Felietony Piłka nożna
Ekstraklaso – meldujemy się na kolejny sezon!
W zasadzie to przechodzi bez echa, więc wczoraj byliśmy trochę wyizolowani, gdy o tym informowaliśmy. A przecież skutek prawny wczorajszego wyniku w Niepołomicach jest dokładnie taki sam, jak dokładnie 11 miesięcy temu, czyli 26 maja w Gdyni, gdy GKS wygrał z Arką. Obie te sytuacje spowodowały, że GKS Katowice w kolejnym sezonie będzie grał w ekstraklasie!
Zadziwia mnie, jak mało osób przykuwa do takich niuansów uwagę. Dla większości osób było pewne, że GKS kilka kolejek temu już się utrzymał i nie zaprzątali sobie głowy jakąś tam matematyką. A my z Kosą siedzieliśmy, główkowaliśmy, wymyślaliśmy tabelki porównawcze, z których by wynikało, czy GKS może jeszcze – przy równej ilości punktów z Puszczą czy wcześniej Stalą Mielec – zająć ostatnie miejsce w tabelce porównawczej z pierdyliardem innych zespołów. Wychodziło, że może. Może jesteśmy po prostu dziwni. Ale z matematyką jeszcze nikt nie wygrał.
Na to matematyczne utrzymanie w tej kolejce mieliśmy trzy szanse. Pierwsza to brak zwycięstwa Puszczy. Druga to brak zwycięstwa Lechii. I trzecia w końcu – gdyby obie wymienione drużyny wygrały – przynajmniej nasz remis z Legią.
Nie musieliśmy czekać do soboty. Po szalonym meczu Puszcza przegrała z Pogonią i to powoduje, że nie dogonią nas w tym sezonie na pewno ani Stal, ani Śląsk, ani piłkarze Tomasza Tułacza.
Uważam, że dla nas kibiców to taki sam powód do świętowania, jak zeszłoroczny awans. Można wypić triumfalną herbatkę. I zjeść triumfalną bułkę w Jugo Grillu. Naprawdę jest co celebrować.
Ktoś powie, że to małostkowe. Że jak to świętować środek tabeli. To ja na to odpowiem – tak to. Kolejną rzeczą, która mnie zaskakuje to takie szybkie przejście do porządku dziennego nad obecną sytuacją. A sytuacja nie jest zwyczajna. Ciekaw jestem, ile osób tak rzetelnie myślących (czyli nie mam na myśli tych, co to uważają, że powinniśmy roznieść Legię, bo za tydzień gra finał pucharu), spodziewało się, że pięć meczów przed końcem będziemy mieli matematyczne utrzymanie, a praktycznie pewne pozostanie w lidze było jeszcze kilka dobrych kolejek wcześniej.
GieKSie wieszczono podzielenie losów Ruchu czy ŁKS z poprzedniego sezonu, czyli spadek z hukiem. Według mnie to była przesada wynikająca z tego, że wypowiadający się na ten temat „eksperci” nie mieli bladego pojęcia o tej drużynie, bo – jak już nieraz pisałem – z dziennikarskiego mainstreamu pies z kulawą nogą nie ogląda pierwszej ligi. To, nad czym mogliśmy się faktycznie zastanawiać, to po prostu walka o utrzymanie i nieśmiało marzyliśmy o tym, żeby odbyło się ono dość spokojnie, powiedzmy, żeby mieć je pewne na kolejkę czy dwie przed końcem.
Tymczasem niemal od początku sezonu GKS Katowice punktował tak, że ta przewaga była bezpieczna i z czasem systematycznie się powiększała. Oto, jak wyglądała przewaga nad kreską GKS po poszczególnej kolejce:
5. – 2 punkty
10. – 4 punkty
15. – 8 punktów
20. – 10 punktów
23. – 8 punktów
25. – 10 punktów
26. – 13 punktów
27. – 12 punktów
28. – 13 punktów
29. – 15 punktów
Widać tę tendencję wznoszącą, w której GKS systematycznie oddalał się od czerwonej strefy i z każdym kolejnym zwycięstwem zapewniał sobie coraz więcej spokoju. Katowiczanie są jednym z najlepszych beniaminków w ostatnich latach, grają jak typowy, solidny ligowiec i wyjadacz. A tego już się przed sezonem na pewno w najśmielszych snach spodziewać nie mogliśmy. Naprawdę ceńmy takie chwile, takie sezony, bo nawet jeśli nasz zespół w przyszłych sezonach będzie grał o wyższe lokaty (miejmy nadzieję), to stosunek tego co jest teraz, do tego, co mogliśmy zakładać przed obecnymi rozgrywkami świadczy, że jest naprawdę spektakularnie i z przytupem. Ekstraklaso – to my – GKS Katowice! Meldujemy się na kolejny sezon!
A małym druczkiem dodam, że należy też mieć zdrową pokorę i nie zawsze sezon może być kolorowy, jak ten obecny. Doceniajmy więc to, co mamy. Ale z nadzieją na więcej.
