Dołącz do nas

Siatkówka

GKS znów gorszy od Łuczniczki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zgodnie z przewidywaniami obie drużyny w porównaniu do swoich ostatnich spotkań, przystąpiły bez zmian w wyjściowych szóstkach.

Pierwszy punkt w meczu zdobył Ananiew kończąc z przechodzącej piłki, a wyrównał Witczak obijając blok rywali. W następnej akcji Filipiak trafił piłką w aut, ale challenge pokazał błąd dotknięcia siatki po naszej stronie, a chwilę potem znów Bułgarski przyjmujący zdobył oczko, tym razem na kontrze, na co odpowiedział nasz kapitan skutecznie atakując ze skrzydła (3:2). Po dwóch błędach z rzędu w ataku Ananiewa, Quiroga posłał asa i wyszliśmy na prowadzenie 3:5. Następnie znów Bułgar i znów Witczak zrobili swoje, po czym Filipiak skończył ze skrzydła, a Jurkiewicz trafia z krótkiej na kontrze i już mamy remis po 6. Dobry atak po prostej Kapelusa i blok Quirogi na Filipiaku, dały nam ponowne prowadzenie 7:10 i time out dla bydgoszczan. Na kiwkę Goasa z drugiej piłki i plasa Filipiaka odpowiadamy atakiem Witczaka po bloku w antenkę, zbiciem Pietraszki ze środka oraz lekkim atakiem Quirogi za blok rywali i tylko szkoda dwóch błędów rozegrania odgwizdanych przez arbitra Fijałkowi (11:13). Mały przestój w grze naszej drużyny szybko wykorzystali gracze gospodarzy. Wpierw Gorczaniuk skuteczny z drugiej linii, a potem po bardzo długiej wymianie (kilka obron gospodarzy) za piątą próbą ten Ukraiński-Grek znów wykorzystał pipe’a, następnie Filipiak posłał asa, by w kolejnej akcji na kontrze atakujący Łuczniczki przedarł się przez nasz blok (15:13). Środkowa część tego seta z licznymi błędami własnymi z obu stron i na zagrywce i w ataku (trzy po stronie gospodarzy i cztery po stronie gości), przedzielona asem Pietraszki oraz dwoma atakami Butryna, po bloku rywali oraz w dziewiąty metr boiska (19:19). Niestety znów Ananiew dwukrotnie skutecznie zakończył swe ataki (21:19) czym zmusił Piotra Gruszkę do wzięcia czasu. Po przerwie Komenda popełnił błąd dotknięcia siatki, ale potem Pietraszko dobrze zagrał ze środka i Witczak wykorzystał kontrę (22:21). Prawdziwy nasz kat w tym secie czyli Ananiew, znów wykończył dłuższą wymianę, a potem zablokował atak Witczaka (24:21). Następnie zrehabilitował się nasz kapitan atakując po bloku w aut, a Sobański wykorzystał kontrę (24:23), co zmusiło trenera Bednaruka do wzięcia czasu. Po nim seta zakończył Filipiak przedzierając się przez nasz potrójny blok (25:23).

Drugi set zaczął się od ataku ze środka Pietraszki oraz autowego ataku Ananiewa, potem Filipiak skończył z trudnej piłki, a Quiroga trafił po skosie (1:3). Następnie mieliśmy show w wykonaniu Filipiaka. Atakujący Łuczniczki wpierw uderzył ze skrzydła, potem posłał asa, by następnie zepsuć zagrywkę i dwa razy z rzędu skutecznie wykończyć swe akcje, na co my odpowiadamy tylko blokiem Witczaka na Gorczaniuku (5:5). Dobry nasz okres gry to pewny atak Quirogi z drugiej linii, blok Argentyńczyka na Filipiaku i as Kapelusa, dał wynik 6:9. Po time oucie błąd rozegrania odgwizdano Ananiewowi, a w naszym zespole błędy na zagrywce przeplatamy dobrymi akcjami w wykonaniu Quirogi na kontrze, Witczaka ze skrzydła, Fijałka na zagrywce (as) oraz kolejnymi Argentyńczyka po bloku w aut i z drugiej linii (10:15). Przypomniał o sobie Ananiew atakując po bloku w aut i posyłając asa, następnie Filipiak trafia po skosie, a Kapelus po skosie (13:17). Od tego momentu GieKSa nie zdobyła już ani jednego punktu po skończeniu własnej akcji, a mimo tego wyraźnie wygrała tę partię! Oczywiście za sprawą bardzo dużej ilości błędów własnych po stronie gospodarzy (aż 7). Łuczniczka te błędy przeplatała dwiema skutecznymi akcjami Rohnki po bloku w aut, Szalachy i Jurkiewicza ze środka oraz kiwki Gryca, a po autowym ataku Kapelusa (19:22), trener Piotr Gruszka wziął przerwę na żądanie. Po niej niestety nie wykorzystujemy przechodzącej piłki i Rohnka nas zablokował na siatce, po czym pomylił się w ataku na kontrze (20:23). Po zagrywce Witczaka sędziowie odgwizdali błąd rozegrania Bieńkowskiemu, a przy piłce setowej Jurkiewicz nie skończył swego ataku (20:25). I w takich dziwnych okolicznościach GKS wygrał tego seta.

 

Początek trzeciego seta to prawdziwy koszmar w wykonaniu naszych siatkarzy. W pierwszej akcji Quiroga na kontrze trafia w siatkę, chwilę potem Argentyńczyk trafia w taśmę, Fijałek psuje zagrywkę, Kapelus nie kończy swojego ataku, a Pietraszko ze środka trafia piłką w aut! Jedynie wcześniej nasz środkowy raz zaatakował skutecznie na siatce. A rywale? Wcale nie grali jakoś olśniewająco, bo Gorczaniuk psuje serwis, Filipiak nie kończy własnego ataku, potem jeszcze dotykają siatki i znów Filipiak trafia w aut ze skrzydła. Dorzucają tylko akcję Filipiaka z prawego skrzydła, asa Ananiewa i skuteczny blok Jurkiewicza i to wszystko dało wynik 8:5. W kolejnej części tej partii gra gospodarzy się poprawiła, a nasza… no cóż. Dłuższą wymianę zakończył z lewego skrzydła Gorczaniuk, potem Kohut zablokował tego Ukraińco-Greka, w rewanżu Szalacha zastopował atak Słowaka, a Quiroga trafia po ostrym skosie (12:8). Mocny atak ze środka Szalachy i dwa z rzędu bloki Ananiewa na Witczaku i Butrynie dały wynik 15:8 i zdenerwowany Piotr Gruszka musiał wziąć czas. Co prawda po nim Pietraszko trafił ze środka, ale potem koszmar gry katowiczan trwał dalej. Jurkiewicz trafił w ostatnie centymetry boiska, potem as Filipiaka, kiwka Goasa z drugiej piłki i ponowny atak ze środka Jurkiewicza, już nie było nawet co zbierać z parkietu (20:9). Na osłodę skuteczne uderzenie Quirogi po skosie, następnie Gorczaniuk obił nasz blok, a Pietraszko trafił ze środka (22:12). Jeszcze raz Gorczaniuk uderzył po bloku w aut, Goas zablokował atak Sobańskiego, potem Bobrowski zepsuł serwis i jeszcze raz Gorczaniuk wykorzystał nasz blok (25:13). Wstyd Panowie siatkarze, wstyd…

Czwartego seta otworzył atakiem ze środka Szalacha, wyrównał Kohut tym samym sposobem, potem Filipiak spokojnie zakończył swój atak, na co kiwka Butryna ląduje na aucie (3:1). Następnie poprawił się Karol obijając blok rywali, ponownie Filipiak zaatakował po bloku w aut, Kapelus był skuteczny ze skrzydła, Jurkiewicz zrobił swoje ze środka, a Pietraszko odpowiedział tym samym i jeszcze raz ta sama akcja, ale tym razem w wykonaniu Szalachy. Po bloku Gorczaniuka na Butrynie (8:4) trener naszego zespołu już musiał reagować wziętym czasem, co dało chwilowy efekt w postaci akcji Pietraszki ze środka i zbicia Butryna ze skrzydła, a do tego Gorczaniuk trafił piłką w aut i szybko zrobiło się 8:7. Kolejny przestój w grze kosztował nasz zespół sporo. Filipiak skutecznie ze skrzydła, Szalacha ze środka na czystej siatce oraz blok Filipiaka na Butrynie (13:8) i straty coraz większe. Skuteczna kiwka Butryna, atak Kapelusa po prostej i as Quirogi (13:11) dawały nadzieję na odwrócenie losów tego seta. Po asie Filipiaka i jego skutecznym ataku ze skrzydła (16:11) Piotr Gruszka wykorzystuje już drugą przerwę na żądanie. Po niej znów odrabiamy część strat, bo na mocne zbicie Kohuta ze środka, atak Butryna po bloku w aut, znów ze środka atak Pietraszki i jeszcze jeden atak na kontrze Butryna oraz blok Pietraszki na Filipiaku, gospodarze odpowiadają tylko zbiciem Jurkiewicza ze środka (19:16). Po time oucie trenera Bednaruka, Szalacha trafił ze środka, Butryn mocno ze skrzydła, Quiroga równie mocno po skosie, a Filipiak zrobił swoje w ataku (22:18). Dwa błędy własne z rzędu atakującego Łuczniczki (kiwka w antenkę oraz autowe zbicie) dały nam szansę jeszcze na walkę o wynik. Przypomniał o sobie Ananiew i zaatakował skutecznie ze skrzydła, ale pewny atak Kapelusa w narożnik boiska i blok Pietraszki na Filipiaku (23:22), zbliżyły nas do remisu w tej partii. Po time oucie dla bydgoszczan, Jurkiewicz ze środka obił nasz blok, a przy pierwszej piłce meczowej Gorczaniuk na kontrze znów wykorzystał nasz blok (25:22) i druga porażka z Łuczniczką w sezonie stała się faktem!

 

13 stycznia (sobota) – hala Łuczniczka – Widzów 1270

Łuczniczka Bydgoszcz – GKS Katowice 3:1 (25:23, 20:25, 25:13, 25:22)

Łuczniczka: Goas (3), Filipiak (20), Jurkiewicz (9), Szalacha (7), Ananiew (13), Gorczaniuk (8), A. Kowalski (libero) oraz Bieńkowski, Gryc (1), Rohnka (3), Bobrowski. Trener: Jakub Bednaruk. MVP: Bartosz Filipiak.
GKS: Fijałek (1), Witczak (9), Pietraszko (12), Kohut (4), Kapelus (6), Quiroga (13), Mariański (libero) oraz Komenda (1), Butryn (7), Krulicki, Sobański (1). Trener: Piotr Gruszka.

 

Przebieg meczu:
I: 3:5, 7:10, 15:13, 20:19, 25:23.
II: 4:5, 6:10, 10:15, 15:20, 20:25.
III: 5:3, 10:6, 15:8, 20:9, 25:13.
IV: 5:2, 10:7, 15:11, 20:16, 25:22.

 

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    kris

    14 stycznia 2018 at 02:19

    Coś mi sie zdaje że trenera Gruszki nadszedł czas…na zmiany

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga