Felietony Piłka nożna
Echa meczu z Sandecją w mediach
W drugiej kolejce 1 ligi, GKS Katowice pewnie pokonał u siebie Sandecję Nowy Sącz 2-0 (1-0).
Tak o tym meczu piszą media.
slask.sport.pl: Skuteczna w ataku i pewna w obronie. GieKSa zagrała jak kandydat do awansu
Piłkarze GKS-u Katowice zagrali, jak przystało na jednego z faworytów pierwszej ligi, i pewnie pokonali na Bukowej Sandecję Nowy Sącz.
Pojedynek z Sandecją miał być dla GKS-u szansą na rehabilitację za porażkę w pierwszej kolejce w Świnoujściu. W spotkaniu z Flotą katowiczanie nie zaprezentowali się bowiem jak drużyna, która ma nadawać ton pierwszoligowym rozgrywkom.
O tym, że GieKSa chce jak najszybciej zmazać tamtą plamę, świadczyła już pierwsza akcja meczu. Gola powinien po niej zdobyć Przemysław Pitry, ale – zupełnie nie w swoim stylu – zmarnował dobrą okazję. Impet ataków GieKSy wydawał się tak duży, że zdobycie bramki miało być tylko kwestią czasu. Tak się jednak nie stało. Sandecja opanowała sytuację na boisku i spotkanie na wiele minut się wyrównało.
Przełomem okazała się szybka kontra wyprowadzona pod koniec pierwszej połowy. Bramkarz Sandecji Marcin Cabaj sfaulował we własnym polu karnym szarżującego Janusza Gancarczyka i sędzia podyktował „jedenastkę”. Tyle że karny to jeszcze nie gol. Świetnie o tym wiedzą w Katowicach, bo GKS miał latem spore problemy z wykorzystywaniem karnych w meczach sparingowych. Egzamin ze skuteczności w meczu ligowym wypadł już bezbłędnie. Pewnym egzekutorem karnego okazał się Gancarczyk. Jeśli goście marzyli o wywiezieniu z Katowic choćby punktu, to już na początku drugiej połowy mogli o tym zapomnieć. Wszystko za sprawą drugiej bramki dla GieKSy, którą strzałem z bliska zdobył Michał Zieliński. Nowy środkowy napastnik katowickiego zespołu zaczął w ten sposób spłacać olbrzymi kredyt zaufania, jakim obdarzono go na Bukowej. Aby jego transfer został uznany za udany, Zieliński musi jednak w tej rundzie zdobyć jeszcze przynajmniej kilka goli. Pod koniec meczu okazało się, że w dobrej formie są nie tylko ofensywni gracze z Katowic, ale także bramkarz Łukasz Budziłek. Piłkarze Sandecji oddali kilka groźnych strzałów, ale golkiper GieKSy udanymi interwencjami odebrał im nadzieję na zdobycie choćby honorowego trafienia.
ekstraklasa.net: Rehabilitacja GieKSy, kolejna dwubramkowa porażka Sandecji
Kibice GKS-u Katowice odetchnęli z ulgą. Ich zespół pewnie odprawił Sandecję Nowy Sącz, czym udowodnił, że porażka na inaugurację z Flotą Świnoujście była jedynie wypadkiem przy pracy.
gkskatowice.eu: Sandecja rozbita przy Bukowej!
Lepszej inauguracji rozgrywek pierwszej ligi na własnym stadionie kibice nie mogli sobie wymarzyć. Katowiczanie pewnie pokonali Sandecję Nowy Sącz 2:0 i poprawili fanom humory po wpadce w Świnoujściu.
Starcie ekip, które przegrały swoje mecze w pierwszej kolejce przypominało z początku szachy. Żadna z drużyn nie chciała stracić bramki, przez co ostrożnie podeszła do przeciwnika i niewiele się działo. Pierwszą dogodną sytuację katowiczanie stworzyli sobie jednak w 5. minucie, ale po dokładnym dośrodkowaniu Bartłomieja Chwalibogowskiego w piłkę nieczysto trafił w polu karnym Przemysław Pitry.
Zachęcona coraz częściej zazębiającymi się akcjami GieKSa ruszyła do ataku. Bramkę rywali bombardowali raz po raz wspomniany Pitry oraz Michał Zieliński. Piłka jednak mijała bramkę Sandecji jak zaczarowana. Goście próbowali odpowiedzieć kontrami konstruowanymi głównie skrzydłami, ale ich próby były nieudolne. Wydawało się, że bramka dla katowiczan jest tylko kwestią czasu. I tak też się stało. Co prawda przy pierwszym golu Zielińskiego w 29. minucie sędzia dopatrzył się spalonego. – Nie ma znaczenia czy była bramka czy nie. Sędzia odgwizdał spalonego i nie ma co dłużej dywagować na ten temat – uciął spekulacje trener Rafał Górak.
Niespełna dziesięć minut później było już 1:0. W polu karnym Janusza Gancarczyka sfaulował bramkarz Marcin Cabaj, a sam poszkodowany pewnie umieścił piłkę w siatce przy prawym słupku, myląc przy okazji winowajcę.
Po przerwie obraz gry nie zmienił się. GKS dalej atakował, a sądeczanie musieli ratować się faulami bądź przecinaniem składnych akcji gospodarzy w polu karnym. Na niewiele się to zdało i nic nie wskazywało, żeby któryś z ataków przyjezdnych zakończył się zagrożeniem dla bramki Łukasza Budziłka. Dziesięć minut po wznowieniu gry w drugiej połowie GieKSiarze dobili rywali. Wspaniale zachował się w polu karnym Michał Zieliński, który po strąceniu głową piłki przez Pitrego bez zastanowienia kropnął futbolówkę w kierunku bramki Sandecji. Ta odbiła się jeszcze od obrońców i wpadła w okienko bramki.
– Chcemy u siebie grać tak, żeby kibice wychodzili z Bukowej zawsze zadowoleni, dlatego musieliśmy wygrać za wszelką cenę.
Krok po kroku GKS staje się silniejszy i to nasze wspólne dzieło. Przegraliśmy wyjazdowy, pierwszy mecz więc musieliśmy przed własną publiką pokazać się z jak najlepszej strony – podkreślał trener Górak.
Drugi gol podciął skrzydła gościom. GKS niczym husaria ruszył na rywali, raz po raz powodując zagrożenie w polu karnym.
Ładnymi akcjami popisywał się Tomasz Wróbel, który dokładnie dogrywał do swoich kolegów, a ci sprawdzali umiejętności Marcina Cabaja. W końcówce Sandecja próbowała jeszcze uratować swój honor, zdobywając gola kontaktowego, ale Łukasz Budziłek między słupkami był dzisiaj nie do pokonania i to katowiczanie mogli cieszyć się z pierwszego kompletu punktów w tym sezonie. – Najważniejsze, że wygraliśmy i pokazaliśmy, że jesteśmy zespołem nie tylko na boisku, ale i poza nim.
Cieszymy się z wygranej i jest to dla nas ważne, że udało nam się zrewanżować fanom za porażkę z Flotą – stwierdził Budziłek.
sportowefakty.pl: Niechlubna passa GieKSy zażegnana
GKS Katowice zasłużenie pokonał na własnym stadionie Sandecję Nowy Sącz i odkuł się za inauguracyjną porażkę w Świnoujściu. Drużynie z Bukowej udało się też zażegnać pewną niechlubną serię.
GKS Katowice i Sandecja Nowy Sącz sezon zainaugurowali od porażek. Śląska drużyna przegrała na Wyspie Uznam z Flotą, zaś nowosądeczanie ulegli na własnym terenie Okocimskiemu Brzesko. W sobotni wieczór cieszyć się ze zmazania inauguracyjnej plamy mogli się piłkarze Rafała Góraka.
Mecz dla GieKSy mógł rozpocząć się jak marzenie. Już w pierwszej akcji tego spotkania bowiem Bartłomiej Chwalibogowski wyłożył piłkę jak na tacy Przemysławowi Pitremu, który w czystej sytuacji uderzając z pola karnego… nie trafił w futbolówkę.
Potem na boisku było już tylko gorzej. Pierwszy kwadrans w wykonaniu obu drużyn na kolana rzucić nie mógł, ale w drugim katowiczanie wzięli się do roboty. Na efekty tego nie trzeba było długo czekać. Dobre okazje strzeleckie mieli Michał Zieliński i Janusz Gancarczyk, ale w dogodnych sytuacjach nie trafiali do siatki.
W późniejszych fragmentach spotkania obaj gracze jednak za nieskuteczność się zrehabilitowali. Sygnał do ataku dał w 28. minucie gry Zieliński, który po wybiciu piłki na uwolnienie zgubił jednego z obrońców i w sytuacji sam na sam z Marcin Cabaj silnym strzałem pod poprzeczkę posłał piłkę do siatki. Arbiter jednak dopatrzył się w tej sytuacji spalonego i bramki nie uznał. Była to decyzja co najmniej kontrowersyjna.
To co nie udało się „Zielowi” niespełna dziesięć minut później powiodło się z kolei Gancarczykowi, który po szybkiej kontrze stanął oko w oko z bramkarzem Sandecji i dał się powalić w polu karnym gości. Tym razem sędzia bez wahania wskazał na „wapno”, a jedenastkę na bramkę zamienił silnym strzałem w prawy róg sam poszkodowany.
Trafienia „Garniolowi” pozazdrościł Zieliński i krótko po przerwie także wpisał się na listę strzelców. Po dograniu piłki z lewego skrzydła i rykoszecie piłka wpadła pod nogi Pitrego, który intuicyjnie zgrał do partnera z linii ofensywnej, a ten półwolejem umieścił piłkę w lewym rogu nowosądeckiej bramki.
Tuż przed końcem meczu okazję na ustrzelenie dubletu miał jeszcze Gancarczyk, ale w dobrej sytuacji zamiast uderzać próbował dogrywać piłkę do nabiegającego na długim słupku Arkadiusza Kowalczyka, a szyki katowiczanom pomieszał jeden z obrońców przejmując futbolówkę.
O postawie Sandecji w tym meczu niewiele można powiedzieć dobrego. Za cenzurkę nowosądeckiej drużynie posłużyć może fakt, że po raz pierwszy goście bramce Łukasza Budziłka realnie zagrozili w samej końcówce, kiedy z dystansu potężnie przymierzył Jozef Certik. Golkiper katowiczan efektowną robinsonadą przeniósł jednak piłkę nad poprzeczką bramki gospodarzy.
gieksiarze.pl: GKS Katowice – Sandecja Nowy Sącz 2:0
GKS Katowice pokonał na bukowej Sandecję Nowy Sącz 2:0. Pierwszą bramkę strzelił Janusz Gancarczyk z rzutu karnego w 38 minucie.. Wcześniej był faulowany w polu karnym przez Cabaja. Piłke na 11 mertrze najpierw ustawił Sławomir Duda jednak ostatecznie srzelał sam poszkodowany Gancarczyk. W drugiej połowie prowadzenie podwyższył Michał Zieliński – była 55 minuta spotkania, piłke w polu karnym przejął Przemysław Pitry i odegrał do Zielińskiego, ten z bliska pokonał bramkarza gości.
sportslaski.pl: GKS Katowice – Sandecja 2-0. Wyspiarska plama zmazana!
GKS Katowice zmazał plamę ze Świnoujścia i po dobrym w swoim wykonaniu spotkaniu pokonał Sandecję Nowy Sącz. Dobre zawody w barwach drużyny z Bukowej rozegrali Janusz Gancarczyk i Michał Zieliński.
Wydarzenie
Na niespełna dziesięć minut przed przerwą Sandecja wykonywała rzut rożny, po której GKS Katowice wyprowadził zabójczą kontrę. Z piłką prawym skrzydłem urwał się Janusz Gancarczyk, który zamiast dogrywać do wychodzących z akcją partnerów wpadł z piłką w pole karne gości i dał się sfaulować Marcinowi Cabajowi. Sędzia bez chwili zawahania wskazał na „wapno”, a rzut karny na bramkę pewnym strzałem zamienił sam poszkodowany.
Bohater
Grzechem byłoby po tym meczu wskazać jednego bohatera. GKS mógł się podobać jako zespół i miał na boisku indywidualności. Dobre zawody rozegrał wspomniany wcześniej Gancarczyk, aktywni byli też Przemysław Pitry, Bartłomiej Chwalibogowski, Michał Zieliński i wprowadzony na boisko po przerwie Rafał Figiel. Widać, że forma katowiczan idzie w górę.
Rozczarowanie
Słaba postawa Sandecji. Nowosądecka drużyna przez cały mecz nie była w stanie stworzyć klarownej sytuacji pod bramką Łukasza Budziłka. Brakowało zaangażowania, waleczności i ambicji, które wcześniej ten zespół charakteryzowały. Mnożyły się z kolei błędy indywidualne. Na tle dobrze zorganizowanego GKS-u nowosądeczanie wyglądali bardzo mizernie.
Co ciekawego
– Trener Rafał Górak zdecydował się na dokonanie dwóch zmian w wyjściowym zestawieniu w porównaniu z meczem w Świnoujściu.
W miejsce Dominika Sadzawickiego zagrał Alan Czerwiński, zaś Krzysztofa Wołkowicza zastąpił Sławomir Duda.
– W Katowicach pojawiło się ok. 150 kibiców gości, wspieranych przez fanów zaprzyjaźnionego GKS-u Tychy.
– GieKSa wynik meczu mogła otworzyć już w pierwszej akcji spotkania. Po dograniu Chwalibogowskiego ustawiony na 9. metrze od bramki Sandecji Pitry nie trafił jednak w futbolówkę…
– Pierwszy kwadrans meczu był wyrównany i… słaby. Bramkarze wtenczas byli bezrobotni, a gra toczyła się głównie w środku pola.
– Jako pierwszy w tym meczu do siatki trafił Zieliński, który po niespełna pół godziny gry urwał się obrońcom i w sytuacji sam na sam pokonał bramkarza gości. Sędzia dopatrzył się jednak – dość kontrowersyjnego – ofsajdu napastnika katowiczan.
– Ostatni kwadrans gry przed przerwą należał bezspornie do GieKSy. Dobre okazje na podwyższenie wyniku mieli Pitry i Gancarczyk, ale piłka nieznacznie chybiała celu.
– Krótko po przerwie swego dopiął „Zielu”, który po dograniu piłki z lewego skrzydła i sprytnym zgraniu Pitrego silnym strzałem z półwoleja skierował piłkę w lewy róg bramki Cabaja.
– Po nieco ponad godzinie gry z boiska z urazem zszedł kapitan katowiczan Adrian Napierała. W jego miejsce trener Górak wprowadził jednak nie innego defensora, a… ofensywnie usposobionego Figla. Na środek defensywy cofnął się w związku z tym Kamil Cholerzyński.
– W końcówce meczu kunsztem bramkarskim wykazać musiał się Budziłek, który efektowną paradą wybronił atomowe uderzenie Jozefa Certika z dystansu.
– W odpowiedzi z piłką w pole karne nowosądeczan wpadł Gancarczyk, ale zamiast strzelać dogrywał wzdłuż linii do nabiegającego Arkadiusza Kowalczyka. Piłkę przejął jeden z obrońców Sandecji…
– Ostatnie minuty fragmenty gry przebiegały pod dyktando gospodarzy. Katowiczanie wymienili wtenczas kilkadziesiąt podań, niejednokrotnie ośmieszając piłkarzy z Nowego Sącza. Po długiej wymianie z piłką w pole karne Sandy wpadł Kowalczyk, ale żaden z partnerów nie poszedł mu w sukurs i dobrze wyglądająca akcja spaliła na panewce.
sandecja.com.pl: GKS Katowice – Sandecja 2-0 (1-0)
GKS Katowice zasłużenie pokonał na własnym stadionie Sandecję Nowy Sącz i odkuł się za inauguracyjną porażkę w Świnoujściu. Drużynie z Bukowej udało się też zażegnać pewną niechlubną serię.
GKS Katowice i Sandecja Nowy Sącz sezon zainaugurowali od porażek. Śląska drużyna przegrała na Wyspie Uznam z Flotą, zaś nowosądeczanie ulegli na własnym terenie Okocimskiemu Brzesko. W sobotni wieczór cieszyć się ze zmazania inauguracyjnej plamy mogli się piłkarze Rafała Góraka.
Mecz dla GieKSy mógł rozpocząć się jak marzenie. Już w pierwszej akcji tego spotkania bowiem Bartłomiej Chwalibogowski wyłożył piłkę jak na tacy Przemysławowi Pitremu, który w czystej sytuacji uderzając z pola karnego… nie trafił w futbolówkę.
Potem na boisku było już tylko gorzej. Pierwszy kwadrans w wykonaniu obu drużyn na kolana rzucić nie mógł, ale w drugim katowiczanie wzięli się do roboty. Na efekty tego nie trzeba było długo czekać. Dobre okazje strzeleckie mieli Michał Zieliński i Janusz Gancarczyk, ale w dogodnych sytuacjach nie trafiali do siatki.
W późniejszych fragmentach spotkania obaj gracze jednak za nieskuteczność się zrehabilitowali. Sygnał do ataku dał w 28. minucie gry Zieliński, który po wybiciu piłki na uwolnienie zgubił jednego z obrońców i w sytuacji sam na sam z Marcin Cabaj silnym strzałem pod poprzeczkę posłał piłkę do siatki. Arbiter jednak dopatrzył się w tej sytuacji spalonego i bramki nie uznał. Była to decyzja co najmniej kontrowersyjna.
To co nie udało się „Zielowi” niespełna dziesięć minut później powiodło się z kolei Gancarczykowi, który po szybkiej kontrze stanął oko w oko z bramkarzem Sandecji i dał się powalić w polu karnym gości. Tym razem sędzia bez wahania wskazał na „wapno”, a jedenastkę na bramkę zamienił silnym strzałem w prawy róg sam poszkodowany.
Trafienia „Garniolowi” pozazdrościł Zieliński i krótko po przerwie także wpisał się na listę strzelców. Po dograniu piłki z lewego skrzydła i rykoszecie piłka wpadła pod nogi Pitrego, który intuicyjnie zgrał do partnera z linii ofensywnej, a ten półwolejem umieścił piłkę w lewym rogu nowosądeckiej bramki.
Tuż przed końcem meczu okazję na ustrzelenie dubletu miał jeszcze Gancarczyk, ale w dobrej sytuacji zamiast uderzać próbował dogrywać piłkę do nabiegającego na długim słupku Arkadiusza Kowalczyka, a szyki katowiczanom pomieszał jeden z obrońców przejmując futbolówkę.
O postawie Sandecji w tym meczu niewiele można powiedzieć dobrego. Za cenzurkę nowosądeckiej drużynie posłużyć może fakt, że po raz pierwszy goście bramce Łukasza Budziłka realnie zagrozili w samej końcówce, kiedy z dystansu potężnie przymierzył Jozef Certik. Golkiper katowiczan efektowną robinsonadą przeniósł jednak piłkę nad poprzeczką bramki gospodarzy.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.


Najnowsze komentarze