Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Dramat GieKSy we Wronkach, Gong równo z gwizdkiem. GieKSa z pustymi rękami-czyli doniesienia mass mediów po przegranym meczu z rezerwami Lecha

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mass mediów na temat wczorajszego meczu Lech II pożnań – GKS Katowice. Niestety, GieKSa przegrała 2:3 (0:1). Tytuły artykułów są bardzo wymowne.

 

kkslech.pl – II-liga: Lech II Poznań – GKS Katowice 3:2

W meczu 28. kolejki piłkarskiej II-ligi sezonu 2019/2020, Lech II Poznań po szalonym meczu wygrał we Wronkach z faworyzowanym GKS-em Katowice 3:2 (1:0). Kolejorz pokonał dziś wicelidera ligowej tabeli strzelając zwycięskiego gola w ostatniej akcji spotkania. Dzięki temu niespodziewanemu zwycięstwu rezerwy wydostały się ze strefy spadkowej.

 

lechpoznan.pl – Wicelider pokonany

W meczu 28. kolejki drugiej ligi rezerwy Lecha Poznań pokonały wicelidera rozgrywek, GKS Katowice 3:2.

[…] Od początku spotkania goście pokazali swoje ambicje o awansie do I ligi. Szczególnie aktywny w polu karnym Kolejorza był wspominany już wcześniej Kurbiel, jednak defensywa lechitów spisywała się bardzo dobrze w tej części spotkania. Z upływem kolejnych minut do głosu zaczęli dochodzić gracze rezerw, a swoich okazji szukali m.in. Tomczyk oraz Szymczak. Jeden z ataków zakończył się szczęśliwie dla zawodników Lecha. Po małym zamieszaniu w polu karnym upadł Tomasz Kaczmarek, który zdaniem arbitra był faulowany przez Grzegorza Janiszewskiego. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł nie kto inny, jak Filip Szymczak, który w 36. minucie mógł dopisać do swojego konta siódmego gola.

Bramka na chwilę przed zejściem do szatni i trafienie tuż po rozpoczęciu drugiej połowy meczu. Tym razem niestety dla gości z Katowic, którzy dobrze rozegrali jeden ze stałych fragmentów gry. Wyrzut z autu, dośrodkowanie Adriana Błąda w pole karne, zgranie głową Arkadiusza Jędrycha i pewny strzał z półobrotu Arkadiusza Woźniaka. Po 50. minutach gry we Wronkach było 1:1 i nic nie wskazywało na to, że takim wynikiem zakończy się sobotnie spotkanie. Obie drużyny interesował bowiem tylko komplet punktów.

Goście próbowali uderzeń z dystansu, dośrodkowań na jedenasty metr czy strzałów z bliskiej odległości. To jednak gospodarze skutecznym kontratakiem wyszli po raz drugi na prowadzenie za sprawą Huberta Sobola. Prawdziwe wejście smoka obchodzącego kilka dni temu 20. urodziny napastnika. Ten nie dość, że wrócił na boisko po kontuzji (osiemnaście minut rozegrał w spotkaniu przeciwko Widzewowi Łódź – przyp.red.), to jeszcze strzelił gola… kilkadziesiąt sekund po wejściu na boisko.

Lechici dobrze się bronili przed atakami GKS-u, zostało naprawdę niewiele czasu do zdobycia kompletu punktów. Tuż przed zakończeniem spotkania goście doprowadzili jednak do wyrównania. Dawid Rogalski już wcześniej próbował kilka razy pokonać Łukasza Radlińskiego i w końcu jedna z ostatnich prób przyniosła oczekiwany przez katowiczan efekt. Kiedy wydawało się, że nic więcej w tym spotkaniu już się nie wydarzy, po raz kolejny w sobotnie popołudnie błysnął Szymczak. Filip do swoich statystyk – dzięki pięknemu uderzeniu zza pola karnego – dopisał ósme trafienie, a zawodnicy trenera Rafała Ulatowskiego ważne trzy punkty.

 

sportdziennik.pl – Dramat GieKSy we Wronkach. Porażka z rezerwami Lecha

Gol w szóstej minucie doliczonego czasu gry sprawił, że GKS Katowice przegrał we Wronkach z Lechem II Poznań 2:3.

Wyjazdowa niemoc katowiczan trwa. GieKSa po wznowieniu rozgrywek zdobyła co prawda 10 punktów i kroczy ku pierwszej lidze, ale… to jest orka na ugorze. Męczarnie.

Dość szczęśliwe domowe zwycięstwa – jak te z Łęczną, Stalą Rzeszów czy Garbarnią (szczęśliwe, nie fartowne – bo szczęściu trzeba pomóc!). A do tego człapiący rywale spoza strefy premiowanej bezpośrednim awansem, spośród których ocknęli się ostatnio jedynie łęcznianie, podczas gdy inni – Olimpia Elbląg – nawet nie chcą awansować.

[…] Takiej przewagi, jak w drugiej połowie meczu z rezerwami Lecha, GKS po wznowieniu rozgrywek nie miał w starciu z żadnym innym rywalem. Choć na kilka minut przed końcem przegrywał 1:2, to obraz gry kształtował się tak, że kibicom GieKSy śledzącym wysokiej jakości internetową transmisję z Wronek na YouTube’owym kanale Lech TV (darmową!) zapewne nie zdołała ulecieć nawet nadzieja na pełną pulę.

W 88. minucie za sprawą zmienników padł gol na 2:2 (wrzucał Marcin Urynowicz, a „wyplutą” przez bramkarza piłkę dobił Dawid Rogalski) i wydawało się, że wyrównanie nie musi być ostatnim słowem gości; że jeśli ktoś tu wygra, to GKS.

To ostatnie słowo należało jednak do poznaniaków (nie piszemy do „poznańskiej młodzieży”, bo przecież w wyjściowym składzie Lecha II było pięciu seniorów), którzy wyglądali, jakby już tylko marzyli o końcowym gwizdku. Łukasz Radliński wykopem znalazł Filipa Szymczaka. Ten opanował piłkę mimo obecności Grzegorza Rogali (wrócił do jedenastki GieKSy po kontuzji i był jej czołową postacią), nie zaatakował go wracający Urynowicz, nie przeszkodził Janiszewski… Aż wreszcie 18-latek przymierzył zza pola karnego. Trafił idealnie, Bartosz Mrozek (wypożyczony do Katowic z… Poznania) był bez szans. 3:2, końcowy gwizdek, wielka radość walczących o utrzymanie rezerw „Kolejorza”.

Spośród dziewięciu ostatnich wyjazdowych starć, wygrał tylko jedno, 4-krotnie remisując (w tym w Pucharze Polski ze Stalą Stalowa Wola, przegranym po karnych) i 4-krotnie przegrywając. Bilans tego roku na „obczyźnie”? W łeb w Elblągu, w łeb w Częstochowie, remis z pogodzoną ze spadkiem, rezygnującą nawet z walki o licencję Legionovią oraz sobotni dramat we Wronkach.

[…] Dwa kolejne gole stracone przez GKS również były natury dość… dziwnej, na pewno nie wynikały z przewagi Lecha. Hubert Sobol trafił do siatki sprytnym „centrostrzałem”, ledwie 33 sekundy po wejściu na boisko. A o tym, co stało się w 96. minucie, już wspominaliśmy. Na nic zdała się dominacja GieKSy, jakiej byliśmy świadkami przez sporą część drugiej połowy. Wyrównała raz (efektownym wolejem, po koźle, Arkadiusz Woźniak zwieńczył centrę Adriana Błąda i dogranie Arkadiusza Jędrycha), wyrównała drugi raz, ale opuściła Wielkopolskę z pustymi rękami. Jeśli Górnik Łęczna pokona Bytovię, ekipa trenera Góraka straci pozycję wicelidera II-ligowej tabeli.

 

gol24.pl – GieKSa przegrała z rezerwami Lecha tracąc bramkę w ostatniej akcji meczu

[…] GKS Katowice przystąpił do meczu z rezerwami Lecha z pozycji wicelidera niepokonanego od trzech spotkań. Poznański zespół znajdował się w strefie spadkowej, jednak ostatnio napędził stracha liderowi. Beniaminek prowadził w Łodzi z Widzewem 2:0, jednak przegrał 0:2. GieKSa chciała pierwszy raz wygrać w tym roku na wyjeździe. Katowiczanie mieli dobre wspomnienia z pierwszego meczu z Lechem II – w 11. kolejce, we wrześniu, wygrali u siebie 2:0, choć od 68. minuty grali w dziesiątkę (obie bramki zdobyli w osłabieniu).

Katowiczanie już w pierwszej minucie mieli rzut rożny. Po nim Arkadiusz Woźniak główkował nad poprzeczką. GieKSa miała przewagę, ale od 36. minuty przegrywała 0:1. Sędzia podyktował rzut karny za wątpliwy faul Grzegorza Janiszewskiego na Tomaszu Kaczmarku. Skutecznym egzekutorem okazał się Filip Szymczak. To był jedenasty karny w tym sezonie przeciw GKS-owi (tylko jeden obroniony). W 40. minucie goście domagali się rzutu karnego, oceniając, że faulowany był Maciej Stefanowicz, ale sędzia był innego zdania.

Druga połowa zaczęła się od dobrej okazji dla gospodarzy. Z ostrego kąta strzelił Paweł Tomczyk, a Bartosz Mrozek był na posterunku. GKS odpowiedział w najlepszy możliwy sposób, czyli bramką. Dośrodkował Adrian Błąd, Arkadiusz Jędrych podał głową do Woźniaka, który uderzył z woleja. Piłka po koźle poleciała pod poprzeczkę. W 54. minucie Woźniak znów miał szansę, ale strzelił nad poprzeczką. Po drugiej stronie boiska formę Mrozka znów sprawdził Tomczyk.

Od 70. minut rezerwy Lecha znów prowadziły. Bramkę tuż po wejściu na boisku zdobył rezerwowy Hubert Sobol, a tym razem Mrozek popełnił duży błąd….

Dziewięć minut później bramkarz gospodarzy Łukasz Radliński świetnie obronił strzał z bliska Marcina Urynowicza. Szansę miał jeszcze Dawid Rogalski. Zaprzepaścił ją przez złe przyjęcie piłki przed bramką. W 88. minucie GKS zdobył drugiego gola. Po dośrodkowaniu Urynowicza, piłkę odbił Radliński, a w zamieszaniu Rogalski wcisnął ją do bramki.

 

sportslaski.pl – Gong równo z gwizdkiem. GieKSa z pustymi rękami

Piłkarze GKS-u Katowice wracają z Wronek bez punktów. Zawodnicy trenera Rafała Góraka w drugiej odsłonie starcia z rezerwami Lecha Poznań dominowali na boisku, ale to 18-letni napastnik „Kolejorza” w ostatnich sekundach zadał decydujący o końcowym wyniku cios.

Pierwsza odsłona, choć długo toczona w niezłym tempie, nie przyniosła zbyt wielu emocji. Poza uderzeniem Szymona Kiebzaka, który z niezłej pozycji trafił wprost w ręce dobrze ustawionego Łukasza Radlińskiego, do najciekawszych sytuacji należały te, po których piłkarze obu drużyn domagali się rzutów karnych.

[…] Piłkarze Rafała Góraka mieli kolejne okazje do zdobycia gola. Ich niepowodzeń w „szesnastce” Lecha mógł żałować zwłaszcza Grzegorz Rogala, który wystawiał piłki Woźniakowi i Adrianowi Błądowi, ale ten pierwszy spudłował, drugiemu zaś w ostatniej chwili oddanie uderzenia uniemożliwili defensorzy „Kolejorza”. Skuteczni byli za to rezerwiści Lecha. W 70. minucie zaskakujący strzał z narożnika pola karnego oddał Hubert Sobol i katowiczanie znowu musieli gonić wynik.

Gonili z imponującą determinacją. Najlepsze okazje do strzelenia drugiego gola miał Grzegorz Rogalski. Znowu asystował Rogala, ale uderzenie snajpera Katowic obronił Radliński, któremu po chwili w sukurs przyszli defensorzy Lecha. Kilka chwil później skrzydłowy GKS-u znowu znalazł w polu karnym swojego kolegę, któremu w ostatnim momencie piłkę z nogi ściągnął doświadczony Grzegorz Wojtkowiak.

Na nieco ponad 2 minuty przed końcem przyjezdni w końcu wepchnęli piłkę do siatki rywali. Tym razem futbolówka została dośrodkowana z prawej strony przez rezerwowego Marcina Urynowicza. Radliński odbił ją prosto pod nogi Rogalskiego, który w sporym zamieszaniu wpakował ją do bramki.

Podopieczni trenera Ulatowskiego zamierzali bronić rezultatu, goście z Katowic próbowali zagrać o pełną pulę. Zupełnie nieoczekiwanie zgarnęli ją jednak gospodarze. W ostatnich sekundach meczu Radliński dalekim wykopem uruchomił Filipa Szymczaka. 18-latek oszukał Grzegorza Rogalę, po chwili zmylił Janiszewskiego, a później precyzyjnym uderzeniem lewą nogą zmusił Bartosza Mrozka do sięgnięcia po piłkę do siatki.

Broniący się przed spadkiem z ligi Lechici w geście radości rzucili się na murawę, siedli na niej zrezygnowani katowiczanie. Po trafieniu Szymczaka arbiter nie wznowił już gry. GKS mimo dobrej postawy w drugiej połowie wraca do Katowic bez punktów i z obawami o utrzymanie miejsca premiowanego bezpośrednim awansem do I ligi.

 

sportowefakty.pl – II liga: GKS Katowice przegrał po golu w ostatniej akcji. Gryf Wejherowo spadł z hukiem

Górnik Łęczna wyprzedził GKS Katowice i jest na miejscu premiowanym awansem. Zespół z Górnego Śląska stracił gola na 2:3 w ostatniej akcji meczu z Lechem II Poznań.

[…] Lech II Poznań przegrał poprzedni mecz 2:3 z Widzewem Łódź mimo dwubramkowego prowadzenia. Była to jego pierwsza porażka po serii 12 spotkań zakończonych wygraną albo remisem. W sobotę do Wronek przyjechał GKS Katowice i mógł spodziewać się trudnej przeprawy z rozdrażnionym zespołem.

Lech był równorzędnym przeciwnikiem dla kandydata do awansu i trzy razy wychodził na prowadzenie. Dwukrotnie GKS Katowice odpowiadał, a po trafieniu Dawida Rogalskiego w 88. minucie zanosiło się na remis. Już po upływie pierwotnie doliczonych minut rezerwiści przeprowadzili jeszcze jeden atak. Filip Szymczak dwa razy przełożył sobie piłkę przed polem karnym, a że katowiczanie nie kwapili się z próbami jej odebrania, to bohater spotkania przymierzył technicznie na 3:2. Sędzia już nawet nie wznowił gry po tym, jak futbolówka znalazła się w siatce.

 

infokatowice.pl – Fatalna porażka GieKSy z rezerwami Lecha

GieKSa doznała kolejnej wyjazdowej porażki w tej rundzie. Tym razem katowiczanie przegrali z rezerwami Lecha, po fatalnych błędach obrony i bramkarza.

 

gloswielkopolski.pl – Rezerwy Lecha Poznań pokonały wicelidera! Filip Szymczak bohaterem ostatniej akcji

[…] Na początku meczu największe niebezpieczeństwo groziło rezerwom ze strony byłego piłkarza Lecha Piotra Kurbiela. Inicjatywę mieli piłkarze GKS, ale to lechici strzelili pierwszego gola. Arbiter podyktował jedenastkę po powietrznym starciu, choć wcześniej mógł wskazać na „wapno”, gdy zatrzymywany był Paweł Tomczyk. Z rzutu karnego nie pomylił się Filip Szymczak i rezultat 1:0 utrzymał się do końca pierwszej połowy.

W drugiej części emocji było dużo więcej. Goście z Katowic, wyrównali po dośrodkowaniu Arkadiusza Jędrycha i strzale z półobrotu Arkadiusza Woźniaka. GKS znów miał przewagę, ale lechici skutecznie skontrowali. Hubert Sobol tuż po wejściu na boisko popisał się strzałem z narożnika pola karnego. Piłka odbiła się przed Bartoszem Mrozkiem i zaskoczony bramkarz musiał wyjmować piłkę z siatki.

Katowiczanie ruszyli natychmiast do odrabiania strat i w 88 minucie dopięli swego. Tym razem nie popisał się Radliński, który odbił piłkę wprost pod nogi Rogalskiego. Piłkarzowi GKS Katowice, pozostało tylko z bliska skierować ją do siatki.

I kiedy wydawało się, że lechici znów stracą punkty w końcówce, błysnął Filip Szymczak. W ostatniej akcji meczu długo holował piłkę. Przekładał ją sobie z nogi na nogę, ale kiedy zdecydował się na strzał zza pola karnego Mrozek znów nie sięgnął piłki. To była ostatnia akcja meczu! Radość lechitów była ogromna, bo zdobyli niezwykle ważne trzy punkty.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga