Dołącz do nas

Hokej Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

GKS Katowice najlepszą ekipą sezonu zasadniczego

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich dziesięciu dni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Z okazji 60-lecia istnienia GieKSy, nasze drużyny będą występować w okolicznościowych strojach. Piłkarki przed startem Orlen Ekstraligi (drugiego marca z Czarnymi Sosnowiec) pokonały w ramach 1/8 finału Pucharu Polski Rekord Bielsko-Biała 5:1. Losowanie par ćwierćfinałowych odbędzie się pierwszego marca. Piłkarze udanie rozpoczęli zmagania rundy rewanżowej Fortuna I Ligi pokonując Motor 2:0. Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Następne spotkanie drużyna rozegra w Płocku ze spadkowiczem z ekstraklasy ekipą Wisły. Mecz rozpocznie się w sobotę 24 lutego od godziny 15:00.

Siatkarze przegrali na wyjeździe z drużyną Stali Nysa 1:3. Następne spotkanie zespół rozegra w najbliższy poniedziałek z AZS-em Olsztyn.

Hokeiści w minionym tygodniu rozegrali trzy spotkania: z JKH GKS-em Jastrzębie (przegrany 2:5), Cracovią (wygrany po dogrywce 6:5) oraz z Podhalem (wygrany 3:1). W tym tygodniu zespół rozegra jeszcze dwa mecze, jutro (23 lutego) w Toruniu z Energą oraz w niedzielę (25 lutego), w Satelicie z Zagłębiem. Mecze rozpoczną odpowiednio o 18:30 i 17:00. Nasza drużyna na trzy spotkania przed końcem sezonu zasadniczego zapewniła sobie pierwsze miejsce w tabeli.

 

KLUB

wkatowicach.eu – Jubileuszowe stroje piłkarzy i piłkarek GKS-u Katowice. Wyjątkowy klip promocyjny z udziałem Nicoli Brzęczek i Arkadiusza Jędrycha

GKS Katowice obchodzi 60-lecie istnienia. Piłkarki oraz piłkarze GKS-u Katowice będą występować wyjątkowym jubileuszowym komplecie strojów. Koszulki zadebiutują 27 lutego w urodzinowym starciu GieKSy z Miedzią.

Ważnym elementem obchodów 60-lecia GKS-u Katowice są okolicznościowe stroje sportowców wszystkich sekcji klubu, które powstały we współpracy z partnerem technicznym klubu – Hummel. W specjalnych koszulkach występują już hokeiści i siatkarze. Teraz GieKSa prezentuje stroje piłkarskich drużyn.

Piłkarze po raz pierwszy wystąpią w nich podczas jubileuszowego spotkania 17. kolejki Fortuna 1 Ligi z Miedzią Legnica zaplanowanego na wtorek 27 lutego o godzinie 18:00 przy Bukowej. Bilety na ten mecz w cenie można kupić w okazyjnej cenie 5 złotych. Natomiast Mistrzynie Polski w nowym komplecie strojów zaprezentują się w pierwszym domowym meczu rundy wiosennej Ekstraligi kobiet.

informuje GKS Katowice

Jubileuszowe koszulki, czarne ze złotymi elementami, mają nawiązywać do górniczych tradycji katowickiego klubu. Specjalny klip promocyjny z udziałem piłkarki Nicoli Brzęczek i piłkarza Arkadiusza Jędrycha został zrealizowany… 370 metrów po ziemią w KWK Staszic-Wujek.

Wyjątkowe jubileuszowe stroje wszystkich sekcji GKS-u Katowice można już zakupić stacjonarnie w Oficjalnym Sklepie GKS-u Katowice znajdującym się na terenie Stadionu Miejskiego w Katowicach (ul. Bukowa 1A) i na stronie sklep.gkskatowice.eu

Koszulki piłkarzy oraz piłkarek będą sprzedawane w pamiątkowych, ozdobnych opakowaniach w cenach:

koszulka dziecięca (rozmiary Junior XS, Junior S, Junior M, Junior L, Junior XL) – 239 PLN

koszulka dziecięca z personalizacją – 259 PLN

koszulka dla osób dorosłych (rozmiar S, M, L, XL, XXL) – 259 PLN

koszulka dla osób dorosłych z personalizacją – 279 PLN

 

PIŁKA NOŻNA

bts.rekord.com.pl – Rekord Bielsko-Biała – GKS Katowice 1:5 (1:2)

Bez niespodzianki w Wapienicy…

Mistrzynie kraju wyeliminowały bielszczanki w spotkaniu 1/8 finału Orlen Pucharu Polski.

Potyczka niemal od początku toczyła się przy przewadze katowiczanek, stąd najbardziej zapracowanymi zawodniczkami na boisku były defensorki Rekordu, z Klaudią Ciupą w bielskiej bramce na czele. Największe zagrożenie czyhało na „rekordzistki” przy stałych fragmentach. Nie dość, że podopieczne Karoliny Koch mają te warianty dobrze opracowane, to jeszcze potrafiły robić użytek z przewagi wzrostowej. Kiedy gol dla GieKSy wisiał niemal na włosku zawodniczki Mateusza Żebrowskiego kompletnie zaskoczyły rywalki tzw. doskokiem pressingowym. Pogubioną obronę katowiczanek skarciła dynamicznym wejściem i celnym uderzeniem z boku pola karnego Julia Gutowska (na zdjęciu). Jak się później okazało, to zdarzenie jedynie podrażniło ekipę ze stolicy Górnego Śląska. Po kornerze, w podbramkowym zamieszaniu, najlepiej odnalazła się Dżesika Jaszek. W dużej mierze za sprawą rosłej napastniczki GKS objął prowadzenie jeszcze przed przerwą, po strzale Klaudii Słowińskiej.

Trener biało-zielonych starał się w drugiej odsłonie zaradzić zmianami na rosnącą przewagę faworytek, te jednak nie zwolniły tempa. Gdy w 61. minucie z rzutu wolnego celnie przymierzyła Joanna Olszewska stało się jasne, że kwestia ewentualnego awansu bielszczanek oddaliła się bezpowrotnie. Wprawdzie pod koniec spotkania dwukrotnie „postraszyła” rywalki strzałami z dystansu Esther Sunday, ale katowiczanki były o wiele bardziej konkretne. D. Jaszek raz jeszcze wywiodła w pole bielską defensywę, a Amelia Bińkowska ustaliła rezultat strzałem z „wapna”.

 

kobiecyfutbol.pl – Orlen Puchar Polski: poznaliśmy ostatniego ćwierćfinalistę

GKS Katowice pokonał w ostatnim spotkaniu 1/8 Orlen Pucharu Polski Rekord Bielsko-Biała 5:1 i zapewnił sobie awans do ćwierćfinału.

Faworyzowane katowiczanki od samego początku zaczęły mocno naciskać na bramkę. Jednak brak skuteczności, jak i dobre interwencje Ciupy, spowodowały, że przez długi czas mieliśmy bezbramkowy remis. Jeden z niewielu ataków na bramkę przyjezdnych skończył się bramką Julii Gutowskiej w 25. minucie. Młoda napastniczka Bielska uderzyła z narożnika w pola karnego i Kinga Seweryn była bez szans.  Przez kolejne 10 minut to rekord nabrał wiatru w żagle i części atakował bramkę GKS-u. W 36. minucie GKS Katowice po bramce Dżesiki Jaszek wyrównał stan meczu. Trzy minuty później strzałem z szesnastu metrów do bramki Rekordu trafiła Klaudia Słowińska. Po ciekawej pierwszej połowie GKS Katowice prowadził 2:1.

Druga połowa rozpoczęła się pod dyktando GKS-u Katowice. W 61. minucie Joanna Olszewska podpisała się fenomenalnym strzałem z rzutu wolnego, trafiając do bramki Rekordu. Katowiczanki kontrolowały wydarzenia na boisku. W 85 minucie ponownie do bramki rekordu trafiła Dżesika Jaszek. Wynik spotkania ustaliła Amelia Bińkowska w pewnym strzałem z rzutu karnego w 88. minucie.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Dominacja Stali w bloku i komplet punktów

W meczu kończącym 22. kolejkę PlusLigi PSG Stal Nysa podejmowała GKS Katowice. Pierwszy set zapowiadał, że może być to emocjonujący pojedynek, bowiem Stal wygrała 33:31. Po kolejnej partii katowiczanie doprowadzili do remisu, ale było to wszystko, na co pozwolili przyjezdnym nysanie. Ekipa PSG Stali świetnie zagrała blokiem, ale GKS zrobił dobre wrażenie w polu serwisowym.

W spotkanie lepiej weszli katowiczanie, którzy po błędzie rywali objęli trzypunktowe prowadzenie (4:1). Stal na moment się do nich zbliżyła, ale po asie serwisowym Łukasza Usowicza znów traciła aż trzy oczka. Remis pokazał się na tablicy wyników, dopiero gdy skutecznością w ataku popisał się Nicolas Zerba (12:12). Goście musieli więc uruchomić blok, aby znów być w nieco lepszej sytuacji. Nie był to jednak koniec emocji, gdyż gospodarze odpowiedzieli tym samym (17:17). Kontynuowali czujną grę na siatce i w końcówce to oni byli bliżej wygranej w premierowej odsłonie. W ważnym momencie asem popisał się jednak Lukas Vasina i jeszcze wszystko wydawało się możliwe (22:21). Tym samym nie obyło się bez walki na przewagi, z której zwycięsko po dłuższej batalii wyszli zawodnicy PGE Stali Nysa. „Kropkę nad i” postawił ostatecznie atak Wojciecha Włodarczyka (33:31).

Wyrównana walka powróciła na początku seta numer dwa. Musiał więc popracować w ataku Vasina, aby to jego drużyna miała cenne dwa oczka z przodu (7:5). Nie trzeba było jednak długo czekać na wyrównanie, gdyż Stal przypomniała o swoim bloku. Co prawda katowiczanie na moment odbudowali przewagę, ale zaraz asem popisał się Maciej Muzaj (13:13). Tym samym musiał więc odpowiedzieć Marcin Waliński, aby GKS znów miał dwa oczka z przodu. Szczególnie, że zaraz dołożył kolejną punktową zagrywkę (19:15). Katowiczanie nie wypuścili już swojej szansy z rąk i to oni triumfowali po ataku ze środka Sebastiana Adamczyka (25:19).

Na początku trzeciej odsłony katowiczanie świetnie spisali się w polu serwisowym. Po punktowej zagrywce Adamczyka mieli już dwa oczka więcej (6:4). Zaraz przewaga wzrosła o kolejne, gdy asa zapisał na swoim koncie Waliński. Tym samym odpowiedział jednak Patryk Szczurek, co w połączeniu z blokiem Zerby dało remis (9:9). W dodatku skutecznością w ataku wykazał się Zouheir El Graoui i to Stal Nysa znalazła się w dogodniejszej sytuacji. Potrzeba więc było kolejnego asa Adamczyka, aby powróciło wyrównanie (15:15). Nie na długo, gdyż czujny na siatce okazał się Muzaj. Walka trwała jednak dalej, gdyż w ataku popracował Waliński (19:19). Ostatecznie w końcówce to Stal znalazła się bliżej wygranej, gdy raz jeszcze wykazała się czujnością na siatce. W dodatku w ataku pomylił się Waliński i zaraz gospodarze mogli triumfować po ataku Muzaja (25:22).

W partię numer cztery świetnie weszła Stal. Po asie Szczurka i błędzie Walińskiego miała już pięć oczek więcej (5:0). To napędziło gospodarzy, którzy po bloku Zerby byli już na dobrej drodze, aby sięgnąć po wygraną w całym meczu. W dodatku katowiczanie nie pomagali sobie popełniając błędy własne w postaci autowych ataków (8:18). Jeszcze błąd na rozegraniu popełnił Vasina i tym samym dał piłkę meczową gospodarzom. Wykorzystali ją w pierwszej próbie za pomocą asa serwisowego Włodarczyka (25:13).

PSG Stal Nysa – GKS Katowice 3:1 (33:31, 19:25, 25:22, 25:13)

 

HOKEJ

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice – JKH GKS Jastrzębie: Śląskie derby dla rozpędzonych jastrzębian

W rozegranym 14 lutego meczu 40. kolejki Tauron Hokej Ligi GKS Katowice przegrał z JKH GKS Jastrzębie 2:5. Rozpędzeni jastrzębianie nie zwalniają tempa, a obrońcy tytułu mistrzowskiego przegrali drugie ligowe spotkanie z rzędu.

Hokeiści JKH GKS Jastrzębia nie zwalniają tempa. Podopieczni trenera Roberta Kalabera pokonali w wypełnionym kibicami Satelicie GKS Katowice odnosząc szóstką ligową wygraną z rzędu.

Obrońcy tytułu mistrzowskiego do śląskich derbów przystąpili bez kontuzjowanego Grzegorza Pasiuta, a podstawowy bramkarz John Murray tym razem został w boksie, bo również nie jest jeszcze w 100 procentach zdrowy.

Katowiczanie na początku spotkania dwa razy grali w liczebnej przewadze, ale jej nie wykorzystali. Później do roboty zabrali się hokeiści JKH i w odstępie 64 sekund zdobyli dwie bramki. Wynik meczu otworzył Dominik Jarosz, a chwilę później ich prowadzenie podwyższył Emil Bagin.

Hokeiści JKH GKS Jastrzębia nie zwalniają tempa. Podopieczni trenera Roberta Kalabera pokonali w wypełnionym kibicami Satelicie GKS Katowice odnosząc szóstką ligową wygraną z rzędu.

Obrońcy tytułu mistrzowskiego do śląskich derbów przystąpili bez kontuzjowanego Grzegorza Pasiuta, a podstawowy bramkarz John Murray tym razem został w boksie, bo również nie jest jeszcze w 100 procentach zdrowy.

Katowiczanie na początku spotkania dwa razy grali w liczebnej przewadze, ale jej nie wykorzystali. Później do roboty zabrali się hokeiści JKH i w odstępie 64 sekund zdobyli dwie bramki. Wynik meczu otworzył Dominik Jarosz, a chwilę później ich prowadzenie podwyższył Emil Bagin.

 

hokej.net – Rollercoaster wrażeń w Krakowie! GieKSa górą po dogrywce

Niesamowitych emocji dostarczył mecz Comarch Cracovii z GKS-em Katowice. Choć mistrzowie Polski po 8 minutach prowadzili już 3:0, to „Pasy” rzuciły się w szaleńczą pogoń, odrabiając straty i na… 36 sekund przed końcem spotkania obejmując prowadzenie! Katowiczanie zdołali jednak doprowadzić do dogrywki, w której zwycięstwo gościom z Górnego Śląska zapewnił Olli Iisakka.

„Pasy” przystąpiły do dzisiejszego spotkania w niemalże identycznym zestawieniu, jak do wyjazdowego spotkania w Sanoku. Jedyne roszady miały miejsce w czwartej formacji obronnej, gdzie Szymona Bieńka zastąpił Karol Sterbenz. W dalszym ciągu Rudolf Roháček nie mógł skorzystać z usług Radosława Sawickiego. W kadrze mistrzów Polski zabrakło natomiast Bena Sokaya oraz Grzegorza Pasiuta.

W pierwszych minutach spotkania to gospodarze dłużej utrzymywali się przy krążku, sprawdzając kilkukrotnie gotowość Johna Murraya. Gdy do głosu doszli goście, wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Trzy pierwsze strzały GKS-u, przyniosły trzy bramki. W 4. minucie wynik spotkania otworzył Joona Monto, który przejął krążek po błędzie w rozegraniu rywala. W 7. minucie na listę strzelców wpisał się Mateusz Michalski a ledwie po 18 sekundach autorem trzeciego trafienia stał się Olli Iisakka. Po trzeciej bramce, trener Roháček podjął deczyje o zmianie bramkarza. Miejsce Matthew Robsona zajął Łukasz Hebda.

W 26. minucie „Pasy” zdołały odpowiedzieć na nokaut GieKSy z pierwszej tercji. Aapo Alapuranen wykorzystał podanie od Gustafa Berlinga i z najbliższej odległości pokonał Murraya. Minutę później katowicki golkiper raz jeszcze musiał wyciągać krążek siatki. Najprzytomniej w zamieszaniu pod bramką GKS-u zachował się Adam Raška, który wyłuskał krążek i zdobył kontaktową bramkę. Radość ze zdobytej bramki, nie trwała długo, bowiem w 29. minucie gumę do krakowskiej bramki zdołał zaadresować Hampus Olsson.

Trzecia tercja świetnie rozpoczęła się dla drużyny Cracovii. W 44. minucie Sebastian Brynkus pomimo asysty katowickiego obrońcy, zdołał posłać silny strzał z nadgarstka, którym kompletnie zaskoczył Johna Murraya. „Pasy” ponownie łapiąc kontakt z rywalem, tym razem dopięły swego. W 47. minucie wydarzenia skupiały się pod katowicką bramką. W końcowej fazie spotkania John Murray zgubił kij, co po chwili wykorzystał Adam Raška, dając gospodarzom upragniony remis.

Długimi momentami żadna ze stron nie zdołała przejąćinicjatywy nad wydarzeniami na lodzie. Nie oznaczało to jednak końca emocji. Na 36 sekund przed końcem trzeciej tercji Janne Jalasvaara wywołał eksplozję radości przy Siedleckiego wyprowadzając po raz pierwszy w spotkaniu Cracovię na prowadzenie. Posłany przez doświadczonego obrońcę na deski GKS Katowice zdołał jednak odpowiedzieć. Gdy zegar odmierzający czas wyświetlał 12 sekund do zakończenia spotkania Sam Marklund doprowadził do dogrywki. W doliczonym czasie gry więcej wyrachowania wykazali podopieczni Jacka Płachty. W 64. minucie Olli Iisakka dobił odbity przez Łukasza Hebdę po strzale Joony Monto krążek i zapewnił swojej drużynie zwycięstwo.

 

Kropla drąży skałę. GKS Katowice najlepszą ekipą sezonu zasadniczego

Sporo cierpliwości i konsekwencji potrzebnych było zawodnikom GKS-u Katowice, aby pokonać PZU Podhale Nowy Targ. Pomimo dominacji mistrzów Polski, goście głównie za sprawą świetnie dysponowanego między słupkami Pawła Bizuba do końca pozostawali w grze o korzystny rezultat. Odniesione zwycięstwo zapewniło GieKSie miano najlepszej drużyny sezonu zasadniczego.

Trener Jacek Płachta w dzisiejszym spotkaniu mógł skorzystać z nieobecnych w Krakowie Grzegorza Pasiuta oraz Benjamina Sokaya. Katowiczanie rozpoczęli spotkanie, dokładnie tak, jak można by tego oczekiwać od głównego pretendenta do miana najlepszej ekipy sezonu zasadniczego. Gospodarze bardzo dobrze czuli się w tercji rywala, gdzie zyskiwali sporą swobodę w rozgrywaniu krążka. „Górale” choć momentami cofnięci do głębokiej defensywy, należycie wywiązywali się z zadań obronnych, pilnując swoich pozycji i wspierając dobrze dysponowanego w bramce Pawła Bizuba. W 12. minucie GieKSa otrzymała kolejną sposobność do forsowania bramki rywala, gdyż do boksu kar został oddelegowany Marcin Horzelski. GKS momentalnie zamknął zespół Podhala we własnej tercji. Najbliżej pokonania Pawła Bizuba był Sam Marklund, który przyjmując krążek, w charakterystyczny dla siebie sposób odwrócił się z nim, jednak guma trafiła jedynie w słupek. W ostatnich dwóch minutach „Górale” mogli zaprzepaścić ciężką pracę jaką wykonali w pierwszej tercji. W 18. minucie na ławce kar zasiadł Łukasz Kamiński, który po niewykorzystanej kontrze dopuścił się uderzaniem kijem rywala, a na 30 sekund przed końcem pierwszej odsłony do boksu kar został również skierowany Jakub Worwa.

Goście raz jeszcze dali pokaz solidnej gry defensywnej broniąc swoje osłabienia. Wydarzenia drugiej tercji niewiele różniły się od tego, co było nam dane oglądać w pierwszej odsłonie. Katowiczanie w dalszym ciągu dominowali nad zespołem Podhala, jednak w żaden sposób nie potrafili znaleźć drogi do bramki Pawła Bizuba. „Górale” nie pozwolili przełamać swojej defensywy pomimo kolejnych dwóch dwuminutowych gier w osłabieniu. W 38. minucie zespół Jacka Płachty dopiął swoich starań. Sam Marklund dostrzegł na lewym skrzydle Aleksi Varttinena, który silnym strzałem z nadgarstka znalazł w końcu sposób, aby zaskoczyć Pawła Bizuba. W 39. minucie gościom udało się wypracować dobrą pozycję strzelecką dla Aleksa Szczechury, ten jednak z najbliższej odległości nie znalazł miejsca na pokonanie Johna Murraya, W ostatnich sekundach drugiej odsłony Aleksi Varttinen dopuścił się rzucenia na bandę Filipa Wielkiewicza, w związku z czym arbitrzy podjęli karę o nałożeniu na fińskiego obrońcę kary 5 minut.

Równie dobrze w grze obronnej spisali się katowiczanie, którzy pomimo pięciominutowej gry w osłabieniu, nie pozwolili rywalom na wyrównanie stanu rywalizacji. Co więcej, GKS w tym okresie wyprowadził błyskawiczną kontrę. Bartosz Fraszko precyzyjnym podaniem otworzył drogę do bramki Santeri Koponenowi, jednak jak spod ziemi w ostatniej chwili między słupkami wyrósł Paweł Bizub, który tylko dla siebie znanym sposobem zatrzymał krążek. W 53. minucie na indywidualną akcję zdecydował się Mateusz Michalski, który z krążkiem przy kiju pokonał tercję rywala i stając „twarzą w twarz” z Bizubem ze stoickim spokojem wykończył akcję, podwyższając prowadzenie swojego zespołu. W 57. minucie ambitnie walczący goście stanęli przed możliwością gry w przewadze, gdy za atak łokciem w boksie kar zasiadł Shigeki Hitosato. Sztab szkoleniowy Podhala chcąc zwiększyć swoje szansę na zdobycie kontaktowej bramki, zdecydował się wycofać z bramki Pawła Bizuba. Podwójna przewaga przyniosła zamierzony efekt. Patryk Wronka posłał krążek „na nos” Alexa Szczechury, który dokładając kij z najbliższej odległości nie dał szans na interwencję Murrayowi. Po wyrównaniu formacji „Górale” postawili wszystko na jedną kartę i gdy zdołali przejąć gumę, Paweł Bizub raz jeszcze opuścił bramkę. Niestety tym razem ten ryzykowny manewr nie przyniósł kolejnej bramki, a po stracie krążka Joona Monto strzałem do pustej bramki ustalił wynik spotkania na 3:1. Chwilę później wybrzmiała syrena końcowa i stało się jasne, że GKS-owi Katowice będzie przysługiwało miano najlepszej drużyny sezonu zasadniczego sezonu 2023/2024.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.

Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.

Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.

Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.

Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.

Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.

W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.

W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.

W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.

Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.

A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.

Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.

Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.

W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga