Dołącz do nas

Felietony

Dariusz Dudek – trener, w którego wierzę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Piłkarze GKS Katowice mieli ponad trzy miesiące spokoju od moich wypocin. Chociaż oczywiście „nie czytają” i na stronę „nie zaglądają”, to wielokrotnie dziwnym trafem – „bo ktoś im powiedział” – wiedzieli dokładnie, co do szczegółu, co też w trawie, a konkretniej na GieKSa.pl, piszczy.

Przyznam, że dla mnie odpoczynek od ligi jest raczej jak balsam na skołatane poczynaniami zespołu w ostatnich latach nerwy. Poszczególne rundy (ostatnio bardziej wiosenne niż jesienne) to było pasmo frustracji związane z rozbudzeniem nadziei na tak wyczekiwany sukces, a potem brutalne odarcie ze złudzeń – to nie było to, co kibic chciałby przeżywać najbardziej. A jednak to się działo i tak naprawdę mimo że GieKSy nigdy bym nie porzucił, pojawiały się te pytania – czy ma to sens, czy nasza strona ma sens, czy to wieczne kibicowskie cierpienie nigdy się nie skończy?

Te pytania były jeszcze bardziej uzasadnione w obecnym sezonie. Bo przecież runda jesienna sportowo dostarczyła nam tak przykrych doświadczeń, jakich praktycznie (poza jednym sezonem) w najnowszej historii GieKSy nie przeżywaliśmy. O awansie do ekstraklasy przestaliśmy marzyć gdzieś w połowie września, a dodatkowo mierzyliśmy się z coraz to kolejnymi porażkami, często na własnym boisku, z coraz słabszymi ekipami, czego apogeum była przegrana z outsiderem z Krakowa.

Kiepska forma zawodników, zmiana trenera, ale brak znaczącej poprawy wyników. Rundę skończyliśmy na miejscu spadkowym.

A jednak mam poczucie, że coś się zmieniło. Już w trakcie jesieni po przyjściu Dariusza Dudka ten zespół wzniósł się pół stopnia wyżej, choć nie przełożyło się to na wyniki. Trener po prostu zaczął szukać i kombinować. Zarówno personalnie, jak i taktycznie. I choć rzeczywiście wygrał tylko jeden mecz z dziewięciu, to jego poczynania nie przypominały totalnego chaosu i destrukcji „katowickiego Sa Pinto”, czyli kata Jacka Paszulewicza. W poczynaniach Dariusza Dudka było widać chęć wyciągnięcia tej drużyny z marazmu oraz wyciągnięcia z niej, tyle, ile na tamten czas się dało. Stąd gra piątką obrońców, której Dudek przecież nie jest zwolennikiem – ale na tamten moment uznał, że to jedyne rozsądne rozwiązanie.

Przedsezonowe sparingi napawają więcej niż optymizmem. Ponad połowa z nich z czystym kontem po stronie strat. Średnia 2,2 gola strzelonego na mecz. Ktoś powie, że sparingi nie będą się odzwierciedlać w lidze – i po części może będzie miał rację. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że jeśli jesienią coś minimalnie drgnęło, to teraz drgnęło tym bardziej. I ze spokojem oraz optymizmem należy spoglądać na nadchodzące mecze ligowe.

Oczywiście to nie oznacza, że GKS nagle zawojuje ligę. Chociaż?… Według mnie nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozegrać po prostu dobrą rundę, taką, w której na koniec utrzymanie nie tylko zostanie wywalczone, ale zostanie zapewnione na kilka kolejek przed końcem. Choć będzie to trudne i wymagające ciężkiej pracy – jest dla mnie całkiem realne. Bardziej realne niż na przykład w środku października, kiedy ta drużyna w zasadzie nadawała się do kasacji. W dużej mierze przez to, co z nią zrobił Paszulewicz.

Wierzę w trenera Dudka. Nie mam co prawda ku temu racjonalnych przesłanek, bo wyniki miał kiepskie. Ale ta moja wiara wynika z jakiejś intuicji, a mam wrażenie, że moja intuicja często się sprawdza. Gdybym miał jednak głębiej zastanowić się i przemyśleć, co takiego sprawia, że GieKSa Dariusza Dudka w moim mniemaniu spokojnie się utrzyma, a w przyszłym sezonie być może powalczy o coś więcej, to jest to kilka punktów.

Po pierwsze wspomniany pomysł trenera i dostosowanie swoich wyborów do posiadanego materiału ludzkiego i możliwości tego materiału. Dudek udowodnił to już jesienią i dzięki temu udało się wygrać w Bielsku, zremisować z kandydatami do awansu – ŁKS i Sandecją – oraz prawie wyeliminować Jagiellonię z pucharu. Te mecze był efektem dostosowania taktyki oraz sposobu gry przez trenera. Oczywiście, żeby nie było tak różowo – pojawiały się w tym aspekcie też błędy – jak zbyt odważna, niepotrzebna gra w Tychach, w wyniku czego katowiczanie otrzymali cztery ciosy. Ale i tutaj można to przeformułować pozytywnie – szkoleniowiec być może nauczył się tej specyficznej GieKSy, w której zachłyśnięcie się jednym zwycięstwem i szarża ułańska w następnym meczu jest prostą drogą do klęski. Można z dużą dozą pewności powiedzieć, że ten schemat już się nie powtórzy.

Pisałem już o tym jesienią, ale to co mi się spodobało u szkoleniowca, to szybkie – nazwijmy to – ogarnięcie się ogólne. Tak jak wspominałem, przyszedł pierwszego dnia do klubu kowboj, z wielką pewnością siebie i szelmowskim uśmiechem i można było odnieść wrażenie, że przychodzi kolejny trener, który jest oderwany od rzeczywistości, nie czuje klimatu, a klimat w Katowicach jest taki, jak powiedział kiedyś na antenie Polsatu trener Jan Żurek: „Tu trzeba zapie.dalać”. Obecny trener GieKSy szybko porzucił swoją prezencję i zajął się pracą. Widać to było także w jego wypowiedziach pomeczowych, które na początku były trochę dziwne, niekonsekwentne i mało konkretne. Takie lanie wody na konferencjach. Szybko jednak w to miejsce wszedł konkret i sens.

Mam też wrażenie, że trenera w tej przerwie zimowej w mediach internetowych było również bardzo mało. Być może to odczucie wynika z mojego zimowego snu, ale przecież jest Facebook, Twitter itd. i przyznam żartem, że ja prawie zapomniałem, jak trener Dudek wygląda. Dla mnie to olbrzymi plus, bo tak naprawdę to, co widziałem najbardziej to wyniki sparingów, a wcześniej transfery. I to mi daje informację, że szkoleniowiec tym bardziej skupił się na pracy, a nie na pierdołach. I intuicyjnie czuję, że robi to z dużą pewnością siebie oraz rzetelnością. No i ta pewność siebie to już nie jest wspomniana pewność wizerunkowa, ale merytoryczna.

Przed całym klubem, zawodnikami, trenerami, gabinetami oraz nami – kibicami bardzo ważna runda. Przede wszystkim będzie to runda krótka, bo rozegranych zostanie tylko 13 kolejek. Tutaj więc od początku trzeba zdobywać punkty i przybliżać się do utrzymania, bo na odrabianie większych strat naprawdę może już nie starczyć czasu. Paradoksalnie jednak trzeba też zachować spokój w przypadku jakiegoś niepowodzenia. Pamiętajmy, że początek to daleki wyjazd do nieobliczalnych Suwałk, potem mecz z pewnie zmierzającym do ekstraklasy Rakowem oraz wyjazdowe derby z Jastrzębiem. Łatwo nie będzie, ale wygrana z każdym z rywali w tej lidze jest w zasięgu.

Mimo, że GKS jest w strefie spadkowej, to dla mnie w kontekście sensownej budowy tej drużyny przez trenera – degradacją byłaby raczej wynikiem kataklizmu. Nie mamy przecież dziesięciu punktów straty, tylko zaledwie cztery. Przy wygranej w Suwałkach może to być jedno oczko (nomen omen, będziemy mieli 21 punktów).

Tak więc niech trener Dariusz Dudek spokojnie pracuje dalej, a efekty będziemy widzieli wraz systematyczną poprawą pogody. Tak, że na sam koniec będzie już tylko słońce, a nie burze, ulewy i gradobicie.

5 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

5 komentarzy

  1. Avatar photo

    KaTe

    1 marca 2019 at 21:59

    Zobaczymy po pierwszych trzech meczach. Wszak nie można wykluczyć, że wtopimy 1:2 w Suwałkach, 0:1 z Rakowem i np. 2:3 z Jastrzębiem.
    Ciekawe, czy wtedy pan Dudek będzie miał pomysł na zespół. Albo znowu powie: Nie stać nas na Messiego, ani Ronaldo

  2. Avatar photo

    fan

    2 marca 2019 at 01:24

    Też mam takie odczucie co do trenera jak Shellu ale niepewność jest bo ile to już razy dostaliśmy w pysk w ostatnich latach..
    Oby wreszcie się odmieniło to wszystko na lepsze

  3. Avatar photo

    Mecza

    2 marca 2019 at 07:53

    Utrzymanie może tak ale to będzie się ciągło to końca. Będą porażki, jakieś remisy no i musi być z 8 zwycięstw. Oby to wystarczyło.

  4. Avatar photo

    tomo

    2 marca 2019 at 10:06

    Z Suwałkami grać odważnie o wygraną, tak samo z Jastrzębiem. Z Rakowem nie odp ułańskiej fantazji składu i taktyki jak na jesień i po prostu bronić próbując kontry. Nie machać szabelką i będzie dobrze. Liczę na 6 pkt z tych dwóch gier. Najgorszy mecz u siebie bez dwóch zdań.

  5. Avatar photo

    KaTe

    2 marca 2019 at 12:34

    Skoro w trzech ostatnich jesiennych szpilach zamiast 5-6 punktów, zdobyliśmy 2 – to mamy teraz w perspektywie, pełną dramatycznych zwrotów wiosnę.
    „Blood, toil, tears and sweat” – tylko to nas może uratować przed jesiennymi derbami z Ruchem. Oby…

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga