Dołącz do nas

Siatkówka

GKS lepszy w starciu z MKS-em Będzin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zgodnie z naszymi prognozami, obie drużyny zaczęły spotkanie bez zmian w wyjściowych szóstkach.

W mecz lepiej weszli goście, Witczak nie skończył własnej akcji, a kontrę wykorzystał Waliński, w drugiej akcji znów nie popisał się nasz kapitan i Kozub zablokował ponowny atak Kapelusa, wreszcie Jordanow posłał asa i było 0:3. Dopiero Pietraszko atakiem ze środka dał pierwsze oczko dla nas, potem sędziowie odgwizdali gościom błąd czterech odbić, co natychmiast rywale zachallegowali i arbitrzy po obejrzeniu wideo zmienili decyzję, nakazując powtórkę akcji. W niej Pietraszko zaserwował asa, by następny serwis posłać w aut (2:4). Witczak zablokował atak Walińskiego, po czym zaserwował w siatkę (3:5). Po autowym ataku Walińskiego znów goście wywołali challenge, ale tym razem obyło się bez zmian, a przyjmujący MKS-u uderzył potem skutecznie po skosie (4:6). Pokazał się Quiroga atakiem po bloku w aut, na co odpowiedział znów Waliński atakiem z drugiej linii (5:7). Tym samym odpowiedział Kapelus, a nasz rozgrywający zaserwował w aut (6:8). Wciąż nie gramy tak jakbyśmy chcieli i po bloku Ratajczaka na Kapelusie (9:12) trener Piotr Gruszka bierze czas. Po przerwie Kohut pewnie ze środka, następnie sędziowie odgwizdali podwójne odbicie gościom (11:12), by po autowym ataku Quirogi wywołać challenge, po którym arbitrzy widzieli atak po bloku i po zmianie decyzji był remis po 12. Po autowym ataku Araujo wychodzimy pierwszy raz na prowadzenie (13:12), a wszystko to za sprawą ostrej zagrywki Kapelusa. Po przerwie na żądanie dla gości była bardzo długa wymiana, zakończona blokiem Komendy na Araujo i dopiero potem Ukrainiec zepsuł serw trafiając w siatkę (14:13). Quiroga znów przy dłuższej akcji uderzył skutecznie po rękach gości, ale potem Kohut zaserwował w aut (15:14). Następnie znów sędziowie dali o sobie znać, odgwizdując Komendzie błąd przełożenia ręki na stronę rywali, a wywołany challenge nic nie zmienił. Mały zastój GieKSy to uderzenie Quirogi w aut, blok Grzechnika na Argentyńczyku oraz as serwisowy Ratajczaka (15:18) i drugi czas dla trenera Gruszki. Mało kto z obecnych na hali kibiców spodziewał się, że od tego momentu do końce tego seta, będzinianie zdobędą tylko jeden punkt po własnej akcji! Niemoc GKS-u przełamał w końcu atak Witczaka, potem była kontra w wykonaniu Kapelusa, blok Pietraszki na Araujo i już był remis po 18. Po zbiciu z przechodzącej piłki przez Pawła, goście biorą czas, a po nim Komenda zaserwował w aut (19:19). Następnie świetnie zaatakował ze środka Pietraszko, Quiroga posłał asa, a Witczak zaliczył dwa z rzędu bloki punktowe na Jordanowie i Farynie, co dało rezultat 23:19! Tę serię punktową zawdzięczamy ostrym serwisom Quirogi. Potem była długa wymiana zakończona dotknięciem siatki przez gości i raczej niespodziewanie szybko mieliśmy piłki setowe (24:19). Pierwszą wybronił atak Peszki przez potrójny nasz blok, przy drugiej Witczak zaatakował w aut (24:21) i zrobiło się troszkę nerwowo. Na szczęście Peszko zagrywając trafił piłką w taśmę, a ta spadła na aut i wygrywamy seta 25:21.

 

Drugą partię rozpoczął autowy atak Araujo, wyrównał Jordanow atakiem ze skrzydła, a Grzechnik wykorzystał kontrę ze środka (1:2). Pewny atak Witczaka po skosie, Quirogi na kontrze z drugiej linii i as Argentyńczyka, wyprowadził nas na prowadzenie 4:2. Waliński uderzył skutecznie z drugiej linii na czystej siatce, Araujo zaserwował w siatkę i to samo zrobił Pietraszko (5:4). Dłuższa wymiana zakończyła się dobrym atakiem Jordanowa, potem Bułgar wykończył kontrę, następną, sprytną kiwką zdobył punkt Waliński, by jeszcze jedną zakończył atak ponownie Waliński (5:8). Czas dla trenera Gruszki, bo mieliśmy ogromne problemy ze skończeniem własnych akcji. Po przerwie Butryn zablokował atak Araujo i po nim nastąpiło spięcie między siatkarzami przy siatce, gdy mocno zdenerwowany był Brazylijczyk, który kompletnie nie radził sobie w ataku. Kolejną dłuższą wymianę wygrywają goście za sprawą bloku Walińskiego na Butrynie, a po niej była efektowna kiwka Komendy z drugiej piłki (8:11). Dwa asy z rzędu naszego rozgrywającego pozwoliły odrobić straty (11:12), a goście ratują się wzięciem czasu. Będzinianie dotykają siatki w następnej akcji i mamy remis, ale Waliński atakiem z drugiej linii oraz zbicie Grzechnika z przechodzącej piłki, dały MKS-owi ponowne prowadzenie (12:14). Wreszcie Quiroga uderzył mocno po prostej, a Araujo przez nasz blok, potem Butryn mocno w boisko i było 14:15. Remis się pojawił na tablicy po asie Butryna gdy piłka przeszła po taśmie (16:16). Wreszcie po autowym ataku Walińskiego wychodzimy na prowadzenie 18:17. Po przerwie na żądanie dla gości, Waliński znów zapunktował, a Quiroga trafił piłką w aut (18:19). Wyrównał Butryn mocnym atakiem po rękach, po czym znów gości ratuje Waliński (19:20). Kolejny remis dał atak Kapelusa z drugiej linii, a po nim Komenda zaserwował w aut (20:21). Mocny atak ze środka Pietraszki, a potem as Quirogi wyprowadziły nas na prowadzenie 22:21, by później Argentyńczyk zaserwował w aut i znów był remis. Butryn uderzył mocno po skosie, a dłuższą wymianę zakończył atak z drugiej linii Walińskiego (23:23). Po pewnym ataku ze środka Kohuta była piłka setowa dla GKS-u, a przy zagrywce Butryna nastąpiło nieporozumienie w szeregach gości, błąd w rozegraniu i piłka ugrzęzła w siatce (25:23), więc mamy już jeden punkt meczowy!

 

W trzeci set znów lepiej weszli będzinianie, za sprawą kontry Ratajczaka po dłuższej akcji, kolejnej kontrze, tym razem w wykonaniu Faryny i asie Walińskiego, gdy piłki nie podbił Quiroga (0:3). Argentyńczyk natychmiast się zrehabilitował atakiem po skosie, by chwilę potem zaserwować w siatkę i następnie wykorzystać kontrę atakiem z drugiej linii (2:4). Karol Butryn nie wykorzystał kontry uderzając po prostej w aut, później Kapelus trafia mocno ze skrzydła, Butryn skończył kontrę zbiciem po rękach i wyrównał wynik kończąc dłuższą wymianę, by na koniec zaserwować w aut (5:6). Remis dał znów Kohut atakiem ze środka, Grzechnik odpowiedział tym samym i potem zaserwował w siatkę (7:7). Dotknięcie siatki przez Pietraszkę, następnie błąd w ataku Faryny i blok Pawła na tym samym siatkarzu oraz as Komendy dały nam prowadzenie 10:8. Po przerwie na żądanie dla gości, Waliński zablokował atak Pietraszki, a kontrę MKS-u wykorzystał Jordanow i znów był remis. Seria błędów z obu stron, czyli po dłuższej wymianie autowy atak Jordanowa, dotknięcie siatki przez Pietraszkę, autowa zagrywka Ratajczaka i błąd w ataku Faryny dały nam prowadzenie 13:11. Blok Komendy na Araujo oraz pewny atak ze środka Kohuta utrzymały naszą przewagę (16:13). Zepsuta zagrywka Kapelusa i atak Butryna w siatkę (16:15) zmusiły trenera Gruszkę do wzięcia czasu. Po nim kolejny pewny atak Kohuta, tym samym odpowiada Ratajczak, a Seif zablokował Quirogę, który dostał za wysoką piłkę na skrzydle (17:17). Po autowej zagrywce Araujo, Jordanow wyrównał stan seta (18:18). Potem nastąpiło ogromne zamieszanie na parkiecie i przerwa w grze. Sędziowie kompletnie się pogubili, po akcji w której pokazali błąd gości polegający na przeszkadzaniu w rozegraniu Komendzie na siatce. Po challenge’u dla gości arbitrzy nakazali powtórzenie punktu, co wywołało ogromne protesty w naszym obozie i po kolejnym obejrzeniu powtórki na wideo, sędziowie znów! zmienili swą decyzję i o dziwo przyznali punkt gościom uznając błąd… w rozegraniu Komendy! Ta absurdalna decyzja tak zezłościła naszego trenera, że arbitrzy ukarali go żółtą kartką za protesty. I całe to zamieszanie skończyło się wynikiem na tablicy 18:19! Po tej nerwowej długiej przerwie w grze, Butryn wyrównał mocnym atakiem po skosie, a Jordanow przebił się przez nasz blok (19:20). Pietraszko skutecznie ze środka, a dłuższą wymianę skończył atak Walińskiego z drugiej linii po bloku (20:21). Kohut mocno ze środka po rękach rywali, potem znów dotykamy siatki (21:22), challenge dla GKS-u, ale tym razem bez zamieszania i zmian. Tym razem nerwowo po stronie gości i sędziowie odgwizdują im podwójne odbicie, a po nim Grzechnik skutecznie ze środka (22:23). Mocny atak po prostej Butryna i znów remis, a potem Araujo zaatakował w aut i mamy piłkę meczową (24:23) oraz ogromne emocje, na hali nikt już nie siedzi! Po czasie na żądanie dla gości i zmianach w składzie, Kalembka zaserwował w aut, po czym Butryn mocno uderzył po rękach rywali (25:24) i była druga piłka meczowa. W kolejnej akcji Waliński posyła piłkę w aut i… jeszcze challenge dla będzinian, chwila oczekiwania i niepewności… JEST w końcu decyzja, punkt dla GieKSy i wreszcie wygrywamy z MKS-em w PlusLidze.

 

18 października (środa) – hala „Szopienice” – Widzów 450

GKS Katowice – MKS Będzin 3:0 (25:21, 25:23, 26:24)

GKS: Komenda (7), Witczak (5), Pietraszko (9), Kohut (6), Kapelus (5), Quiroga (11), Mariański (libero) oraz Butryn (10), Kalembka, Stelmach. Trener: Piotr Gruszka. MVP: Bartosz Mariański.
Będzin: Kozub (1), Araujo (2), Ratajczak (6), Grzechnik (6), Waliński (16), Jordanow (10), Potera (libero) oraz Seif (1), Faryna (1), Przybyła, Peszko (1). Trener: Stelio De Rocco.

 

Przebieg meczu:
I: 3:5, 8:10, 15:13, 20:19, 25:21.
II: 5:3, 7:10, 13:15, 19:20, 25:23.
III: 2:5, 10:8, 15:12, 19:20, 26:24.

 

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga