Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Doniesienia mass mediów przed meczem GKS Katowice-GKS Tychy: Kto postraszy w derbach?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień na temat meczu GKS Katowice – GKS Tychy.

 

sportdziennik.com – Kto postraszy w derbach?

GieKSa do sobotniej konfrontacji z imiennikiem z Tychów przystąpi bez powołanego do reprezentacji Filipa Szymczaka. Trener Rafał Górak musi zdecydować, czy zastąpić go w ataku Filipem Kozłowskim, czy Patrykiem Szwedzikiem.

[…] Teraz Szymczak znów został wezwany „pod broń” narodową, ale klub postąpił już inaczej i postanowił rozegrać derby z imiennikiem z Tychów w normalnym terminie.

– To była planowana sytuacja zważywszy na nasz udział w Pucharze Polski. Skoro wygraliśmy w Zambrowie i znaleźliśmy się w kolejnej rundzie, to wiemy, że jedna z następnych śród będzie zajęta. Poza tym, zawsze i bez względu na wszystko uważam, że takie przerwy dla drużyny nie są zbyt dobre. Podczas tej wrześniowej bardzo fajnie wpadł nam do kalendarza Banik. Przyjechali kozacy, zagrali z nami i to było dla nas dobre. Teraz od początku skłanialiśmy się ku temu, by nie przekładać meczu – tłumaczy trener GieKSy, Rafał Górak, który w II-ligowym okresie rzekł swego czasu, że żaden zawodnik nie jest tak wielki, aby z jego powodu przenosić ligowe spotkanie na inny termin.

Nie zmienia to faktu, że do derbów z Tychami katowiczanie przystąpią osłabieni – bo tak trzeba nazwać brak najlepszego napastnika w konfrontacji z rywalem zza miedzy, śrubującym świetną serię i mogącym przy tym pochwalić się czwartą najlepszą defensywą pierwszej ligi. Tyszanie stracili ledwie 9 goli – a to przy aż 24 GieKSy robi różnicę. W Katowicach muszą kombinować nie tylko, jak poradzić sobie w tyłach, ale też zadbać o przód. Szymczak, wypożyczony przed sezonem z Lecha Poznań, zaczynał w wyjściowym składzie 10 z 11 dotychczasowych ligowych spotkań. Zdobył 3 bramki. Można strzelać w ciemno, że grałby nawet nie będąc młodzieżowcem, a tak – status ten jest jego dodatkowym atutem. W jedenastce nie znalazł się tylko w Polkowicach, bo po powrocie ze zgrupowania młodzieżowej reprezentacji miał lekki dołek.

– Wrócił do nas trochę wyjałowiony, zasmucony, bo w ogóle nie grał. Wiadomo, że każdy chciałby złapać jak najwięcej minut. Mam nadzieję, że ten wypad na kadrę okaże się dla niego udany, wróci do nas i pójdziemy wspólnie do przodu – mówi Górak. Pierwotnie Szymczak był powołany do kadry U-21, ale ostatecznie znów wylądował na zgrupowaniu „młodzieżówki”, jako że kontuzja wyeliminowała Dennisa Jastrzembskiego z Herthy Berlin.

Sztab szkoleniowy musi GieKSy zastanowić się, kto w sobotę zastąpi Szymczaka – czy Patryk Szwedzik, czy jego imiennik Filip Kozłowski. Naturalniejszym wyborem wydaje się Szwedzik. Jest młodzieżowcem, co już załatwia jeden problem, bo nie trzeba szukać dla niego miejsca w innym sektorze boiska. Dał już w tej rundzie kilka sygnałów, że progresuje. Zaliczył bardzo dobrą zmianę w meczu z Arką (2:4) kiedy strzelił gola i obsługiwał kolegów dobrymi podaniami. W nagrodę kilka dni później zaczął od pierwszej minuty spotkanie w Polkowicach (1:1), ale ono akurat mu nie wyszło. Dwa razy znalazł się w dobrej pozycji strzeleckiej, ale nie trafił czysto w piłkę. Ostatniej niedzieli ze Stomilem (2:1) znów w roli zmiennika zaplusował. To on w ostatniej akcji meczu zaliczył asystę przy bramce Bartosza Jaroszka. Wystawił mu piłkę będąc tyłem do bramki i z rywalami na plecach, niczym rozgrywający do środkowego w siatkówce.

W nowej dla siebie rzeczywistości znalazł się z kolei Filip Kozłowski. Był czołowym strzelcem GieKSy w poprzednim sezonie, napastnikiem nr 1, a jego 12 goli przyczyniło się do awansu. Teraz 26-latkowi pozostaje rola zmiennika. Od pierwszej minuty zagrał tylko raz, w Pucharze Polski z IV-ligową Olimpią Zambrów. Zdobył bramkę na wagę awansu – i jest to jego jedyne w tym sezonie trafienie. W lidze grywa ogony. Pojawiał się na boisku w każdym meczu, ale łącznie rozegrał niewiele ponad 200 minut – średnio niespełna 20 na spotkanie. Kibice zauważają po jego mowie ciała, że taka sytuacja snajperowi nie pasuje. Choć trzeba pamiętać, że Kozłowski nigdy nie był wulkanem ekspresji, zawsze był raczej oszczędny w gestach i słowach.

– Filipa jeszcze nie tak dawno wyciągnąłem niemalże z ostatniego autobusu do jego rodzinnej Kruszwicy – przypomina Górak.

– Wracał do siebie po przygodzie z Rozwojem Katowice i miał już inne plany na życie (miał zostać strażakiem – dop. red.). Stało się tak, że znaleźliśmy się wspólnie w Elanie Toruń. Zrobiliśmy razem dużo, ale to była trzecia liga. Potem razem przeżyliśmy drugą ligę. Bardzo pomógł mi w Toruniu, w Katowicach też mam do niego ogromne zaufanie i jestem pewny, że jeszcze pomoże. Zdaję sobie sprawę, że bardzo chciałby grać więcej, wychodzić w podstawowym składzie. Życzę mu powodzenia. Ze Stomilem dał bardzo dobrą zmianę, uruchomił nas z przodu. Może w tym ustawieniu, w jakim teraz jesteśmy (z wahadłowymi i trójką środkowych obrońców – dop. red.) dla Filipa będzie więcej czasu i miejsca. Może grać jako jeden z trzech zawodników ofensywnych, przy napastniku: czy to Szymczaku, czy Szwedziku – zaznacza szkoleniowiec GieKSy. Może zatem będzie tak, że prawidłowa odpowiedź na pytanie: „za Szymczaka zagra Kozłowski czy Szwedzik?” brzmieć będzie… obaj.

 

Zapraszamy na stadiony. Wybiórcza pamięć

W ligowej tabeli jedenastki z Katowic i Tychów dzieli przepaść. Drużyna trenera Artura Derbina zajmuje miejsce na podium, natomiast GieKSa uzbierała raptem 10 „oczek” i wlecze się w ogonie tabeli.

Paradoks polega na tym, że to ekipa z Bukowej ma więcej strzelonych goli niż jej najbliższy przeciwnik, co oczywiście jeszcze niczego nie przesądza. „Oszczędni” tyszanie mimo wszystko mają prawo czuć się faworytami sobotniej potyczki, bo defensywa ich przeciwnika jest tak dziurawa, że przy niej nawet szwajcarski ser mógłby uchodzić za monolit.

Z doświadczenia wiem, że dzielenie skóry na żywym niedźwiedziu bywa ryzykowne, wręcz niebezpieczne. W sobotniej potyczce na Bukowej jest tyle podtekstów, że aż głowa boli. Na stare śmieci wraca na przykład Krzysztof Wołkowicz, chociaż w innej koszulce. Jego mentorem był Rafał Górak i byłby chyba zawiedziony, gdyby jego były podopieczny pogrążył prowadzoną teraz przez niego drużynę. Katowiczanie mają ogromna ochotę, by zagrać na nosie przeciwnikowi, który od ośmiu kolejek nie znalazł pogromcy. W futbolu nie ma rzeczy niemożliwych, więc katowiczanie staną na głowie, by rywale nie ciągnęli z nich łacha. Tak jak w niedawnym meczu pewien zawodnik Odry Opole, który widocznie ma bardzo krótką pamięć i zapomniał, jaki łomot jego zespół zebrał od Miedzie Legnica (dwukrotnie) i Arki Gdynia.

 

Pomocnik obydwu klubów

Wśród zawodników, którzy łączą katowicki i tyski GKS, jest Lechosław Olsza. Pomocnik przez wiele lat był związany z Bukową, gdzie najpierw grał, a następnie pracował jako kierownik drużyny oraz trener.

Swoje największe sukcesy odniósł jednak z trójkolorowym trójkątem na piersi. W drużynie z Tychów sięgnął bowiem po wicemistrzostwo Polski i z niej trafił do drużyny narodowej, w której rozegrał dwa spotkania.

– To już stare dzieje, ale ciągle mi bliskie, bo mam swoje miejsce w loży gości i na tyskim, i na katowickim stadionie – mówi dziarski i ciągle uśmiechnięty 72-latek.

– W Tychach siadam razem z Kazikiem Szachnitowskim, Marianem Piechaczkiem czy Gienkiem Cebratem, który zapowiedział także swój przyjazd do Katowic. Tu natomiast mamy swoją paczkę z Frankiem Sputem, Jackiem Góralczykiem, Gerardem Rotherem i Stefanem Pietraszewskim, który dość często do nas dojeżdża. W takim mocnym gronie na pewno sobotni mecz będzie się oglądało jeszcze lepiej.

To, że tyszanie plasują się na trzeciej pozycji, a katowiczanie są dziesięć miejsc niżej, zdaniem Lechosława Olszy na boisku przy ulicy Bukowej nie będzie miało większego znaczenia.

– To są derby – dodaje pomocnik obydwu klubów.

– Z racji miejsca w tabeli, ale także ostatniej dobrej passy tyszanie są oczywiście faworytem, ale spodziewam się twardej walki z obydwu stron – spekuluje Olsza.

– Trener Artur Derbin na pewno ma w swojej talii kilka mocnych kart, z Łukaszem Grzeszczykiem na czele. Jego gole w ostatnich meczach dawały drużynie punkty i na pewno Rafał Górak musi na kapitana tyszan zwrócić uwagę swoim zawodnikom. Krzyśka Wołkowicza, czyli wychowanka GieKSy, grającego teraz w GKS-ie Tychy i będącego mocnym punktem zespołu, też katowiczanie powinni wziąć pod lupę – choć jego nogę i trener Górak, i katowiccy zawodnicy na pewno dobrze znają. Każdy będzie się chciał pokazać z najlepszej strony dlatego liczę na emocjonujące widowisko – kończy Lechosław Olsza.

 

Z szacunku dla klubu, w którym się wychował

Krzysztof Wołkowicz pierwszy raz zagra na stadionie przy ulicy Bukowej w roli przeciwnika. Przed rozpoczęciem rundy jesiennej Krzysztof Wołkowicz na dwie daty w terminarzu zwrócił szczególną uwagę. Pierwszą, 12 września, czyli dzień swoich urodzin ma już za sobą i świętował podwójnie, bo GKS Tychy wygrał wyjazdowy mecz z Arką Gdynia 1:0. Ten drugi właśnie nadchodzi. W sobotę tyszanie zagrają bowiem z GKS-em Katowice, a wychowanek „GieKSy” pierwszy raz w swojej piłkarskiej karierze wybiegnie na murawę przy ulicy Bukowej jako przeciwnik.

[…] W sumie Krzysztof Wołkowicz w swoim macierzystym klubie rozegrał 126 spotkań, w których zdobył 10 bramek. W 2017 roku pożgał się jednak ze stadionem przy ulicy Bukowej, na który w sobotę wróci w koszulce GKS-u Tychy, w którym zagrał 20 razy i strzelił 3 gole.

– Choć w GKS-ie Katowice nie gram już piąty sezon to w tym czasie jeszcze nie miałem okazji zagrać na boisku przy ulicy Bukowej – dodaje podstawowy zawodnik tyskiego zespołu. – Zwykle do tej pory się „mijaliśmy”, a jedyny raz – gdy byłem w Wigrach Suwałki – to akurat leczyłem kontuzję i nie przyjechałem do Katowic. Przede mną więc ten pierwszy raz i w dodatku przeciwko trenerowi Rafałowi Górakowi, który nie tylko wprowadził mnie do seniorskiej piłki, ale jeszcze ściągnął z III-ligowej Kotwicy Kołobrzeg do II-ligowej Elany Toruń, z której trener Artur Derbin sprowadził mnie do I-ligowego GKS-u Bełchatów. Zagram więc także przeciwko szkoleniowcowi, którego bardzo cenię, ale to niczego w moim nastawieniu nie zmienia. Koncentruję się na tym, że to jest ważny mecz, w którym chcę zagrać najlepiej jak potrafię. Zdaję sobie sprawę, że będę biegał koło „Blaszoka”, ale tym bardziej będę się starał pokazać z jak najlepszej strony i wykonać swoje zadania najlepiej jak potrafię, bo tak właśnie zostałem wychowany jako piłkarz.

Moi koledzy, którzy kibicują „GieKSie” i są na każdym jej meczu też doskonale zdają sobie sprawę z tego, że wykonuję swoją pracę. Siedzą w piłce od lat i nie muszę im tego tłumaczyć.

Nie trzeba też niczego tłumaczyć samemu zawodnikowi, który w pierwszych meczach tego sezonu był motorem napędowym tyskiego zespołu strzelając gole i zdobywając punkty za asysty. Od meczu z Chrobrym Głogów w tej roli występuje już co prawda Łukasz Grzeszczyk, ale to nie znaczy, że Krzysztof Wołkowicz znalazł się na bocznym torze.

– Nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że nie jest ważne kto strzeli, najważniejsze jest to, żeby wygrała nasza drużyna – zapewnia „Wołek”. – W meczu z Odrą Opole Łukasz Grzeszczyk zdobył dwie bramki, ale wszyscy, całą drużyną, cieszyliśmy się ze zwycięstwa. Zeszliśmy z boiska zadowoleni, bo ta nasza bardzo dobra seria urosła już do ośmiu ligowych spotkań bez porażki.

Od 17 września licząc sześć razy wygraliśmy i dwa razy zremisowaliśmy, a do tego doszedł jeszcze awans do Pucharze Polski. Dlatego jesteśmy szczęśliwi i chcemy kontynuować passę. Każdy będzie się starał zagrać jak najlepiej i ja także, ale jeżeli strzelę gola to nie będę manifestował swojej radości i myślę, że nikomu nie muszę tłumaczyć dlaczego – z szacunku dla klubu, w którym się wychowałem.

 

dziennikzachodni.pl – Sobotnie derby bez kibiców gości

W sobotę 9 października o godzinie 12.40 rozpoczną się derby GKS-ów z Katowic i Tychów. Na Bukowej nie będzie kibiców gości, którzy ponoszą konsekwencje zachowania podczas meczu z Widzewem.

Mecz z GKS-em Tychy to jeden z najważniejszych punktów sezonu dla kibiców GKS Katowice. Zespół z Bukowej do sobotniego starcia przystąpi podbudowany wywalczonym w dramatycznych okolicznościach zwycięstwem nad Stomilem Olsztyn, natomiast goście są na fali i gonią czołową dwójkę tabeli, marząc o bezpośrednim awansem do PKO Ekstraklasy.

Spotkanie zapowiada się znakomicie, ale na stadionie przy Bukowej zasiądą tylko kibice gospodarzy. Tyszanie ponoszą bowiem konsekwencje wydarzeń z meczu z Widzewem Łódź. Za zachowanie swoich fanów (racowisko, próba wdarcia się do sektora gości, konieczność wezwania na stadion policji) klub został ukarany grzywną w wysokości 5.000 zł, wyłączeniem części trybun na mecz z Odrą Opole oraz trzymiesięcznym zakazem wyjazdów zorganizowanych grup kibiców.

 

gkstychy.info – Raport przed meczem GKS Katowice – GKS Tychy

Po awansie do pierwszej ligi GKS Katowice grał bardzo otwarty futbol. Teraz widać, że są bardziej wyrachowani. Wiemy doskonale, że jest to bardzo ważny mecz dla kibiców. Spotkanie derbowe będzie toczyło się na trochę innych warunkach, bo każdy chce wygrać. Spodziewamy się ciężkiego meczu na trudnym terenie i przygotowujemy się do niego bardzo mocno – mówi Kacper Jędrychowski, asystent trenera GKS Tychy.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga