Felietony Piłka nożna
Jeśli nie potrafisz mnie znieść, kiedy jestem najgorsza…
Tak zaczyna się jeden z popularnych internetowych memów. Większość z nas widziała go w takim czy innym wydaniu, a jego sens sprowadza się z grubsza do tego, aby wytrwale znosić trudy różnorakich relacji, w oczekiwaniu na jakąś formę nagrody za cierpliwość. Natrafiając niedawno na tego typu mem doszedłem do wniosku, że doskonale oddaje on to, co przytrafia się nam – kibicom GieKSy.
Od dłuższego czasu w Katowicach trwa piłkarski miodowy miesiąc. Można przyjąć, że w tym roku udaje nam się praktycznie wszystko: obiecujące rozpoczęcie rundy wiosennej zwycięstwem z Motorem, kapitalna atmosfera urodzinowego meczu z Miedzią i kolejna przekonująca wygrana, długie serie zwycięstw, z rzadka przerywane słabszymi występami, jak w Płocku czy w Katowicach z Odrą. Spektakularne pogromy, gole w doliczonym czasie gry, nieoczywiści bohaterowie, wliczając nawet kolumbijskiego gwiazdora Lechii, który otworzył nam drzwi do walki o bezpośredni awans do Ekstraklasy. Wisienką na torcie był mecz w Gdyni, a reszta jest historią. Historią na hollywoodzki film z happy endem.
Wreszcie przyszła ekstraklasa! Wśród kibiców przeważały nastroje, że niezależnie od sportowych wyników, nawet jeśli nie uda się od razu wejść na sportowy poziom gwarantujący wyrównaną rywalizację z najlepszymi drużynami w Polsce, to nic nie zmąci euforii wynikającej z samej obecności na piłkarskich salonach, na które czekaliśmy przecież niemal dwie dekady! Tymczasem okazało się, że droga, którą podąża pion sportowy, przynosi nadspodziewanie dobre efekty. Nie jesteśmy przysłowiowym „chłopcem do bicia”, dość powiedzieć, że w pokonanym polu zostawiliśmy w tym roku zarówno zdobywcę, jak i finalistę Pucharu Polski, krajowego mistrza, a z wicemistrzem podzieliliśmy się punktami. Owszem, zdarzają się słabsze mecze, ale komu się nie zdarzają?
Dziś GKS z dorobkiem 16 punktów plasuje się na 9 miejscu w tabeli Ekstraklasy. Ciekawostką jest fakt, że w ubiegłym roku byliśmy dokładnie w tym samym miejscu, tyle że w I lidze, z identycznym bilansem spotkań i zbliżonym bilansem bramkowym. To, co przez lata było naszą klątwą – słynne bezpieczne miejsca 8-12 – dziś przyjmujemy z nieukrywanym zadowoleniem. Zamiast oglądać się za siebie i szacować ryzyko osunięcia się do strefy spadkowej, częściej z uczuciem niedosytu liczymy, ile punktów straciliśmy w meczach, w których przeważaliśmy.
Czy jeszcze rok temu ktokolwiek przypuszczał, że będziemy żałować punktów straconych ze Śląskiem Wrocław, a za chwilę zmierzymy się na Łazienkowskiej z Legią? Stawiam dolary przeciwko orzechom, że nie było w Katowicach takiego optymisty. Śmiem nawet twierdzić, że większość zdążyła na tamtym etapie postawić krzyżyk na ubiegłorocznych rozgrywkach, traktując je jako kolejny już sezon gry „o pietruszkę”. Trudno się z resztą dziwić – przez lata jako kibice GieKSy na własnej skórze doświadczaliśmy nieuchronności jednego z praw Murphy’ego, że jeśli coś może się nie udać, to w naszym przypadku nie uda się na pewno. Przegrywaliśmy niemalże wszystkie istotne sportowo czy kibicowsko mecze, odpadaliśmy w pierwszych rundach Pucharu Polski, odzierani ze złudzeń na spotkanie z atrakcyjnym, ekstraklasowym przeciwnikiem. A jeśli zaskoczenie nadeszło, to jego autorem został bramkarz Bytovii Andrzej Witan, który w okolicznościach rodem z Hitchcocka pociągnął nas za sobą do II ligi. Na marginesie – był to pierwszy mecz, na który zabrałem swojego niespełna rocznego syna. Oj nie zaczął on zbyt dobrze swojej przygody z GieKSą… Dobrze że tego nie pamięta, ale gdy podrośnie, na pewno będziemy do tego wracać w rozmowach.
Nie trzeba daleko sięgać pamięcią, by przywołać mecze, na których licząca niewiele ponad tysiąc grupa kibiców „za karę” oglądała kolejny beznadziejny występ swoich „ulubieńców”. Sam ukułem wtedy zdanie, że mecz GieKSy jest jak wywiadówka u niesfornego dziecka: wiesz, że najesz się wstydu, ale iść trzeba… Marnym pocieszeniem wydawały się wtedy opinie niektórych, że przyjdzie taki czas, gdzie z perspektywy wypełnionych trybun będziemy wspominać, że kiedy było naprawdę źle, my staliśmy dokładnie w tym samym miejscu, gdzie dziś. Spełnienie tej przepowiedni wydawało się wtedy bardzo wątpliwe. A jednak! Dziś jesteśmy dokładnie w tym miejscu, o jakim jeszcze kilka lat temu ośmielaliśmy się jedynie marzyć! Dlatego, przywołując słowa jednego z naszych redaktorów, należy ten sezon wycisnąć na maksa, smakować i cieszyć się z każdej minuty, niezależnie od wyników i miejsca w tabeli.
Bo z tym może jeszcze być przecież różnie. Kryzys może nadejść z każdej strony: plaga kontuzji, zimowa wyprzedaż najlepszych zawodników, serie zwycięstw rywali do utrzymania czy zwyczajny pech. Nasza przewaga nad końcem ligowej stawki nie jest dziś ani pewna, ani bezpieczna. Przed nami jeszcze ponad 20 kolejek, które mogą przynieść wszystko: zarówno zaskakujące zwycięstwa, jak i nieoczekiwane porażki.
Dziś GieKSa jest bez wątpienia „panną” w swoim najlepszym wydaniu: atrakcyjna dla oka, przebojowa, dumnie pokazująca się na salonach z pewnością siebie graniczącą czasem z bezczelnością. I choć może sukienka już trochę znoszona (na szczęście nowa już prawie gotowa), i nawet jeśli czasem potknie się na schodach, może poplami winem czy zachowa się niestosownie, to i tak możemy być z niej dumni. Znieśliśmy ją, kiedy była najgorsza, więc zasługujemy na nią, kiedy jest najlepsza.
MarekD
Piłka nożna
Potencjalni rywale w Lidze Konferencji
Dziś o 14:00 w szwajcarskim Nyonie odbędzie się losowanie drugiej rundy kwalifikacyjnej Ligi Konferencji. Własnie poznaliśmy sześciu potencjalnych rywali GKS Katowice.
GieKSa została przydzielona do grupy 5, w której jest rozstawiona. Na tym etapie wylosować możemy jeden z poniższych klubów: FK Panevėžys (Litwa), przegranego z pary pierwszej rundy kwalifikacyjnej Ligi Europy HNK Hajduk Split (Chorwacja) – MŠK Žilina (Słowacja), ŁNZ Cherkasy (Ukraina), Zimbru Kiszyniów (Mołdawia) lub Auda Ķekava (Łotwa).
ŁNZ Czeraksy swoje mecze ma rozgrywać na stadionie Wisły Płock.
Mecze drugiej rundy kwalifikacyjnej zostaną rozegrane w czwartki – 23 i 30 lipca.
Piłka nożna
Hajduk lub Żilina rywalem GieKSy
GKS Katowice w II rundzie eliminacji Ligi Konferencji trafił na przegranego z pary I rundy eliminacji Ligi Europy – Hajduk Split/MSK Żilina.
Mecze tej rundy odbędą się 23 i 30 lipca.
Pierwsze spotkanie GieKSa rozegra na wyjeździe.
W zakończonym sezonie Hajduk zajął drugie miejsce w lidze chorwackiej z dorobkiem 68 punktów w 36 meczach, na który złożyło się 20 zwycięstw, 8 remisów i 8 porażek (bramki: 61-36)
MSK Żilina natomiast zajęła w lidze słowackiej miejsce czwarte, zdobywając 52 punkty w 32 meczach – 15 zwycięstw, 7 remisów i 10 porażek (bramki: 59-41). Zespół zdobył również Puchar Słowacji w finale pokonując Koszyce 3:1.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!


majkel
24 października 2024 at 09:31
Piękne i prawdziwe w samo sedno że zacytuje klasyka „Oskara bym ci dał”…