Piłka nożna kobiet
Historyczne zwycięstwo GieKSy!
W sobotę GieKSa rozegrała mecz o 3. miejsce w kwalifikacjach do Ligi Mistrzyń przeciwko Łokomotiwowi Stara Zagora. Po rzutach karnych udało się pokonać rywalki z Bułgarii, tym samym notując pierwsze zwycięstwo sekcji kobiecej w Europie!
Obie drużyny rozpoczęły spotkanie z ofensywnym nastawieniem, żadna z ekip nie chciała zamykać się w okolicy pola karnego. Już w 2. minucie otrzymaliśmy rzut wolny na wysokości pola karnego w narożniku boiska po faulu na Anicie Turkiewicz. Bułgarki poradziły sobie doskonale z wrzutką Klaudii Słowińskiej i szybko oddaliły zagrożenie. Łokomotiw nastawił się na grę szybkimi atakami po długich zagraniach defensorek, co już w 5. minucie zaskutkowało żółtą kartką dla Joanny Olszewskiej, która musiała zrekompensować złe ustawienie drużyny faulem taktycznym. Katowiczanki prezentowały znany kibicom wysoki pressing, co zostawiało sporo miejsca za plecami stoperek. Dwójkowej akcji spróbowały Julia Włodarczyk i Kamila Tkaczyk, zamieniając się rolami na boisku, nikt jednak nie wykorzystał dośrodkowania naszej obrończyni. Chwilę później Karolina Bednarz fantastycznie wypatrzyła w polu karnym Nicolę Brzęczek, która świetnie jej odegrała na 5. metr, niestety Karolina nieczysto trafiła w piłkę. Dużo miejsca na skrzydłach miały nasze wahadłowe, które ochoczo wchodziły w dryblingi, tworząc sporo zagrożenia. w 16. minucie Słowińska posłała piłkę w pole karne, a do wybitej futbolówki doskoczyła Anita Turkiewicz, lecz na drodze jej strzału stanęła Dżesika Jaszek. Już minutę później Słowińska zagrała prostopadłą piłkę do Jaszek po kolejnym przechwycie Aleksandry Nieciąg, niestety nasza środkowa napastniczka nie odczytała jej intencji. Tkaczyk zagrywała długą piłkę w szesnastkę do Nieciąg, bramkarka była jednak szybsza. W 20. minucie Brzęczek rozpoczęła atak GieKSy, wypuszczając prawym skrzydłem Klaudię Słowińską. Finalizująca akcję tuż przy słupku Karolina Bednarz uderzyła minimalnie niecelnie w trudnej sytuacji. Cztery minuty później Mistrzynie Polski miały okazję do zdobycia bramki po rzucie wolnym na 23. metrze za faulu na Brzęczek. Słowińska zagrała mocną piłkę na skrzydło do Włodarczyk, która wstrzeliła piłkę do pola karnego i bardzo blisko było bramki samobójczej Petyi Petkovej. Po przejęciu piłki przez Bednarz w środku pola dobrym drylingiem popisała się Brzęczek, niestety za późno oddała piłkę Jaszek i nie udało się oddać strzału. Z każdą minutą „uKOCHane” coraz bardziej dominowały mecz, zamykając rywalki coraz niżej, a dużą rolę odgrywały w środku pola Słowińska i Nieciąg. W 41. minucie Brzęczek technicznie zagrała do Słowińskiej, która dostrzegła na lewym skrzydle Karolinę Bednarz. Uderzenie naszej skrzydłowej trafiło wprost w ręce golkiperki. Na zakończenie połowy uderzenia po indywidualnej akcji próbowała Turkiewicz, piłka skończyła jednak po zewnętrznej stronie siatki.
Na drugą odsłonę meczu rywalki GieKSy wyszły w ustawieniu 5-3-2, starając się uniemożliwić naszym wahadłowym tak łatwe kreowanie zagrożenia. Już w pierwszej minucie drugiej połowy Hajduk zagrała długą piłkę do Klaudii Słowińskiej, niestety wrzutkę znacząco przeciągnęła Karolina Bednarz. W 47. minucie bardzo blisko zdobycia bramki była Nicola Brzęczek, która główką uderzyła tuż obok słupka po rajdzie Jaszek prawą stroną boiska zakończonym fantastycznym dośrodkowaniem. Odpoczynku defensywie Łokomotiwu nie dała Turkiewicz, która zebrała odbitą piłkę i wykonała groźny centrostrzał. Z rzutu wolnego na wysokości 22. metra perfekcyjnie uderzyła Nikoleta Boycheva, w samo okienko bramki Weroniki Klimek, a nasza bramkarka spokojnie sparowała piłkę na rzut rożny. W 60. minucie Bednarz zagrała prostopadłą piłkę do Jaszek, która wywalczyła rzut rożny. W 62. minucie dobrze ustawiona Słowińska przejęła piłkę, ale jej strzał był bardzo niecelny. Katowiczanki długo nie potrafiły udokumentować swojej przewagi golem. Bliska tego wyczynu była Turkiewicz, która przejęła futbolówkę i z dystansu huknęła blisko słupka. Dużo ożywienia w ofensywie wniosła Dominika Misztal. Świetny przechwyt Turkiewicz w 76. minucie zapoczątkował szybką akcję Bednarz i Jaszek, jednak Nora Dimitrova w ostatniej chwili wybiła futbolówkę spod nóg naszej „dziewiątki”. Dineva w naszym polu karnym pokazała próbkę swojego dryblingu i wywalczyła rzut rożny, po którym blisko było utraty bramki przez nasz zespół. Z zamieszania przed bramką Klimek na szczęście nic nie wynikło. W 80. minucie Lizoń próbowała uderzenia z dystansu, ale ponownie piłka minęła słupek po niewłaściwej stronie. Defensorka, która weszła z ławki, imponowała swoimi dograniami do ofensywnych zawodniczek. W 82. minucie Misztal świetnie wypuściła na wolne pole Annę Konkol, wrzutkę naszej wahadłowej końcówkami palców strąciła Roksana Shahanska. Kilkadziesiąt sekund później centrostrzałem Turkiewicz próbowała zaskoczyć bramkarkę, Roksana czujnie jednak wybiła to zagranie. W 89. minucie Jaszek postanowiła „odwinąć się” Dinevie, która niebezpiecznym zagraniem mogłaby spowodować uszczerbek na jej zdrowiu – spotkało się to z oklaskami kibiców i żółtymi kartkami dla obu zawodniczek. Sędzina wyraźnie nie panowała nad końcówką meczu, nie dostrzegając nadepnięcia Lizoń tylko jej późniejszy faul – zawodniczka w ostatniej chwili zaniechała przepychanek z rywalką. Bliska zdobycia bramki była świetnie prezentująca się Słowińska, która otrzymała piłkę od Jaszek w polu karnym.
Regulaminowy czas gry nie wyłonił zwyciężczyń, dlatego potrzebna była dogrywka. W 92. minucie, po kolejnym centrostrzale Turkiewicz Słowińska zebrała odbitą futbolówkę i była faulowana, a rywalka za nakładkę nie zobaczyła żółtej kartki. Do piłki na 19. metrze podeszła Joanna Olszewska, jej strzał z trudem wybroniła Shahanska. W 102. minucie piłka po błędzie bramkarki spadła wprost pod nogi zmęczonej Klaudii Słowińskiej, która uderzyła wysoko nad poprzeczką. Kluczowym odbiorem przed naszym polem karnym popisała się Anna Konkol. W 105. minucie, po wrzutce Słowińskiej stworzyło się zamieszanie w polu karnym Łokomotiwu, piłka jednak ponownie nie wpadła do siatki. Warto odnotować, że najwięcej zagrożenia tworzyliśmy lewą flanką, za sprawą Turkiewicz i Słowińskiej, które prawdopodobnie przebiegły w tym meczu półmaraton, nie mając wielu możliwości na odpoczynek od zawodniczek grających na prawej stronie boiska.
Na ostatnie 15. minut nasze zawodniczki otrzymały brawa od kibiców, którzy nadal wierzyli w zwycięstwo przed rzutami karnymi. W 107. minucie Anna Konkol za głęboko wrzuciła piłkę ze skrzydła. Chwilę później Marlena Hajduk bliska była zaliczenia asysty, niestety Aleksandra Nieciąg została ubiegnięta przez golkiperkę. Anna Krakowiak niemalże wyprowadziła nasz zespół na prowadzenie po rzucie rożnym, lecz jej strzał został zablokowany. W 113. minucie faulowana była Turkiewicz i to ona sama wykonała ten stały fragment, zagrywając idealnie na długi słupek do Hajduk. Po jej zgraniu piłka trafiła do Olszewskiej i ostatecznie do bramki, ale nasza stoperka była na spalonym. Po 120 minutach na tablicy dalej widniał wynik 0-0 i czekały nas rzuty karne.
Weronika Klimek obroniła rzut karny Skoryniny, a swoją próbę pewnie wykorzystała Marlena Hajduk. W drugiej turze Petkova trafiła w słupek, a Turkiewicz nie pokonała golkiperki. Dimitrova wykorzystała trzeci rzut karny swojego zespołu, podobnie jak Anna Konkol, która uderzyła perfekcyjnie przy słupku. Weronika Klimek obroniła rzut karny Ivanovej, a do decydującej jedenastki podeszła Anna Krakowiak. Młoda piłkarka bez kompleksów uderzyła przy słupku i dzięki temu wygrywamy spotkanie! Warto zaznaczyć, że nasze zawodniczki długo nie mogły cieszyć się ze zwycięstwa, gdyż… sędziowie najprawdopodobniej nie mogli doliczyć się jednego z rzutów karnych.
9.09.2023, Katowice
Łokomotiw Stara Zagora – GKS Katowice 0:0 (0:0), karne 1:3 (Dimitrova – Hajduk, Konkol, Krakowiak)
Łokomotiw: Shahanska – Dikelova, Ivanova, Dimitrova, Petkova – Aleksandrova (65. Dineva), Gnydyuk, Boycheva- Skorynina, Atanasova (111. Babiuk), Wienerova
GKS Katowice: Klimek – Włodarczyk (46. Konkol), Tkaczyk (67. Lizoń), Olszewska, Hajduk, Turkiewicz – Słowińska (108. Krakowiak), Nieciąg – Brzęczek (67. Misztal), Jaszek, Bednarz.
Żółte kartki: Skorynina, Dineva, Ivanova – Olszewska, Jaszek, Lizoń
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.


Najnowsze komentarze