Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Eliminacje Ligi Mistrzyń: Anderlecht zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko…

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich czterech dni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Mistrzynie Polski w piłce nożnej rozegrały dwa spotkania w ramach turnieju eliminacji Ligi Mistrzyń UEFA. Pierwsze spotkanie nasze Panie przegrały z RSC Anderlechtem Bruksela 0:5 (0:4). W drugim spotkaniu, w którym stawką było zajęcie trzeciego miejsca w turnieju zespół wygrał po rzutach karnych z Lokomotiv Stara Zagora, tym samym piłkarki odnotowały historyczny sukces. Kolejne spotkanie piłkarki rozegrają w ramach rozgrywek Orlen Ekstraligi z Medykiem Konin. Mecz zostanie rozegrany na Bukowej, w sobotę 16-tego września o godzinie 15:00. Piłkarze, korzystając z przerwy reprezentacyjnej rozegrali sparing z Rakowem Częstochowa, ulegając przeciwnikowi 2:3 (1:1). Kolejny mecz ligowy nasza drużyna rozegra 15-tego września (piątek) z Zagłębiem Sosnowiec, na Bukowej. Początek spotkania o godzinie 20:30.

Siatkarze przygotowują się do startu rozgrywek PlusLigi, w najbliższą sobotę i niedzielę zespół rozgra dwa sparingi: pierwszy z Norwidem Częstochowa, drugi z Resovią Rzeszów. Do drużyny dołączył przyjmujący Marcin Waliński.

Wystartowały rozgrywki Tauron Hokej Ligi, nasza drużyna w pierwszej kolejce pauzowała, w drugiej rundzie pokonała wicemistrzów Polski, drużynę GKS-u Tychy, po rzutach karnych 3:2. W rozpoczętym tygodniu zespół rozegra dwa spotkania: w piątek (15.09) z Unią Oświęcim (wyjazd) oraz w niedzielę (17.09) z Cracovią Kraków (dom). Mecze rozpoczną się odpowiednio o godzinie 18:00 i 17:00. David Lebek, Błażej Chodor, Mychajło Kowalczuk podpisali kontrakty z klubem. Na mocy porozumienia z Naprzodem Janów do szerokiej kadry dołączyło czterech innych zawodników.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Poważna kontuzja zawodniczki GKS-u Katowice!

GKS Katowice do spotkań eliminacji do Ligi Mistrzyń i kolejnych potyczek ligowych przystąpi bez Oliwii Malesy, którą w spotkaniu ze Stomilankami Olsztyn doznała zerwania więzadła krzyżowego w kolanie.

19-letnia zawodniczka do zespołu mistrzyń Polski dołączyła w letnim okienku transferowym z HydroTrucku Radom. W obecnych rozgrywkach wystąpiła w dwóch spotkaniach na poziomie Orlen Ekstraligi.

W najbliższym czasie zawodniczka przejdzie zabieg i czeka ja dłuższa rehabilitacja.

 

Eliminacje Ligi Mistrzyń: Anderlecht zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko…

Historyczne pierwsze spotkanie GKS-u Katowice w ramach eliminacji do Ligi Mistrzyń rozegrane zostało przy licznie zgromadzonej publiczności i świetnej atmosferze. Oprawa z pewnością godna była Ligi Mistrzyń, wynik niestety nie może satysfakcjonować zarówno samej GieKSy, jak i wszystkich sympatyków kobiecego futbolu w Polsce.

Spotkanie bardzo dobrze rozpoczęły zawodniczki Anderlechtu, to one nadawały ton rywalizacji w pierwszych minutach po gwizdku sędzi z Armenii, Araksyi Saribekyan. W 8. minucie spotkania składną akcję Belgijek finalizowała Lara Schenk, po zwodzie do prawej nogi starała się dokręcić piłkę do dalszego słupka bramki Kingi Seweryn, pomyliła się dosyć wyraźnie. Katowiczanki otrzymały pierwsze ostrzeżenie. Trzy minuty później fantastycznie na lewym skrzydle znalazła się Sarah Wijnants, dobrze dograła piłkę wzdłuż bramki do swojej koleżanki z linii ataku. Piłkarka z Brukseli pomyliła się o kilka centymetrów… W 15. minucie gry, tym razem po akcji na prawym skrzydle, niebezpiecznie zrobiło się w polu karnym zespołu Karoliny Koch, defensywa spisała się jednak bez zarzutu. W 17. minucie meczu w końcu Anderlecht dopiął swego i zdobył bramkę otwierającą wynik tego spotkania. Bramka wisiała w powietrzu od samego początku, w końcu Kingę Seweryn rewelacyjnym strzałem w długi róg bramki pokonała Ştefania Vătafu. Jej trafienie poprzedziła dynamiczna akcja na lewym skrzydle w wykonaniu Esther Bouabadi.

W 22. minucie bardzo groźny strzał z dystansu oddała jedna z piłkarek z zespołu Dave’a Mattheusa, po drodze piłkę odbiła jednak Marlena Hajduk. Przeciwniczki wykonywały rzut rożny, bez większego zagrożenia dla GieKSy. Kolejne minuty to nieustające ataki zespołu z Belgii i bezradność katowiczanek. Dopiero w 29. minucie gry pierwszą groźną akcję stworzyły gospodynie turnieju eliminacyjnego, w dogodnej sytuacji Dżesika Jaszek przeniosła jednak piłkę nad poprzeczką. Kilkadziesiąt sekund później po cudownej akcji Anderlecht miał stuprocentową sytuację bramkową. Piłkarki z Belgii zagrały rewelacyjnie na jeden kontakt, przedostając się w pole karne GKS-u, szansę na drugą bramkę zmarnowała Ştefania Vătafu, uderzając minimalnie obok słupka z szesnastego metra. W 37. minucie meczu zespół prowadzony przez Dave’a Mattheusa  rozegrał kolejną świetną akcję, piłka między zawodniczkami z Brukseli krążyła jak po sznurku i Esther Bouabadi nie pozostało nic innego jak dokonać egzekucji, uderzając skutecznie z okolic jedenastu metrów od bramki. W tym momencie sytuacja katowiczanek była już bardzo trudna…

W 39. minucie meczu rzut wolny z okolic linii środkowej boiska wykonywały podopieczne Karoliny Koch, czasami tak się niefortunnie zdarza, że piłka przejęta szybko przez przeciwniczki w takiej sytuacji, stwarza im doskonałą okazję do kontry. Podobnie było tym razem, piłkarki z Belgii błyskawicznie przedostały się pod bramkę Kingi Seweryn i choć akcja straciła tempo, potrafiły ją skutecznie wykończyć. Bardzo dobre dośrodkowanie skutecznym strzałem głową wykończyła Tine De Caigny. Na zakończenie pierwszej części rywalizacji Anderlecht dobił GKS Katowice, zdobywając bramkę na 4:0. Bardzo łatwo podopieczne Mattheus przedostały się w pole karne GieKSy, pierwsze uderzenie Kinga Seweryn obroniła, ale przy dobitce Lore Jacobs była już bez szans. Chwilę później sędzia Saribekyan zaprosiła piłkarki do szatni.

Z pewnością to będzie bardzo trudne piętnaście minut dla Karoliny Koch i jej zespołu, wynik do przerwy jest absolutnie nokautujący, wprawiający w konsternację, ale niestety jak najbardziej zasłużony. Anderlecht dominuje pod każdym względem.

Zaraz po gwizdku rozpoczynającym drugą odsłonę spotkania rzut rożny, pierwszy w dzisiejszym meczu, wykonywała katowiczanki, nie przyniósł on jednak żadnego zagrożenia pod bramką Fredu Serainy. Kolejne minuty spotkania przebiegały w dość spokojnym tempie, Anderlecht, mając bardzo korzystny wynik, nie forsował tempa. GieKSa oddała pierwszy celny strzał na bramkę Fredu Serainy w 58. minucie rywalizacji, dobrze w polu karnym odnalazła się Joanna Olszewska, błyskawicznie decydują się na uderzenie z pierwszej piłki.

Po godzinie gry na pierwszą zmianę zdecydował się  Dave Mattheus, boisko, przy brawach katowickiej publiczności, opuściła fenomenalna dzisiaj Esther Bouabadi. Zastąpiła ją amerykanka Alexis Thornton. W kolejnych fragmentach dzisiejszego pojedynku Anderlecht przeprowadzał niesłabnące ataki, może mniej dynamiczne niż w pierwszej połowie, nieskuteczne, ale to piłkarki z Brukseli cały czas dyktowały warunki gry. W 72. minucie meczu nieznacznie pomyliła się jedna z piłkarek Mattheusa, uderzając niecelnie z dystansu. Kilkadziesiąt sekund później dobre, soczyste uderzenie z okolic dwudziestego metra oddała wprowadzona niedawno do gry Ľudmila Maťavková. Piłkę bez większego kłopotu złapała Kinga Seweryn. W 76. minucie meczu stuprocentową okazję miały przyjezdne, jednak nie zdołały zamienić jej na piątą bramkę – strzał głową z siódmego metra był minimalnie niecelny. Bramkę na 5:0, podsumowującą dzisiejszy rewelacyjny występ zawodniczek z Belgii, zdobyła wprowadzona w drugiej połowie na plac gry reprezentantka Maroka, Sakina Ouzraoui. Popisała się rewelacyjną techniką, opanowanie i precyzją wykorzystując prostopadłe podanie z głębi pola. Dwie minuty później spotkanie zakończyła sędzia z Armenii, Araksya Saribekyan.

Chciałbym podkreślić, że zespół z Katowic dokonał niesamowitej rzeczy, zdobywając w minionym sezonie mistrzostwo Polski, nigdy wcześniej nie stając nawet na podium. Dzięki temu rewelacyjnemu wynikowi piłkarki Karoliny Koch mogły dzisiaj stanąć naprzeciwko świetnego Anderlechtu . Choć zwycięstwo przyjezdnych 5:0 nie pozostawiło najmniejszych złudzeń, kto dzisiaj był lepszy, to gorące brawa dla GieKSy po końcowym gwizdku są w stu procentach zasłużone. Przed katowiczankami spotkanie z FK Lokomotivem Stara Zagora.

 

sportdziennik.com – Dopiero po karnych

Piłkarki GKS-u Katowice wygrały z Lokomotivem Stara Zagora, ale dopiero po rzutach karnych.

Po środowej porażce z Anderlechtem piłkarki GKS-u Katowice zmierzyły się z Lokomotivem Stara Zagora. Mecz ten miał już marginalne znaczenie. Odbywał się on w ramach turnieju eliminacyjnego do Ligi Mistrzyń, ale oba zespoły po pierwszych meczach odpadły z rywalizacji. Dlatego zwyciężczynie sobotniego spotkania zadowolić się mogły jedynie trzecim miejsce w turnieju, które… praktycznie nic nie daje.

Bułgarski zespół, podobnie jak katowiczanki, został zdominowany w pierwszej rundzie turnieju. To spowodowało, że pojedynek obu ekip, przynajmniej w wyobrażeniach, wydawał się wyrównany. I rzeczywiście tak było, co niekoniecznie dobrze wpłynęło na widowisko. Po 90 minutach tablica wyników wciąż pokazywała 0:0. Do rozstrzygnięcia pojedynku potrzebna była dogrywka.

GKS miał może delikatną przewagę. W praktyce Lokomotiv nie był w stanie stworzyć zagrożenia, a piłkarki z Katowic nie były w stanie zdobyć gola. To też uwidoczniło się w dogrywce, w której GieKSa powinna zdobyć co najmniej dwie bramki, a mimo wszystko wciąż był remis. Przez to stadion przy ul. Bukowej był świadkiem serii rzutów karnych.

W niej emocji nie było zbyt wiele. Przyjezdne z Bułgarii praktycznie same się wykluczyły z walki po tym, jak nie trafiły dwóch pierwszych „11”. Katowiczankom pozostało jedynie wykorzystać te błędy i tak też zrobiły. Zamieniły na bramki 3 na 4 wykonane rzuty karne i zwyciężyły.

 

Zwoliński strzela, Raków wygrywa

Dopiero bramka w doliczonym czasie gry zdecydowała o tym, że to mistrzowie Polski wygrali w meczu kontrolnym z GKS-em Katowice.

Sparing Rakowa z GKS-em w Częstochowie był okazją dla trenerów obu zespołów do przetestowania nowych wariantów. Obie drużyny wyszły na boisko przy Limanowskiego w nieco zmodyfikowanych składach. W składzie Rakowa znalazło się miejsce dla Kamila Pestki oraz Ante Crnaca, którzy w tym sezonie jeszcze nie zagrali w ekstraklasie. Natomiast szkoleniowiec katowiczan również chciał przetestować inne rozwiązania, dając zagrać rezerwowym bramkarzom. Ponadto dał nieco więcej minut na wykazanie się Bartoszowi Baranowiczowi, czy Shunowi Shibacie.

Gospodarze dobrze rozpoczęli to spotkanie, bo już w 12 minucie wyszli na prowadzenie, za sprawą bramki Władysława Koczergina. Ukrainiec stanął przed dogodną okazją po kombinacyjnej akcji w ofensywie i popisał się pewnym wykończeniem. Na to GKS mógł odpowiedzieć już chwilę później.

Od razu po wznowieniu gry piłka znalazła się pod polem karnym Rakowa, gdzie faulowany był piłkarz GieKSy. Wydawało się, że przewinienie było przed „16”, ale sędzia Tomasz Musiał wskazał na „wapno”. Kibice z Katowic chyba zdążyli się już przyzwyczaić do tego, że rzut karny dla ich zespołu nie oznacza bramki. W tym sezonie GKS nie wykorzystał ani jednej „jedenastki” i to samo wydarzyło się w sobotnim sparingu. Adrian Błąd nie trafił nawet w bramkę.

Mimo wszystko podopiecznym Rafała Góraka udało się wyrównać przed przerwą. Gola po dziwnym błędzie defensywy spod Jasnej Góry zdobył Arkadiusz Jędrych. Dlatego drużyny schodziły na przerwę przy wyniku remisowym.

W drugiej połowie na murawie zameldowali się nowi zawodnicy. Wśród nich był Jakub Arak, aktualnie napastnik GKS-u, w przeszłości piłkarz Rakowa. To on w 64 minucie po ładnym strzale głową wyprowadził zespół gości na prowadzenie. Jednak radość w ekipie ze stolicy województwa śląskiego nie trwała długo, bo już po minucie częstochowianie wyrównali. Tym razem perfekcyjnym uderzeniem z dystansu popisał się Srdan Plavsić.

Na koniec meczu, w doliczonym czasie gry, mistrz Polski zdołał strzelić gola na wagę zwycięstwa. Trafienie zaliczył Łukasz Zwoliński, który pewnie wykończył sytuację sam na sam.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Marcin Waliński: okres gry w Bydgoszczy ukształtował mnie jako siatkarza

W nadchodzącym sezonie PlusLigi Marcin Waliński będzie grał w GKS-ie Katowice.  Przyjmujący w swojej karierze nie zdobył jeszcze medalu mistrzostw Polski, chociaż trzykrotnie zajął 4. miejsce.

[…] Marcin Waliński w swojej dotychczasowej karierze najdłużej występował w Transferze Bydgoszcz. Przez dwa sezony grał w młodzieżowej drużynie do lat 21, by przez kolejnych sześć reprezentować barwy pierwszej drużyny. – To były inne czasy niż obecnie. Żeby dostać się do składu PlusLigowej drużyny, trzeba było włożyć w to mnóstwo wysiłku. Oczywiście nie twierdzę, że teraz nie trzeba go włożyć, aby móc reprezentować barwy PlusLigowych zespołów – według mnie po prostu było ciężej. Mieliśmy okazję grać w rozgrywkach drugiej ligi jako zaplecze seniorskiej drużyny z Bydgoszczy, a następnie w Młodej Lidze. Już wtedy trener Waldemar Wspaniały ściągał wyróżniających się zawodników z młodszego zespołu do drużyny występującej w PlusLidze i zabierał na wyjazdowe obozy przygotowawcze – dziś nieco zapomniane, bo kluby mają już w swojej infrastrukturze wszystko, czego potrzebują do pracy w tym okresie – mówił 33-latek.

I dodał: – Wokół siebie mieliśmy mnóstwo znakomitych postaci i trzeba było naprawdę postarać się, by zostać zgłoszonym do szerokiego składu PlusLigi. Okres gry w Bydgoszczy ukształtował mnie jako siatkarza, mogłem patrzeć na doskonałych zawodników w akcji i czerpać z nich dla siebie jak najwięcej. Można wspomnieć chociażby Stephane’a Antigę, Marcina Wikę, Piotra Gruszkę, Grzegorza Szymańskiego, Wojtka Jurkiewicza i wielu innych graczy. Cieszę się, że miałem okazję poznać tych ludzi i pracować z nimi.

W dwóch ostatnich sezonach gry Marcina Walińskiego w Transferze Bydgoszcz pieczę nad zespołem sprawował trener Vital Heynen. – Czas pracy z Vitalem Heynenem był dla mnie trudny, przyznaję to szczerze, ale bardzo cieszę się, że spotkałem go na swojej drodze. W tamtych czasach wszystkie jego ingerencje w to, co prezentowałem na boisku, uważałem za coś niedobrego i niepotrzebnego, ale teraz, z perspektywy czasu, kiedy człowiek jest mądrzejszy, widzę, że odebrałem od niego wiele cennych lekcji i bardzo cenię sobie ten czas – kontynuował zawodnik GKS-u Katowice.

Polski przyjmujący nie ma jeszcze na swoim koncie medalu PlusLigi, chociaż trzykrotnie o niego rywalizował. – Można powiedzieć, że zaliczyłem hattricka, jeżeli chodzi o czwarte miejsca (śmiech). Raz w Bydgoszczy i dwukrotnie w Zawierciu. Nie traktuję tego jako jakiejś lekcji, myślę, że za każdym razem robiliśmy wszystko, na co było nas stać w danym sezonie. W Bydgoszczy sam fakt znalezienia się w najlepszej czwórce ligi był sporym sukcesem. Potem, kiedy grałem w Zawierciu przez dwa sezony do roku 2020, tworzyliśmy zespół złożony z solidnych ligowców, który ktoś nazwał “ligową szarzyzną”. Ta “szarzyzna” była w stanie wejść do półfinału PlusLigi, pokonać w pierwszym meczu ZAKSĘ Kędzierzyn-Koźle, a w decydującym starciu wygrywać 2:0. Byliśmy blisko, a zarazem daleko, bo wszyscy wiemy, jakim zespołem jest ZAKSA i to pokazała w decydujących momentach. W ostatnim sezonie ligowym także była szansa na brąz ligi, ale lepsza okazała się ostatecznie Resovia – stwierdził.

Marcin Waliński zapytany o to, czy odbiera tamte spotkania jako porażkę, odpowiedział następującymi słowami: – Absolutnie nie odbieram tamtych meczów jako porażki. Cieszy mnie fakt, że byłem wtedy w zespole grającym o medale, występowałem na boisku i mogłem stanowić wartość dla drużyny swoją postawą w meczach. Dla mnie osobiście jest to sukces. Te wspomnienia to dla mnie spora motywacja do dalszej dobrej pracy na treningach i meczach. Dla kogoś z zewnątrz fakt, że nie zdobyłeś medalu mimo szans na to, może oznaczać, że twoja praca nie przyniosła efektów, a ty widzisz to zupełnie inaczej. Przeszedłeś proces formowania się drużyny, towarzyszyłeś jej w okresach zwycięstw i porażek, budowałeś dobrą atmosferę, przeżyłeś wartościowy czas z ludźmi i nawiązałeś relacje. Nagrodą za dobrą pracę nie tylko jest krążek, ale też droga, która cię ukształtowała – podsumował.

 

HOKEJ

hokej.net – Młodzież z kontraktami w GieKSie

David Lebek, Błażej Chodor, Mychajło Kowalczuk podpisali kontrakty z GKS-em Katowice na sezon 2023/2024. Do szerokiej kadry mistrzów Polski – w ramach porozumienia z Naprzodem Janów – zostali włączeni też czterej inni zawodnicy.

Lebek to wychowanek niemieckiego Krefelder EV 1981, jednak od dwóch lat występuje w polskich klubach, mianowicie GKS Katowice oraz KS Katowice Naprzód Janów.

20-letni obrońca w minionym sezonie rozegrał 16 spotkań na taflach Polskiej Hokej Ligi, gdzie zaksięgował +1 w klasyfikacji plus/minus. Z kolei w barwach Naprzodu Janów wystąpił w 25 meczach, gdzie zdobył 5 bramek i 7 asyst oraz spędził 18 minut na ławce kar.

Chodor ostatnie dwa sezony spędził z kolei w SMS-ie PZHL Katowice na szczeblu Młodzieżowej Hokej Ligi, łącząc grę z występami w Naprzodzie Janów.

Tylko w minionym sezonie w 34 konfrontacjach dopisał do swojego dorobku punktowego 30 „oczek” za 13 bramek i 17 asyst. Katowicki obrońca na ławce kar spędził w tym czasie 67 minut.

– Bardzo się cieszę, że trenerzy widzą we mnie potencjał i że otrzymałem szanse na podpisanie kontraktu. Na pewno postaram się wykorzystać jąw stu procentach– powiedział nam Chodor.

Ostatnim zakontraktowanym hokeistą jest Mychajło Kowalczuk. Były oświęcimski snajper w poprzednim sezonie rozegrał 27 meczów w 1. lidze, gdzie zainkasował 32 punkty za 20 bramek i 12 asyst. W tym czasie spędzając 14 minut na ławce kar.

Jest też reprezentantem Ukrainy do lat 20 i na ostatnich Mistrzostwach Świata Dywizji IB U20 wystąpił w 5 spotkaniach, notując 2 bramki i 2 asysty.

Do rozgrywek zgłoszeni zostali także kolejni młodzi gracze. Na mocy porozumienia z Naprzodem Janów do dyspozycji trenera Jacka Płachty, w razie potrzeby, będą bramkarz Jakub Ciućka oraz napastnicy Jakub Musioł, Karol Moś i Eric Kaczynski.

 

sportdziennik.com – Ze znakiem jakości

O wygranej obrońców tytułu mistrzowskiego zadecydował karne, ale tego mogliśmy spodziewać.

Jeżeli większość meczów w ekstralidze będzie takie jak mistrza z Katowic z wicemistrzem z Tychów to na poziom ligi nie będziemy mogli narzekać. Goście do wyrównania doprowadzili na17 sek. przed zakończeniem. O wygranej „GieKSy” zadecydował jeden celny karny. A publiczność zgromadzona w „Satelicie” szalała ze szczęścia. Na inaugurację tyszanie nie mieli większego problemu ze zdobyciem kompletu punktów w „Szarotkami”.

Przed sezonem było głośno o obu zespołach z racji interesujących transferów. Tyszanie od zawsze mają wysokie aspiracje, zaś „Szarotki” w tym sezonie ich nie ukrywają. Mecz na pewno nie stał na olśniewającym poziomie, ale gospodarze prezentowali się znacznie lepiej od przyjezdnych. Już od pierwszych minut miejscowi ruszyli do ataku i Kevin Lindskoug musiał się mieć na baczności. Dwa gole Romana Raca i Pawło Padakina padły w podobnych okolicznościach z bliskiej odległości. Natomiast Oskar Jaśkiewicz posłał krążek z wysokości bulika i te trafienia były w pełni zasłużone. Goście zrewanżowali się bramką Bartłomieja Neupauera. Wyskoczył z ławki kar, przejął podanie Andreja Themara i w sytuacji sam na sam nie dał Tomasowi Fuczikowi szans. 24 sek. wcześniej Johan Lorraine nie wykorzystał rzutu karnego, po faulu Olliego Kaskinena.

Po przerwie gospodarzy szybko zostali schłodzeni po golu Damiana Kapicy. Otrzymał podanie z głębi lodowiska, zgubił obrońcę i bez większego trudu posłał krążek do siatki. Jednak gospodarze w ciągu 19 sek. przywrócili porządek na lodzie. Najpierw Rac po podaniu po Christana Mroczkowskiego zdobył gola, a po chwili akcję kolegów Filipa Komorskiego – Bartłomieja Jeziorskiego zakończył Padakin. Obaj mają instynkt strzelecki i potrafią wykorzystać podania kolegów. Temperatura meczu znacznie spadła. Goście pogodzili się z porażką. Choć Patryk Wronka po meczu przekonywał, że wynik nie odzwierciedla tego co działo się na lodzie i jest za wysoki.

Jedni i drudzy od pierwszego gwizdka sędziego nie zamierzali się oszczędzać. Obaj bramkarze szybo zostali rozgrzani i skutecznie interweniowali. W 9:17 min gospodarze przez 34 sek. grali w podwójnym osłabiebiu, bo do siedzącego w boksie kar dołączył Santeri Koponen. Goście rzucili się ze zdwojoną energią do ataku i kilka razy silnie uderzali na bramkę, ale John Murray nie dał się zaskoczyć. Gdy na ławie kar przebywał Tuan Cook wzorową akcję przeprowadził szwedzki duet Sam Marklund – Hampus Olsson i ten drugi zdołał umieścić krążek w siatce. Tomas Fuczik był bez szans. A gospodarze z pasją atakowali i dwa razy krążek po uderzeniach Olliego Iisaki oraz Joona Monto. Odsłona godna kamer telewizyjnych i polskihokej.TV przy tym był.

Ledwo zaczęła się druga odsłona i do boksu powędrował, ale długo w nim nie przebywał, bo Filip Komorski zdołal wepchnąć krążek do siatki po akcji Alana Łyszczarczyka oraz Christiana Mroczkowskiego. Gdy Radosław Galant znalazł na ławie kar gospodarze przez prawie 2 min przebywali w tercji tyszan i sporo strzelali. Jednak efektu nie było żadnego. Dopiero kolejne wykluczenie Jana Jaromersky’ego sprawiło, że Santeri Koponen wreszcie zdołał pokonać Fuczika. Prowadzenie w pełni zasłużone, bo „GieKSiarze” byli lepsi w tej tercji.

A w ostatnich 20 minutach gospodarze wydawało się kontrolują wydarzenia na lodzie. 49 sek. przed końcem Fuczik zjechał z lodu, zaś na 17 sek. przed końcową syreną Mroczkowski w potwornym zamieszaniu podbramkowym zdołał umieścić krążek w siatce. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, choć na niespełna przed jej zakończeniem Bartosz Fraszko miał dogodną sytuację. W karnych wszyscy tyszanie: Jasson, Padakin, Mroczkowsi, Korenczuk i Łyszczarczyk spudłowali. W pierwszej serii Ben Sokay pokonał Fuczik i zadecydował o pierwszej wygranej obrońców tytułu mistrzowskiego.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Plusy i minusy po Lechii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.

Plusy:

+ Bartosz Nowak

Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.

+ Rafał Strączek

Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.

+ Skuteczność przy niskim posiadaniu

38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.

Minusy:

– Zmarnowane okazje

Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.

Podsumowanie:

2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.

GieKSiarz

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: damy radę nawet bez prądu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W niedzielne popołudnie GKS Katowice wybiegnie na boisko w Radomiu, gdzie uskrzydleni czwartkowym zwycięstwem gospodarze będą chcieli podtrzymać zwycięską passę. O nadziejach związanych zarówno z najbliższym meczem, jak i dalszą częścią sezonu, najmocniejszych punktach „Zielonych”, trenerze Feio i pozasportowych „przygodach” w meczach z Arką i Koroną porozmawialiśmy z Bartłomiejem Jędrzejczakiem z futbolowarebelia.com i podgolebnikiem.pl

W ostatnich dniach my emocjonowaliśmy się Pucharem Polski. Radomiak już jakiś czas temu pożegnał się z tymi rozgrywkami, mimo to jak oceniasz rozstrzygnięcia, do których doszło na boisku i w czasie losowania półfinałów?
Radomiak odpadł z Pucharu już w pierwszej rundzie, z tego powodu szybko przestałem się interesować tymi rozgrywkami. Dla was półfinał to na pewno duża rzecz. Wylosowano ciekawe pary, bo Zawisza będzie się mierzył z Górnikiem, a wy zagracie małe derby województwa w Częstochowie. Dla niezaangażowanych kibiców ciekawostką jest obecność na tym etapie 3-ligowca, choć tutaj Górnik jest zdecydowanym faworytem. Z kolei GKS jest niewygodnym rywalem dla Rakowa, więc ta rywalizacja będzie ciekawsza. Gdybym miał typować, to postawiłbym na śląski finał Górnika z GKS-em.

Wracając jednak do Ekstraklasy, w tym sezonie można powiedzieć, że nie ma środka tabeli – albo bijesz się o puchary, albo „walczysz o spadek”. W której grupie jest dziś Radomiak?
Przed każdym sezonem naszym podstawowym celem jest jak najszybsze zapewnienie sobie utrzymania. Znamy swoje miejsce w szeregu i wiemy, że nie jesteśmy ligowym krezusem pod względem finansów. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia – jeśli w miarę regularnie punktujesz, to w pewnym momencie pojawia się chęć gry o coś więcej. Z drugiej strony liga się wyrównała i na przestrzeni 2-3 spotkań położenie zespołu może się radykalnie zmienić – będąc w czołówce nagle można zamieszać się w grę o utrzymanie. To utrzymanie Radomiaka jest więc celem minimum, a wszystko ponad będzie dodatkowym bonusem. Patrząc na ambicje włodarzy klubu i trenera Feio, a także indywidualną jakość sportową zawodników, mam nadzieję na szybkie utrzymanie, a wykorzystując sytuację w lidze możemy się zakręcić w okolicach strefy pucharowej. To jest takie ciche marzenie – moje, ale i pewnie każdego sympatyka Zielonych.

W ostatnim czasie w Radomiu tych punktów jednak brakowało, bo przez cztery kolejki nie potrafiliście wygrać. Przełamanie nastąpiło po nadrobieniu zaległości z Arką. Gdybyśmy tylko na jej tle mieli oceniać potencjał naszych zespołów, to w niedzielę bylibyście zdecydowanym faworytem.
W czwartek zadecydował bardzo dobry początek – prowadzenie 2:0 po ośmiu minutach ustawiło przebieg meczu pod dyktando Radomiaka. Z kolei Arka kreowała więcej po przerwie i w pewnym momencie wydawało się, że może wrócić do meczu, jednak dobra postawa Filipa Majchrowicza, który zrehabilitował się za błędy w poprzednich meczach, pozwoliła nam utrzymać, a następnie podwyższyć prowadzenie. Arka zdobyła wprawdzie bramkę kontaktową, a w pewnym momencie potrójna interwencja naszego bramkarza do spółki z Jankiem Grzesikiem uchroniła nas od straty drugiego gola. Gdyby ten padł, to moim zdaniem Radomiak by nie wygrał. Na szczęście dla nas gol Romário Baró z rzutu wolnego ostatecznie rozstrzygnął mecz na naszą korzyść.

Jesienią przed meczem z GieKSą do pełni formy wracał Capita Capemba – lider zespołu, strzelec jednego z goli w ostatnim meczu z Arką. W niedzielę zabraknie go z innego powodu: na ostatniej prostej jest jego transfer za ocean. Jaki będzie Radomiak bez niego?
Capita jest dla Radomiaka bardzo ważną postacią i jakość całego zespołu z nim w składzie idzie zdecydowanie do góry. Trzeba jednak mieć świadomość, że jego odejście było planowane od dłuższego czasu, więc nie jesteśmy tym ruchem zaskoczeni. Elves Baldé i Salifou Soumah to jego naturalni następcy, choć tego pierwszego w niedzielę zabraknie z powodu zawieszenia po wydarzeniach po meczu z Koroną Kielce. Szkoda, bo dał się wam już poznać jesienią zdobywając pierwszego gola. O Soumahu wiemy niewiele – dołączył do nas już po starcie rundy i czekamy, co pokaże na boisku. Wracając jednak do Capity uważam, że Ekstraklasa sporo traci na odejściu takich zawodników jak on. Mimo że liga rośnie, powstają piękne stadiony i coraz lepiej prezentujemy się w pucharach, to jeszcze nie jesteśmy w stanie konkurować z silniejszymi klubami o wyróżniających się zawodników. Oglądać Capitę na boisku było czystą przyjemnością, ale mam nadzieję, że uda się sprawnie i bezboleśnie zapełnić lukę po nim.

Wspomniałeś o meczu z Koroną zakończonym skandalem, który przełożył się m.in. na karę Baldé, ale i zawieszenie Gonçalo Feio na pięć meczów. Jak twoimi oczami wyglądały tamte wydarzenia?
Wiele negatywnych okoliczności nałożyło się na siebie przy okazji tego nieszczęsnego meczu z Koroną. Po pierwsze, błąd Filipa Majchrowicza przy rozegraniu piłki dał bramkę gościom, kolejny błąd przy stałym fragmencie gry i drugie trafienie. Z kolei Radomiak mimo mnóstwa sytuacji nie był w stanie zdobyć gola – albo zawodziła skuteczność, albo na wysokości zadania stawał Dziekoński. Słaba postawa sportowa Radomiaka przełożyła się na frustrację, zarówno na murawie, jak i na trybunach. Doszło do skandalicznych incydentów, które nie mają prawa dziać się na żadnym stadionie. Atmosfera była nerwowa, bo wiemy jakie stosunki panują między kibicami Korony i Radomiaka. Temperaturę dodatkowo podniosła decyzja Komisji Ligi o niewpuszczeniu kibiców gości. Atmosfera od początku była nerwowa, a porażka na własnym stadionie nie ostudziła emocji. Nie ulega jednak wątpliwości, że nigdy nie powinno dochodzić do wydarzeń, których świadkami byliśmy po meczu, a które zaowocowały surowymi karami.

A jak trener radzi sobie na „pracy zdalnej”?
Kara dla Gonçalo Feio jest surowa przede wszystkim ze względu jego przeszłość i łatkę, jaką mu przyklejono. On z tym mocno walczy, starając się przekonać wszystkich, że się zmienił. Osobiście nie znałem go wcześniej, natomiast gdyby nie doniesienia medialne, znając go teraz nigdy bym nie powiedział, że jest osobą konfliktową. Na co dzień jest otwartym i serdecznym gościem. W meczu z Koroną rzucił w stronę sędziów uwagę w stylu „zapłacili wam”, którą Komisja Ligi uznała za oskarżenia korupcyjne i surowo go ukarała. Tymczasem w tej samej kolejce trener Wisły Mariusz Misiura stwierdził, że wszystko jest ustawione pod Legię i Widzew, a nie spotkała go za to żadna kara. Trener Feio radzi sobie dobrze, bo w czasie meczów jest stale na łączach z asystentem Emanuelem Ribeiro. W Niecieczy miałem okazję siedzieć na trybunach obok niego i mimo że nic nie rozumiałem, bo panowie rozmawiali po portugalsku, to byłem pod wrażeniem, bo Gonçalo Feio mówił praktycznie bez przerwy i miałem odczucie, że słucham nie trenera, ale komentatora sportowego. W meczu z GKS-em jeszcze nie będzie go na ławce, ale jak sam podkreśla, perspektywa trybun też jest ciekawa i patrzy na mecz nieco inaczej niż z poziomu murawy.

Radomiak jest jedną z ekip, która zdecydowanie lepiej prezentuje się u siebie niż na wyjeździe. Co takiego jest przy Struga 63, co aż tak wam pomaga?
Kiedy w 2023 roku oddano do użytku nowy stadion Radomiaka, wówczas składający się z dwóch trybun, nie był naszym szczególnym atutem. Natomiast w tym sezonie, kiedy od listopada funkcjonują już cztery trybuny i po wielu latach oczekiwań wreszcie pojawiają się kibice gości, to atmosfera jest zupełnie inna. Doping jest fantastyczny – bywałem na wielu stadionach Ekstraklasy i w porównaniu do innych nie mamy się czego wstydzić. To na pewno motywuje piłkarzy i wpływa na ich dyspozycję. W tym sezonie tylko Jagiellonia i niestety Korona wygrały przy Struga. Zazwyczaj jednak jesteśmy bardzo mocni u siebie – wystarczy przypomnieć zwycięstwa 4:0 z Górnikiem, 5:1 z Pogonią, 3:0 z Cracovią i ostatnie 3:1 z Arką. Nikt nie ma łatwo w Radomiu i w niedzielę musicie się liczyć z ciężką przeprawą.

Od początku rundy wiele się mówi o kiepskim stanie murawy na większości stadionów Ekstraklasy. Jak będzie u was?
W porównaniu z czwartkowym meczem z Arką nie spodziewam się, aby stan murawy diametralnie się polepszył. Jest to problem wielu klubów, choć wiem, że wy możecie się pochwalić świetnie przygotowaną nawierzchnią i podobnie jest w Gliwicach. Gdzie indziej widać jednak trudy ciężkiej zimy – w Radomiu też nie jest idealnie, ale mogło być gorzej. W krótkim odstępie czasu gramy u siebie trzy mecze ligowe, a za chwilę będziemy gościć kadrę U-21 podczas meczu z Armenią. Nie wiem jak murawa to przetrzyma, ale mam nadzieję że z biegiem czasu będzie coraz lepiej. Nie można odmówić osobom zaangażowanym w utrzymanie boiska, że robią wszystko, co w ich mocy, aby w obecnych warunkach jak najlepiej przygotować boisko do gry. Radomiak jest zespołem technicznym, który lubi mieć piłkę przy nodze, więc boisko dobrej jakości jest naszym sprzymierzeńcem.

Kto będzie w niedzielę najlepszym piłkarzem z Radomia i dlaczego Bartek Nowak?
Bartek to piłkarz o olbrzymiej jakości piłkarskiej, mózg i serce GKS-u. Trener Górak powtarzał w wywiadach, że Nowak świetnie rozumie jego pomysł na grę i pomaga innym piłkarzom w realizowaniu go na boisku. Oby jak najwięcej zawodników, którzy do tego stopnia wyróżniają się na tle całej ligi. Bartek jest przecież Radomianinem, więc ten mecz może być dla niego inny niż wszystkie, bo przyjeżdża w rodzinne strony. Mimo to mam cichą nadzieję, że w niedzielę najlepszy piłkarz z Radomia zagra jednak w zielonej koszulce.

W ubiegłym sezonie to właśnie Radomiak witał nas w Ekstraklasie, jeszcze na starej Bukowej. Nie było to najmilsze powitanie.
Do tej pory nie miałem okazji zobaczyć waszego nowego stadionu, ale cieszę się, że tuż po waszym awansie mogłem zobaczyć mecz z wysokości trybun starego obiektu. Dość szybko na prowadzenie wyprowadził nas Rocha, dwukrotnie pokonując Kudłę i byłem wręcz zdumiony, jak duża jest różnica klas między naszymi zespołami. GKS zderzył się z Radomiakiem, który sezon wcześniej utrzymał się rzutem na taśmę, więc nie spodziewałem się takiej przewagi. W drugiej połowie obraz gry się zmienił, a Mateusz Marzec zdobył nawet gola po ładnym woleju i koniec końców GKS był bliski, aby tego meczu nie przegrać.

Jak oceniasz zmianę w postawie GKS-u, która od tamtego meczu zaszła na przestrzeni kolejnego 1,5 roku?
GKS był początkowo postrzegany jako typowy beniaminek, który jednak z pozycji underdoga punktował nadspodziewanie dobrze. Nie nazwałbym was czarnym koniem, ale przez cały sezon z powodzeniem utrzymywaliście się blisko środka tabeli. Podobnie radził sobie Motor, ale GKS był dla mnie większym zaskoczeniem. Pamiętam też nasz mecz rewanżowy, ostatni w 2024 roku, zakończony remisem 1:1 i to Radomiak musiał gonić wynik. Trener Górak mówił wtedy, że przyjmuje ówczesny dorobek GieKSy z całym dobrodziejstwem inwentarza. Z zadowoleniem śledziłem wasze dalsze losy, bo GKS to duża firma i dobrze, że zadomowiła się w Ekstraklasie. Początek nowego sezonu GKS miał jednak trudny i pamiętam, jak przed naszym meczem analizowałem tabelę. Pojedynek z Radomiakiem był dla was kluczowy i uważałem, że jeśli nie odbijecie się na nas, to mocno zakopiecie się w dolnych rejonach tabeli. Na szczęście dla was udało się odbić, zresztą po świetnym meczu. Macie dobrze skomponowany zespół: Rafał Strączek wygryzł ze składu Dawida Kudłę i radzi sobie bardzo dobre, solidna obrona na czele z Arkadiuszem Jędrychem, wspomniany wcześniej Nowak i – jak się z czasem okazało – jest też życie po Sebastianie Bergierze. W naszym ostatnim meczu z dobrej strony pokazał się też Marcin Wasielewski.

To właśnie on, do spółki z Nowakiem, przesądził o ostatecznym zwycięstwie z Radomiakiem przy Nowej Bukowej. Pamiętam ten pojedynek jako mecz pięknych goli i jeszcze lepszych parad bramkarzy. A jak ty wspominasz tamto spotkanie?
Mecz był rozgrywany w ramach Superpiątku jako świetna reklama Ekstraklasy. Z drugiej strony, oprócz pięknych goli były też kontrowersje, m.in. decyzja o nieuznaniu trzeciego gola Radomiaka. Jeśli dobrze pamiętam, w Lidze+ Ekstra uznano ją za błędną. Nasze mecze zwykle obfitują w gole, więc nie obraziłbym się, gdyby podobnie było w niedzielę. Radomiak u siebie jest drużyną usposobioną ofensywnie, więc w starciu z GKS-em, który jest uskrzydlony ostatnimi dobrymi wynikami, nie powinno być nudy i jestem przekonany, że w niedzielę przy Struga będzie się działo.

Którego z zawodników Radomiaka powinniśmy się obawiać najbardziej?
GKS musi uważać na Janka Grzesika i Rafała Wolskiego. Mam też nadzieję, że bardzo ładna bramka Romário Baró w meczu z Arką doda mu więcej pewności siebie. Jest też Vasco Lopes, który potrafi wypracować przewagę dryblingiem. Silnym punktem zespołu są grający z przodu Maurides i Abdoul Tapsoba. Nie będzie Capity, ale siłą Radomiaka jest to, że zespół wygląda coraz lepiej jako drużyna. Jeżeli mamy swój dzień, to jesteśmy groźni dla każdego w Ekstraklasie.

Jak twoim zdaniem będzie przebiegał niedzielny mecz i jakim wynikiem się zakończy?
Radomiak grający u siebie nie cofa się i nie czeka na kontry. Spodziewam się, że od początku ruszymy do ataku niesieni żywiołowym dopingiem. GKS być może zaczeka na to, co zaproponują gospodarze, natomiast w tej lidze trudno jest cokolwiek przewidzieć – jedna niespodziewana sytuacja może całkowicie wywrócić plan na mecz. Oczekuję dobrego widowiska i wielu goli, bo naprzeciw siebie stają bardzo dobre piłkarsko drużyny. Nigdy nie byłem dobry w typowanie wyników, ale biorąc pod uwagę formę Radomiaka u siebie stawiam na 2:1 dla gospodarzy.

Z rozbawieniem obserwowałem twitterowe zaczepki na oficjalnych kontach Radomiaka i Arki, nawiązujące do niedawnej awarii oświetlenia w Radomiu. W niedzielę prądu nie zabraknie?
To wstydliwa sytuacja dla Radomiaka, który jednak nie do końca miał na nią wpływ. Odbiór był jednak taki, a nie inny. Żałowaliśmy, że mecz z Arką nie odbył się w pierwotnym terminie, a szczególnie szkoda było kibiców z Gdyni, którzy na darmo przejechali przez pół Polski. Kolejne mecze w Radomiu przebiegły już jednak bez przeszkód i podobnie będzie w niedzielę. Ale dobrze, że gramy w miarę wcześnie, więc w razie czego damy sobie radę nawet bez prądu.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: To nasz bardzo szczęśliwy dzień

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Na pomeczowej konferencji pojawili się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i John Carver. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.

John Carver (trener Lechii Gdańsk):
Ten mecz miał dwie połowy. Mam na myśli różnicę, między połowami, bo w pierwszej połowie byliśmy w dobrej formie i stworzyliśmy 1-2 klarowne sytuacje, ale druga połowa była skrajnie przeciwna. Mecz wygrała drużyna lepsza i jest to trudne do zaakceptowania. Musieliśmy dokonać kilku zmian w naszym zespole, szczególnie w przerwie dokonaliśmy zmiany Rodina, jedynego doświadczonego zawodnika w naszej obronie, który dostał w żebra i miał problemy z oddychaniem. Jak się traci takiego zawodnika, to ma to duży wpływ na nasz zespół. W mojej opinii graliśmy za bardzo bezpiecznie w ataku, bez ryzyka, bez prób zagrania w pole karne. Gratulujemy trenerowi GKS-u, lepsza drużyna wygrała. Musimy się podnieść, bo mamy dziewięć meczów do końca.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Zdawaliśmy sobie sprawę z siły przeciwnika, bo startowali z dyskomfortem minus pięciu punktów. Wyobrażam sobie tę trudność, jednocześnie kapitalnie Lechia z tego wyszła. Strzelili do dzisiaj 49 bramek, więc wiedzieliśmy, że musimy się mieć na baczności. Oczywiście można dywagować na temat składu, ale przecież jedna i druga strona była w jakiś sposób nie tyle osłabiona, ale jednak absencje po jednej i po drugiej stronie były.

Widzieliśmy więc mecz, w której rywal próbował w pierwszej połowie nas zepchnąć – trochę przy wrzutach z autu za nisko się ustawialiśmy. W związku z tym, było parę niebezpiecznych prób rywali zza pola karnego, staraliśmy to skorygować w przerwie, żeby stanąć wyżej i kiedy przeciwnik nie rzuca z autu długiej piłki, nie możemy być tak nisko w polu karnym – zneutralizowaliśmy to i dzięki temu się to trochę oddaliło.

Zawodnicy wykonali kupę mrówczej pracy. Nie dość, że orali, to wykonywali zadania taktyczne, że jestem zadowolony. A mieliśmy przecież trochę przebudowanych rzeczy – cała linia obrony była wywrócona do góry nogami. Każdy zdał egzamin na piątkę. I to mnie bardzo cieszy, że jesteśmy gotowi na to, że w perspektywie natłoku meczów, kapela, którą mamy jest szeroka i mocna. To jest klucz, by budować trening i atmosferę, a zawodnicy się też sami dobrze nakręcają. Każdy z nich czuje ważność tego momentu. Zdobyliśmy strasznie ważne punkty, u siebie, na zero z tyłu z Lechią. To są rzeczy, które budują. I to tyle o meczu, bo już w głowie mam to, co będzie się działo we wtorek.

W wielosekcyjnej GieKSie dużo się dzieje, mocno czekamy na półfinały i Jackowi Płachcie będziemy bardzo mocno trzymać kciuki w rywalizacji z Unią Oświęcim. Mam nadzieję, że kolejne finały przed nami. Dziewczyny również grają w Pucharze Polski – wygrały w Warszawie, a dzisiaj w Krakowie – gratuluję trenerce, gratuluję dziewczynom. Mam ogromną frajdę, że pracuję w tym wielosekcyjnym klubie i naprawdę trzymam za wszystkich kciuki. To jest dzisiaj nasz bardzo szczęśliwy dzień.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga