Piłka nożna Prasówka
Echa meczu z Miedzią w mediach
GieKSa rozbita w Legnicy!
Niespodziewanie katowiczanie łatwo ulegli piłkarzom Miedzi 0-3. Pomógł im w tym Mateusz Kamiński strzelając dwie samobójcze bramki.
GKS zaczął rundę rewanżową od falstartu zdobywając w czterech spotkaniach zaledwie 1 punkt.
Jak spotkanie w Legnicy opisały media?
Przeczytajcie.
gkskatowice.eu: Wysoka porażka w Legnicy
Gdy wydawało, się że już gorzej być nie może, Kamiński przy kolejnej próbie przecięcia dośrodkowania w 48. minucie znów trafił do własnej bramki, po identycznej akcji Miedzi. Inna sprawa, że koledzy nie upilnowali rywali i dopuścili do wrzucenia futbolówki w pole karne. Po straconym trzecim golu było już jasne, że w tym meczu nic wielkiego się nie wydarzy.
Trójkolorowym nie pomógł nawet fakt, że gospodarze grali w dziesiątkę od 74. minuty po faulu Adriana Woźniczki na Grzegorzu Fonfarze. – Nie możemy pozwalać sobie na takie błędy w obronie. Być może, gdybyśmy na początku zdobyli bramkę, mecz wyglądałby inaczej. Niestety nasze pomyłki sprawiły, że przegraliśmy ten mecz. Będziemy musieli przeanalizować to, co się dzisiaj wydarzyło i ciężko pracować, żeby z Górnikiem Łęczna wynagrodzić kibicom tę dzisiejszą porażkę – mówił rozczarowany obrońca GKS-u Rafał Pietrzak.
miedzlegnica.eu: Midzierski: Nie chciałbym być w jego skórze
Mówił po meczu z GKS Katowice Tomasz Midzierski w związku z dwoma samobójczymi trafieniami Mariusza Kamińskiego obrońcy katowickiej jedenastki. – Jest to dobry zawodnik, znam go z ligowych boisk. Co go nie zabije, to go wzmocni – dodaje obrońca Miedzi Legnica.
sportowefakty.pl: GieKSa rozbita w Legnicy! – relacja z meczu Miedź Legnica – GKS Katowice
W końcu jednak w 30. minucie do Patryka Szymańskiego zagrał Mateusz Szczepaniak, a skrzydłowy Miedzi wpadł w pole karne i ze spokojem uderzył po ziemi obok bramkarza, a futbolówka zatrzepotała w siatce.
Chwilę później było już 2:0. Własnego bramkarza zaskoczył Mateusz Kamiński, który przeciął głową zagranie Burkhardta. Jak się później okazało, to nie była pierwsza bramka tego zawodnika.
Kamiński już na samym początku drugiej odsłony widowiska ponownie skierował futbolówkę do własnej siatki! Miedź miała spotkanie pod kontrolą, lecz gospodarzom wszystko skomplikowało się w 75. minucie. Wówczas z boiska za czerwoną kartkę wyleciał Woźniczka. Katowiczanie śmiało ruszyli do ataku, wypracowali sobie dobre okazje do pokonania Andrzeja Bledzewskiego, lecz nie zdołali ich wykorzystać. Ostatecznie Miedź zespół z Katowic pokonała 3:0. Zawodnicy GieKSy jeżeli chcą w następnym sezonie zagrać w najwyższej klasie rozgrywkowej, muszą w końcu zacząć odnosić zwycięstwa.
przegladsportowy.pl: Prezes Gieksy: Czuję się podle. Będą kary!
Aby piłkarze zapamiętali ten mecz. Nie można przejść obok niego obojętnie. Jakie spotkają ich konsekwencje? Wybór jest szeroki, od rozwiązania umowy przez przesunięcie do drużyny rezerw, również z możliwością braku grania w drugiej drużynie, kary finansowe czy też rozmowy dyscyplinujące. Nie jestem jednak zwolennikiem rozwiązywania kontraktów oraz finansowych restrykcji – przyznaje Cygan.
Matematyka wskazuje, że możemy jeszcze bić się o ekstraklasę, ale byłbym wariatem, gdybym ogłosił, że z taką grą mamy szanse na pierwszą dwójkę w tabeli. Pojawia się sporo teorii, dlaczego jest tak źle. Nie wierzę jednak w to, że zawodnicy grają na przekór. To chyba kwestia mentalna. W Legnicy do 20 minuty prezentowali się przyzwoicie, ale później po stracie bramki było już gorzej. Być może część doświadczonych zawodników nie nadaje się do gry o stawkę. Nie wytrzymują presji, przyzwyczaili się do rywalizacji o dziesiąte miejsce. Dlatego konieczne są zmiany. Wierzę, że dzięki nim czarna seria zostanie przełamana – dodaje.
miedzlegnica.eu: Miedź Legnica – GKS Katowice 3:0
W 30. min był jednak bezradny – piłkę do Patryka Szymańskiego zagrał Mateusz Szczepaniak, a skrzydłowy Miedzi wpadł w pole karne i ze spokojem uderzył po ziemi obok bramkarza i umieścił piłkę w siatce. Goście nie zdążyli jeszcze otrząsnąć się po stracie gola, a już było 2:0 dla Miedzi. Tym razem własnego bramkarza zaskoczył Mateusz Kamiński, który przeciął głową zagranie Burkhardta.
W drugiej połowie znów Kamiński wpakował piłkę do własnej bramki – tym razem po dośrodkowaniu Piotra Madejskiego. Miedź kontrolowała spotkanie do 75. min. Wówczas za faul w środku pola czerwony kartonik zobaczył Adrian Woźniczka i katowiczanie ostatni kwadrans grali w przewadze zawodnika, ale nawet w dogodnych sytuacja nie potrafili pokonać Bledzewskiego.
przegladsportowy.pl: Samobójstwo Gieksy
– Rozegrałem już trochę meczów, ale takiego, w którym jeden zawodnik strzela dwa gole samobójcze jeszcze nie – mówił tuż po zwycięstwie nad GKS Katowice napastnik Miedzi Mateusz Szczepaniak. W tym samym czasie rywale wysłuchiwali od blisko 800 katowickich kibiców, którzy pojechali na ten mecz do Legnicy, litanii żali i przekleństw.GKS miał walczyć o awans do ekstraklasy, tymczasem od kilku tygodni gra beznadziejnie. Z jednym zdobytym punktem zamyka tabelę rundy wiosennej. Jeśli zawodnicy z górnego Śląska mają zamiar nadal popełniać tak katastrofalne błędy w obronie jak w sobotę, dużo lepiej nie będzie. Popisał się nie tylko Mateusz Kamiński, który dwa razy pokonał własnego bramkarza (najpierw ładnym szczupakiem po dośrodkowaniu Marcina Burkhardta, w drugim wypadku po centrze Piotra Madejskiego). Fatalnie przy pierwszym golu zachował się Dominik Sadzawicki, który dał się przepchnąć Patrykowi Szymańskiemu. Ciekawe, co teraz wymyśli trener Kazimierz Moskal.
Wszak Sadzawicki wskoczył na prawą obronę kosztem Alana Czerwińskiego, który w poprzedniej kolejce zawalił dwa gole z Bełchatowem.
sport.pl: Piłkarze Miedzi Legnica w efektownym stylu pokonali GKS Katowice
W 30. min Miedź objęła prowadzenie – piłkę do Patryka Szymańskiego zagrał Mateusz Szczepaniak, a skrzydłowy Miedzi wpadł w pole karne i ze spokojem uderzył po ziemi obok bramkarza i umieścił piłkę w siatce. Po chwili już było 2:0 dla Miedzi. Tym razem własnego bramkarza zaskoczył Mateusz Kamiński, który przeciął głową zagranie Burkhardta.
(…)
W drugiej połowie znów Kamiński wpakował piłkę do własnej bramki – tym razem po dośrodkowaniu Piotra Madejskiego. Miedź kontrolowała spotkanie do 75. min. Wówczas za faul w środku pola czerwony kartonik zobaczył Adrian Woźniczka i katowiczanie ostatni kwadrans grali w przewadze zawodnika, ale nawet w dogodnych sytuacjach nie potrafili pokonać Bledzewskiego.
slask.sport.pl: GKS Katowice planuje ukaranie piłkarzy! „Jak dzieci we mgle”
Po takiej serii klub zwykle zwalniają trenerów. W GKS-ie nikt jednak szkoleniowca nie wini. – W XIII wieku po bitwie pod Legnicą głowę stracił Henryk II Pobożny. Przekładając to na język piłkarski, to z trenerem Moskalem tak nie będzie. W najbliższym czasie nie należy spodziewać się zmian w sztabie szkoleniowym – obrazowo wyjaśnia prezes Wojciech Cygan.
To jednak nie znaczy, że w GKS-ie będzie spokojnie. – Graliśmy dramatycznie. Trzeba wyciągnąć konsekwencje indywidualne wobec zawodników. Decyzja zapadną w poniedziałek po rozmowach z trenerami. Paleta ewentualnych rozwiązań nie jest szeroka, ale konsekwencje będą bardziej dolegliwe niż rozmowa dyscyplinująca – zapowiada Cygan.
Wydaje się, że na piłkarzy mogą zostać nałożone kary finansowe lub czasowe zesłanie od rezerw.
slask.sport.pl: Kolejny fatalny mecz GieKSy. Dwa samobójcze gole stopera!
Ciekawe, kogo trener Kazimierz Moskal wystawi na prawej obronie w następnym spotkaniu… W Legnicy niezwykły popis skuteczności dał Mateusz Kamiński. Stoper GKS-u strzelił aż dwie bramki. Jego wyczyn jest tym bardziej spektakularny, że za każdym razem trafiał do… własnej bramki.
Po drugim trafieniu Kamińskiego sprawa zwycięstwa była już rozstrzygnięta. Miedź cofnęła się do obrony i dała pograć katowiczanom. Ci nie potrafili jednak strzelić nawet honorowego gola. Symbolem ich bezradności było pudło z kilku metrów Szymona Skrzypczaka.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.


Najnowsze komentarze