Piłka nożna
Gańba
Dostałem wiadomość od jednego z naszych kibiców i postanowiłem ja opublikować. Myślę, że treść tej wiadomość, odzwierciedla nastrój mój, jak i większości z was.
„Piłkarze nie są bohaterami z mojej bajki, są antybohaterami, którym ciężko współczuć, po ostatnich przegranych meczach, niejednokrotnie oddanych bez walki. Jednak wczorajszy czarny dzień (dla wszystkich kibiców GKS KATOWICE), zgasił we mnie cień szacunku, dla piłkarzy reprezentujących nasze ukochane barwy klubowe. Słowa: determinacja, kreatywność, sumienność czy błyskotliwość, to puste frazesy, słowa bez pokrycia, słowa, które pojawiają się w naszych meczach właściwie od święta. Jednak to co miało miejsce wczoraj, w meczu derbowym, było nie do przyjęcia, analizując wszystkie aspekty, czy to w kwestii sportowej, czy mentalnej. Najbardziej przewrotne w negatywnych cechach antybohatera, jest to, że to właśnie negatywne cechy, pozwalają mu toczyć walkę z przeciwnikiem. Agresywność, bezwzględność, brawura czy chytrość to negatywne cechy, których brakuje/wało w grze naszej drużyny. Zamiast tego mieliśmy tchórzostwo. Brak odwagi aby pokazać dużo młodszym graczom z Chorzowa, że to jeszcze nie ich czas, dając im lekcję pokory od starych wyjadaczy boiskowych.
Ciężko pisać po przegranym meczu derbowym, jednak przyznam szczerze, że łudziłem się jak dziecko, że damy radę i piłkarze wrócą na Bukową w glorii chwały. Życie bywa przewrotne i jest pełne niespodzianek, jednak ilość przykrych sytuacji jakie doświadcza kibic GieKSy, chyba przewyższa jakiekolwiek normy. Jak dla mnie taka sytuacja jest nie do przyjęcia i jeżeli w najbliższym czasie, nie zobaczymy rozsądnych działań ze strony klubu, to będzie jasny sygnał, że jesteśmy skazani na beznadziejność. Tkwimy w tym bagnie zwanym pierwszą ligą dobrych kilka lat, powtarzając co roku te same błędy, z których nawet dziecko jest wstanie wyciągnąć wnioski. Klub wymaga wietrzenia, bo inaczej trzeba będzie stawać na rzęsach aby przyciągnąć sponsorów, Inną kwestią jest ilość osób chętnych pojawić się w dniu meczowym na B1. Czas pokaże na ile stać osoby decyzyjne w naszym klubie. Trzeba być jednak świadomym, że jutro zaczyna się dzisiaj a czas ucieka nieubłaganie.
Oczywiście są jeszcze szanse awansu, jednak patrząc na ostatni mecz, ciężko uwierzyć w pozytywne zakończenie tego sezonu.”
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


Mecza
14 maja 2018 at 20:51
Ten wpis to dopiero dopiero gańba, naiwność, bohaterowie, bajka itp. Jakie kurwa działania, za co, za jaką i czyją kasę? My musimy nabrać pokory bo to nie jest AC Milan lat 90 w wydaniu 1ligowym. Bez patrzenia w tabelę: Legnica, Sosnowiec, Mielec, Chojnice, Częstochowa, Tychy i jesteśmy na 7 miejscu. Z czym finansowo do ludzi? Kibice chcą co 6 miesięcy rewolucji jakbyśmy byli jakimś potentatem. Jesteśmy jednym z wielu i tylko stabilizacja nam może pomóc. Kibice są winni głupim ruchom pod publikę, prezes ma odejść, dyrektor, trenere czy może Krupa zrezygnować?
xman
14 maja 2018 at 21:44
Nie znam do końca realiów waszej ekipy, ale byłem widziałem. Ruch grał w ch…. Ambitnie i walecznie i to dało im mocny bonus. Gks zdominował 2 połowę ale było to bezproduktywne. Po prostu oni są ciency wg mnie. Pogadanka w szatni w przerwie dała efekt, no ale piłkarsko nie przeskoczysz i tyle w temacie. Z reszta walka o 2 miejsce sięga kilku ekip. Sami zrozumcie poziom. Oni się starali na ile mogli,a co mogli skoro nie umieli. Duzy plus za postawę mentalną niebieskich, duży minus za postawę gieksy. To są derby!!! Piłkarsko liga jest płaska i różnica miedzy drużynami jest niewielka. Niestety wy po latach ruchania obietnicami i posuchą jesteście po prostu sfrustrowani i niestabilni emocjonalnie. Weźcie troche dystansu. Ekstraklapa to nie jest kwestia życia i śmierci. Te sam uj ino szczebel wyżej. Ale tam sie nie wbija tak na pałę! Z czym do ludzi. Musi byc jakas organizacja i chęć rozwoju, a nie cyrk na kółkach. Poza tym oczekujecie od piłkarzy a sami też nie jesteście gotowi. Lata 'reżimu’ zrobiły swoje. Gieksa przestaje byc klubem a staje się stanem umysłu…
@mecza
14 maja 2018 at 21:52
Ale bredzisz. Albo jesteś kimś podstawionym ze strony piłkarzy/trenerów/zarządu/władz miasta – całego tego układu reżyserującego albo zbyt ufasz w ludzi albo za mało meczów w życiu widziałeś. Co roku klub dostaje miliony dofinansowania z miasta więc spokojnie z zapleczem finansowym. Poza tym choćbyśmy byli najbiedniejsi i najsłabsi z tych klubów, które wymieniłeś, to MY byliśmy na 2 miejscu w tabeli mając przed sobą kilka meczów do końca z największymi patałachami w lidze oraz juniorami Ruchu którzy dostają po 6 bramek od każdego. Nie trzeba było ich wszystkich wygrać, wystarczyłoby chociaż połowę. Tylko ślepy i głupi może myśleć , że te mecze były przegrane piłkarsko. Weźcie się obudźcie co poniektórzy bo dajecie się wydymać 2 rok z rzędu, teraz będziecie się emocjonowali kto po sezonie odejdzie, kto przyjdzie, kto zostanie trenerem a na koniec będzie taki sam teatr jak przez ostatnie 2 lata.
1964 żory
14 maja 2018 at 21:53
Nie prezes nie trener tylko pseudo-grajkowie mają odejść, za zero ambicji, zero umiejętności, zero sprytu i zaangażowanie w grę.
Robson
14 maja 2018 at 22:43
Przeca to widać od razu że ten Mecza i xman to jakieś podstawione popierdoleńce. Kurwa zero szacunku wypierdolić i trenera i 80% żałosnych pseudopiłkarzyków ! W sobotę będę będę nawet z dziećmi którym do dziś nie potrafię wytłumaczyć jak zdegradowani trampkarze z ruchu mogli ograć nasze „gwiazdy” z 2 miejsca 🙁
Hasiokowi kopacze
15 maja 2018 at 00:32
Męczą i xmen to marionety tej kliku, o ile nawet to nie ta sama osoba pisząca z dwóch adresów i nicków 🙂 a może nie, może to jakiś mały niedorobiony Kaziu dorwał się do medium internetowego i coś tam sobie szkrobie mając nadzieję że znajdzie choć jednego idiotę wsród kibiców który mu uwierzy 🙂 .
Kazio – przekaż swoim milusińskim że bez względu na to jakie rozkazy dostali z góry, albo na jakieś pieniądze się nie umówili to jeśli nie wygrają wszystkich trzech meczów, to albo po Tychach, albo po Łęcznej, albo po jednych i drugiej będzie się działo na Bukowej tyle że dzienniki będą trąbiły o tym w Polsce jeszcze z tydzień czasu…
xman
15 maja 2018 at 01:27
Nerwica i frustracja. Ględzeniem to się gór nie przeniesie. Tu trzeba mieć jaja i wziąć sprawy w swoje ręce. Ale niestety wieloletnia sterylizacja robi swoje. Coś się powarczy ale uległość wraca. Opowiedz dziecku co to gruszki na wierzbie.
Mecza
15 maja 2018 at 04:37
Ja wam panowie napiszę jedno. Walka z przeciwnikiem to już nie tylko ustawka w lesie ale przyszłość leży w internecie aby siać propagandę, skłócać, rozwalać szyki przeciwnika. Na tym forum chyba jest wiele troli przeciwnych GKS.
Mecza
15 maja 2018 at 04:38
Wielu nic nie ma do napisania jak jest dobrze a teraz wyczuwalna piana na ustach i pełne zadowolenie pod przykrywką wzburzenia.
Marcin
15 maja 2018 at 08:42
Cześć,
włączę się w rozmowę, choć robię to bardzo rzadko. Klubowi kibicuję od 1989 roku więc trochę meczów już w życiu widziałem (żeby mi nikt tu od „gimbazy” nie wyskoczył). Mecz w Chorzowie też oglądałem i choć jestem jak Wy mocno zdenerwowany (aby nie używać innych mocniejszych słów) uważam, że gdyby piłkarze chcieli celowo przegrać, to zrobiliby to nie w tym meczu (wiedzieli co ich czeka jak ten mecz przegrają). Oni po prostu w pierwszej połowie spanikowali, grali jak gdyby się przestraszyli, a w drugiej, jak już coś chcieli zrobić, to nic im nie wychodziło. Sam grałem i wiem jak to jest, chcesz, a nogi robią całkiem coś innego. Uważam więc, że ta przegrana to nie specjalna zagrywka, a słaba psychika – takie moje spostrzeżenie.
Dodam, że jestem również kibicem wspomnianego poniżej Milanu (też od końcówki lat 80) i oni mimo wydania ponad 200 milionów też zbłaźnili się z ostatnią drużyną w lidze mimo, że z Benevento nikt wcześniej nie stracił punktów – kto śledzi Serie A, to wie, o czym piszę.
Łukasz
15 maja 2018 at 10:08
„Krowa co dużo ryczy mało mleka daje” Uczą jeszcze tego w podstawówkach? Drużnie trzeba pomagać a nie tylko wymagać! Panowie, pamiętacie czas (i grę) jak Paszulewicz przychodził? Ilu z Was wierzyło że będziemy naprawdę liczyć się w walce o awans? Paszul powinien dostać gwarancję pracy do końca przyszłego sezonu i solidne wzmocnienia. Wtedy jest spora szansa na awans.
Wiem, część z Was może by nawet wolała wygraną z ruchem niż awans. Dla mnie nieważne (prawie nieważne;) ) w której lidze gra mój ukochany klub. On ma grać, a ja mu kibicować.
Pozdro
Jorgus
15 maja 2018 at 11:13
Jestescie zjeba.i jak cala gieksa i ten paciulewicz
Bartolo
15 maja 2018 at 16:42
Czytając Wasze komentarze, nasuwają mi się tylko dwa wyjścia z obecnej sytuacji:
1.Otwarta,fizyczna walka z układem zamkniętym(prezydent,prezes,działacze,trenerzy,piłkarze,karki na trybunach-(dziwki do wynajęcia)…sorry,ale to jedyne w miarę cenzuralne określenie).Nierealne,za mało naprawdę wk…nych ludzi i cały aparat przymusu na głowie..
2.Koniec z finansowaniem przez samego siebie tej Sodomy i Gomory.Koniec z wizytami na B1,ale nie przez jeden,dwa mecze tylko cały sezon albo i 5 jak trzeba będzie.Sukces gwarantowany,całe to gówno umrze śmiercią naturalną,tylko na to potrzeba czas i wytrwałości.Jeżeli komukolwiek zależy na GieKSie i ma do siebie szacunek to nie wierzę,po prostu nie wierzę,że w najbliższym czasie zakiełkuje myśl o pójściu na mecz.Obecna GieKSa tylko dla frajerów!!
kmnds
15 maja 2018 at 19:33
Z racji tego, że takie same maniany przeżywaliśmy w Zabrzu powiem tyle
Bartolo — 15 maja 2018 @ 16:42
Nie pójście na mecz przez najbliższe x lat nie jest wyjściem. Wiesz dlaczego? Ano dlatego, że miasta / większościowi udziałowcy albo z klubu zrobili sobie pralnię pieniędzy albo wykładają przysłowiową lachę na klub. To czy na blaszoku ktoś się pojawi czy nie dla nich nie zmienia nic. Wycyckają do ostatniego złotka i ogłoszą upadłość. Co do braku awansu jak to prześmiewczo w innych klubach mówią „murowanego kandydata” to analiza jest prosta. Piłkarze wiedzą o tym, że jak awansują to większość z nich straciła by ciepły kur*idołek z którego czerpią pieniądze więc lepiej jest sprzedać mecz u buka, nie awansować i grać kolejny rok w pierwszej lidze niż awansować i stać się bezrobotnym. Co do zarządu patrząc na to jakie wymogi stawia ESA i sam Boniek pisząc na tt ostatnio w sprawie Sandecji bez infrastruktury nie ma co startować do gry w Ekstraklasie a jeśli tak to lepiej zostać gdzie się jest niż grać na pożyczonym stadionie np od nas bo to kolejny koszt i wymóg rozpoczęcia budowy nowego stadionu ale jak mają zacząć budować stadion jak oni klub mają gdzieś? To jest te same błędne koło co było u nas. Paszulewicz nie ma wyjścia tak jak Brosz czyli musi oczyścić szatnię (początek już jest), następnie z młodymi i ambitnymi cudem wywalczyć awans sportowo zmuszając niejako zarząd to rozpoczęcia budowy stadionu. Mam sentyment do stadionu na Bukowej ale niezależnie gdzie była by nowa lokalizacja bez stadionu taki jak mają kury albo Craxa to nie ma co startować bo po sezonie będzie spadek tak jak maja Sączersi..
Kibic bardzo
15 maja 2018 at 20:23
Zero opraw typu „murowany kandydat”
Bądź koszulek „ ekstraklasa albo smierć”
Ultrasi chodzą na te mecze i widzą rok w rok to samo a dalej popełniają te same dziecinne błędy
Zero nabijania balonu typu awans awans awans rok w rok to samo
Ileż kurwa można.
Oni to pierdolą czy jest presja czy nie !
A my jak dzieci dajemy się nabrać ze oni walczą o awans! Huja!
Zero opraw zbierać kasę i dac młodzieży na piłkę albo dla dzieci.
Porażka GKS zszedł na dno po tym meczu.
Pozdrawiam i widzimy się w sobotę
Marian
15 maja 2018 at 21:08
Najlepiej sie czyta komentarze kibiców, że oni to robią wszystko dla tego klubu, że oddaliby życie, a kurwa obsrali sie wyjsć do Ruchu na ustawkę w ramach odbicia 44 flag, a przed derbami na dworcu głównym w Katowicach Ruch sobie robi bez żadnej obstawy zbiórkę i drą ryje.
Scifo
16 maja 2018 at 00:30
Marian, obsrał to się twój śmierdzący Ruch, który nie chciał się ustawić o fany. A na berzie, to ruch pomyka szybciej od zająca.
LorenMaf
17 maja 2018 at 02:29
polskie zaklady bukmacherskie