Dołącz do nas

Felietony

Danie im do pilnowania rybek w akwarium byłoby błędem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Trudno w to uwierzyć, ale w obecnym sezonie w formacji obrony grało aż jedenastu zawodników. Można więc powiedzieć, że w ustawieniu z czwórką w obronie zestawilibyśmy niemal trzy takie składy, a z piątką – dwa. Ilość defensorów pokazuje jak wielki był brak stabilizacji w liniach obronnych, jak duże były rotacje i w konsekwencji – jak defensywa okazała się nieskuteczna. Łagodnie mówiąc. Tak naprawdę była dziurawa jak szwajcarski ser.

Na początek kilka liczb. W 21 meczach ligowych i 2 Pucharu Polski, katowiczanie stracili 30 bramek, co daje średnią 1,3 straconej bramki na mecz. Pięciokrotnie udało się zachować czyste konto, osiem razy nasi bramkarz wyjmowali piłkę z siatki jeden raz w meczu, w dziewięciu przypadkach były to dwa strzelone gole przeciwników i raz zdobyli oni w meczu cztery bramki. Jak wyglądała nasza obrona – każdy widział i choć wspomniana średnia 1,3 bramki straconej na mecz nie stawia obrońców w dobrym świetle, to fakt, że tylko raz dali sobie wbić więcej niż dwa gole jest zaskakujący. Można więc powiedzieć z przekąsem, że przynajmniej w tym temacie defensywa wykazała dużą stabilizację, w 17 na 23 spotkania tracąc jednego lub dwa gole.

Obrona zawodziła jako całość, ale swój udział mieli w niej oczywiście pojedynczy zawodnicy. Jedni mniejszy, jedni większy, zarówno w kontekście czasu spędzonego na boisku, jak i samej jakości gry. Warto też pamiętać o zmianie ustawienia, jakie wprowadził trener Dariusz Dudek po objęciu funkcji pierwszego trenera. Role na boisku nieco się zmieniły i wyjąwszy mecz z GKS Tychy – można powiedzieć, że przejście na piątkę obrońców nieco poprawiło grę zespoły w defensywie.

Tym, który rozegrał najwięcej minut, jeśli chodzi o obrońców, był – i tu zaczynamy z naprawdę grubej rury – Wojciech Lisowski. W głowie się nie mieści, że to właśnie ten zawodnik był najczęstszym uczestnikiem formacji obronnej, ale skoro tak – to naprawdę nie możemy się dziwić, że GieKSa jest w tym miejscu, w którym jest. Lisowski nie był poddawany większej krytyce w pierwszych meczach sezonu, można powiedzieć – nieźle się uchował. A to bowiem wielkie babole robił Simon Kupec, a to GieKSa zdobyła trochę punktów i nieźle grała. I choć nie można powiedzieć, że Wojciech grał pierwsze skrzypce, to na tamten czas niczego nie psuł. Pierwszy moment zastanowienia przyszedł w Częstochowie, gdzie zawodnik raził swoją drewnianą techniką i praktycznie każdy moment, w którym miał piłkę przy nodze, był ślepym losem, czy zagra w miarę poprawnie czy zaliczy jakieś koszmarne podanie. Niestety tych drugich było więcej, ale przynajmniej w rozegraniu, a nie bezpośrednio pod swoją bramką. W każdym razie od spotkania z Rakowem wszystko się posypało, mit „pracującej maszyny” runął i stał się jedynie ironicznym określeniem gry Lisowskiego, gdy popełniał coraz to bardziej katastrofalne błędy. Co ciekawe, szkoleniowcy nie wychwycili jego problemów na prawej obronie i nieodpowiedzialnie zaczęli go wystawiać na środku defensywy. I to dopiero wówczas zaczął się sajgon. W meczu pucharowym z Pogonią co prawda strzelił pewnie decydującego karnego, ale wcześniej kompletnie nie radził sobie z dynamicznymi rywalami i po jego błędach mieli 2-3 znakomite sytuacje. Szczęścia nie miał już w ligowym starciu z Niecieczą, kiedy tak żenująco krył przeciwników przy obu akcjach bramkowych, że nie mieli oni problemów ze skierowaniem piłki do siatki. To nie był jednak jeszcze szczyt możliwości popularnego „Lismena”. Tę próbkę dał w kolejnym meczu, ze Stalą Mielec, kiedy olewacko podawał za lekko do Pawełka, rywal przejął piłkę i strzelił gola. Lepiej nie było i w kolejnym spotkaniu z Garbarnią, kiedy to pomylił dyscypliny i wpadł w mającego praktycznie już piłkę w rękach golkipera, po czym padł gol dla rywali. Trener Dudek powoli zaczął się orientować, że z Lisowskim tej ligi nie zawojuje, ale jeszcze trochę wody w Wiśle musiało upłynąć. Całkiem dobry taktycznie mecz z Jagiellonią, indywidualnie w wykonaniu Lisowskiego był skandaliczny. Zawodnik sobie kompletnie nie radził, prokurował groźne sytuacje dla rywali, a na koniec naprawdę idiotycznym faulem w polu karnym zniweczył szansę na awans. Tego było już za wiele. Zawodnik stracił miejsce w składzie. Poza symbolicznym udziałem w końcówce meczu z ŁKS (ale za jego bytności na boisku rywale mieli dwie setki, tym razem… nie z jego winy), zagrał cały mecz w spotkaniu z Sandecją – i tym razem wyjątkowo większych błędów nie popełnił. Patrząc z perspektywy całej rundy, był to jednak jeden z najgorszych okresów pojedynczego zawodnika. Jego gra, jak i wystawianie go trenerów, którzy przecież widzieli, jak się „spisuje”, to był istny sabotaż.

Kolejnym zawodnikiem z największą liczbą minut jest Rafał Remisz. Tu już tak długiego opisu nie będzie, bo w sumie… nie wiadomo, o czym pisać. Zawodnik jest jedną z najbardziej bezbarwnych postaci w historii GKS Katowice. Trudno nawet powiedzieć, jak wygląda i jaki ma głos. Mimo tak wielu straconych bramek, zazwyczaj nie był bezpośrednio zamieszany w ich utratę, mimo tego przecież, że był stoperem w ustawieniu z czwórką i najbardziej środkowym obrońcą, w ustawieniu z piątką defensorów. W zasadzie najbardziej można go zapamiętać z dwóch sytuacji. Pierwsza miała miejsce w Nowym Sączu, kiedy to po rozgrzewce zawodnik poinformował trenera Paszulewicza, że nie jest w stanie grać. Sytuacja była o tyle dziwna, że wedle słów szkoleniowca, zawodnik nie zgłosił żadnego urazu. Skończyło się na tym, że Remisz za kadencji Paszulewicza już prawie nie pograł, pojawił się na boisku jedynie w Głogowie w wyniku kontuzji Jakuba Wawrzyniaka i rozegrał cały mecz z Odrą Opole. Powrót do składu – już za Jakuba Dziółki i potem Dariusza Dudka, nastąpił na dobre. I można się zastanowić, czy wspomniany brak zamieszania w większość straconych goli to wybitne umiejętności zawodnika, czy może jednak w jakiś sposób unika on gry? Powiedzmy sobie bowiem szczerze – spektakularnych interwencji czy konkretnego czyszczenia u niego nie uświadczyliśmy. Trudno go wręcz oceniać w jakikolwiek sposób, tak jest niewyraźny. Jedynym meczem, w którym rzeczywiście się „popisał” było spotkanie z Wartą Poznań. Zawalił przy obu golach, a przy drugim usiadł na czterech literach i tym samym zasłonił Pawełkowi widok piłki, uniemożliwiając tym samym sensowną interwencję.

Adrian Frańczak, czyli nasz Atmosferić, a drugie nazwisko – Zapchajdziurić. Tajemnicą jest, dlaczego ten zawodnik przez tyle lat gra w GKS. Bardzo sympatyczny, budujący atmosferę, ale na boisku zazwyczaj przeciętny albo słaby. Jesienią był przeciętny, nie popełniając wielu kiksów. Problem w tym, że pamiętamy zawodnika z przeszłości, kiedy włączał się do akcji ofensywnych, notował asysty, strzelał gole. Dobrze wykonywał stałe fragmenty. Od długie czasu jednak tego z małymi wyjątkami nie ma (choć te wyjątki były) i piłkarz nie niweluje swoich braków defensywnych czymś ekstra w przodu. Jako zaprzeczenie tego, akurat w swoim pierwszym meczu z Tychami zanotował bardzo dobrą asystę przy golu Rumina, ale dla odmiany zawalił bramkę i to w momencie, kiedy GieKSa miała sporą przewagę, a Tychy zrobiły jeden wypad. Kolejne spotkanie – z Sandecją było już bardzo słabe, a trzeba dodać, że w Nowym Sączu zawodnik przeszedł na lewą stronę defensywy. Po Sandecji przez kilka kolejek nie grał i wrócił dopiero na Głogów, gdzie znów miał udział przy straconej bramce. W meczu z Odrą zaliczył kolejną asystę. W grze piątką grał w końcówce rundy jako jeden ze środkowych. Jego postawa była po prostu przeciętna, nie dawał nic wielkiego zespołowi, nie psuł też jakoś wyraźnie. No może poza meczem z ŁKS kiedy dostał czerwoną kartkę i od tego czasu łodzianie przypuścili szturm na naszą bramkę. Od razu przypomniał się pierwszy mecz w tym roku, kiedy to również zawodnik wyleciał z boiska – w meczu z Rakowem – i rywale tylko cudem nie doprowadzili wówczas do wyrównania.

Tymoteusz Puchacz to zawodnik, który zaczął ten sezon jeszcze w ekstraklasie w barwach Zagłębia Sosnowiec. Debiut w GieKSie zaliczył dopiero w 10. kolejce w meczu z Chrobrym Głogów. Od początku mieliśmy jasną obserwację – zawodnik nie radzi sobie w defensywie, za to w ofensywie robi sporo wiatru, jest ambitny i nie boi się brać odpowiedzialności. Dowodem tego była strzelona bramka już w drugim meczu w GKS – na Bukowej z Odrą Opole. Słabiznę w defensywie było widać choćby w kolejnym meczu z Puszczą czy pucharowym pojedynku z Pogonią. Generalnie cały jego pobyt w GKS, co pisaliśmy po niemal każdym meczu, to właśnie żal, że wystawiany jest na obronie, gdzie interweniuje często bez ładu i składu, „na raz”, przez co jest ogrywany przez przeciwników. Oczywiście nie było to już tak widoczne po przejściu na grę piątką obrońców, kiedy ta odpowiedzialność jest odrobinę mniejsza, odległość od pola karnego większa, a gra – szersza. Mimo to nie ustrzegł się fatalnego błędu, wynikającego chyba z nieogarnięcia, kiedy nie wyskoczył za drugą piłką w Tychach, w sytuacji, w której Keon Daniel strzelił gola. Na ostatnie dwa mecze trener Dudek zrobił w końcu to, co wszyscy kibice widzieli, że trzeba było zrobić 10 tygodni wcześniej – czyli wystawił Puchacza w pomocy. Z korzyścią dla zespołu i oby tak zostało.

Kacper Tabiś większą część rundy spędził oczywiście w pomocy, ale przy przejściu na piątkę obrońców, trener Dudek zaczął go wystawiać jako skrajnego prawego defensora i na grze na tej pozycji skupimy się w tym artykule. Zaczął całkiem dobrze w meczu z Podbeskidziem, naprawdę kilkoma interwencjami w destrukcji, ambitnymi, pokazał się z dobrej strony. W końcówce opadł z sił. Z Tychami już tak dobrze nie było, ba – było słabo i niewidocznie. Zarówno w defensywie, jak i ofensywie, co dodatkowo działa na minus zawodnika, bo trener Dudek przeszarżował nieco z taktyką w pojedynku derbowym – mimo to Tabiś nie zaistniał w ogóle. Z ŁKS i Sandecją było już słabo lub przeciętnie. Można więc powiedzieć, że tylko z Podbeskidziem coś pokazał na tej pozycji, ale to chyba za mało i należałoby się zastanowić, czy to dobry pomysł, by zawodnik tam występował.

Jakub Wawrzyniak, były reprezentant Polski, ściągany z dużymi nadziejami. A jednak jego wejście do drużyny było kuriozalne. Zawodnik sam mówił w wywiadach, a i było mówione przez trenera, że potrzebuje sporo czasu na dojście do dyspozycji fizycznej. I gdy wydawało się, że poczekamy na niego jeszcze kilka tygodni, nagle jak wyskoczył jak królik z kapelusza w pierwszym składzie na mecz z Jastrzębiem. Efektem tego było to, że już w trzecim meczu odniósł kontuzję, która wykluczyła go z gry na miesiąc. Wrócił na debiut Dariusza Dudka w Mielcu. Niestety te trzy spotkania (Stal, Garbarnia, Warta) były tak słabe, jak gra całego zespołu. Wawrzyniak popełniał błędy i momentami grał jak nieopierzony junior. Można było się zastanawiać, czy to rzeczywiście jest wzmocnienie. W Bytowie dodatkowo strzelił samobója, ale zrehabilitował się trafieniem do właściwej bramki. W poprzedzającym ten mecz spotkaniu z Jagą było naprawdę nieźle i w ogóle trzeba przyznać, że zawodnik się poprawił. Dobry mecz w Bielsku, w Tychach zszedł z boiska w przerwie z kontuzją ręki, ale do tego czasu nic nie zepsuł. Plus dwa przyzwoite mecze na koniec. Można więc powiedzieć, że z meczu na mecz było coraz lepiej, choć to zdecydowanie jeszcze nie jest to.

Mateusz Kamiński, pechowiec, który skończył sezon poważną kontuzją w środku rundy. Zawodnik zagrał dokładnie dziesięć spotkań i trzeba przyznać, że w przekroju wszystkich obrońców wypadł może i najlepiej. Oczywiście zdarzały się dziwaczne interwencje zakończone utratą bramki, jak choćby w Częstochowie, ale w przekroju całej jego bytności na boisku nie wyglądało to źle. Zawodnika już od kilku lat nie powinno być w GKS z prawdopodobnych powodów pozasportowych i „dokonań”, ale jeśli zwrócimy uwagę tylko ja jego grę w rundzie jesiennej, to był to najlepszy obrońca.

Simon Kupec, czyli zawodnik, z którym już się pożegnano. Prawda jest taka, że za takie transfery ktoś powinien w klubie ponosić drastyczne konsekwencje. Najpierw Słowak łamał sobie nogi przy próbach interwencji, dwie pierwsze kolejki były koszmarne w jego wykonaniu i co był przy piłce, groziło to golem dla rywali. Miał sporo szczęścia, że te gole nie padły. Zawodnik jednak stracił miejsce w składzie i wrócił tylko „na chwilę” na mecz z Wigrami. Potem co ciekawe dostał dwukrotnie szanse w meczach Pucharu Polski i nie wyglądało to źle – ale w lidze na niego już nie stawiano. Zagrał tylko w koszmarnej drugiej połowie w Tychach i tyle go w Katowicach widziano. Można się tylko zapytać – panie Bartnik, po cholerę go ściągałeś?

Wojciech Słomka, ech… Jakiś wyrzut sumienia Paszulewicza. Początkowo zagrał ogony w pomocy i nagle po kilku kolejkach… trener wystawił go na lewej obronie z Rakowem. Było to tak głupie i niezrozumiałe i musiało przynieść negatywne konsekwencje. Słomka był beznadziejny, prokurował groźne akcje gospodarzy, olewacko nie wracał do defensywy po akcji ofensywnej, a na koniec meczu podał przeciwnikowi, który strzelił gola. Co gorsza Paszulewicz wystawiał go dalej i znów był koszmar z Jastrzębiem. Dopiero po trzecim słabym meczu – w Chojnicach – Paszulewicz poszedł po rozum do głowy. A Słomka zagrał w GKS jeszcze tylko kilkadziesiąt minut i wystarczy. Psychicznie go już nie złamie nikt.

Ciekawą postacią w perspektywie tej rundy był Tomasz Midzierski. Wskoczył do składu za Remisza w Nowym Sączu, choć wydawało się, że w GieKSie już nigdy nie zagra. Wystąpił trzy razy przez pełne 90 minut i były to dobre mecze kapitana. Zawodnik nie raził nieporadnością tak, jak w poprzednim sezonie. I oczywistym jest, że prywatne rozgrywki nie pozwoliły mu grać więcej, bo Paszulewicz czym prędzej „pogonił” go z klubu.

No i na koniec Mateusz Mączyński, zawodnik, który wrócił po bardzo długiej kontuzji na dwa ostatnie mecze. Zaprezentował się w nich ambitnie i przyzwoicie, choć wybicie piłki na rzut rożny z ŁKS, w niegroźnej sytuacji, w konsekwencji dało rzut karny gościom. Dobrze, że jednak wrócił i może w końcu nam się lewa strona ustabilizuje.

Tak wyglądali wszyscy obrońcy w GKS Katowice jesienią 2018. Niestety w najlepszym przypadku można o niektórych przypadkach, że było przeciętnie. W większości jednak było źle, a w kilku przypadkach – koszmarnie. Nie ma co gadać, obrona GKS w tej rundzie była taka, że nie zatrudnilibyśmy ich do pilnowania domu czy jakiegokolwiek innego stróżowania. Groziłoby to powiem tym, że potencjalny złodziej nie tylko wyniesie z domu wszystko, co jest do wyniesienia. Nie tylko wyłowi rybki z akwarium i splądruje cała lodówkę. Ale pewny byłby także demontaż całego budynku i przewiezienie go w częściach na handel za granicę. Z siedzącym na fotelu, popijającym drinka Wojtkiem Lisowskim i spółką, którzy zanim zorientowaliby się, co jest grane, sami zostaliby sprzedani na Zachodzie. Kto wie, może nawet do jednego z klubów Bundesligi. Ósmej Bundesligi Mistrzów.

4 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

4 komentarze

  1. Avatar photo

    q2

    17 grudnia 2018 at 20:10

    Żeby analizować i opisywać obronę naszej drużyny, trzeba mieć gen masochisty albo na serio nudzić się.

  2. Avatar photo

    Shellu

    17 grudnia 2018 at 20:56

    Albo po prostu mieć to w swoich redakcyjnych obowiązkach. Niestety.

  3. Avatar photo

    q2

    18 grudnia 2018 at 00:24

    Obowiązek obowiązkiem ale nie ma co być nadgorliwym.

  4. Avatar photo

    Luk

    20 grudnia 2018 at 00:17

    Az miło się czytało. Można było lać ze śmiechu. Ale pewnie ciężko opisuje się takie 'dokonania’. Zostają tylko sarkazmy.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Post scriptum do Rakowa i Lecha

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Dwa wyjazdowe mecze za nami. Zapraszamy więc do tradycyjnego post scriptum. A potem już tylko Motor.

1. Na mecz z Rakowem, który miał być najważniejszym spotkaniem od dawna wybraliśmy się w 4 osoby – ja, Misiek, Kazik, Flifen. Jako że nie był to daleki wyjazd, mogliśmy wyjechać stosunkowo późno. Wiadomo – godzinka drogi i jesteśmy na miejscu.

2. Ciekawa zawsze jest to droga – wiadomo, najpierw autostrada, a potem jakieś lokalne drogi. Zawsze zastanawia się czy na tę ulicę Spalonienko czy jakoś tam wjeżdżają te wszystkie autoary przewożące piłkarzy.

3. Chyba nam ta mobilizacja mocno się udzieliła i organizm zareagował… odwrotnie. Bo dużo było… ziewania na trasie. Może tak czasem być, taka paradoksalna reakcja organizmu.

4. Ogólnie to widzieliśmy autokar Rakowa dojeżdżający na stadion. Oni też nie wiedzieli, w jakim widowisku przyjdzie im uczestniczyć.

5. O ile na poprzednich meczach w Częstochowie byliśmy dużo wcześniej, tym razem było to „zaledwie” jakieś półtorej godziny przed meczem. To spowodowało, że musieliśmy się z pewnymi ważnymi rzeczami sprężać.

6. Kazik chciał odpalić drona, żeby zrobić efektowne zdjęcia stadionu i pętli. Niestety jakieś zakłócenia w eterze spowodowały, że dron nie ruszył i musieliśmy zadowolić się zdjęciami naziemnymi. Potem drony latały nad stadionem i zrzucały piłki. Ciekawy pomysł.

7. Chcieliśmy szybko przemieścić się do budki z akredytacjami, ale… policja zablokowała główną ulicę. Casus podobnie jak na Cracovii. Bo zaraz mieli przyjechać kibice gości. Dlatego nie można było poruszać się wzdłuż ulicy.

8. Dodatkowo po przejściu na drugą stronę ulicy, też nie można było przejść. Policja więc kierowała przez jakiś park, potem przez jakieś domki i byliśmy naprzeciwko przejścia. Czekaliśmy, a wkrótce autokary z kibicami przejechały.

9. Szybko odebraliśmy akredytacje i mogliśmy wejść na stadion. Nie kombinowaliśmy już z VIP-ami tylko od razu udaliśmy się na nasze prawowite miejsca.

10. To znaczy, zanim poszliśmy na prasówkę, udaliśmy się do sklepiku klubowego. A potem już był jeden cel – tzw. gięta. Wiedzieliśmy, że przy jednym sektorze jest taka fajna krojona, z cebulką. Mieliśmy taki plan już od grudnia. Ale na następny sezon. Na Raków trafiliśmy jednak w Pucharze Polski.

11. W tym celu obeszliśmy ten stadion. Nie naśmiewając się, bo sami mamy nowy obiekt od niedawna, niektóre miejsca za trybunami wyglądają, jakby były przytwierdzone na trytytki. Ale są to trytytki mocne. Mnie się ostatecznie ten stadion podoba. W dobie tych wszystkich nowy – daje powiew dawnych czasów.

12. Obeszliśmy więc. Na koniec musieliśmy się wylegitymować, żeby wejść na miejsce sektorowe. I znaleźliśmy się pod kiełbasą.

13. No panie, powiem ci – klasyczek. Półtorej (?) chyba kiełby i mnóstwo cebulki takiej zgrillowanej, w duuuużych kawałach. Musztarda, bułeczka. Smakowite. Minusem był ogórek kiszony, który ani trochę nie był kwaśny.

14. Skierowaliśmy się z powrotem – już na sektor prasowy. To pierwszy stadion od powrotu do ekstraklasy, na którym zawitaliśmy po raz trzeci. Wiedzieliśmy więc co i jak – czym to się je. Nagrywka przedmeczowa i zajęliśmy miejsca. Takie bez stolików, ale z większą przestrzenią. Więc komputer wylądował na kolanach.

15. Najgorsze było podłączanie do kontaktu. Trzeba było uklęknąć i się schylić, co na tej kracianej posadzce przyprawiało o ból kolan. Ale dało radę i byliśmy podpięci.

16. Czekaliśmy na mecz. Gdzieś tam w międzyczasie mijałem Mateusza Borka i Grzegorza Mielcarskiego, którzy mieli komentować to spotkanie. Jeszcze nie wiedzieli, jakie emocje będą także ich udziałem.

17. Jakiż to był mecz. Mecz, który zapamiętamy na lata. To była wielka piłka. Dramaturgia, zwroty akcji i dla postronnego widza kapitalny mecz do oglądania. Objęliśmy prowadzenie po golu Jirki, a potem Jędrych podwyższył z rzutu karnego.

18. W przerwie więc mieliśmy dobre humory, ale czujność musiała być zachowana. To jeszcze przecież nie znaczyło, że meldujemy się w finale. Kibice Rakowa mieli się z pyszna. Ale ciągle wierzyli.

19. Początek drugiej połowy był jak nóż w serce. Jeszcze nie wybiła 49. minuta, a już mieliśmy wyrównanie. Stadion przy Limanowskiego w euforii, my nosy spuszczone na kwintę. Nadal jednak przecież to był remis, czyli dla obu stron podobna sytuacja. Ale morale lepsze miał Raków.

20. Wkrótce gospodarze mieli rzut karny. Przez chwilę byliśmy w radości, gdy Dawid Kudła obronił. Ale szybko Diaby-Fadiga dobił ten strzał. Sędzia VAR-ował tę kontrowersyjną sytuację i przy okazji potem poznaliśmy absurdalny przepis o niepostawieniu nogi na murawie. Nie znając go – widzieliśmy potężną kontrowersję.

21. To już był dramat. Przegrywaliśmy 2:3. Wydawało się, że w sposób bardzo frajerski przegramy ten półfinał. Ale Adam Zrelak w samej końcówce doprowadził do wyrównania i wprawił nas w euforię. To był drugi mecz z rzędu, kiedy strzeliliśmy gola w doliczonym czasie.

22. Dogrywka zapowiadała kolejne wielkie emocje. W drugiej połowie znów pokarał nas Rocha, choć ostatecznie okazało się, że to samobój Alana. Ale już ultra katem w tym sezonie jest dla nas Brunes, który w każdym z trzech meczów trafił do siatki.

23. I jeszcze raz wyrównaliśmy. Eman się nie certolił, tylko przywalił precyzyjnie z dystansu. Mateusz Borek godnie oddał to w komentarzu, fenomenalna euforyczna sytuacja i Eman ekspresyjnie cieszący się pod sektorem gości. Cudowny moment. Przyznam, że mimo porażki, potem oglądałem to wielokrotnie.

24. No i te nieszczęsne karne, które okazały się dla nas bezbarwne. Dwa pudła, a Raków strzelił wszystko. Odpadliśmy, a gospodarze cieszyli się z awansu do finału.

25. Zebraliśmy manatki, nagrałem nagrywkę i poszliśmy na konferencję prasową. Teraz inna droga prowadzi na salę konferencyjną, więc pani nie chciała nas wpuścić. Ale akurat przechodził Wojciech Cygan, który „po starej znajomości” pozwolił nam tędy przejść.

26. Na konferencji przynajmniej można było się posilić zupą i jakimiś przekąskami. Marne to było pocieszenie. Straciliśmy tak wielką szansę, było tak blisko i nasi piłkarze zrobili wszystko. Szkoda była wielka.

27. Wypowiedzieli się obaj trenerzy, a my po konferencji jeszcze zrobiliśmy swoje materiały. Internet huczał od kontrowersji. Pożegnał się z nami drugi trener Rakowa oraz rzecznik. Oni byli przeszczęśliwi.

28. Mieliśmy problem z wyjściem, bo brama była zamknięta. Jakiś gościu powiedział, że trzeba nacisnąć jakiś guzik, żeby otworzyła się furtka. Doszliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic.

29. W stolicy Górnego Śląska byliśmy gdzieś przed północą. Nie tym razem Narodowy. Ale czekał nas za trzy dni kolejny mecz. Bardzo ważny i bardzo trudny.

—–

30. Do Poznania to już większa logistyka. Wiadomo, trzeba wyjechać rano, a wrócić w nocy. Ale na szczęście nie bardzo rano. Dlatego też wyjazd mieliśmy zaplanowany na 11. Ostatecznie ruszyliśmy nieco spóźnieni.

31. Mecz opracowywaliśmy w cztery osoby: ja, Misiek, Kazik i Marcin, który dojechał we własnym zakresie i działał na miejscu.

32. Droga przebiegała spokojnie, ładna była pogoda, tylko trochę zimno, gdy wiało. Zrobiliśmy ze dwa postoje, by coś małego przekąsić i napić się herbaty lub kawy. Na większą szamkę upatrzyliśmy sobie jedną z knajpek nieopodal Bułgarskiej.

33. Mijaliśmy znów Tarczyński Arena we Wrocławiu. Czy dane nam tam będzie zawitać w przyszłym sezonie? Jest to całkiem możliwe, bo Śląsk spisuje się w pierwszej lidze bardzo dobrze.

34. W Poznaniu byliśmy przed 15, mieliśmy więc jak na nas czasu i dużo i mało. Ale zjeść było trzeba. Padło więc na „Burger Lokalnie”. Chłopaki wzięli loaded frytki, ja skusiłem się na burgera. Dość dziwny sposób płatności – blik przez telefon. Wiem oczywiście o takim sposobie, ale przyznam, że pierwszy raz się z tym spotkałem w knajpie.

35. Mieli dużo zamówień, więc trochę musieliśmy poczekać. Ponad pół godziny. Na telewizorze leciał mecz Parma – Napoli, a za oknem przejeżdżały zielone tramwaje. Cały czas miałem wrażenie, że to autokar GieKSy przejeżdża, a przecież jak wiemy – bardzo często go spotykamy na swojej drodze.

36. Po nasyceniu się ruszyliśmy do auta i udaliśmy się na stadion. Zapowiadana frekwencja ponad 35 tysięcy powodowała, że zastanawialiśmy się, czy uda nam się ominąć korki.

37. Jak się okazało, nie było żadnych problemów, ot jedne dłuższe światła na kilka razy i już byliśmy na ulicy Ptasiej, od której jest wjazd na parking. No to wjechaliśmy.

38. Kazik odpalił drona, który tu już nie odmówił posłuszeństwa. Ja przyznam, że pierwszy raz widziałem taką akcję, z patrzeniem się na obraz na żywo. Absolutnie fenomenalna sprawa i niesamowity widok oraz szybkość poruszania. Dzięki temu mamy z większości stadionu tak efektowne ujęcia.

39. Udaliśmy się po odbiór akredytacji. Poszło szybko i sprawnie, po czym mogliśmy pójść do bramy wejściowej już stricte na stadion. Jeść nie można.

40. Pamiętałem obiekt przy Bułgarskiej z poprzedniego sezonu, więc tu nie było żadnego błądzenia. Wiedzieliśmy, co jest gdzie. Najpierw więc poszliśmy do pomieszczenia pracy dziennikarzy i fotoreporterów. Były ciastka, nachosy i napoje. Chciałem zrobić herbatę, ale woda była letnia. Więc olałem.

41. Rozdzieliłem się z chłopakami i pojechałem windą na prasówkę. No i wyszedłem na trybuny i znów – wielkie wrażenie. No to jest potężny stadion. Wysokie trybuny, rozległe, a jednak  bardzo dobrą widocznością. Piękny czterdziestotysięcznik. A jeszcze miał być niemal zapełniony.

42. Nagrałem więc przedmeczową nagrywkę, a zanim zająłem miejsce musiałem ogarnąć tę… herbatę. Tutaj znowu był wrzątek, ale nie było saszetek. Co prawda w drugim werniku była gotowa herbka, ale to nie to samo. Zjechałem więc na dół po szaszetki i wróciłem.

43. Warunki do pracy na Lechu są doskonałe. Widoczność to raz. Stanowiska – kapitalne. Duże blaty, dużo kontaktów, świetny internet. Pracowanie na tym obiekcie to czysta przyjemność. Wszystko się tam zgadza.

44. Trybuny powoli się wypełniały, a piłkarze rozgrzewali. Była siedemnasta, więc światło dzienne. Ostatnio byliśmy tu już tylko przy sztucznym oświetleniu.

45. Ale pamiętamy przecież ten stadion bardzo dobrze. Graliśmy tutaj przecież kilka razy z Wartą Poznań. Dla nas swego czasu świętem było uczestnictwo w takim spektakularnym meczu Zielonych, gdy dowodziła nimi pani Łykomska-Pyżalska. Wtedy kilkanaście tysięcy Warciarzy zrobiło show. Kibice GKS również. Wówczas przegraliśmy, ale tylko na takie „święta” mogliśmy liczyć. Z Wartą przy Bułgarskiej też wygrywaliśmy 1:0 czy remisowaliśmy 2:2 i… 3:3.

46. Mecz poprzedziła minuta ciszy ku czci Jacka Magiery. Była cisza i szacunek. A przecież ani z Lechem, ani z GKS Jacek Magiera nie był związany. Podoba mi się to trzymanie szalików w górze podczas takich upamiętnień. Jest to dla mnie wyraz absolutnego szacunku jako społeczność.

47. Potem już zaczęło się wielkie granie. Zastanawialiśmy się jak to będzie wyglądało po Częstochowie. Niepotrzebnie. GieKSa zaprezentowała się po prostu kapitalnie. Nie ustrzegając się błędów w defensywie. Ale dzięki temu mieliśmy świetny mecz. Kibice też swoje zaprezentowali.

48. Naprawdę ten uśmiech Markovića z rozciętym łukiem  brwiowym jest epicki. Jego towarzysze również z jednej strony gratulujący, z drugiej troszczący się. Ranny wojownik na bitwie, ale święcący swój triumf. Można powiedzieć, że to bardzo pierwotne. Archetypowe.

49. Czy nie do tego została stworzona piłka nożna i sport w ogóle? Żeby te pierwotne instynkty związane z walką i rywalizacją rozwiązywać w uzgodniony i cywilizowany sposób? Używamy takich słów: taktyka, strategia, walka. Zwycięstwo i porażka.

50. W przerwie udałem się zobaczyć, co tam ciekawego do jedzenia w kuluarach. Jakaś meksykańska zupka była i kanapki. Też sympatycznie, można było lekko się posilić. Coś tam konsumowali też Mateusz Borek z Grzegorzem Mielcarskim, którzy drugi raz z rzędu mieli okazję komentować kapitalne widowisko z udziałem GieKSy.

51. Druga połowa to był już cios za cios. Poznański Kocioł przeżywał swoje euforie po wyrównujących bramkach i frustracje po golach straconych. A nasz sektor jeszcze dwukrotnie wybuchał radością po golach – najpierw Ilji, a potem Emana.

52. Co ciekawe, dla Ilji Szkurina nie była to pierwsza bramka w tym sezonie przy Bułgarskiej. Zawodnik trafił przecież w Superpucharze jeszcze w barwach Legii, gdy Wojskowi wygrali w Poznaniu 2:1. Strzelił na tę samą bramkę. Trochę ładniej – ale liczy się efekt.

53. Eman na razie strzela tylko na wyjeździe. Dublet w Niecieczy, gol w Częstochowie i teraz dwa trafienia w Poznaniu. Czekamy na pierwsze trafienie Norwega na Nowej Bukowej.

54. Ogólnie mecz przy 35 tysiącach kibiców to już naprawdę europejskie widowisko. A jeśli jeszcze piłkarze obu drużyn stworzyli spektakl, to trudno się dziwić zachwytom. Jeśli GieKSa gra w meczach, które są wizytówką ekstraklasy, to wiedz, że w Katowicach dzieje się coś dobrego.

55. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 3:3. Piłkarze GKS i kibice podziękowali sobie wzajemnie. Kibice Lecha wsparli swoich piłkarzy – docenili tę gonitwę.

56. Nagrywka i na konferencję prasową. Była ona wyjątkowo długa, bo trwała ponad 40 minut, zwłaszcza maglowali dziennikarze trenera Nilsa Frederiksena, z niebywale posępną miną. Szkoleniowiec nie był zadowolony po tym spotkaniu. Natomiast Rafał Górak mówił o pewnym niedosycie, ale też z szacunkiem podchodził do jednego punktu.

57. Jedynie tutaj pan podający mikrofon trochę wywierał presję, bo tak stał nad człowiekiem i po zadaniu pytania już sięgał, żeby mu oddać mikrofon. Powiedziałem mu więc, że jeszcze jedno pytanie chcę zadać. W sumie myślałem, żeby zadać cztery, ale stwierdziłem, że skoro stosuje taki wysoki pressing, to poprzestanę na dwóch.

58. Porobiliśmy jeszcze swoje materiały i w końcu zebraliśmy się. Czekała nas kilkugodzinna podróż powrotna do domu. Przejście przez lochy stadionu Lecha jest ciekawe.

59. Jeszcze zahaczyliśmy o kurczaki we Wrocławiu. Pierwszy raz spotkałem się w takim miejscu z tym, że wychodzi obsługa i mówi, co jeszcze jest dostępne, bo  niedługo zamykają. Ale przynajmniej było świeżutkie, świeżo usmażone.

60. W Katowicach byliśmy o drugiej. Widzieliśmy, jak pod stadion wjeżdża autokar z naszymi piłkarzami.

61. To był bardzo intensywny dwumecz. Nim się jednak nie obejrzymy, to już w piątek zagramy z Motorem. Kupujcie bilety i dopingujemy tę kapitalną drużynę.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga