Siatkówka
GKS znów gorszy od Łuczniczki
Zgodnie z przewidywaniami obie drużyny w porównaniu do swoich ostatnich spotkań, przystąpiły bez zmian w wyjściowych szóstkach.
Pierwszy punkt w meczu zdobył Ananiew kończąc z przechodzącej piłki, a wyrównał Witczak obijając blok rywali. W następnej akcji Filipiak trafił piłką w aut, ale challenge pokazał błąd dotknięcia siatki po naszej stronie, a chwilę potem znów Bułgarski przyjmujący zdobył oczko, tym razem na kontrze, na co odpowiedział nasz kapitan skutecznie atakując ze skrzydła (3:2). Po dwóch błędach z rzędu w ataku Ananiewa, Quiroga posłał asa i wyszliśmy na prowadzenie 3:5. Następnie znów Bułgar i znów Witczak zrobili swoje, po czym Filipiak skończył ze skrzydła, a Jurkiewicz trafia z krótkiej na kontrze i już mamy remis po 6. Dobry atak po prostej Kapelusa i blok Quirogi na Filipiaku, dały nam ponowne prowadzenie 7:10 i time out dla bydgoszczan. Na kiwkę Goasa z drugiej piłki i plasa Filipiaka odpowiadamy atakiem Witczaka po bloku w antenkę, zbiciem Pietraszki ze środka oraz lekkim atakiem Quirogi za blok rywali i tylko szkoda dwóch błędów rozegrania odgwizdanych przez arbitra Fijałkowi (11:13). Mały przestój w grze naszej drużyny szybko wykorzystali gracze gospodarzy. Wpierw Gorczaniuk skuteczny z drugiej linii, a potem po bardzo długiej wymianie (kilka obron gospodarzy) za piątą próbą ten Ukraiński-Grek znów wykorzystał pipe’a, następnie Filipiak posłał asa, by w kolejnej akcji na kontrze atakujący Łuczniczki przedarł się przez nasz blok (15:13). Środkowa część tego seta z licznymi błędami własnymi z obu stron i na zagrywce i w ataku (trzy po stronie gospodarzy i cztery po stronie gości), przedzielona asem Pietraszki oraz dwoma atakami Butryna, po bloku rywali oraz w dziewiąty metr boiska (19:19). Niestety znów Ananiew dwukrotnie skutecznie zakończył swe ataki (21:19) czym zmusił Piotra Gruszkę do wzięcia czasu. Po przerwie Komenda popełnił błąd dotknięcia siatki, ale potem Pietraszko dobrze zagrał ze środka i Witczak wykorzystał kontrę (22:21). Prawdziwy nasz kat w tym secie czyli Ananiew, znów wykończył dłuższą wymianę, a potem zablokował atak Witczaka (24:21). Następnie zrehabilitował się nasz kapitan atakując po bloku w aut, a Sobański wykorzystał kontrę (24:23), co zmusiło trenera Bednaruka do wzięcia czasu. Po nim seta zakończył Filipiak przedzierając się przez nasz potrójny blok (25:23).
Drugi set zaczął się od ataku ze środka Pietraszki oraz autowego ataku Ananiewa, potem Filipiak skończył z trudnej piłki, a Quiroga trafił po skosie (1:3). Następnie mieliśmy show w wykonaniu Filipiaka. Atakujący Łuczniczki wpierw uderzył ze skrzydła, potem posłał asa, by następnie zepsuć zagrywkę i dwa razy z rzędu skutecznie wykończyć swe akcje, na co my odpowiadamy tylko blokiem Witczaka na Gorczaniuku (5:5). Dobry nasz okres gry to pewny atak Quirogi z drugiej linii, blok Argentyńczyka na Filipiaku i as Kapelusa, dał wynik 6:9. Po time oucie błąd rozegrania odgwizdano Ananiewowi, a w naszym zespole błędy na zagrywce przeplatamy dobrymi akcjami w wykonaniu Quirogi na kontrze, Witczaka ze skrzydła, Fijałka na zagrywce (as) oraz kolejnymi Argentyńczyka po bloku w aut i z drugiej linii (10:15). Przypomniał o sobie Ananiew atakując po bloku w aut i posyłając asa, następnie Filipiak trafia po skosie, a Kapelus po skosie (13:17). Od tego momentu GieKSa nie zdobyła już ani jednego punktu po skończeniu własnej akcji, a mimo tego wyraźnie wygrała tę partię! Oczywiście za sprawą bardzo dużej ilości błędów własnych po stronie gospodarzy (aż 7). Łuczniczka te błędy przeplatała dwiema skutecznymi akcjami Rohnki po bloku w aut, Szalachy i Jurkiewicza ze środka oraz kiwki Gryca, a po autowym ataku Kapelusa (19:22), trener Piotr Gruszka wziął przerwę na żądanie. Po niej niestety nie wykorzystujemy przechodzącej piłki i Rohnka nas zablokował na siatce, po czym pomylił się w ataku na kontrze (20:23). Po zagrywce Witczaka sędziowie odgwizdali błąd rozegrania Bieńkowskiemu, a przy piłce setowej Jurkiewicz nie skończył swego ataku (20:25). I w takich dziwnych okolicznościach GKS wygrał tego seta.
Początek trzeciego seta to prawdziwy koszmar w wykonaniu naszych siatkarzy. W pierwszej akcji Quiroga na kontrze trafia w siatkę, chwilę potem Argentyńczyk trafia w taśmę, Fijałek psuje zagrywkę, Kapelus nie kończy swojego ataku, a Pietraszko ze środka trafia piłką w aut! Jedynie wcześniej nasz środkowy raz zaatakował skutecznie na siatce. A rywale? Wcale nie grali jakoś olśniewająco, bo Gorczaniuk psuje serwis, Filipiak nie kończy własnego ataku, potem jeszcze dotykają siatki i znów Filipiak trafia w aut ze skrzydła. Dorzucają tylko akcję Filipiaka z prawego skrzydła, asa Ananiewa i skuteczny blok Jurkiewicza i to wszystko dało wynik 8:5. W kolejnej części tej partii gra gospodarzy się poprawiła, a nasza… no cóż. Dłuższą wymianę zakończył z lewego skrzydła Gorczaniuk, potem Kohut zablokował tego Ukraińco-Greka, w rewanżu Szalacha zastopował atak Słowaka, a Quiroga trafia po ostrym skosie (12:8). Mocny atak ze środka Szalachy i dwa z rzędu bloki Ananiewa na Witczaku i Butrynie dały wynik 15:8 i zdenerwowany Piotr Gruszka musiał wziąć czas. Co prawda po nim Pietraszko trafił ze środka, ale potem koszmar gry katowiczan trwał dalej. Jurkiewicz trafił w ostatnie centymetry boiska, potem as Filipiaka, kiwka Goasa z drugiej piłki i ponowny atak ze środka Jurkiewicza, już nie było nawet co zbierać z parkietu (20:9). Na osłodę skuteczne uderzenie Quirogi po skosie, następnie Gorczaniuk obił nasz blok, a Pietraszko trafił ze środka (22:12). Jeszcze raz Gorczaniuk uderzył po bloku w aut, Goas zablokował atak Sobańskiego, potem Bobrowski zepsuł serwis i jeszcze raz Gorczaniuk wykorzystał nasz blok (25:13). Wstyd Panowie siatkarze, wstyd…
Czwartego seta otworzył atakiem ze środka Szalacha, wyrównał Kohut tym samym sposobem, potem Filipiak spokojnie zakończył swój atak, na co kiwka Butryna ląduje na aucie (3:1). Następnie poprawił się Karol obijając blok rywali, ponownie Filipiak zaatakował po bloku w aut, Kapelus był skuteczny ze skrzydła, Jurkiewicz zrobił swoje ze środka, a Pietraszko odpowiedział tym samym i jeszcze raz ta sama akcja, ale tym razem w wykonaniu Szalachy. Po bloku Gorczaniuka na Butrynie (8:4) trener naszego zespołu już musiał reagować wziętym czasem, co dało chwilowy efekt w postaci akcji Pietraszki ze środka i zbicia Butryna ze skrzydła, a do tego Gorczaniuk trafił piłką w aut i szybko zrobiło się 8:7. Kolejny przestój w grze kosztował nasz zespół sporo. Filipiak skutecznie ze skrzydła, Szalacha ze środka na czystej siatce oraz blok Filipiaka na Butrynie (13:8) i straty coraz większe. Skuteczna kiwka Butryna, atak Kapelusa po prostej i as Quirogi (13:11) dawały nadzieję na odwrócenie losów tego seta. Po asie Filipiaka i jego skutecznym ataku ze skrzydła (16:11) Piotr Gruszka wykorzystuje już drugą przerwę na żądanie. Po niej znów odrabiamy część strat, bo na mocne zbicie Kohuta ze środka, atak Butryna po bloku w aut, znów ze środka atak Pietraszki i jeszcze jeden atak na kontrze Butryna oraz blok Pietraszki na Filipiaku, gospodarze odpowiadają tylko zbiciem Jurkiewicza ze środka (19:16). Po time oucie trenera Bednaruka, Szalacha trafił ze środka, Butryn mocno ze skrzydła, Quiroga równie mocno po skosie, a Filipiak zrobił swoje w ataku (22:18). Dwa błędy własne z rzędu atakującego Łuczniczki (kiwka w antenkę oraz autowe zbicie) dały nam szansę jeszcze na walkę o wynik. Przypomniał o sobie Ananiew i zaatakował skutecznie ze skrzydła, ale pewny atak Kapelusa w narożnik boiska i blok Pietraszki na Filipiaku (23:22), zbliżyły nas do remisu w tej partii. Po time oucie dla bydgoszczan, Jurkiewicz ze środka obił nasz blok, a przy pierwszej piłce meczowej Gorczaniuk na kontrze znów wykorzystał nasz blok (25:22) i druga porażka z Łuczniczką w sezonie stała się faktem!
13 stycznia (sobota) – hala Łuczniczka – Widzów 1270
Łuczniczka Bydgoszcz – GKS Katowice 3:1 (25:23, 20:25, 25:13, 25:22)
Łuczniczka: Goas (3), Filipiak (20), Jurkiewicz (9), Szalacha (7), Ananiew (13), Gorczaniuk (8), A. Kowalski (libero) oraz Bieńkowski, Gryc (1), Rohnka (3), Bobrowski. Trener: Jakub Bednaruk. MVP: Bartosz Filipiak.
GKS: Fijałek (1), Witczak (9), Pietraszko (12), Kohut (4), Kapelus (6), Quiroga (13), Mariański (libero) oraz Komenda (1), Butryn (7), Krulicki, Sobański (1). Trener: Piotr Gruszka.
Przebieg meczu:
I: 3:5, 7:10, 15:13, 20:19, 25:23.
II: 4:5, 6:10, 10:15, 15:20, 20:25.
III: 5:3, 10:6, 15:8, 20:9, 25:13.
IV: 5:2, 10:7, 15:11, 20:16, 25:22.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.




kris
14 stycznia 2018 at 02:19
Coś mi sie zdaje że trenera Gruszki nadszedł czas…na zmiany