Felietony
Utrzymanie – sfera cudu i abstrakcji
Możemy sobie pisać felietony, nagrywać podcasty, ostrzegać, bić na alarm, zauważać różne błędy, ale jakie to ma znaczenie? W klubie zawsze wiedzieli i wiedzą lepiej, bo przecież to są „profesjonaliści”.
„Bo są w klubie na co dzień i lepiej wiedzą, jaka jest sytuacja”.
„Bo to trener wie najlepiej, w jakiej dyspozycji są zawodnicy i wystawia optymalny skład”.
„Bo piłkarze wiedzą o co grają i chcą się zrehabilitować za poprzedni mecz”.
I tak dalej, i tak dalej, ciągle te same frazesy i błędy. Od kilku lat zauważamy coś – i w czasie, gdy o tym mówimy, w klubie uważają to za atak i przejaw nadmiernych emocji, a po czasie zawsze się okazuje, że mieliśmy rację i cały tabun piłkarzy i trenerów z tego klubu wylatuje z hukiem. Zostajemy tylko my – kibice – ze standardowym, odwiecznym „a nie mówiłem?”. Tylko jaka to jest satysfakcja, gdy po chwili przychodzi nowy sort coraz to gorszych piłkarzy oraz gorsi trenerzy.
Przeraża mnie to, że klub zmierza z zawrotną prędkością do drugiej ligi, a ja nie widzę u kibiców złości, jakiejś chęci walki o to utrzymanie za wszelką cenę. Widzę i słyszę zewsząd zobojętnienie i pogodzenie się z tym losem. Ludzie zastanawiają się, z kim to będziemy grać w II lidze, jak dalekie będą wyjazdy i czy będziemy grać derby z Ruchem. To zobojętnienie było widać także na meczu z Rakowem.
Przeraża mnie to, a jednocześnie to rozumiem. W pełni rozumiem, bo sam tak mam. Nie wierzę w to utrzymanie. Nie twierdzę, że jest ono niemożliwe, że nagle coś się nie zmieni i GieKSa zacznie na tyle punktować, by zapewnić sobie ligowy byt, ale wątpię w to. Ostatnie lata pokazały, że niemożliwe dla naszych piłkarzy jak najbardziej nie istnieje i przewalili masę spotkań, których wyjściowo przegrać nie mieli prawa. Dodatkowo robili to w tak kompromitującym stylu, że różne myśli się nasuwały.
Przeraża mnie to, że nie widzę sportowej złości u piłkarzy. Niestety nie widziałem jej także, gdy udawaliśmy, że walczymy o awans. Te następujące po sobie szatnie są tak bezjajeczne, tak mało ambitne, takie miałkie, że jakiekolwiek sukcesy nie miały prawa być osiągnięte. A teraz z nożem na gardle – nadal nie ma adrenaliny. Jest tylko standardowo żel na włosy i radość z kolejnych darmowych wakacji w Turcji…
Ech, znów byłem naiwny. Dałem się nabrać na ten okres przygotowawczy i byłem spokojny o utrzymanie z Dudkiem. Nie wiem czy się pomyliłem, to się dopiero okaże. Ale widząc te dwa mecze, tę wiarę straciłem.
Dałem się nabrać sparingom w zimie. Naprawdę pomyślałem, że idzie to w dobrym kierunku, a Dudek ogarnie. Niestety dwa ligowe żenujące mecze, w których nie dało się choćby odrobinę pochwalić żadnego z 27 „aktorów” (celowo traktuję w tej liczbie te dwa mecze rozłącznie, mimo że wielu zawodników się powtórzyło) pokazały, że sparingi okazały się odwróconą zasłoną dymną, czyli nie ukryły atutów, a mankamenty. Choć słowo mankamenty zarezerwujmy może dla takich klubów jak ŁKS czy Stal. U nas to nie są mankamenty, tylko po prostu żenujący poziom: sportowy i mentalny. Piłkarzy, trenerów oraz ludzi z gabinetów.
Dariusz Dudek od czasu przyjścia do GKS ma średnią 0,6 punktu na mecz. To oznacza, że jeśli nadal punktowałby w taki sposób do końca sezonu, to nie dogoni będących nad kreską Wigier nawet, gdyby zespół z Suwałk przegrał wszystkie mecze.
Problem w tym, że sytuacja nie rozwiąże się nawet jeśli Dudek od teraz podwoi swoją średnią, bo na koniec rozgrywek zgromadzi wówczas 31 oczek, czyli Wigrom wystarczą dwie wygrane w trzynastu meczach, aby nie dać się dogonić GieKSie. Żeby o czymkolwiek myśleć, trener musi punktować trzy razy tyle, co dotychczas.
Żeby sobie uświadomić, w jak tragicznej sytuacji jest GKS Katowice, przyjrzyjmy się liczbom. W ostatnich pięciu sezonach do 15. miejsca (pierwszego nad kreską) trzeba było uzyskać następującą liczbę punktów: 41, 30, 41, 35, 38.
Patrząc na obecną liczbę punktów drużyn nad kreską możemy zapomnieć, żeby do utrzymania wystarczyło 30 oczek. Analizując pozostałe sezony i czyniąc założenie, że Wigry utrzymają swoją średnią punktową z tego sezonu (1,08), do utrzymania potrzebne będzie minimum 36 punktów, ale może się okazać, że ta liczba będzie nawet 2-3 punkty większa. Pozostańmy jednak przy wspomnianych 36 punktach. Co to oznacza dla GKS?
Ano to, że w pozostałych 11 meczach, trzeba będzie zgarnąć 18 punktów. Czyli przykładowe bilanse 6-0-5, 5-5-3, 4-6-1. Gołym okiem widać, że katowiczanie muszą wygrywać co drugi mecz. A jeśli będą „chcieli” wygrywać co trzeci, to praktycznie nie mogą sobie pozwolić nawet na 2 porażki.
A przecież wiemy, że GieKSa w tym sezonie nie wygrywa co drugiego meczu, tylko co szósty.
Wiemy, że na jedenaście meczów GieKSa nie przegrywa jednego meczu, tylko sześć.
Wiemy, że najdłuższa seria bez porażki w tym sezonie wynosi dwa.
Wiemy, że najdłuższa seria zwycięstw wynosi jeden.
Wiemy też, że notowaliśmy serie 3 i 4 porażek z rzędu. Że notowaliśmy serie 4, 5 i 7 meczów bez zwycięstwa.
Jeśli myśleliśmy, że po „udanym” okresie przygotowawczym coś się w tej materii zmieni, to okazało się, że byliśmy w błędzie. GieKSa nie tylko powiela fatalną dyspozycję z jesieni, ale nawet jeśli dwa ostatnie mecze w 2018 roku były stosunkowo przyzwoite i dały cień nadziei, to pierwsze dwa w tym roku – były o pięć klas gorsze. Zespół nawet się nie zatrzymał w rozwoju, tylko się cofnął.
Sezon był, owszem, do uratowania. Dwie kolejki temu. Naprawdę wystarczyło wygrać lub nawet nie przegrać z Wigrami. Niestety start do rundy „z przytupem” spowodował, że teraz utrzymanie w tej lidze należy rozpatrywać w kategorii cudu.
Obecnie nawet przyzwoita, jak na GKS, postawa tego utrzymania nie da. Bo jednak wspomniane wygrywanie co drugi mecz trzeba by było uznać za postawę wybitną – dość powiedzieć, że gdyby takie niezbędne teraz punktowanie mieć od początku sezonu, utrzymywałoby to nas w realnej grze o awans.
Przed nami mecz z Jastrzębiem, tak naprawdę mecz niemalże ostatniej szansy. Jeśli w tej kolejce nie uda się zmniejszyć straty do bezpiecznego miejsca będzie już bardzo źle. Jeśli ta strata się powiększy, to naprawdę będzie można już odtrąbić spadek z hukiem do drugiej ligi. Na samym początku wiosny…
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli.
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.


PanGoroli
14 marca 2019 at 10:36
Realnie, to w następnych 3 meczach można liczyć na 1 punkt, może. Zostanie nam wtedy 7 kolejek do końca i co najmniej 10 punktów straty, i mecz z Chrobrym już nie o życie, tylko o szansę chwycenia się brzytwy…
Niestety widać, że pozostawienie Bartnikowi-Szkodnikowi misji ratowania GieKSy było potężnym błędem prezesa Janickiego. Kontrowersyjna decyzja Szkodnika z Dudkiem, zarówno personalnie, jak i jeśli chodzi o czas, gdy została podjęta, jak narazie wygląda na przysłowiowy gwóźdź do trumny. Nowe twarze jak zwykle nie wnoszą żadnej jakości.
Ja w tej chwili nie martwię się o utrzymanie w 1 lidze. Ja martwię się o utrzymanie w 2 lidze. To wszystko wygląda mi na dalekosiężny plan Szkodnika na derby jego 2 drużyn – Myszkowa i naszej GieKSy.
PanGoroli
14 marca 2019 at 10:50
A, i mecze z Odrą, Chojną i Chrobrym, kluczowe w kontekście jakichkolwiek jeszcze szans, będziemy grać w odstępach 3 dni…
Irishman
14 marca 2019 at 11:32
A ja tak trochę irracjonalnie, po kibicowsku jeszcze trochę wierzę, że może się uda? Oczywiscie to taka sama wiara jak prawie co roku na wiosnę, tyle tylko, że dotąd łudziłem się, że nagle zaczniemy punktować i zrobimy awans. Teraz też wmawiam sobie, że pierwsze mecze zawsze bywają gorsze, trochę loteryjne, że może musieliśmy się zaaklimatyzować do polskiego błota (na szczęście nie śniegu) o tej porze roku po sparingach na tureckich dywanach, że w drugim meczu trafiliśmy na „galacticos” z Częstochowy 😉 itp. itd. No i tak będę wierzył jeszcze do Jastrzębia, mając nadzieje na zwycięstwo. I ja wiem, że to derby, na trudnym terenie ale jak mamy wygrywać to właśnie z taka drużyną. Bo to jednak nie Stal czy Sandecja.
Mecza
14 marca 2019 at 14:11
Ja nie widzę braku ambicji, widzę bezradność. W pewnym momencie byliśmy w tym samym miejscu co Nieciecza. Oni postawili na Kaczmarka którego szanuję za to co zrobił w Płocku przez kilka lat. Przewijał się w moich myślach o nowym trenerze. Wówczas Dudek nie był rozpatrywany przez mnie nawet w 1% ale czarodziej nam go wyczarował. Tak sobie myślę. Kiedyś trener to był ktoś. Zajmował się treningiem mentalnym, potrafił przygotować drużynę fizycznie, ustawić taktycznie a teraz? Kilku asystentów od każdego aspektu pracy z drugą osobą. Kogo nam jeszcze brakuje? Może Daniec albo Kryszak.
Łukasz
14 marca 2019 at 14:20
Dziwię się o tym tu mowa…
Spadek pewny już jest. Jedyną szansą jest że liga zdyskfalilikuje inna drużynę. Taka jest prawda. Dziwię się że nie palimy opon pod biurem. Klub ginie na naszych oczach.
KaTe
14 marca 2019 at 19:08
Chyba musieliby zdyskwalifikować dwie drużyny, bo nie wygląda na to byśmy mogli wyprzedzić Stomil…
Robson
14 marca 2019 at 22:22
Jak zwykle świetny artykuł Shellu.
Ale tym razem nie będę dolewał oliwy do ognia..
WIARA CZYNI CUDA !
Irishman
14 marca 2019 at 22:39
@Łukasz, bardzo dobrze, że „nie palimy opon”, bo to nie jest jednak rola kibiców.
Niestety bardzo źle, ze stało się to akurat w momencie gdy moim zdaniem mamy jednego z najsłabszych w historii GieKSy – prezesa, menedżera piłki nożnej i trenera….. 🙁
achim
14 marca 2019 at 22:39
Najgorsze jest to, że okazuje sie, że to niy Cygan był darymny.
Robson
14 marca 2019 at 22:57
Cygan jest Gieksiarzem i zawsze będzie miał w sercu Gieksę a Janicki wyrobnik którego wali nasz los byle by kasa się zgadzała.
Irishman
14 marca 2019 at 23:06
@Robson… taki z niego „GieKSiarz”, że podobno obiecał specjalną premię za pokonanie nas? No chyba, ze to plotka!
Ostatnimi GieKSiarskimi prezesami to był Jasiu, a potem nasi kibice! I to jest właśnie nasz dramat, że zatraciliśmy nasz charakter od prezesa po piłkarzy, a w zamian za to NIC NIE DOSTALIŚMY!!! Chociaż nie…. dostaliśmy w łeb przy kolejnych derbach, które z reguły we wstydliwy sposób przegrywamy!
bonik
15 marca 2019 at 00:09
Sytuacja jest tragiczna ale całkowicie wyjąłbym poza nawias ostatni mecz. Graliśmy bryndzę ale co by nie było z gościami co zdążyli już wykopać lecha i legię z pp. To nie meczami z liderem się spada z ligi- nie wiem skąd ten lament akurat teraz – bo teraz dotarło jaka sytuacja była po ostatnim meczu jesieni??? dopiero teraz?? Już wtedy pisałem że patrząc na terminarz możemy mieć po 3 meczach może ze 3 pkt optymistycznie…. te z Wigrami.
Problem na wiosnę to Wigry i el tragedios tam oraz to, że pozostałe drużyny zaczęły robić punkty (no niesamowite odkąd to dół tabeli robi punkty na wiosnę). Jeśli w Jastrzębiu wygramy to jeszcze we mnie pozostanie jakaś nadzieja… bo Chojniczanka też cienka- bardziej już bałbym się Chrobrego po zmianach
Mecza
15 marca 2019 at 16:50
Bać to możemy się już tylko siebie… Ciekawe czy Garbarnia nas wyprzedzi…
Mecza
16 marca 2019 at 08:35
a co do Cygana to nie przesadzajcie. Lubię gościa ale to jak Raków wygląda sportowo to nie ma nic wspólnego z pracą Cygana. Facet wsiadł po prostu do dobrze pracującej maszyny.