Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

GieKSa głośniejsza, Górale skuteczniejsi – media o meczu TSP-GieKSa

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Podbeskidzie Bielsko-Biała – GKS Katowice. GieKSa przegrała 0:1 (0:0).

 

sportowebeskidy.pl – Rykoszet decydujący

Notujący dobry start I-ligowego sezonu GKS Katowice zawitał do Bielska-Białej. Niewdzięczna aura, w jakiej przyszło dziś drużynom się zmierzyć, czyniła przebieg meczu trudnym do przewidzenia.

Już w 2. minucie goście po raz pierwszy czyhali na gola. Uderzenie, jakie wykonał Adrian Błąd bez trudu obronił Matvei Igonen. Inicjatywa „Górali” wzrosła na krótko po upływie kwadransa. W 21. minucie Michał Janota skierował swój strzał ponad poprzeczką, zaś w minucie 23. po dograniu przywołanego pomocnika Podbeskidzia minimalnie chybił wolejem Kamil Biliński. Katowiczanie do głębszej defensywy zepchnąć się jednak nie dali, a w końcówce wyrównanej odsłony znów usiłowali zdobyć zaliczkę. I byli tego bliscy. 45. minuta została zaakcentowana dośrodkowaniem Grzegorza Rogali z lewego skrzydła, futbolówkę otrzymał Błąd, myląc się w bardzo dogodnej sytuacji.

Po powrocie drużyn na boisko kibicom Podbeskidzia przypomniał o sobie Marko Roginić. Instynktowną próbę piętką autorstwa Chorwata tyleż doskonale, co i fartownie odbił golkiper miejscowych. Odpowiedź bielszczan nastąpiła w 60. minucie. Biliński otrzymał piłkę w „16”, lecz na przeszkodzie w zdobyciu bramki stanął Dawid Kudła. Znacznie mniej groźnie zapowiadał się tymczasem w 62. minucie strzał z dystansu Romana Goku, ale to właśnie on przysporzył gospodarzom ogrom radości. Zmylony Kudła po rykoszecie od Arkadiusza Jędrycha nie zdołał zapobiec utracie gola.

Od 72. minuty, w następstwie analizy VAR, na murawie przebywało już mniej piłkarzy. Ezequiel Bonifacio i Bartosz Jaroszek wobec zagrań mających ze sportem niewiele wspólnego zostali przez sędziego obdarowani „cegłami”. Układu sił znacząco to nie zmieniło, a obraz gry był taki, jakiego należało się spodziewać. GKS nadziewał się coraz częściej na kontry, vide ta z 86. minuty, gdy Titas Milasius przegrał starcie „oko w oko” z golkiperem przyjezdnych. Rozpaczliwe próby katowickiego zespołu, aby wywieźć spod Klimczoka przynajmniej remis, zdały się na nic. Ostatnią z nich było uderzenie Dominika Kościelniaka, na które receptę znalazł Igonen.

 

sportdziennik.com – Górale twardsi od GieKSy

Podbeskidzie wygrało pierwszy mecz ligowy w tym roku. Okazali się bielszczanie lepsi od GKS-u Katowice.

[…] Spotkanie rozpoczęło się w strugach deszczu. Padało obficie i płynność gry zdecydowanie na tym ucierpiała. Początkowo lepiej w trudnych warunkach atmosferycznych odnaleźli się katowiczanie, którzy w pierwszych fragmentach spotkania przejęli inicjatywę. Niewiele jednak z tego wynikło, a po kilkunastu minutach mecz się wyrównał.

Warto docenić, po stronie Podbeskidzia, postawę Titasa Milasziusa. Litwin był bardzo aktywny i kilkoma akcjami narobił w strukturach defensywnych GKS-u kilku szkód. Niemniej jednak brakowało z jego strony konkretów. Bo to nie on wypracował jedyną przed przerwą klarowną sytuację dla swojej drużyny. Kreatywniejszy okazał się Michał Janota, który zagrał w tempo do Goku Romana. Hiszpańskiemu pomocnikowi zabrakło jednak nieco precyzji.

Roman poprawił się w drugiej połowie, a to, czego dokonał, śmiało można nazwać golem kolejki w I lidze. To był przepiękny strzał, który wylądował w samym okienku bramki strzeżonej przez Dawida Kudłę. Bramkarze zespołu z Katowic nie miał absolutnie nic do powiedzenia, a docenić należy to, w jaki sposób pomocnik Podbeskidzia uderzył piłkę. Roman zajrzał jedynie w miejsce, w które chciał trafić. Przygotował sobie uderzenie, a następnie kropnął znakomicie i zerwał pajęczynę. To była doprawdy świetna próba, która finalnie dała Podbeskidziu zwycięstwo.

Co wydarzyło się później? Otóż w 72. minucie spotkania doszło do zupełnie niepotrzebnej przepychanki pomiędzy Ezequielem Bonifacio, a Bartoszem Jaroszkiem. Najpierw obaj zawodnicy zobaczyli po żółtej kartce, ale sędzia główny spotkania, Sebastian Jarzębak, postanowił sprawdzić całą sytuację na wideo. Jak się okazało obaj zawodnicy przesadzili i arbiter, zupełnie słusznie, odesłał ich do szatni.

GKS pod koniec spotkania usiłował odrobić straty. Brakowało jednak piłkarzom zespołu z Katowic argumentów. Mało tego, o mało co „GieKSa” nie straciła drugiego gola. Niezwykle aktywny Milaszius przeprowadził kolejną akcję i ponownie był bliski wpisania się na listę strzelców. W 87. minucie spotkania stanął „oko w oko” z Kudłą, ale znów w przypadku Litwina nie zadziałał instynkt snajpera. Co należy podkreślić w końcówce spotkania Podbeskidzie nie dało się rywalowi zdominować. To zespół z Bielska-Białej był bliżej zdobycia drugiego gola, aniżeli GKS wyrównania.

Widowisko może nie należało do najwybitniejszych, ale gospodarze wygrali zupełnie zasłużenie. „Górale”, bez kwestii, mają się z czego cieszyć. Wygrali drugi mecz z rzędu, co za kadencji trenera Smyły jeszcze się nie zdarzyło.

 

beskidzka24.pl – Trzy oczka zostają pod Klimczokiem. Podbeskidzie lepsze od GKS-u!

[…] W pierwszej połowie sytuacji podbramkowych było jak na lekarstwo. Gra toczyła się głównie w środku pola. Pierwszą okazję gospodarze mieli dopiero w 12. minucie, gdy Titas Milasius wstrzelił piłkę w pole karne, ta przeszła wzdłuż linii bramkowej w odległości jednego metra, ale nikt jej nie przeciął. W 21. minucie groźny strzał z dystansu oddał Michał Janota, jednak futbolówka pofrunęła nad poprzeczkę. Dwie minuty później efektownym strzałem bramkarza rywali próbował zaskoczyć Kamil Biliński. Efektowna przewrotka nie przyniosła efektu w postaci gola, gdyż piłka minęła prawy słupek bramki katowiczan.

W końcówce pierwszej odsłony mecz nieco się ożywił i kibice obejrzeli kilka podbramkowych spięć. W 42. minucie golkipera Podbeskidzia Matvei Igonena próbował z ostrego kąta pokonać Adrian Błąd, ale z tego pojedynku zwycięsko wyszedł zawodnik “Górali”. Chwilę później bielszczanie przeprowadzili szybką kontrę, wychodząc trzy na dwa, ale podopiecznym trenera Mirosława Smyły zabrakło precyzji w jej rozegraniu. Z kolei tuż przed przerwą znakomitą szansę na otwarcie wyniku miał Adrian Błąd ale w dogodnej pozycji napastnik GKS-u przestrzelił.

Po zmianie stron na boisku działo się znacznie więcej ciekawego. Do ataku z animuszem ruszyli goście i już 49. minucie czujność Matvei Igonena sprawdził Marko Roginić, były zawodnik TSP. W 54. zrobił to z kolei Marcin Wasilewski, którego uderzenie pewnie chwycił bielski bramkarz. Odpowiedź gospodarzy na ataki katowiczan przyszła w 59. minucie. Po szybkiej akcji Podbeskidzia w znakomitej sytuacji znalazł się Kamil Biliński, ale trafił wprost w bramkarza GKS-u Dawida Kudłę.

Miejscowi kibice doczekali się w końcu trafienia swoich ulubieńców w 62. minucie gry. Wtedy to na strzał z dystansu zdecydował się Goku Roman, piłka po drodze otarła się o defensora GKS-u i po rykoszecie wpadła do siatki. Przyjezdni próbowali wyrównać, ale robili to dość nieporadnie. Do tego dali się wciągnąć w przepychankę z “Góralami”, czego efektem były… dwie czerwone kartki, jakie w 73. minucie po interwencji VAR ujrzeli Ezequiel Bonifacio i Bartosz Jarosz, którzy poszarpali się w polu karnym.

Do końca zawodów goście z Katowic starali się odwrócić niekorzystny rezultat, z czego wychodząc z kontrami próbowali skorzystać bielszczanie. Znakomitą okazję do podwyższenia prowadzenia miał w 86. minucie Titas Milasius, który znalazł się przed golkiperem GKS-u, jednak przegrał ten pojedynek. W doliczonym czasie gry przyjezdni byli bliscy wyrównującej bramki, ale po raz kolejny Matvei Igonen potwierdził swoje wysokie umiejętności i nie dopuścił do utraty gola.

 

sportslaski.pl – GieKSa głośniejsza, Górale skuteczniejsi. Przerwane serie pod Klimczokiem

Dobre, szybkie widowisko w deszczowe popołudnie w Bielsku-Białej. Z trzema punktami kończą je piłkarze Podbeskidzia, którzy za sprawą kapitalnej bramki Goku Romana pokonali GKS Katowice i wspięli się na czwartą pozycję w tabeli Fortuna I Ligi.

Podbeskidzie i GKS Katowice kończą serie budowane jeszcze od minionego roku. To, co cieszy miejscowych, smuci przyjezdnych. Dla „GieKSy” niedzielne spotkanie to pierwsza delegacja bez punktowej zdobyczy od 13 listopada 2021. Tylko tydzień krócej na wygraną na swoim obiekcie czekali „Górale”. Osiem razy z rzędu nie potrafili wykorzystać atutu boiska przy Rychlińskiego, które pod wodzą Mirosława Smyły odczarowali dopiero przy okazji wiktorii nad ekipą jego „krajana” z Bytomia, trenera Rafała Góraka.

[…] Najciekawszą próbą „GieKSy” przed przerwą była ta z końcówki pierwszej połowy. Marko Roginić świetnie przepuścił piłkę zagraną spod linii końcowej, a Adrian Błąd z dobrej pozycji uderzył mocno, jednak spudłował.

Goście mocno zaczęli drugą odsłonę. Najpierw po przejęciu piłki na połowie rywala piłkę z lewej strony dogrywał Marcin Wasielewski, a „piętkę” Roginicia z trudem wybronił Matvei Igonen. Po chwili z dośrodkowania korzystał wprowadzony po przerwie za Alana Bróda Daniel Dudziński, ale przeniósł piłkę tuż nad poprzeczką.

[…] Po objęciu prowadzenia przez gospodarzy i czerwonych kartkach dla Jaroszka i Bonifacio, na boisko zrobiło się więcej miejsca. Z przestrzeni lepiej korzystali goniący wynik katowiczanie, ale choć momentami doprowadzali do oblężenia pola karnego „Górali”, brakowało im konkretów. Obrońcy gospodarzy przecinali ostatnie podania, lub blokowali próby strzałów swoich rywali.

[…] Na boisku górą Górale, na trybunach GieKSa. Katowiczanie w końcu zagrali przy wsparciu swojego dwunastego zawodnika. Kibice z Katowic absolutnie zdominowali trybuny pod Klimczokiem. Do Bielska-Białej wybrało się 2 tysiące fanów, którzy ani na moment nie przerywali chóralnych śpiewów, niosących się daleko poza obiekt przy Rychlińskiego.

 

sport.tvp.pl – Konflikty interesów sędziów meczu Podbeskidzie – GKS Katowice

PZPN znowu naraża własnych sędziów na krytykę lub podejrzenia. Na mecz I ligi Podbeskidzie Bielsko-Biała – GKS Katowice zakończony wynikiem 1:0 wyznaczył sędziów, którzy z tego powodu mogli poczuć się bardzo niezręcznie. I nie ma większego znaczenia, czy sami to przyznają, bo konflikt interesów jest oczywisty.

Sędzią asystentem numer 2 był Wojciech Szczurek z Bielska-Białej, a sędzią technicznym, czyli zarazem sędzią rezerwowym, był Marcin Bielawski z Katowic. Samo miejsce zamieszkania jednego czy drugiego arbitra nie powinno być argumentem za ani przeciw obsadzaniu na mecze drużyny z tego samego miasta, ale osoby odpowiedzialne za obsadę sędziowską powinny uwzględniać dodatkowe aspekty związane z miejscem pracy czy funkcjonowania sędziego. PZPN niestety tego nie robi lub robi niedokładnie. Albo ewentualnie władze Kolegium Sędziów ignorują, czego ignorować nie powinny.

Wojciech Szczurek jest przewodniczącym Kolegium Sędziów Bielsko-Biała, czyli zajmuje najważniejsze stanowisko sędziowskie w regionie. Jako sędzia szczebla centralnego podlega władzom Kolegium Sędziów PZPN, jako sędzia w swoim okręgu podlega sam sobie, natomiast jako przewodniczący podlega Markowi Kubicy, prezesowi Podokręgu Bielsko-Biała Śląskiego Związku Piłki Nożnej. Każdy w regionie i nie tylko wie, że najważniejszym klubem piłkarskim dla Bielska-Białej jest właśnie Podbeskidzie – choćby dlatego, że gra w I lidze i stara się o awans do PKO Ekstraklasy. Gra lokalnego klubu w Ekstraklasie poprawiłaby sytuację Podokręgu Bielsko-Biała, zapewne również jego sytuację finansową, i mogłaby poprawić sytuację wielu mniejszych klubów w regionie. Dlatego, co zupełnie naturalne, prezesowi Kubicy bardzo zależy na awansie Podbeskidzia. Wie o tym wiele osób, również sędziowie, w tym także z pewnością wie to Wojciech Szczurek.

I tutaj jest wyraźny konflikt interesów, jakiego PZPN zawsze powinien unikać. Z jednej bowiem strony sędzia powinien, chciałby i pewnie starał się sędziować najlepiej jak potrafi, natomiast z drugiej strony w czasie meczu musiał oceniać różne sytuacje, których oczywiście nie mógł przewidzieć, i musiał w nich podejmować decyzje, które mogły zmniejszyć albo zwiększyć szanse na awans Podbeskidzia i zadowolenie prezesa Kubicy. Konflikt interesów był więc oczywisty – to wynika z przedstawionych faktów, których nie zmieniłyby nawet zwierzenia sędziego-przewodniczącego Szczurka, czy i ewentualnie co o tej sytuacji myślał przed meczem, a co w trakcie.

W podobnej sytuacji w Bielsku-Białej był Marcin Bielawski z Katowic. Z jednej strony był sędzią technicznym i rezerwowym, który w przypadku kontuzji sędziego asystenta Szczurka czy sędziego głównego Sebastiana Jarzębaka musiałby jednego z nich zastąpić, a z drugiej strony jest koordynatorem ds. organizacyjno szkoleniowych w Kolegium Sędziów Podokręgu Katowice, w którym najważniejszym lub co najmniej najwyżej notowanym klubie jest właśnie GKS Katowice. To klub od lat marzący o powrocie do Ekstraklasy. To klub, któremu zależy na pomocy katowickich władz lokalnych. Wie to prezes Podokręgu Katowice Stefan Mleczko, wie to prezes Śląskiego Związku Piłki Nożnej Henryk Kula, który jest również członkiem zarządu PZPN, a także wie to z pewnością także Marcin Bielawski.

Osobiście nic nie mam do Wojciecha Szczurka ani do Marcina Bielawskiego. Obu arbitrom życzę udanych meczów, awansów, ale o atrakcyjne mecze i awanse w hierarchii sędziowskiej będzie znacznie trudniej lub nawet staną się niemożliwe, jeśli któremuś z nich – odpukać – zdarzy się jakiś poważny błąd. Na przykład taki, który trudno będzie wytłumaczyć inaczej niż właśnie niepożądanym dla arbitra konfliktem interesów…

PZPN powinien to brać pod uwagę i troszczyć się o własnych sędziów. Tymczasem władze Kolegium Sędziów PZPN od lat popadają ze skrajności w skrajność. Kiedyś sędziowie nie mogli sędziować meczów o punkty, jeżeli mieszkali w tym samym mieście, w którym była siedziba lub stadion jednego z grających klubów. Potem, aby w sposób sztuczny zasugerować opinii publicznej, że sędziowie są uczciwi, obiektywni i super-hiper-profesjonalni, wajcha poszła w drugą stronę. Wiele razy dochodziło już do sytuacji paradoksalnych, że Legii Warszawa, Lechowi Poznań, Wiśle Kraków czy innym klubom sędziowali arbitrzy, którzy tym klubom kibicowali, lub też sędziowali arbitrzy, którzy niechęci do tego czy innego klubu zbytnio nie ukrywali. Nikt nigdy w PZPN tym się odpowiednio nie zajął i nikt nigdy nie zrobił z tym porządku.

Obsada sędziowska meczu Podbeskidzie Bielsko-Biała – GKS Katowice to przykład głębszy, bo pokazujący, że PZPN ignoruje nie tylko sędziowskie sympatie i antypatie, ale również ewidentne zależności służbowe sędziów.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Brzmi jak marzenie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jutro przyjdzie nam się zmierzyć w jednym z najważniejszych pojedynków w nowej historii GieKSy. Równać się może z tym chyba tylko pojedynek z Arką w Gdyni, który choć co prawda był zwykłym pojedynkiem ligowym – to fakt grania w ostatniej kolejce i zależności pomiędzy wynikiem, a awansem jednej z tych drużyn sprawiał, że był to po prostu istny finał sezonu. Arka była wówczas jak Brazylia w 1950, kiedy to w finale na Maracanie wystarczał Kanarkom remis. GieKSa wcieliła się w rolę Urugwaju, który musiał wygrać. I wygrał.

Od tamtego czasu GieKSa gra z dobrym skutkiem w ekstraklasie. I mimo, że jest to „nasza Liga Mistrzów”, to jednak rozgrywamy w niej powszednie mecze ligowe. Fakt, że wiele z nich to są piłkarskie i kibicowskie święta, ale pod względem ważności – są one zwykłymi meczami w najbliższej lidze. Jutro czeka nas mecz niezwykły. Mecz decydujący o czymś, o czym jeszcze niedawno jedynie mogliśmy marzyć w jakichś iluzorycznych majakach. Teraz Katowiczanie stają przed realną szansą. Szansą gry na Stadionie Narodowym o jedno z dwóch najważniejszych trofeów w polskiej piłce.

Zadanie jawi się z jednej strony jako bardzo trudne. Zagramy w końcu z jedną z najlepszych drużyn w ekstraklasie, z ekipą, która świetnie sobie radziła w europejskich pucharach. Stworzony przez Marka Papszuna Raków, pokonując podobne szczeble co GKS, stał się niespodziewanie klubem i drużyną na regularne podium. Byli mistrzem i zdobywcą pucharu.

Z drugiej strony jednak patrząc na ostatnią formę Rakowa, nie jest to drużyna nie do pokonania. Dalej ma bardzo dobrych zawodników, ale coś w tym zespole na wiosnę nie gra. Drużyna nie punktuje należycie, gra jest niemrawa. Na ten moment trener Tomczyk nie wniósł do tego zespołu czegoś mocnego i widocznego. Zadanie po Marku Papszunie miał trudne, ale mimo wszystko – Raków gra przeciętnie.

Dlatego jakbym miał zakwalifikować ten mecz, to powiedziałbym, że Raków jest faworytem, ale nie murowanym. Dałbym w szansach takie 65-35. Pamiętajmy też, że może być remis, a o wszystkim mogą decydować rzuty karne.

Od czasu awansu do ekstraklasy z Rakowem rozegraliśmy cztery mecze, z czego trzy przegraliśmy po 0:1. Nie był to jednak jakieś bardzo słabe spotkania w wykonaniu GieKSy. Najsłabszy był chyba mecz z 1. kolejki obecnego sezonu na Nowej Bukowej. Ale już w poprzednim sezonie u siebie i w grudniu w bieżącym na wyjeździe – to był już spotkania, które porażkami wcale się zakończyć nie musiały.

No dali nam przykład Katowiczanie, jak w Częstochowie zwyciężać mamy, w poprzednim sezonie. Po bardzo dobrym meczu GieKSa wygrała wówczas przy Limanowskiego 2:1. A Raków przecież wtedy był w dużo lepszej formie.

Mamy nadzieję, że zespół już się oswoił z meczami na wyjeździe z wielkimi. Dotychczas wyjąwszy wspomniany mecz z Rakowem, przegrywaliśmy. Na Legii, Lechu czy Jadze. Czas ten trend odwrócić, a szansa ku temu jest bardzo dobra, bo oprócz Rakowa, za chwilę gramy przecież przy Bułgarskiej.

Półfinał Pucharu Polski… Brzmi jak marzenie. Na razie nie ma co myśleć, co dalej. Trzeba się mocno skupić na czwartkowym meczu i po prostu realizować swój plan jak najlepiej. GieKSa to potrafi – pokazała to z Wisłą Płock. Niezależnie czy jest to oddanie piłki czy gra z nią. Ważne, żeby taktyka była dobrze dobrana i realizowana.

Ostatnim raz na tym szczeblu graliśmy 22 lata temu. Ponad dwie dekady. Tyle czasu nie znaczyliśmy nic w Pucharze Polski. Teraz GieKSa jest w najlepszej czwórce. Z nadzieją na więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga