Dołącz do nas

Felietony

Danie im do pilnowania rybek w akwarium byłoby błędem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Trudno w to uwierzyć, ale w obecnym sezonie w formacji obrony grało aż jedenastu zawodników. Można więc powiedzieć, że w ustawieniu z czwórką w obronie zestawilibyśmy niemal trzy takie składy, a z piątką – dwa. Ilość defensorów pokazuje jak wielki był brak stabilizacji w liniach obronnych, jak duże były rotacje i w konsekwencji – jak defensywa okazała się nieskuteczna. Łagodnie mówiąc. Tak naprawdę była dziurawa jak szwajcarski ser.

Na początek kilka liczb. W 21 meczach ligowych i 2 Pucharu Polski, katowiczanie stracili 30 bramek, co daje średnią 1,3 straconej bramki na mecz. Pięciokrotnie udało się zachować czyste konto, osiem razy nasi bramkarz wyjmowali piłkę z siatki jeden raz w meczu, w dziewięciu przypadkach były to dwa strzelone gole przeciwników i raz zdobyli oni w meczu cztery bramki. Jak wyglądała nasza obrona – każdy widział i choć wspomniana średnia 1,3 bramki straconej na mecz nie stawia obrońców w dobrym świetle, to fakt, że tylko raz dali sobie wbić więcej niż dwa gole jest zaskakujący. Można więc powiedzieć z przekąsem, że przynajmniej w tym temacie defensywa wykazała dużą stabilizację, w 17 na 23 spotkania tracąc jednego lub dwa gole.

Obrona zawodziła jako całość, ale swój udział mieli w niej oczywiście pojedynczy zawodnicy. Jedni mniejszy, jedni większy, zarówno w kontekście czasu spędzonego na boisku, jak i samej jakości gry. Warto też pamiętać o zmianie ustawienia, jakie wprowadził trener Dariusz Dudek po objęciu funkcji pierwszego trenera. Role na boisku nieco się zmieniły i wyjąwszy mecz z GKS Tychy – można powiedzieć, że przejście na piątkę obrońców nieco poprawiło grę zespoły w defensywie.

Tym, który rozegrał najwięcej minut, jeśli chodzi o obrońców, był – i tu zaczynamy z naprawdę grubej rury – Wojciech Lisowski. W głowie się nie mieści, że to właśnie ten zawodnik był najczęstszym uczestnikiem formacji obronnej, ale skoro tak – to naprawdę nie możemy się dziwić, że GieKSa jest w tym miejscu, w którym jest. Lisowski nie był poddawany większej krytyce w pierwszych meczach sezonu, można powiedzieć – nieźle się uchował. A to bowiem wielkie babole robił Simon Kupec, a to GieKSa zdobyła trochę punktów i nieźle grała. I choć nie można powiedzieć, że Wojciech grał pierwsze skrzypce, to na tamten czas niczego nie psuł. Pierwszy moment zastanowienia przyszedł w Częstochowie, gdzie zawodnik raził swoją drewnianą techniką i praktycznie każdy moment, w którym miał piłkę przy nodze, był ślepym losem, czy zagra w miarę poprawnie czy zaliczy jakieś koszmarne podanie. Niestety tych drugich było więcej, ale przynajmniej w rozegraniu, a nie bezpośrednio pod swoją bramką. W każdym razie od spotkania z Rakowem wszystko się posypało, mit „pracującej maszyny” runął i stał się jedynie ironicznym określeniem gry Lisowskiego, gdy popełniał coraz to bardziej katastrofalne błędy. Co ciekawe, szkoleniowcy nie wychwycili jego problemów na prawej obronie i nieodpowiedzialnie zaczęli go wystawiać na środku defensywy. I to dopiero wówczas zaczął się sajgon. W meczu pucharowym z Pogonią co prawda strzelił pewnie decydującego karnego, ale wcześniej kompletnie nie radził sobie z dynamicznymi rywalami i po jego błędach mieli 2-3 znakomite sytuacje. Szczęścia nie miał już w ligowym starciu z Niecieczą, kiedy tak żenująco krył przeciwników przy obu akcjach bramkowych, że nie mieli oni problemów ze skierowaniem piłki do siatki. To nie był jednak jeszcze szczyt możliwości popularnego „Lismena”. Tę próbkę dał w kolejnym meczu, ze Stalą Mielec, kiedy olewacko podawał za lekko do Pawełka, rywal przejął piłkę i strzelił gola. Lepiej nie było i w kolejnym spotkaniu z Garbarnią, kiedy to pomylił dyscypliny i wpadł w mającego praktycznie już piłkę w rękach golkipera, po czym padł gol dla rywali. Trener Dudek powoli zaczął się orientować, że z Lisowskim tej ligi nie zawojuje, ale jeszcze trochę wody w Wiśle musiało upłynąć. Całkiem dobry taktycznie mecz z Jagiellonią, indywidualnie w wykonaniu Lisowskiego był skandaliczny. Zawodnik sobie kompletnie nie radził, prokurował groźne sytuacje dla rywali, a na koniec naprawdę idiotycznym faulem w polu karnym zniweczył szansę na awans. Tego było już za wiele. Zawodnik stracił miejsce w składzie. Poza symbolicznym udziałem w końcówce meczu z ŁKS (ale za jego bytności na boisku rywale mieli dwie setki, tym razem… nie z jego winy), zagrał cały mecz w spotkaniu z Sandecją – i tym razem wyjątkowo większych błędów nie popełnił. Patrząc z perspektywy całej rundy, był to jednak jeden z najgorszych okresów pojedynczego zawodnika. Jego gra, jak i wystawianie go trenerów, którzy przecież widzieli, jak się „spisuje”, to był istny sabotaż.

Kolejnym zawodnikiem z największą liczbą minut jest Rafał Remisz. Tu już tak długiego opisu nie będzie, bo w sumie… nie wiadomo, o czym pisać. Zawodnik jest jedną z najbardziej bezbarwnych postaci w historii GKS Katowice. Trudno nawet powiedzieć, jak wygląda i jaki ma głos. Mimo tak wielu straconych bramek, zazwyczaj nie był bezpośrednio zamieszany w ich utratę, mimo tego przecież, że był stoperem w ustawieniu z czwórką i najbardziej środkowym obrońcą, w ustawieniu z piątką defensorów. W zasadzie najbardziej można go zapamiętać z dwóch sytuacji. Pierwsza miała miejsce w Nowym Sączu, kiedy to po rozgrzewce zawodnik poinformował trenera Paszulewicza, że nie jest w stanie grać. Sytuacja była o tyle dziwna, że wedle słów szkoleniowca, zawodnik nie zgłosił żadnego urazu. Skończyło się na tym, że Remisz za kadencji Paszulewicza już prawie nie pograł, pojawił się na boisku jedynie w Głogowie w wyniku kontuzji Jakuba Wawrzyniaka i rozegrał cały mecz z Odrą Opole. Powrót do składu – już za Jakuba Dziółki i potem Dariusza Dudka, nastąpił na dobre. I można się zastanowić, czy wspomniany brak zamieszania w większość straconych goli to wybitne umiejętności zawodnika, czy może jednak w jakiś sposób unika on gry? Powiedzmy sobie bowiem szczerze – spektakularnych interwencji czy konkretnego czyszczenia u niego nie uświadczyliśmy. Trudno go wręcz oceniać w jakikolwiek sposób, tak jest niewyraźny. Jedynym meczem, w którym rzeczywiście się „popisał” było spotkanie z Wartą Poznań. Zawalił przy obu golach, a przy drugim usiadł na czterech literach i tym samym zasłonił Pawełkowi widok piłki, uniemożliwiając tym samym sensowną interwencję.

Adrian Frańczak, czyli nasz Atmosferić, a drugie nazwisko – Zapchajdziurić. Tajemnicą jest, dlaczego ten zawodnik przez tyle lat gra w GKS. Bardzo sympatyczny, budujący atmosferę, ale na boisku zazwyczaj przeciętny albo słaby. Jesienią był przeciętny, nie popełniając wielu kiksów. Problem w tym, że pamiętamy zawodnika z przeszłości, kiedy włączał się do akcji ofensywnych, notował asysty, strzelał gole. Dobrze wykonywał stałe fragmenty. Od długie czasu jednak tego z małymi wyjątkami nie ma (choć te wyjątki były) i piłkarz nie niweluje swoich braków defensywnych czymś ekstra w przodu. Jako zaprzeczenie tego, akurat w swoim pierwszym meczu z Tychami zanotował bardzo dobrą asystę przy golu Rumina, ale dla odmiany zawalił bramkę i to w momencie, kiedy GieKSa miała sporą przewagę, a Tychy zrobiły jeden wypad. Kolejne spotkanie – z Sandecją było już bardzo słabe, a trzeba dodać, że w Nowym Sączu zawodnik przeszedł na lewą stronę defensywy. Po Sandecji przez kilka kolejek nie grał i wrócił dopiero na Głogów, gdzie znów miał udział przy straconej bramce. W meczu z Odrą zaliczył kolejną asystę. W grze piątką grał w końcówce rundy jako jeden ze środkowych. Jego postawa była po prostu przeciętna, nie dawał nic wielkiego zespołowi, nie psuł też jakoś wyraźnie. No może poza meczem z ŁKS kiedy dostał czerwoną kartkę i od tego czasu łodzianie przypuścili szturm na naszą bramkę. Od razu przypomniał się pierwszy mecz w tym roku, kiedy to również zawodnik wyleciał z boiska – w meczu z Rakowem – i rywale tylko cudem nie doprowadzili wówczas do wyrównania.

Tymoteusz Puchacz to zawodnik, który zaczął ten sezon jeszcze w ekstraklasie w barwach Zagłębia Sosnowiec. Debiut w GieKSie zaliczył dopiero w 10. kolejce w meczu z Chrobrym Głogów. Od początku mieliśmy jasną obserwację – zawodnik nie radzi sobie w defensywie, za to w ofensywie robi sporo wiatru, jest ambitny i nie boi się brać odpowiedzialności. Dowodem tego była strzelona bramka już w drugim meczu w GKS – na Bukowej z Odrą Opole. Słabiznę w defensywie było widać choćby w kolejnym meczu z Puszczą czy pucharowym pojedynku z Pogonią. Generalnie cały jego pobyt w GKS, co pisaliśmy po niemal każdym meczu, to właśnie żal, że wystawiany jest na obronie, gdzie interweniuje często bez ładu i składu, „na raz”, przez co jest ogrywany przez przeciwników. Oczywiście nie było to już tak widoczne po przejściu na grę piątką obrońców, kiedy ta odpowiedzialność jest odrobinę mniejsza, odległość od pola karnego większa, a gra – szersza. Mimo to nie ustrzegł się fatalnego błędu, wynikającego chyba z nieogarnięcia, kiedy nie wyskoczył za drugą piłką w Tychach, w sytuacji, w której Keon Daniel strzelił gola. Na ostatnie dwa mecze trener Dudek zrobił w końcu to, co wszyscy kibice widzieli, że trzeba było zrobić 10 tygodni wcześniej – czyli wystawił Puchacza w pomocy. Z korzyścią dla zespołu i oby tak zostało.

Kacper Tabiś większą część rundy spędził oczywiście w pomocy, ale przy przejściu na piątkę obrońców, trener Dudek zaczął go wystawiać jako skrajnego prawego defensora i na grze na tej pozycji skupimy się w tym artykule. Zaczął całkiem dobrze w meczu z Podbeskidziem, naprawdę kilkoma interwencjami w destrukcji, ambitnymi, pokazał się z dobrej strony. W końcówce opadł z sił. Z Tychami już tak dobrze nie było, ba – było słabo i niewidocznie. Zarówno w defensywie, jak i ofensywie, co dodatkowo działa na minus zawodnika, bo trener Dudek przeszarżował nieco z taktyką w pojedynku derbowym – mimo to Tabiś nie zaistniał w ogóle. Z ŁKS i Sandecją było już słabo lub przeciętnie. Można więc powiedzieć, że tylko z Podbeskidziem coś pokazał na tej pozycji, ale to chyba za mało i należałoby się zastanowić, czy to dobry pomysł, by zawodnik tam występował.

Jakub Wawrzyniak, były reprezentant Polski, ściągany z dużymi nadziejami. A jednak jego wejście do drużyny było kuriozalne. Zawodnik sam mówił w wywiadach, a i było mówione przez trenera, że potrzebuje sporo czasu na dojście do dyspozycji fizycznej. I gdy wydawało się, że poczekamy na niego jeszcze kilka tygodni, nagle jak wyskoczył jak królik z kapelusza w pierwszym składzie na mecz z Jastrzębiem. Efektem tego było to, że już w trzecim meczu odniósł kontuzję, która wykluczyła go z gry na miesiąc. Wrócił na debiut Dariusza Dudka w Mielcu. Niestety te trzy spotkania (Stal, Garbarnia, Warta) były tak słabe, jak gra całego zespołu. Wawrzyniak popełniał błędy i momentami grał jak nieopierzony junior. Można było się zastanawiać, czy to rzeczywiście jest wzmocnienie. W Bytowie dodatkowo strzelił samobója, ale zrehabilitował się trafieniem do właściwej bramki. W poprzedzającym ten mecz spotkaniu z Jagą było naprawdę nieźle i w ogóle trzeba przyznać, że zawodnik się poprawił. Dobry mecz w Bielsku, w Tychach zszedł z boiska w przerwie z kontuzją ręki, ale do tego czasu nic nie zepsuł. Plus dwa przyzwoite mecze na koniec. Można więc powiedzieć, że z meczu na mecz było coraz lepiej, choć to zdecydowanie jeszcze nie jest to.

Mateusz Kamiński, pechowiec, który skończył sezon poważną kontuzją w środku rundy. Zawodnik zagrał dokładnie dziesięć spotkań i trzeba przyznać, że w przekroju wszystkich obrońców wypadł może i najlepiej. Oczywiście zdarzały się dziwaczne interwencje zakończone utratą bramki, jak choćby w Częstochowie, ale w przekroju całej jego bytności na boisku nie wyglądało to źle. Zawodnika już od kilku lat nie powinno być w GKS z prawdopodobnych powodów pozasportowych i „dokonań”, ale jeśli zwrócimy uwagę tylko ja jego grę w rundzie jesiennej, to był to najlepszy obrońca.

Simon Kupec, czyli zawodnik, z którym już się pożegnano. Prawda jest taka, że za takie transfery ktoś powinien w klubie ponosić drastyczne konsekwencje. Najpierw Słowak łamał sobie nogi przy próbach interwencji, dwie pierwsze kolejki były koszmarne w jego wykonaniu i co był przy piłce, groziło to golem dla rywali. Miał sporo szczęścia, że te gole nie padły. Zawodnik jednak stracił miejsce w składzie i wrócił tylko „na chwilę” na mecz z Wigrami. Potem co ciekawe dostał dwukrotnie szanse w meczach Pucharu Polski i nie wyglądało to źle – ale w lidze na niego już nie stawiano. Zagrał tylko w koszmarnej drugiej połowie w Tychach i tyle go w Katowicach widziano. Można się tylko zapytać – panie Bartnik, po cholerę go ściągałeś?

Wojciech Słomka, ech… Jakiś wyrzut sumienia Paszulewicza. Początkowo zagrał ogony w pomocy i nagle po kilku kolejkach… trener wystawił go na lewej obronie z Rakowem. Było to tak głupie i niezrozumiałe i musiało przynieść negatywne konsekwencje. Słomka był beznadziejny, prokurował groźne akcje gospodarzy, olewacko nie wracał do defensywy po akcji ofensywnej, a na koniec meczu podał przeciwnikowi, który strzelił gola. Co gorsza Paszulewicz wystawiał go dalej i znów był koszmar z Jastrzębiem. Dopiero po trzecim słabym meczu – w Chojnicach – Paszulewicz poszedł po rozum do głowy. A Słomka zagrał w GKS jeszcze tylko kilkadziesiąt minut i wystarczy. Psychicznie go już nie złamie nikt.

Ciekawą postacią w perspektywie tej rundy był Tomasz Midzierski. Wskoczył do składu za Remisza w Nowym Sączu, choć wydawało się, że w GieKSie już nigdy nie zagra. Wystąpił trzy razy przez pełne 90 minut i były to dobre mecze kapitana. Zawodnik nie raził nieporadnością tak, jak w poprzednim sezonie. I oczywistym jest, że prywatne rozgrywki nie pozwoliły mu grać więcej, bo Paszulewicz czym prędzej „pogonił” go z klubu.

No i na koniec Mateusz Mączyński, zawodnik, który wrócił po bardzo długiej kontuzji na dwa ostatnie mecze. Zaprezentował się w nich ambitnie i przyzwoicie, choć wybicie piłki na rzut rożny z ŁKS, w niegroźnej sytuacji, w konsekwencji dało rzut karny gościom. Dobrze, że jednak wrócił i może w końcu nam się lewa strona ustabilizuje.

Tak wyglądali wszyscy obrońcy w GKS Katowice jesienią 2018. Niestety w najlepszym przypadku można o niektórych przypadkach, że było przeciętnie. W większości jednak było źle, a w kilku przypadkach – koszmarnie. Nie ma co gadać, obrona GKS w tej rundzie była taka, że nie zatrudnilibyśmy ich do pilnowania domu czy jakiegokolwiek innego stróżowania. Groziłoby to powiem tym, że potencjalny złodziej nie tylko wyniesie z domu wszystko, co jest do wyniesienia. Nie tylko wyłowi rybki z akwarium i splądruje cała lodówkę. Ale pewny byłby także demontaż całego budynku i przewiezienie go w częściach na handel za granicę. Z siedzącym na fotelu, popijającym drinka Wojtkiem Lisowskim i spółką, którzy zanim zorientowaliby się, co jest grane, sami zostaliby sprzedani na Zachodzie. Kto wie, może nawet do jednego z klubów Bundesligi. Ósmej Bundesligi Mistrzów.

4 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

4 komentarze

  1. Avatar photo

    q2

    17 grudnia 2018 at 20:10

    Żeby analizować i opisywać obronę naszej drużyny, trzeba mieć gen masochisty albo na serio nudzić się.

  2. Avatar photo

    Shellu

    17 grudnia 2018 at 20:56

    Albo po prostu mieć to w swoich redakcyjnych obowiązkach. Niestety.

  3. Avatar photo

    q2

    18 grudnia 2018 at 00:24

    Obowiązek obowiązkiem ale nie ma co być nadgorliwym.

  4. Avatar photo

    Luk

    20 grudnia 2018 at 00:17

    Az miło się czytało. Można było lać ze śmiechu. Ale pewnie ciężko opisuje się takie 'dokonania’. Zostają tylko sarkazmy.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga