godz. 15:00
W Rzeszowie dojdzie do ważnej potyczki. Stal Rzeszów, która ma trzy punkty przewagi nad strefą spadkową, rywalizować będzie z GKS-em Katowice. Przewaga katowiczan nad strefą zagrożenia to pięć „oczek”. Obie drużyny sąsiadują jednak ze sobą w tabeli Fortuna 1 Ligi. Ten, kto odniesie ewentualne zwycięstwo, będzie mógł głęboko odetchnąć. Oba zespoły na pewno dadzą z siebie wszystko, bo w tym przypadku każdy punkt jest na wagę złota.
sportdziennik.com – Czas wziąć się do pracy
Po porażce z Polonią Warszawa GKS wydłużył fatalną serię meczów bez zwycięstwa. Kibice z Katowic odliczają kolejne spotkania, w których ich ulubieńcy zawodzą. Aktualnie licznik zatrzymał się na 7 spotkaniach ligowych, w których podopieczni trenera Rafała Góraka zdobyli zaledwie trzy punkty, ani razu nie wygrywając. Pojedynek z warszawianami miał być tym „na przełamanie”, jednak do tego nie doszło. Atmosfera wokół zespołu jest jeszcze gorsza niż była, o czym też informował sam szkoleniowiec katowiczan podczas pomeczowej konferencji prasowej.
– Dzisiaj w szatni mamy mentalne zgliszcza. Ważne jest, aby drużynę podnieść i w jakiś sposób dopingować ją w tym. Nie mówię tego, żeby piłkarzy usprawiedliwiać, bo to oni grają i biorą na siebie odpowiedzialność za porażkę. Zdają sobie sprawę z tego, że zawiedli, że nikt nie jest szczęśliwy. Nie chodzi o to, żeby ich głaskać, tylko trzeba powiedzieć po męsku, w oczy, co nie funkcjonuje tak, jakbyśmy chcieli. Trzeba brać się do roboty i stanąć naprzeciw wszelkim niedogodnością – stwierdził 50-letni trener.
Czy zespół rzeczywiście będzie w stanie się podnieść? O tym przekonamy się już w niedzielę w Rzeszowie. To właśnie na spotkanie ze Stalą wyjeżdżają piłkarze z Górnego Śląska. Czy będzie to łatwy mecz? Zależy, jak na to spojrzeć. Po ostatniej przerwie reprezentacyjnej rzeszowianie zremisowali z Zagłębiem Sosnowiec oraz ponieśli porażkę w Gdańsku z Lechią. Jednak patrząc na sytuację Stali z drugiej strony, w środku tygodnia byli w stanie wyeliminować z Pucharu Polski ekstraklasową Puszczę Niepołomice. Skoro stać ich było na to, stać ich również będzie na przeciwstawienie się GieKSie, która jest w niezwykle trudnej, żeby nie napisać dramatycznej, sytuacji.
Po niektórych spotkaniach GKS-u w tym sezonie Rafał Górak zwracał uwagę na fakt, że zespół wcale nie zasługiwał na porażkę, bądź remis. Zauważał, że nie zawsze słaby wynik odzwierciedlał to, jak radził sobie jego zespół na boisku. Jednak koniec końców najważniejsze są trzy punkty, o czym także mówił na niedawnej konferencji szkoleniowiec katowickiego zespołu.
– Wielokrotnie byliśmy bardzo blisko zdobycia trzech punktów, ale to się nie udawało. To zawsze w drużynie wzmaga niepewność i nie jest dobrze, jak drużyna traci rozpęd. Rzeczywiście dobrze weszliśmy w sezon, wyglądało wszystko bardzo dobrze, a ilość zdobywanych bramek była kluczem do tego, aby punkty zdobywać – stwierdził trener Górak, powracając pamięcią do sytuacji GKS-u po pierwszych sześciu kolejkach sezonu, gdy był najskuteczniejszym zespołem w lidze. Teraz katowiczanie znajdują się w zupełnie innej rzeczywistości. W siedmiu ostatnich meczach zdobyli zaledwie 3 gole, wszystkie z nich na wyjeździe.
Ciekawym zajęciem wydaje się analiza jednostek, jakie znajdują się w składzie GKS-u. Oczywiście cały zespół gra źle i celem skupienia się na jednym piłkarzu nie jest stworzenie z niego kozła ofiarnego, a ma być zademonstrowaniem marazmu, w jaki popadli katowiczanie. Na tapet weźmy Mateusza Maka. 31-latek dołączył do zespołu latem, żegnając się z ekstraklasową Stalą Mielec. Na papierze wyglądał jak fantastyczne wzmocnienie składu i już w swoim drugim meczu w GieKSie pokazał, co potrafi.
Zdobył dwa gole w spotkaniu z Chrobrym, a w piątej kolejce dołożył kolejne trafienie w Pruszkowie. Później przyszła kontuzja (ominęły go dwie kolejki), a po jej wyleczeniu Mak nie prezentuje już wysokiego poziomu. Co więcej, w ostatnich dwóch pojedynkach (z Górnikiem Łęczna i Polonią Warszawa) utracił miejsce w pierwszym składzie. Jeśli nawet tak doświadczony (i w miarę ceniony w Polsce) zawodnik nie jest w stanie wyróżniać się w GKS-ie, to oznacza, że drużynę czeka naprawdę sporo pracy, żeby wrócić do dobrej dyspozycji.
podkarpacielive.pl – Stal Rzeszów zagra z GKS-em Katowice
[…] Biało-niebiescy przystąpią do niedzielnego starcia w dobrych humorach po zwycięstwie nad ekstraklasową Puszczą Niepołomice.
Stal Rzeszów długimi momentami przeważała w tym meczu, do tego pomimo gry w osłabieniu przez ostatnie pół godziny, w niczym nie ustępowała faworyzowanym rywalom.
Karol Łysiak, Jesus Diaz czy Milan Simcak, do tego bardzo pewnie bronił Gerard Bieszczad. Może mieć to bardzo ważne znaczenie w kontekście rywalizacji z katowiczanami, którzy o 2 oczka wyprzedzają podopiecznych Marka Zuba.
Diametralnie inne nastroje panują przy Bukowej. Udany początek sezonu (14 pkt. w siedmiu potyczkach) wydaje się odległą historią przy dwóch remisach i czterech porażkach w kolejnych pojedynkach.
Piłkarze Rafała Góraka mogą szukać oparcia w historii: w ostatnich siedmiu starciach, tylko raz ulegli najbliższym oponentom, zaś w zeszłym sezonie dwukrotnie podzielili się z nimi punktami.
W składzie GKS-u można znaleźć zawodników, którzy mają za sobą występy w podkarpackich drużynach, jak choćby Michał Mak (ex aequo z Sebastianem Bergierem i Grzegorzem Rogalą- najlepszy strzelec zespołu) czy Przemysław Pęksa, który w ubiegłorocznych rozgrywkach reprezentował rzeszowski klub.
Wprawdzie obie ekipy znajdują się na bezpiecznych miejscach w tabeli, to jednak muszą zwracać uwagę na to, co dzieje się za ich plecami. Stąd też na stadionie przy ul. Hetmańskiej można spodziewać się zaciętego widowiska.
nowiny24.pl – Trener Stali ma do wyrównania rachunki z GKS-em Katowice. Pół Rzeszowa czeka na przełamanie Jesusa
– GKS dawno nie wygrał, ale z moich obserwacji wynika, że to drużyna bardzo dobrze zorganizowana, ze stabilnym składem, która przyjedzie do Rzeszowa mocno zdeterminowana – mówi Marek Zub, trener Stali Rzeszów.
Biało-niebiescy w Fortuna 1 Lidze ostatnio wyhamowali (punkt w 2 meczach), ale przed starciem ze Ślązakami dobrze się nastroili, bo w przekonujący sposób wyeliminowali z Pucharu Polski ekstraklasową Puszczę Niepołomice (1:0, ale zasłużone).
[…] Do Rzeszowa przyjedzie drużyna, która 26 sierpnia wypunktowała Resovię (3:0), po czym przez dwa miesiące zanotowała siedem meczów bez zwycięstwa, uzyskując w tym czasie jedynie trzy remisy.
– Początek rozgrywek był dla GKS-u obiecujący – kontynuuje coach stalowców. – Potem wpadli w dołek. Nie ma jednego powodu tych kłopotów, bo tracą bramki w różny sposób. Po błędach indywidualnych, ale też po stałych fragmentach gry.
Katowiczanie opadli tym samym na 12. miejsce w tabeli, stali się sąsiadem naszego zespołu, który ma na koncie 16 punktów. Dorobek stalowców jest o dwa „oczka” mniejszy, co stanowi dla nich oczywistą, dodatkową motywację do walki o pełną pulę.
Nie będę mówił, że chcemy zagrać od początku agresywnie, siąść na rywala. Planem jest zagrać mądrze, reagować odpowiednio do boiskowych wydarzeń. Myślę też, że przeciwnik też nie będzie ryzykował, bo kilkoma meczami zapracowaliśmy sobie na respekt – ocenia Marek Zub.
W zespole znad Wisłoka nie wystąpi po raz kolejny Szymon Łyczko (wyjechał z kadrą U’17 na mistrzostwa świata), po kontuzji do treningów wrócił już Szymon Kądziołka.
Trenera Stali zapytaliśmy tradycyjnie o przeszłość, czyli o skojarzenia z GKS-em z jego zawodniczej kariery. – Pamiętam, że jako piłkarz Igoopolu Dębica grałem w ekstraklasie mecz przeciw katowiczanom, który przegraliśmy, a ja miałem udział przy straconej bramce. Mam nadzieję, że w niedzielę wyrównam rachunki – uśmiecha się coach biało-niebieskich.
– Była też sytuacja, że miałem kontakt z Marianem Dziurowiczem, legendarnym prezesem katowickiego klubu. Miało to miejsce, gdy przyjechałem z Dębicy na testy do GKS-u, który trenował wtedy Orest Lenczyk. Pojawił się tam wtedy także Tomasz Tułacz. Ostatecznie spędziłem kilka dni w hotelu, na boisko nie wyszedłem, a z transferu nic nie wyszło – wspomina trener rzeszowian.
[…] Adler Da Silva ma trzy gole, Sebastien Thill otworzył swoje konto bramkowe, ale za nic w świecie nie może się przełamać Jesus Diaz, choć okazje na to ma właściwie w każdym meczu.
– Hmm, ja czekam, on czeka, pół Rzeszowa czeka na bramkę Jesusa. Gdy w końcu trafi do siatki, będzie to dla niego zbawieniem – zażartował Marek Zub.
A poważnie mówiąc, jeśli po pojedynku z GKS-em będziemy w podobnych nastrojach jak po meczu z Puszczą, to ten tydzień będzie można uznać za bardzo udany. Nawet mimo tego, że nie przywieźliśmy żadnego punktu z Gdańska dodał szkoleniowiec naszego pierwszoligowca
W poprzednim sezonie stalowcy dwukrotnie remisowali z GKS-em; 0:0 w Katowicach, następnie 1:1 u siebie.
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna
Górak: Gra o finał to wielka duma
Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać. Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.


Najnowsze komentarze