Dzisiaj zdarzy się to, na co czekaliśmy ponad dwie dekady. Do Katowic przyjeżdża po 21 latach Legia Warszawa. Wojskowi nie zdążyli już zagrać na Bukowej, dlatego powitamy ich już na nowym stadionie. W najwyższej klasie rozgrywkowej. Po starciach z Ruchem Chorzów to zawsze były najbardziej elektryzujące potyczki. Rywalizacja z ekipą ze stolicy zawsze miała rumieńce. Raz górą byli katowiczanie, raz warszawiacy, choć w ostatnich latach w ekstraklasie to Legioniści dość regularnie z nami wygrywali. Były te wyjątki w sezonie 2000/01 i dwie wygrane, czy wspominany ostatnio remis 3:3, ale ponadto dostawaliśmy od piłkarzy z Łazienkowskiej regularne lanie.
Trudno powiedzieć, jakie nastawienie będzie miała Legia, ale nie liczyłbym na to, że jakoś będzie się specjalnie oszczędzać. Finał Pucharu Polski grają dopiero za tydzień, a nie za trzy dni. Oczywiście finał bardzo ważny, kluczowy dla uratowania sezonu i zapewnienia sobie gry w europejskich pucharach. Jeśli piłkarze Goncalo Feio przegrają z Pogonią, sezon uznają za stracony i nie będzie miał znaczenia nawet ćwierćfinał Ligi Konferencji. Dla Legii zawsze liczy się przede wszystkim Mistrzostwo Polski. Jak nie to na pocieszenie Puchar Polski. Jeśli nie będzie żadnego z tych trofeów, będzie to klęska.
Jednak sezon muszą do końca dograć. Pierwszym z pięciu ostatnich meczów ligowych jest ten z GKS Katowice. Na Nowej Bukowej zagra drużyna, która dziewięć dni temu wygrała na Stamford Bridge z Chelsea. Co prawda trener Feio trochę się galopuje, mówiąc, że The Blues to jedna z najlepszych drużyn świata, ale wiadomo, że chce jeszcze podnieść rangę tego triumfu.
Ogólnie powtórzę to, co pisałem po meczu z Zagłębiem i sprawie Zidane’a. Piłka nożna jest niesamowita, że dwa kolejne wyjazdy dla danego klubu to może być Stamford Bridge i Arena Katowice. Tak jak kiedyś Wisła Kraków, która w cztery dni grała na Bukowej i Santiago Bernabeu. Tutaj taki Baszczu, Franek czy Żuraw mierzyli się z Tadziem Bartnikiem, Mietkiem Agafonem czy Sebkiem Kęską, a za kilka dni stawiali czoła Figo, Beckhamowi, Zidane’owi, Raulowi czy brazylijskiemu Ronaldo. Piękna sprawa.
No i tutaj też zobaczymy jak warszawianie po bojach z Cucurellą, Sancho, Palmerem czy Nkunku będą sobie radzić z naszymi Repką, Kowalem, Arkiem Jędrychem czy Wasylem.
I najlepsze i najzabawniejsze jest to, że… wcale nie będą musieli mieć łatwiej niż w Londynie. Mecz meczowi nierówny. Co pokazała choćby Lechia Gdańsk, która była bliska zwycięstwa przy Łazienkowskiej. GKS Katowice w tym sezonie potrafił już wygrywać z takimi ekipami jak Raków, Jagiellonia czy Pogoń. Nie ma więc żadnego powodu, by twierdzić, że zwycięstwo z Legią to jakaś sfera abstrakcji. Na pewno będzie to trudny mecz. Ale jeśli GKS będzie grał swoją grę, to jest szansa powalczyć o trzy punkty. Osobiście przed rundą typowałem, że albo z Legią, albo z Lechem wygramy. Zobaczymy, czy się sprawdzi.
A GieKSa? Bądźmy uczciwi. Skoro matematycznie rozpatrzyliśmy utrzymanie, to powiedzmy, że matematycznie mamy jeszcze szansę na puchary. Trzeba by po prostu wygrać wszystko do końca (pięć meczów, tak jak rok temu), a Jagiellonia musiałaby prawie wszystko przegrać. Oczywiście po drodze też serię porażek musiałaby zaliczyć Pogoń. Będziemy myśleć, jak gwiazdy ułożą się w taki sposób, że będzie to możliwe.
Ale patrząc na poważnie, naprawdę warto grać i punktować, bo można poprawić swoją pozycję w tabeli. Już wyprzedziliśmy Górnika, co przecież jeszcze niedawno wydawało się trudne do zrobienia. Mentalnie i moralnie wyprzedziliśmy też Cracovię, bo to, że jesteśmy niżej w tabeli wynika tylko z dość głupich przepisów. Mamy tyle samo punktów i lepszy mecz bezpośredni. Ale przez to, że nie są rozegrane oba spotkania, liczy się bilans bramkowy.
Natomiast walka o piąte miejsce jest jeszcze realna, a o szóste – bardzo realna. Chodzi tylko o to, by nie spuścić z tonu na koniec rozgrywek. Patrząc jednak na to, co GKS pokazał we Wrocławiu, raczej nie mamy się co o to martwić.
Liczymy dzisiaj na wielkie widowisko, dobrą pewną grę GieKSy – już utrzymanej w ekstraklasie – no i oczywiście na dobry wynik!
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli.
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.


Najnowsze komentarze