Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: nasze ambicje się nie zmieniają

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Tylko jeden krok dzieli nas od Narodowego. Spróbujemy go postawić w Częstochowie, jednak podobne plany mają piłkarze Rakowa, którzy chcą wrócić do Warszawy, by po raz trzeci unieść Puchar. Kto ma większe szanse na spełnienie swoich marzeń? W jakiej dyspozycji jest nasz pucharowy rywal? Czego można się spodziewać w czwartek przy Limanowskiego w Częstochowie? Opowiedział Konrad Kotania, długoletni kibic Medalików, inicjator twitterowej grupy dyskusyjnej skupionej wokół Rakowa Częstochowa.

Nawiązując do pewnych złośliwych komentarzy internetowych, jak to jest być długoletnim kibicem klubu, który według niektórych istnieje od dekady, czyli mniej więcej tyle, ile rządzi w nim Michał Świerczewski?
Przyzwyczaiłem się już do tego typu zaczepek i szkoda mi energii na konfrontowanie się z nimi. Słyszałem nawet gorsze opinie, że istniejemy w zasadzie od 2019 roku, kiedy po latach wróciliśmy do Ekstraklasy. Tego typu stwierdzenia świadczą tylko o kibicach naszych rywali – to, że nie znają naszej historii to jedno, ale dają w ten sposób świadectwo, że nie znają też swojej historii, bo Raków na przestrzeni lat wielokrotnie mierzył się z różnymi klubami, także z tymi największymi, na szczeblu Ekstraklasy i niższych lig. Nasza historia podobna jest do wielu innych, choćby GKS-u, w której są momenty zarówno sukcesów, jak i kryzysów. To właśnie trudne chwile hartują, uczą pokory i pomagają docenić sukcesy. Łatwo kibicować w Ekstraklasie drużynom stale walczącym o puchary. Zanim my znaleźliśmy się w tym miejscu, musieliśmy przejść długą drogę, a w pewnym momencie Stowarzyszenie Wieczny Raków i kilku innych zapaleńców musiało ratować klub przed upadkiem. Nawet dziś mamy swoje ograniczenia, choćby infrastrukturalne czy związane ze szkoleniem młodzieży, więc musimy inną drogą budować klub zdolny walczyć z takimi gigantami jak Lech, Jaga czy niedawno Legia.

Mimo pewnych różnic w potencjale naszych drużyn, oba kluby są zarówno sąsiadami w ligowej tabeli, jak i rywalami w półfinale Pucharu. Sam nie wiem, na czym powinniśmy się skupiać bardziej. A na czym twoim zdaniem bardziej skupia się Raków?
Czytałem niedawno wywiad z Wojciechem Cyganem, który zapytany o cele zespołu pod wodzą Łukasza Tomczyka podtrzymał deklarację, że nasze ambicje się nie zmieniają: mierzymy w Puchar Polski i miejsce w lidze gwarantujące występy w Europie. Oba cele są dzisiaj realne, bo w lidze jeszcze nikt ani nic nie wygrał, ani nie przegrał – może oprócz Niecieczy. Nawet Lech, mimo że nieco odskoczył punktowo, nie może jeszcze mrozić szampanów. Dwa zwycięstwa lub porażki mogą wywrócić tabelę i sami też jesteście w takiej sytuacji. Wyniki Rakowa wiosną nie nastrajają optymistycznie, bo brakuje wygranych, a nawet jeśli ostatnio zwyciężyliśmy, to z blado wyglądającą Pogonią. Ponadto tracimy dużo bramek, szczególnie w ostatnich minutach – choćby w LKE czy pucharowym pojedynku z Avią. Martwi, że najbardziej doświadczona i zgrana formacja, a więc defensywa, nie wygląda najlepiej w tym sezonie. Z drugiej strony, poza meczem z Górnikiem, zazwyczaj nie jesteśmy słabsi od rywali i nadal jesteśmy w grze o wszystko, a moim zdaniem w czwartek zagramy najważniejszy mecz tej wiosny.

W zimowej przerwie byliśmy świadkami trenerskiej roszady na linii Warszawa – Częstochowa – Bytom. W Bytomiu zaszły już personalne korekty, Legia również gra poniżej oczekiwań, a jakie nastroje panują pod Jasną Górą? Pozycja Łukasza Tomczyka jest mocna?
Jak dotąd Raków miał trzech trenerów w Ekstraklasie, co świadczy o pewnej stabilizacji. Marek Papszun przez lata rósł razem z Rakowem i w pewnym momencie postanowił zmienić otoczenie, natomiast pewien niesmak zostawił styl tej zmiany – uśmiechy w stronę Legii, narzekanie na stadion, który wcześniej nie przeszkodził w zdobyciu mistrzostwa. Dziś za drużynę odpowiada Łukasz Tomczyk, który ma wsparcie zarówno w gabinetach, jak i na trybunach. Mecz z GieKSą raczej tego nie zmieni, choć jeśli przegramy, to zawód będzie spory. Pozostanie liga, w której do ostatniej kolejki będzie się sporo działo. Dlatego nie spodziewam się żadnych niespodziewanych ruchów aż do letniego okienka. Łukasz Tomczyk pracuje na materiale „odziedziczonym” po Marku Papszunie, który przez lata układał te klocki po swojemu. Kadra jest silna, moim zdaniem jedna z najsilniejszych w Ekstraklasie, ustępująca jedynie Lechowi.

Na ile jednak problemem tej kadry są kontuzje? Co jakiś czas wypada ważny zawodnik: Kochergina nie ma od wielu miesięcy, niedawno wypadł Tudor, z Widzewem nie zagrał Amorim, a na urazy narzekają też Pieńko i Ameyaw. Lista jest pewnie dłuższa, bo przecież sam Ivi Lopez co jakiś czas wypada z gry. Ławka jest odpowiednio szeroka?
Moim zdaniem latem zabrakło wzmocnień, przede wszystkim na wahadłach – dziś gotowi do gry są tylko Carlos i Ameyaw, który zagrał z Widzewem, choć zapowiadano jego dłuższą przerwę. Ponadto nie ma zmiennika dla Oskara Repki, bo wariant Struski – Bulat nie wygląda ostatnio dobrze. Problemy są również na „dziesiątkach”, bo pod nieobecność Iviego brakuje nam zawodników w stylu Bartka Nowaka.

Można to było zauważyć w sobotnim meczu z Widzewem, gdzie na bramki czekaliśmy do doliczonego czasu gry. Jak oceniasz występ Rakowa w tym pojedynku?
Nasza rywalizacja z Widzewem ma w sobie coś szczególnego, po prostu trzeba z nimi wygrać, co ostatnio często się udawało. Gdyby nie czerwona kartka Arsenicia, to w Wielką Sobotę mogło być podobnie. Wyrzucenie Zorana z boiska było zupełnie słuszne, a mógł wylecieć jeszcze wcześniej. Gdybyśmy grali po jedenastu, to wcześniej czy później bramki dla Rakowa by padły, bo Widzew nie dał nawet pół argumentu w ofensywie przemawiającego na ich korzyść. Grając prawie godzinę w przewadze oddali jeden strzał i zrobili zdecydowanie za mało, żeby wygrać w Częstochowie.

Mamy za sobą oba ligowe pojedynki, które dwukrotnie wygraliście 1:0. Ja żałuję szczególnie wyniku w Częstochowie, bo gdyby Adam Zreľák nie zmarnował sytuacji trzech na jednego, a Eman Marković trafił do bramki zamiast w poprzeczkę, to punkty nie musiały zostać przy Limanowskiego.
Zarówno w tym, jak i poprzednim sezonie, rywalizacja z GKS-em nie była dla nas łatwa. Trzy razy byliśmy górą, ale każdy z tych meczów był na styku. Na Raków trzeba uważać do samego końca, potrafimy, często w doliczonym czasie gry, przechylać szalę zwycięstwa na swoją korzyść.

My też nie mamy się czego wstydzić pod tym względem, co pokazaliśmy m.in. w sobotę.
Zgadza się. Myślę, że piłkarze obu drużyn są tego świadomi, że dopóki nie zabrzmi ostatni gwizdek, to nie można tracić koncentracji. Jakość zawodników trafiających do Ekstraklasy rośnie z każdym sezonem i nie brakuje takich, którzy jedną akcją potrafią zmienić oblicze meczu.

Przed ostatnią kolejką Ekstraklasy zabawiłeś się na Twitterze w typowanie wyników i bezbłędnie trafiłeś rozstrzygnięcie meczu GieKSy z Wisłą. Jak oceniasz nasz potencjał, zarówno w lidze, jak i w perspektywie pojedynku pucharowego?
Nie jestem zaskoczony dobrą formą GieKSy w rundzie wiosennej. Trener Górak potrzebował czasu, aby wkomponować w zespół nowych zawodników, którzy zastąpili tych, którzy odeszli, m.in. Oskara Repkę. Ponadto, coraz większą rolę w drugiej linii odgrywa Nowak, powoli do składu przebija się Wędrychowski, którego bardzo lubię i uważam, że będziecie mieć z niego dużo radości. Zupełnie nietrafione były za to letnie decyzje kadrowe co do napastników, na szczęście dla was wyciągnięto odpowiednie wnioski. Zimą dołączył do Was „Wdówka”, który zaczął już trafiać do siatki, a o wspomnianym Nowaku trudno powiedzieć coś nowego – jest dziś gwiazdą ligi.

Przy okazji meczu z Rakowem musimy jednak zatrzymać się chwilę przy dwóch ostatnich wymienionych przez ciebie zawodnikach. Obaj mają przeszłość w Rakowie, z którym świętowali wiele sukcesów. Jak wspominasz tych piłkarzy?
Obu wspominam bardzo dobrze, bo dawali liczby, a to znaczy w piłce bardzo wiele. Bartek zaliczył podobne wejście do GieKSy jak do Rakowa, gdy trafiał do nas z Górnika. Strzelił 10 goli w Ekstraklasie, z czego większość jesienią, dawał asysty i choć nie był liderem na miarę roli, jaką dziś pełni w GKS-ie, to był bardzo pożytecznym zawodnikiem. W Częstochowie tych liderów było wtedy więcej, bo na „dziesiątce” był jeszcze Ivi, więc konkurencja była mocna. W Katowicach Bartek jest niekwestionowanym liderem i dobrze odnajduje się w tej roli. Z kolei Mateusz Wdowiak zrobił w Częstochowie wiele dobrego, natomiast w pewnym momencie uznano, że jego pozycję trzeba jeszcze bardziej wzmocnić. Nie jestem przekonany, czy to się udało. Moim zdaniem brakuje nam dzisiaj zawodnika o profilu „Wdówki” – szybkiego i bramkostrzelnego. Mateusz został oddany do Zagłębia, gdzie nie do końca się odnalazł. Mam wrażenie, że do was pasuje lepiej.

Wdowiak jest szczególnym amuletem, jeśli chodzi o Puchar Polski, bo wygrywał go już trzy razy – z Cracovią i dwukrotnie z Rakowem.
Nie wiem, jak będzie w czwartek, ale poprzednio w barwach Zagłębia Mateusz nie rozegrał dobrego pojedynku z Rakowem. Podobnie zresztą Bartek Nowak, któremu mecze w Częstochowie nie wychodzą najlepiej. Obaj trzymamy kciuki za swoje kluby, jednak najważniejsze, aby nasze zawody były dobrze posędziowane, a arbiter nie był głównym aktorem tego widowiska. Wydaje się, że wy macie w tym momencie bardziej ustabilizowaną formę, a u nas wahania są większe. Z drugiej strony nie przegraliśmy na Limance od czterech spotkań – jesienią prawie każdy u nas wygrywał, a teraz nie jest to już takie proste.

Wracając do rywalizacji w Rakowie, wasz potencjał ofensywny może imponować: Brunes, Rocha, Diaby-Fadiga, Brusberg czy Makuch – jest kim straszyć. Tymczasem w Ekstraklasie strzeliliście tyle samo bramek co GKS, który od początku sezonu ma swoje problemy w linii ataku. Czego brakuje, by ten worek z bramkami rozwiązać na dobre?
Na dzień dzisiejszy gole strzelają przede wszystkim Fadiga z Brunesem. Gdy gra się na trzy „dziewiątki”, jak choćby z Widzewem, to brakuje „dziesiątek” – zawodników, którzy mogą dogrywać piłki kolegom, bo napastnicy przeważnie grają na siebie. Najmniej zarzucałbym tu Brunesowi, który stał się jednym z liderów drużyny, motywatorem i zawodnikiem pracującym na rzecz kolegów.

Zostawiając na boku Ekstraklasę, ścieżka Rakowa do półfinału Pucharu nie była szczególnie wyboista, a najbliżej wykolejenia było na boisku 3-ligowca w Świdniku.
Porównując naszą i waszą drogę do półfinału, to rzeczywiście mieliśmy więcej szczęścia w losowaniach. Niektóre drużyny przekonały się jednak boleśnie, że szczęśliwe losowanie to nie wszystko, bo trzeba jeszcze wygrać na boisku. W Świdniku mieliśmy pewne trudności, bo gdy gra się z niżej notowanym rywalem, to trudno jest dawać z siebie sto procent przez cały mecz. Ale prawdę mówiąc, kiedy Raków przyspieszył, szczególnie na początku dogrywki, to różnica potencjałów była zauważalna. Szkoda, że musieliśmy grać dodatkowe 30 minut, szczególnie w tak trudnych warunkach, jakie były w Świdniku – zawodnicy ekstraklasowi są przyzwyczajeni do innych standardów. Trudno grać technicznie i kombinacyjnie na takiej nawierzchni.

Jakie miałeś odczucia po losowaniu par półfinałowych? Mogło być lepiej, ale mogło też być gorzej?
Marzył mi się finał Rakowa z GKS-em w Warszawie. Z drugiej strony obawiałem się rywalizacji z Górnikiem, bo mecze z Zabrzanami nie układają nam się ostatnio zbyt dobrze. Raków potrafi się jednak zmobilizować w decydujących meczach. Udowodniliśmy to w europejskich pucharach, także pod wodzą nowego trenera. Na przykład mecze z Fiorentiną, które nie były złe w naszym wykonaniu. Mieliśmy swoje szanse w konfrontacji z mocnym kadrowo zespołem z Włoch, który jeszcze niedawno dochodził do finału tych rozgrywek. Podobne nastawienie będziemy mieć na mecz z GKS-em i jestem przekonany, że będziemy do niego odpowiednio przygotowani.

W Wielką Sobotę graliśmy z Wisłą Płock, która słynie z żelaznej defensywy i pozwala rywalom na dłuższe operowanie piłką. Spodziewam się, że Raków będzie miał zgoła odmienny pomysł na nasz mecz. A jaki scenariusz ty przewidujesz?
Moim zdaniem dużym osłabieniem waszego środka pola będzie brak Kowalczyka. I choć zastąpi go Rasak, który jest bardzo doświadczonym zawodnikiem, to brak Kowalczyka będzie zauważalny. Nawiasem mówiąc, pozytywnie zaskoczyły mnie wasze zimowe ruchy transferowe, szczególnie wspomniany Wdowiak i Rasak, którego sprowadzenie było dość nieoczywistym posunięciem. Stawianie na zawodników ogranych w polskiej lidze będzie procentować. Co do naszego meczu, spodziewam się, że GKS będzie ustawiony defensywnie, licząc na szybkiego Wdowiaka czy stałe fragmenty gry wykonywane przez Nowaka. Trzeba też będzie uważać na waszych wahadłowych, którzy są w stanie biegać w tę i z powrotem przez 90 minut, a jeśli będzie trzeba, to i przez 120. Z kolei u nas wahadła trochę się posypały, chyba że gotowy do gry będzie Tomek Pieńko. Moim zdaniem trener Górak ustawi wasz zespół w taki sposób, by czekać na swoje momenty i skwapliwie je wykorzystać. Natomiast Raków może być podrażniony kiepskimi wynikami w lidze i próbować zatrzeć gorsze wrażenie meczem w Pucharze. To tylko jeden mecz – nie ma rewanżu, przechodzisz dalej lub odpadasz. Myślę, że będziemy odpowiednio zmotywowani, by rozstrzygnąć ten mecz na naszą korzyść i znów zagrać na Narodowym.

Jak długo pogramy w czwartek? 90 czy 120 minut? Jaki wynik obstawiasz?
Myślę, że mecz rozstrzygnie się w 90 minut i zadecyduje jedna bramka, a Raków wygra 1:0. Na pocieszenie dorzucę typ, że na koniec sezonu GKS znajdzie się w pierwszej czwórce Ekstraklasy.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga