Felietony
Danie im do pilnowania rybek w akwarium byłoby błędem
Trudno w to uwierzyć, ale w obecnym sezonie w formacji obrony grało aż jedenastu zawodników. Można więc powiedzieć, że w ustawieniu z czwórką w obronie zestawilibyśmy niemal trzy takie składy, a z piątką – dwa. Ilość defensorów pokazuje jak wielki był brak stabilizacji w liniach obronnych, jak duże były rotacje i w konsekwencji – jak defensywa okazała się nieskuteczna. Łagodnie mówiąc. Tak naprawdę była dziurawa jak szwajcarski ser.
Na początek kilka liczb. W 21 meczach ligowych i 2 Pucharu Polski, katowiczanie stracili 30 bramek, co daje średnią 1,3 straconej bramki na mecz. Pięciokrotnie udało się zachować czyste konto, osiem razy nasi bramkarz wyjmowali piłkę z siatki jeden raz w meczu, w dziewięciu przypadkach były to dwa strzelone gole przeciwników i raz zdobyli oni w meczu cztery bramki. Jak wyglądała nasza obrona – każdy widział i choć wspomniana średnia 1,3 bramki straconej na mecz nie stawia obrońców w dobrym świetle, to fakt, że tylko raz dali sobie wbić więcej niż dwa gole jest zaskakujący. Można więc powiedzieć z przekąsem, że przynajmniej w tym temacie defensywa wykazała dużą stabilizację, w 17 na 23 spotkania tracąc jednego lub dwa gole.
Obrona zawodziła jako całość, ale swój udział mieli w niej oczywiście pojedynczy zawodnicy. Jedni mniejszy, jedni większy, zarówno w kontekście czasu spędzonego na boisku, jak i samej jakości gry. Warto też pamiętać o zmianie ustawienia, jakie wprowadził trener Dariusz Dudek po objęciu funkcji pierwszego trenera. Role na boisku nieco się zmieniły i wyjąwszy mecz z GKS Tychy – można powiedzieć, że przejście na piątkę obrońców nieco poprawiło grę zespoły w defensywie.
Tym, który rozegrał najwięcej minut, jeśli chodzi o obrońców, był – i tu zaczynamy z naprawdę grubej rury – Wojciech Lisowski. W głowie się nie mieści, że to właśnie ten zawodnik był najczęstszym uczestnikiem formacji obronnej, ale skoro tak – to naprawdę nie możemy się dziwić, że GieKSa jest w tym miejscu, w którym jest. Lisowski nie był poddawany większej krytyce w pierwszych meczach sezonu, można powiedzieć – nieźle się uchował. A to bowiem wielkie babole robił Simon Kupec, a to GieKSa zdobyła trochę punktów i nieźle grała. I choć nie można powiedzieć, że Wojciech grał pierwsze skrzypce, to na tamten czas niczego nie psuł. Pierwszy moment zastanowienia przyszedł w Częstochowie, gdzie zawodnik raził swoją drewnianą techniką i praktycznie każdy moment, w którym miał piłkę przy nodze, był ślepym losem, czy zagra w miarę poprawnie czy zaliczy jakieś koszmarne podanie. Niestety tych drugich było więcej, ale przynajmniej w rozegraniu, a nie bezpośrednio pod swoją bramką. W każdym razie od spotkania z Rakowem wszystko się posypało, mit „pracującej maszyny” runął i stał się jedynie ironicznym określeniem gry Lisowskiego, gdy popełniał coraz to bardziej katastrofalne błędy. Co ciekawe, szkoleniowcy nie wychwycili jego problemów na prawej obronie i nieodpowiedzialnie zaczęli go wystawiać na środku defensywy. I to dopiero wówczas zaczął się sajgon. W meczu pucharowym z Pogonią co prawda strzelił pewnie decydującego karnego, ale wcześniej kompletnie nie radził sobie z dynamicznymi rywalami i po jego błędach mieli 2-3 znakomite sytuacje. Szczęścia nie miał już w ligowym starciu z Niecieczą, kiedy tak żenująco krył przeciwników przy obu akcjach bramkowych, że nie mieli oni problemów ze skierowaniem piłki do siatki. To nie był jednak jeszcze szczyt możliwości popularnego „Lismena”. Tę próbkę dał w kolejnym meczu, ze Stalą Mielec, kiedy olewacko podawał za lekko do Pawełka, rywal przejął piłkę i strzelił gola. Lepiej nie było i w kolejnym spotkaniu z Garbarnią, kiedy to pomylił dyscypliny i wpadł w mającego praktycznie już piłkę w rękach golkipera, po czym padł gol dla rywali. Trener Dudek powoli zaczął się orientować, że z Lisowskim tej ligi nie zawojuje, ale jeszcze trochę wody w Wiśle musiało upłynąć. Całkiem dobry taktycznie mecz z Jagiellonią, indywidualnie w wykonaniu Lisowskiego był skandaliczny. Zawodnik sobie kompletnie nie radził, prokurował groźne sytuacje dla rywali, a na koniec naprawdę idiotycznym faulem w polu karnym zniweczył szansę na awans. Tego było już za wiele. Zawodnik stracił miejsce w składzie. Poza symbolicznym udziałem w końcówce meczu z ŁKS (ale za jego bytności na boisku rywale mieli dwie setki, tym razem… nie z jego winy), zagrał cały mecz w spotkaniu z Sandecją – i tym razem wyjątkowo większych błędów nie popełnił. Patrząc z perspektywy całej rundy, był to jednak jeden z najgorszych okresów pojedynczego zawodnika. Jego gra, jak i wystawianie go trenerów, którzy przecież widzieli, jak się „spisuje”, to był istny sabotaż.
Kolejnym zawodnikiem z największą liczbą minut jest Rafał Remisz. Tu już tak długiego opisu nie będzie, bo w sumie… nie wiadomo, o czym pisać. Zawodnik jest jedną z najbardziej bezbarwnych postaci w historii GKS Katowice. Trudno nawet powiedzieć, jak wygląda i jaki ma głos. Mimo tak wielu straconych bramek, zazwyczaj nie był bezpośrednio zamieszany w ich utratę, mimo tego przecież, że był stoperem w ustawieniu z czwórką i najbardziej środkowym obrońcą, w ustawieniu z piątką defensorów. W zasadzie najbardziej można go zapamiętać z dwóch sytuacji. Pierwsza miała miejsce w Nowym Sączu, kiedy to po rozgrzewce zawodnik poinformował trenera Paszulewicza, że nie jest w stanie grać. Sytuacja była o tyle dziwna, że wedle słów szkoleniowca, zawodnik nie zgłosił żadnego urazu. Skończyło się na tym, że Remisz za kadencji Paszulewicza już prawie nie pograł, pojawił się na boisku jedynie w Głogowie w wyniku kontuzji Jakuba Wawrzyniaka i rozegrał cały mecz z Odrą Opole. Powrót do składu – już za Jakuba Dziółki i potem Dariusza Dudka, nastąpił na dobre. I można się zastanowić, czy wspomniany brak zamieszania w większość straconych goli to wybitne umiejętności zawodnika, czy może jednak w jakiś sposób unika on gry? Powiedzmy sobie bowiem szczerze – spektakularnych interwencji czy konkretnego czyszczenia u niego nie uświadczyliśmy. Trudno go wręcz oceniać w jakikolwiek sposób, tak jest niewyraźny. Jedynym meczem, w którym rzeczywiście się „popisał” było spotkanie z Wartą Poznań. Zawalił przy obu golach, a przy drugim usiadł na czterech literach i tym samym zasłonił Pawełkowi widok piłki, uniemożliwiając tym samym sensowną interwencję.
Adrian Frańczak, czyli nasz Atmosferić, a drugie nazwisko – Zapchajdziurić. Tajemnicą jest, dlaczego ten zawodnik przez tyle lat gra w GKS. Bardzo sympatyczny, budujący atmosferę, ale na boisku zazwyczaj przeciętny albo słaby. Jesienią był przeciętny, nie popełniając wielu kiksów. Problem w tym, że pamiętamy zawodnika z przeszłości, kiedy włączał się do akcji ofensywnych, notował asysty, strzelał gole. Dobrze wykonywał stałe fragmenty. Od długie czasu jednak tego z małymi wyjątkami nie ma (choć te wyjątki były) i piłkarz nie niweluje swoich braków defensywnych czymś ekstra w przodu. Jako zaprzeczenie tego, akurat w swoim pierwszym meczu z Tychami zanotował bardzo dobrą asystę przy golu Rumina, ale dla odmiany zawalił bramkę i to w momencie, kiedy GieKSa miała sporą przewagę, a Tychy zrobiły jeden wypad. Kolejne spotkanie – z Sandecją było już bardzo słabe, a trzeba dodać, że w Nowym Sączu zawodnik przeszedł na lewą stronę defensywy. Po Sandecji przez kilka kolejek nie grał i wrócił dopiero na Głogów, gdzie znów miał udział przy straconej bramce. W meczu z Odrą zaliczył kolejną asystę. W grze piątką grał w końcówce rundy jako jeden ze środkowych. Jego postawa była po prostu przeciętna, nie dawał nic wielkiego zespołowi, nie psuł też jakoś wyraźnie. No może poza meczem z ŁKS kiedy dostał czerwoną kartkę i od tego czasu łodzianie przypuścili szturm na naszą bramkę. Od razu przypomniał się pierwszy mecz w tym roku, kiedy to również zawodnik wyleciał z boiska – w meczu z Rakowem – i rywale tylko cudem nie doprowadzili wówczas do wyrównania.
Tymoteusz Puchacz to zawodnik, który zaczął ten sezon jeszcze w ekstraklasie w barwach Zagłębia Sosnowiec. Debiut w GieKSie zaliczył dopiero w 10. kolejce w meczu z Chrobrym Głogów. Od początku mieliśmy jasną obserwację – zawodnik nie radzi sobie w defensywie, za to w ofensywie robi sporo wiatru, jest ambitny i nie boi się brać odpowiedzialności. Dowodem tego była strzelona bramka już w drugim meczu w GKS – na Bukowej z Odrą Opole. Słabiznę w defensywie było widać choćby w kolejnym meczu z Puszczą czy pucharowym pojedynku z Pogonią. Generalnie cały jego pobyt w GKS, co pisaliśmy po niemal każdym meczu, to właśnie żal, że wystawiany jest na obronie, gdzie interweniuje często bez ładu i składu, „na raz”, przez co jest ogrywany przez przeciwników. Oczywiście nie było to już tak widoczne po przejściu na grę piątką obrońców, kiedy ta odpowiedzialność jest odrobinę mniejsza, odległość od pola karnego większa, a gra – szersza. Mimo to nie ustrzegł się fatalnego błędu, wynikającego chyba z nieogarnięcia, kiedy nie wyskoczył za drugą piłką w Tychach, w sytuacji, w której Keon Daniel strzelił gola. Na ostatnie dwa mecze trener Dudek zrobił w końcu to, co wszyscy kibice widzieli, że trzeba było zrobić 10 tygodni wcześniej – czyli wystawił Puchacza w pomocy. Z korzyścią dla zespołu i oby tak zostało.
Kacper Tabiś większą część rundy spędził oczywiście w pomocy, ale przy przejściu na piątkę obrońców, trener Dudek zaczął go wystawiać jako skrajnego prawego defensora i na grze na tej pozycji skupimy się w tym artykule. Zaczął całkiem dobrze w meczu z Podbeskidziem, naprawdę kilkoma interwencjami w destrukcji, ambitnymi, pokazał się z dobrej strony. W końcówce opadł z sił. Z Tychami już tak dobrze nie było, ba – było słabo i niewidocznie. Zarówno w defensywie, jak i ofensywie, co dodatkowo działa na minus zawodnika, bo trener Dudek przeszarżował nieco z taktyką w pojedynku derbowym – mimo to Tabiś nie zaistniał w ogóle. Z ŁKS i Sandecją było już słabo lub przeciętnie. Można więc powiedzieć, że tylko z Podbeskidziem coś pokazał na tej pozycji, ale to chyba za mało i należałoby się zastanowić, czy to dobry pomysł, by zawodnik tam występował.
Jakub Wawrzyniak, były reprezentant Polski, ściągany z dużymi nadziejami. A jednak jego wejście do drużyny było kuriozalne. Zawodnik sam mówił w wywiadach, a i było mówione przez trenera, że potrzebuje sporo czasu na dojście do dyspozycji fizycznej. I gdy wydawało się, że poczekamy na niego jeszcze kilka tygodni, nagle jak wyskoczył jak królik z kapelusza w pierwszym składzie na mecz z Jastrzębiem. Efektem tego było to, że już w trzecim meczu odniósł kontuzję, która wykluczyła go z gry na miesiąc. Wrócił na debiut Dariusza Dudka w Mielcu. Niestety te trzy spotkania (Stal, Garbarnia, Warta) były tak słabe, jak gra całego zespołu. Wawrzyniak popełniał błędy i momentami grał jak nieopierzony junior. Można było się zastanawiać, czy to rzeczywiście jest wzmocnienie. W Bytowie dodatkowo strzelił samobója, ale zrehabilitował się trafieniem do właściwej bramki. W poprzedzającym ten mecz spotkaniu z Jagą było naprawdę nieźle i w ogóle trzeba przyznać, że zawodnik się poprawił. Dobry mecz w Bielsku, w Tychach zszedł z boiska w przerwie z kontuzją ręki, ale do tego czasu nic nie zepsuł. Plus dwa przyzwoite mecze na koniec. Można więc powiedzieć, że z meczu na mecz było coraz lepiej, choć to zdecydowanie jeszcze nie jest to.
Mateusz Kamiński, pechowiec, który skończył sezon poważną kontuzją w środku rundy. Zawodnik zagrał dokładnie dziesięć spotkań i trzeba przyznać, że w przekroju wszystkich obrońców wypadł może i najlepiej. Oczywiście zdarzały się dziwaczne interwencje zakończone utratą bramki, jak choćby w Częstochowie, ale w przekroju całej jego bytności na boisku nie wyglądało to źle. Zawodnika już od kilku lat nie powinno być w GKS z prawdopodobnych powodów pozasportowych i „dokonań”, ale jeśli zwrócimy uwagę tylko ja jego grę w rundzie jesiennej, to był to najlepszy obrońca.
Simon Kupec, czyli zawodnik, z którym już się pożegnano. Prawda jest taka, że za takie transfery ktoś powinien w klubie ponosić drastyczne konsekwencje. Najpierw Słowak łamał sobie nogi przy próbach interwencji, dwie pierwsze kolejki były koszmarne w jego wykonaniu i co był przy piłce, groziło to golem dla rywali. Miał sporo szczęścia, że te gole nie padły. Zawodnik jednak stracił miejsce w składzie i wrócił tylko „na chwilę” na mecz z Wigrami. Potem co ciekawe dostał dwukrotnie szanse w meczach Pucharu Polski i nie wyglądało to źle – ale w lidze na niego już nie stawiano. Zagrał tylko w koszmarnej drugiej połowie w Tychach i tyle go w Katowicach widziano. Można się tylko zapytać – panie Bartnik, po cholerę go ściągałeś?
Wojciech Słomka, ech… Jakiś wyrzut sumienia Paszulewicza. Początkowo zagrał ogony w pomocy i nagle po kilku kolejkach… trener wystawił go na lewej obronie z Rakowem. Było to tak głupie i niezrozumiałe i musiało przynieść negatywne konsekwencje. Słomka był beznadziejny, prokurował groźne akcje gospodarzy, olewacko nie wracał do defensywy po akcji ofensywnej, a na koniec meczu podał przeciwnikowi, który strzelił gola. Co gorsza Paszulewicz wystawiał go dalej i znów był koszmar z Jastrzębiem. Dopiero po trzecim słabym meczu – w Chojnicach – Paszulewicz poszedł po rozum do głowy. A Słomka zagrał w GKS jeszcze tylko kilkadziesiąt minut i wystarczy. Psychicznie go już nie złamie nikt.
Ciekawą postacią w perspektywie tej rundy był Tomasz Midzierski. Wskoczył do składu za Remisza w Nowym Sączu, choć wydawało się, że w GieKSie już nigdy nie zagra. Wystąpił trzy razy przez pełne 90 minut i były to dobre mecze kapitana. Zawodnik nie raził nieporadnością tak, jak w poprzednim sezonie. I oczywistym jest, że prywatne rozgrywki nie pozwoliły mu grać więcej, bo Paszulewicz czym prędzej „pogonił” go z klubu.
No i na koniec Mateusz Mączyński, zawodnik, który wrócił po bardzo długiej kontuzji na dwa ostatnie mecze. Zaprezentował się w nich ambitnie i przyzwoicie, choć wybicie piłki na rzut rożny z ŁKS, w niegroźnej sytuacji, w konsekwencji dało rzut karny gościom. Dobrze, że jednak wrócił i może w końcu nam się lewa strona ustabilizuje.
Tak wyglądali wszyscy obrońcy w GKS Katowice jesienią 2018. Niestety w najlepszym przypadku można o niektórych przypadkach, że było przeciętnie. W większości jednak było źle, a w kilku przypadkach – koszmarnie. Nie ma co gadać, obrona GKS w tej rundzie była taka, że nie zatrudnilibyśmy ich do pilnowania domu czy jakiegokolwiek innego stróżowania. Groziłoby to powiem tym, że potencjalny złodziej nie tylko wyniesie z domu wszystko, co jest do wyniesienia. Nie tylko wyłowi rybki z akwarium i splądruje cała lodówkę. Ale pewny byłby także demontaż całego budynku i przewiezienie go w częściach na handel za granicę. Z siedzącym na fotelu, popijającym drinka Wojtkiem Lisowskim i spółką, którzy zanim zorientowaliby się, co jest grane, sami zostaliby sprzedani na Zachodzie. Kto wie, może nawet do jednego z klubów Bundesligi. Ósmej Bundesligi Mistrzów.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Pogonią
Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.
1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.
2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊
3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.
4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.
5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.
6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.
7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.
8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.
9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.
10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.
11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.
12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.
13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.
14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.
15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.
16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.
17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.
18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.
19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.
20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.
21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.
22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.
23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.
24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.
25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.
26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.
27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.
28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.
29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.
30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.
31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.
32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.
33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.
34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.
35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊
36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.
37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.
38. GieKSa w Europie!







































q2
17 grudnia 2018 at 20:10
Żeby analizować i opisywać obronę naszej drużyny, trzeba mieć gen masochisty albo na serio nudzić się.
Shellu
17 grudnia 2018 at 20:56
Albo po prostu mieć to w swoich redakcyjnych obowiązkach. Niestety.
q2
18 grudnia 2018 at 00:24
Obowiązek obowiązkiem ale nie ma co być nadgorliwym.
Luk
20 grudnia 2018 at 00:17
Az miło się czytało. Można było lać ze śmiechu. Ale pewnie ciężko opisuje się takie 'dokonania’. Zostają tylko sarkazmy.