Piłka nożna
Górak: „Kadra nie jest jeszcze zamknięta”
Po spotkaniu GKS Katowice – Radomiak Radom odbyła się konferencja prasowa, w której wzięli udział trener Bruno Baltazar oraz Roland Thomas reprezentujący drużynę gości. Ze strony GieKSy obecny był trener Rafał Górak.
Baltazar: Wiedzieliśmy od początku, że będzie to trudny i ciężki mecz. Byliśmy gotowi na to, że Katowice zaczną bardzo mocno mecz przed swoimi kibicami po powrocie do Ekstraklasy. Byliśmy przygotowali na bardzo mocny start i tak było przez pierwsze 15-20 minut, ale zaraz po tym przejęliśmy inicjatywę i strzeliliśmy dwie bramki. W drugiej połowie czekaliśmy na mocny start Katowic. Ostatnie 15 minut były bardzo trudne dla nas, bo rywale dominowali i zdobyli bramkę i to sprawiło, że mieliśmy problem. Kończąc, myślę, że to, co zrobiliśmy przed taką publicznością, zdobycie kompletu jest pozytywne, bo wiele innych zespołów będzie miało z tym problem. Rywale są zgrani i dobrze funkcjonują.
Pytanie: Gratuluję, dwa pytania. Prowadzenie, ale początek drugiej połowy wyglądał, jakby rywal zepchnął.
Baltazar: Dziękuję, to normalna reakcja Katowic. Byliśmy gotowi na to, ale prawda jest taka, że jak ten mecz przebiegał, to mógł właśnie tak wyglądać. Chciałbym, żebyśmy kontrolowali mecz zawsze z piłką, ale wiemy też, że nie zawsze to jest możliwe, ale musimy umieć cierpieć i przetrwać. Najważniejsze to, że trzy punkty jadą do Radomia.
Niektóre kartki nieodpowiedzialne, nie uczulał pan na to zawodników?
Baltazar: Zgadzam się, coś nad czymś pracowaliśmy z zawodnikami, czyli kontrola emocji, jeżeli grasz w najwyższej lidze, to musisz kontrolować emocje i zachować balans i nie powinniśmy dostawać takich głupich kartek.
Ocena debiutów?
Baltazar: Młode polskie talenty Kikolski i Wolski, które ciężko pracują, żeby osiągać sukcesy. Klub ma duże oczekiwania do nich, ale nie tylko w stosunku do nich. Nie chciałbym rozdzielać to, w jaki sposób się zapisali zawodnicy indywidualnie. Najważniejszy jest zespół, a on dziś zagrał dobrze.
Czy jest pan zadowolony z okresu przygotowawczego i z zawodników, którzy przyszli do klubu? Czy ma pan swój model gry?
Baltazar: Pracujemy razem z zarządem, mamy dobrą komunikację między sobą. Ważni zawodnicy opuścili zespół, co jest prawdą i mamy świadomość, że musimy sprowadzić kilku zawodników, ale nie chcemy podejmować złych decyzji, pracujemy nad tym. Łatwo jest sprowadzić dużą liczbę zawodników, ale my potrzebujemy konkretnych, jakościowych piłkarzy. Wiemy, że w piłce jest tak, że najlepsze deale są pod koniec okienka. Odnośnie modelu gry, widzieliśmy w pierwszej połowie kilka momentów takich, w których zespół grał tak, jak bym chciał. Teraz naszą pracą będzie to, żebyśmy tak grali przez 90 minut. Będziemy pracować w przyszłości nad naszym modelem gry, w pierwszych 45 minutach widzieliśmy ideę Bruno Baltazara.
Rzuciła się w oczy zabawa zawodników w polu karnych, w obu polach karnych zamiast konkretne zagranie, co powodowało straty. Z czego to wynika?
Baltazar: Mecz w ciągu 90 minut ma różne momenty. Chciałbym dominować pełne 90 minut. W pierwszej połowie oprócz dwóch bramek mieliśmy dwie doskonałe okazje Wolskiego i Roszy. Ważne jest to, abyśmy potrafili dostosować grę do momentu meczu. Wielkie drużyny muszą wiedzieć, jak kontrolować grę oraz jak cierpieć. Dziś cierpieliśmy ostatnie 15 minut.
Czy brakuje panu lewonożnych zawodników?
Baltazar: Tak, mamy swoje cele, lewo-środkowy obrońca. Około 50-60 zawodników było oferowanych mnie i zarządowi, ale z pewnych względów nie jesteśmy przekonani do żadnego z proponowanych. To są zarówno aspekty techniczne, taktyczne, mentalne, pracujemy nad tym.
Co stało za pomysłem o ofensywnym środku?
Baltazar: To jak gramy, to dwóch środkowych promocników, w tym jeden ofensywny, którzy muszą być agresywni i mocni. Muszą mieć umiejętności do kreowania akcji. Są to kluczowe pozycje w naszym systemie i organizacji.
Dwa gole Leonardo? Będzie walczył o koronę króla strzelców?
Baltazar: To prawda, że dzisiaj mamy najlepszego zawodnika. Zrobił swoje, strzelił dwie bramki, ale bardzo dużo pracował defensywnie bez piłki. Najważniejsze jest to, że Rocha nie gra sam, tylko drużynowo. Dzisiaj zdobył on, ale dla mnie może być każdy kolejny, który strzeli. Ja mam prywatną umowę między Roszą i definitywnie może być najlepszym strzelcem w Ekstraklasie, ale on i my potrzebujemy myśleć o drużynie, a nie indywidualnych nagrodach. Idzie to w dobrą stronę. O umowie powiem na koniec sezonu.
***
Górak: No cóż, spotkanie ustawił ten moment utraty dwóch bramek i to zawsze jest trudność. Pozytywne jest to, że ta druga połowa i jej prowadzenie jest optymistycznym kierunkiem. Muszę dodać, że w tym elemencie dojrzałości piłkarskiej się pogubiliśmy. Napastnik Radomiak przy pierwszej i drugiej bramce zachował się klasowo. Druga połowa była pod nasze dyktando, szukaliśmy bramki i nawet odwrócenia meczu. Były momenty i po stałych fragmentach. Szkoda, że inauguracja nie przyniosła nam, choć punktu, bo byłaby cenną zdobyczą. Piłka to rywalizacja dwóch drużyn i ta, która jest skuteczniejsza, wygrywa. Radomiak wygrał i gratuluję, a my przygotowujemy się do kolejnych meczów. W takiej atmosferze jak dziś drużyna będzie rosła.
Główny pański wniosek po dzisiejszy meczu?
Górak: Na jutrzejszej odprawie, szereg rzeczy po analizie gry. Nie będzie to wniosek o frycowym, czy Ekstraklasa czegoś nie wybacza. Musimy lepiej zachować się w sytuacjach, w których Radomiak zdobył bramki. Wnioski z samej gry po analizie.
Stracone bramki nie wynikały z nerwowości?
Górak: Co to znaczy? To dla mnie niepiłkarskie. Piłkarz ma do wykonania zadania, nie możemy mówić, czy jest bardziej, czy mniej nerwowy, ale mieć umiejętności. Przeciwnik okazał się lepszy.
Milewski, jego wejście polepszyło grę?
Górak: Nie mogę narzekać na wszystkich zawodników, którzy weszli do gry, a Sebastian wprowadził dużo spokoju i poprawił problemy z pierwszej połowy. Trafna uwaga, że był to jego dobry mecz.
Aspekty piłkarskie czy przytłoczenie zespołu?
Górak: Trochę na siłę, można łatwo poszukać alibi. Byliśmy przygotowani, w pierwszej połowie również mieliśmy okazje. Zawiedliśmy czysto w polu karnym w obronie, gdzie bardzo dużo wcześniej takich sytuacji wygrywaliśmy. Napastnik okazał się lepszy w tych dwóch momentach. Nie chciałbym mówić i analizować tego pod kątem emocji.
Obsada pozycji napastnika – Bergier czy Zrelak?
Górak: 5-6 zawodników doszło, ale okres przygotowawczy jest 5-tygodniowy i zawodnicy doszli w jakimś momencie. Najwcześniej doszedł Galan, potrzeba trochę czasu na wkomponowanie zawodników, ale cieszy, że nowi zawodnicy dali dobre zmiany. Ten czas będzie działał na naszą korzyść.
Ten mecz był fajny do grania, tak mówili zawodnicy. Czy to nie było tak, że się wyrwał dla fantazji?
Górak: Nie chciałbym, aby nasza drużyna była uznawana za taką, która cierpi i tak idzie po punkty. Jeżeli byśmy bramki stracili z ataku szybkiego, to może bym się z tym zgodził. To nie była nasza bardzo otwarta gra, gdzie nie dawaliśmy rady po stracie piłki. Najwięcej popełniliśmy błędów przy drugiej bramce wynikających z nerwowości. Wydaje mi się, że od czasu do czasu takie coś się dzieje na boisku. Do przeanalizowania i pogłębienia. Nie byliśmy nieodpowiedzialni i frywolni, dużo było momentów kiedy funkcjonowaliśmy tak, jakbym sobie tego życzył.
Jak duży był zastrzyk optymizmu i nadziei po bramce?
Górak: Na pewno cała druga połowa to ogromna dawka optymizmu. Kluczem jest, żeby bramek nie tracić. Jakbyśmy ich nie stracili, to odbiór byłby inny. Z całego spotkania optymizmu jest dużo. Druga połowa mnie zadowalała, a w pierwszej mieliśmy dobre momenty. Jutro mamy zajęcia i zamykamy temat.
Czy jest jakiś zawodnik, który pana rozczarował?
Górak: Nie, tu nie chodzi o to, zawodnicy zrobili wszystko, co mogli. Sztab czy trener oceni indywidualnie i je przekaże. Zawsze jest ten, co dostanie najniższą notę i ten, co dostanie najwyższą. Jeżeli ktoś błędy popełnił, to trzeba zawodnika wspierać.
Jakie ma pan podejście do tematu młodzieżowca?
Górak: Mam nadzieję, że nasi zawodnicy, którzy do nas doszli wzmocnią samą pozycję w sobie. Nie będziemy mieli często komfortu, żeby młodzieżowcem nie grać. Dzisiaj podjąłem taką decyzję, bo dwa treningi to za mało. Jest jeszcze Alan Bród i inni młodzieżowcy. Dzisiaj była taka, a nie inna decyzja.
Czemu Maka nie było w kadrze? Są jakieś urazy?
Górak: Mateusz cały mikrocykl przed Lubinem nie brał udziału, odezwała się stara blizna, daliśmy mu odpocząć. Wprowadzaliśmy go spokojnie, ale kadra liczy 20 osób i moją decyzją go zabrakło.
Stałe fragmenty stwarzały zagrożenie. Czy to jeden z pomysłów na zwycięstwa?
Górak: Dobrze, że stwarzało, widzieliśmy siłę defensywną Radomiaka. Wiedzieliśmy, że to nie będzie łatwe, ale doszliśmy do wielu sytuacji, więc jest to optymistycznie. Dzisiaj przyniosło to strzały, a czekamy, aż przyniesie to bramki.
Jakie to uczucie poprowadzić drużynę w Ekstraklasie? Były dodatkowe emocje? Czy raczej skupienie na meczu i typowa praca?
Górak: Prawda jest taka, że chodzi o ludzkie aspekty i trenerskie. Jako człowiek bardzo się cieszyłem i czułem dodatkowe podekscytowanie. Trochę na mecz w Ekstraklasie czekałem. Jeśli chodzi o aspekt trenerski, wydaje mi się, że nie było nic nadzwyczajnego, prowadziłem zespół tak jak dotychczas. Zależy mi, żeby był spokój i metodyka, nie chciałem nic mocno podkręcać. Nie jest to sprawa klubu i zawodników, a moja prywatna sprawa. Ja sam bardzo szczęśliwy i zadowolony, ale niepocieszony porażką.
Patrząc na ten pierwszy mecz, to trzeba czekać na transfery?
Górak: Na dzisiaj kadra była optymalna, było ciężko dziś dokonać. Kadra jest jeszcze otwarta i chciałbym, żeby się jeszcze coś w niej zadziało.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.


Najnowsze komentarze