Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Stadion
Liderki tabeli rządzą niepodzielnie!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.
W ubiegłym tygodniu piłkarki zmierzyły się z wiceliderkami Czarnymi Sosnowiec. Drużyna wygrała na wyjeździe 5:0 (3:0) i z przewagą dziewięciu punktów przewodzi w tabeli. Kolejny mecz zaplanowano na na 22 marca z Pogonią Szczecin. Drużyna męska w wyjazdowym spotkaniu przegrała z Widzewem Łódź 0:1. Prasówkę po tym spotkaniu możecie przeczytać TUTAJ. Piłkarze kolejne spotkanie rozegrają po przerwie reprezentacyjnej – 30 marca na nowym stadionie z Górnikiem Zabrze.
Siatkarze 21 marca rozegrają ostatni w tym sezonie mecz z ZAKSą Kędzierzyn-Koźle w PlusLidze. Bez względu na wynik tego spotkania drużyna została zdegradowana do I ligi.
Hokeiści rozegrali trzeci i czwarty mecz półfinałowy z Unią Oświęcim. Nasza drużyna wygrała w Oświęcimiu 4:1 oraz przegrała 2:3. Kolejne spotkania zostało zaplanowane na jutro (18 marca) w Satelicie oraz w czwartek (20 marca) Oświęcimiu. Ewentualne kolejny mecz zostanie rozegrany w sobotę 22 marca w Satelicie. Rozpoczęcie najbliższego zaplanowano na godzinę 19:30.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Liderki tabeli rządzą niepodzielnie!
Choć mamy dopiero początek rundy wiosennej w Orlen Ekstralidze Kobiet, z pewnością można pokusić się o stwierdzenie, że wynik dzisiejszego spotkania może mieć kolosalne znaczenie dla losów mistrzostwa Polski. Zwycięstwo GKS-u Katowice sprawi, że dystans wiceliderek z Sosnowca zwiększy się do liderek tabeli na dziewięć punktów, co w końcowym rozrachunku może być niesamowicie trudne do odrobienia.
Zespół prowadzony przez Sebastiana Stemplewskiego, aby realnie myśleć o walce o mistrzostwo Polski, bezwzględnie musiał zwyciężyć w dzisiejszym spotkaniu. Komplet punktów zdobyty z liderkami z Katowice, pozwoliłby na zmniejszenie dystansu punktowego do zaledwie trzech oczek. Odrobienie tak niewielkiej straty byłoby jak najbardziej realne w dalszej części sezonu, do rozegrania bowiem pozostanie jeszcze siedem spotkań. W przypadku porażki gospodyń przewaga dziewięciopunktowa GieKSy może okazać się stratą nie do odrobienia.
Pojedynek w Sosnowcu doskonale rozpoczął się dla zespołu prowadzonego przez Karolinę Koch. Już w szóstej minucie spotkania prowadzenie swojemu zespołowi dała Klaudia Maciążka, po raz kolejny w bieżącej edycji rozgrywek zdobywając bramkę w początkowych fragmentach meczu. Niespełna kwadrans później Maciążka dała GKS-owi komfortowe, bezpieczne dwubrakowe prowadzenie, dobijając strzał Kaczor zza linii szesnastego metra. W tym momencie sytuacja sosnowiczanek była bardzo trudna, rywalki miały mecz pod kontrolą, choć do końca spotkania pozostawało jeszcze dużo czasu, dotychczasowy obrót spraw nie napawał optymizmem. W 36. minucie gry na listę strzelczyń wpisała się Kinga Kozak, asystę na swoim koncie zapisała Słowińska. Dominacja katowiczanek była w tym momencie bezdyskusyjna, co widać było zarówno na murawie, jak i na tablicy wyników. Zespół Czarnych rozbity w pierwszych czterdziestu pięciu minutach!
Po zmianie stron gry wciąż byliśmy świadkami wyraźnej przewagi GKS-u Katowice, wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na to, że wynik tego pojedynku jest definitywnie rozstrzygnięty. Swoją świetną formę zespół Karoliny Koch potwierdził w 61. minucie meczu. Drugie trafienie dzisiejszego dnia zanotowała Kinga Kozak. Z wyjątkową precyzją, strzałem bez przyjęcia na bramkę zamieniła równie genialne podanie od jednej z partnerek z prawego skrzydła. Świetne, penetrujące podanie posłane w pole karne rywalek i jeszcze lepsze wykończenie akcji, przepiękne trafienie! Na dziesięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry gościnie w dalszym ciągu kontrolowały boiskowe wydarzenia. W trzeciej doliczonej minucie gry, kropkę nad „i” postawiła Nieciąg, skutecznym strzałem głową finalizując dośrodkowanie z rzutu rożnego. GKS Katowice zdemolował ekipę z Sosnowca!
sport.pl – Oto nowy mistrz Polski? To była deklasacja, 5:0 w meczu na szczycie
Nikt nie spodziewał się, że w hicie Orlen Ekstraligi kobiet dojdzie do takiego pogromu. Wcześniejsze dwa mecze między tymi drużynami w tym sezonie były naprawdę wyrównane, ale tym razem już po pierwszej połowie można było powiedzieć, że sprawa zwycięstwa jest wyjaśniona. GKS Katowice rozbił na wyjeździe zespół Czarnych Sosnowiec aż 5:0. Dominacja katowiczanek w lidze jest wyraźna.
Mecz rundy jesiennej między „GieKSą” a Czarnymi zakończył się zwycięstwem katowiczanek 2:1. Sosnowiczanki zrewanżowały się w październiku w Pucharze Polski, wygrały 2:1. Niedzielne starcie na szczycie Orlen Ekstraligi mogło albo wiele wyjaśnić w kontekście walki o mistrzostwo Polski, albo sprawić, że właściwie do końca sezonu nic nie będzie jasne.
Zawodniczki GKS-u Katowice zaczęły strzelanie już w szóstej minucie. Przeprowadziły kontrę, którą pewnie wykończyła Klaudia Maciążka strzałem z ostrego kąta. Posłała piłkę między nogami bramkarki Czarnych. Kilkanaście minut później mogła cieszyć się z dubletu, dobijając mocny strzał z dystansu Weroniki Kaczor. Piłka spadła wtedy pod nogi Maciążki, tuż przed bramką. Spalonego w tej sytuacji nie było, defensorki Czarnych złamały linię ofsajdu.
Do przerwy mieliśmy 3:0 dla „GieKSy”. W 35. minucie na listę strzelczyń wpisała się Kinga Kozak. Świetnie pokazała się w kontrze katowiczanek, znalazła się w sytuacji sam na sam i pewnym strzałem pokonała bramkarkę zespołu z Sosnowca. Dominacja drużyny przyjezdnych była aż nadto widoczna. Gospodynie starały się zagrozić ze stałych fragmentów gry, ale brakowało dobrego strzału.
W drugiej połowie swoją drugą bramką, a czwartą dla katowiczanek zdobyła Kozak. Jej koleżanki odebrały piłkę w środku pola, a potem Maciążka posłała długie podanie w pole karne. Zagrała idealnie na wychodzącą na pozycję Kozak, która uderzyła po ziemi z pierwszej piłki. Zadała cios nokautujący w 60. minucie.
Sosnowiczanki chciały gonić przynajmniej za honorowym trafieniem, ale zostały całkowicie zdominowane przez rywalki. Katowiczanki z dużą łatwością wchodziły w pole karne, ale kilka razy powstrzymywała je Martyna Małysa.
W doliczonym czasie gry wynik ustaliła Aleksandra Nieciąg. Wpadła niepilnowana w „szesnastkę” przy rzucie rożnym i pewnie uderzyła głową.
Drużyna Czarnych kończyła mecz w osłabieniu. W 94. minucie drugą żółtą i ostatecznie czerwoną kartkę zobaczyła Nicole Kaletka. Po tym, jak reprezentantka Polski weszła wślizgiem w nogi rywalki od tyłu, sędzia nie miała innego wyjścia i musiała wyrzucić ją z boiska. Pierwszą żółtą Kaletka dostała za podcięcie Maciążki w 67. minucie.
Hit Orlen Ekstraligi kobiet zakończył się zasłużonym zwycięstwem katowiczanek aż 5:0. Wynik mógł być dużo wyższy, gdyby nie postawa Małysy. Przy bramkach „GieKSy” nie miała nic do powiedzenia, ale nie raz uratowała swój zespół w tym spotkaniu.
W tabeli Orlen Ekstraligi kobiet GKS Katowice prowadzi z kompletem 15 zwycięstw. Po zwycięstwie w hicie rozgrywek ma dziewięć punktów przewagi nad Czarnymi Sosnowiec i trzecią Pogonią Szczecin, która broni tytułu mistrzowskiego. 22 marca katowiczanki zagrają z zespołem ze Szczecina. Do końca sezonu pozostało siedem kolejek.
wkatowicach.pl – Nowe boisko z halą przy Bukowej w Katowicach. Zajęcia prowadzone przez cały rok!
Komisja przetargowa wybrała wykonawcę boiska treningowego wraz z halą pneumatyczną, które powstanie przy ul. Bukowej. Nowa infrastruktura umożliwi prowadzenie zajęć sportowych przez cały rok, niezależnie od pogody. Po uprawomocnieniu postępowania z wybranym wykonawcą zostanie podpisana umowa. Od tego momentu wykonawca będzie miał 14 miesięcy na opracowanie dokumentacji projektowej oraz realizację robót budowlanych. Wartość inwestycji wynosi niespełna 3,5 mln zł. Zadanie uzyskało dofinansowanie ze środków Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej.
[…] Nowe boisko do treningów będzie zlokalizowane obok istniejących już boisk treningowych przy stadionie przy ul. Bukowej 1a. Będzie wyposażone w nawierzchnię ze sztucznej trawy, system drenażu i oświetlenie zewnętrzne, a całość zostanie otoczona ogrodzeniem z piłkochwytami. Wielkość boiska to 30x62m, podczas gdy wymiary pola gry wyniosą 26x56m. Na okres jesienno-zimowy nad boiskiem będzie rozkładana specjalna hala pneumatyczna, zwana potocznie balonem, o wysokości do 9 metrów. To system trzech powłok z oplotem sieci lin stalowych, które są przytwierdzane do podłoża kotwami gruntowymi.
[…] Realizacją zadania było zainteresowanych 9 wykonawców. Spośród nich 12 marca komisja przetargowa wybrała najkorzystniejszą ofertę firmy BELLSPORT z Bytomia. Po pięciu dniach, jeśli pozostali wykonawcy nie zgłoszą odwołań, wybór się uprawomocni, a z firmą zostanie podpisana umowa na realizację zadania. Prace rozpoczną się od przygotowania dokumentacji projektowej, na co wykonawca będzie miał 5 miesięcy. Potem przyjdzie czas na roboty budowlane, które zakończą się procedurą odbiorową. Na wszystko, czyli projekt i realizację prac, firma wybrana w przetargu będzie miała łącznie 14 miesięcy.
Nowa infrastruktura zwiększy dostępność obiektów sportowych w Katowicach, umożliwiając młodym zawodnikom rozwój w profesjonalnych warunkach przez cały rok.
HOKEJ
hokej.net – Koszmar Unii w pierwszej tercji! Dublet Andersona i drugi triumf GieKSy
GKS Katowice odniósł drugie zwycięstwo w półfinale play-off. Wicemistrzowie Polski pokonali na wyjeździe Re-Plast Unię Oświęcim 4:1. Aż trzy gole strzelili w pierwszej odsłonie, a dwukrotnie sposób na Linusa Lundina znalazł Stephen Anderson.
Katowiczanie w przekroju całego meczu zaprezentowali więcej hokejowych konkretów. Byli szybsi, dokładniejsi i co najważniejsze skuteczniejsi.Z łatwością wykorzystywali potknięcia gospodarzy, a tych nie brakowało. Milowy krok w kierunku zwycięstwa uczynili już w pierwszych dwudziestu minutach, po których prowadzili 3:0. Swoje w bramce zrobił też John Murray.
Oświęcimska Hala Lodowa wypełniła się do ostatniego miejsca. Ale miejscowi kibice z pewnością nie tak wyobrażali sobie to starcie w wykonaniu ich ulubieńców. Jeśli zespół z Chemików 4 nie chce znaleźć się nad przepaścią, musi jutro zaprezentować się znacznie lepiej. Czasu jest mało.
Trener Antti Karhula tuż po rozgrzewce zmuszony był dokonać zmiany w składzie. Miejsce Sama Marklunda, narzekającego na uraz ręki zajął Adrian Prusak. 48-letni Fin zdecydował się też na trzy roszady w formacjach. W pierwszej formacji z Danielem Olssonem Trkulją i Kamilem Sadłochą zagrał Lauri Huhdanpää, a w trzecim ataku u boku Krystiana Dziubińskiego wystąpili Anton Holm i Michał Kusak.
Z kolei Jacek Płachta nie zmienił zwycięskiego składu. GieKSa zaczęła mecz dokładnie w takim zestawieniu, jak trzecią odsłonę w drugim spotkaniu półfinału. Na prawym skrzydle pierwszej formacji szalał Jean Dupuy, a Brandon Magee znalazł się w czwartym ataku.
Mistrzowie Polski przed meczem podkreślali, że na własnym lodzie muszą jeszcze lepiej zagrać w destrukcji, a w ofensywie zaprezentować wyższą skuteczność. Ich plan szybko spalił na panewce, bo w 5. minucie na prowadzenie wyszli katowiczanie.
Serię błędów w ustawieniu oświęcimian wykorzystał Stephen Anderson, który dynamicznie wjechał do oświęcimskiej tercji i pociągnął z nadgarstka. Guma odbiła się od jednego słupka, potem od drugiego i wyszła w pole. Kanadyjczyk od razu pokazywał sędziom, że krążek znalazł się w siatce, ale ci zaliczyli gola dopiero kilkadziesiąt sekund później, po analizie wideo.
Biało-niebiescy próbowali odpowiedzieć, ale uderzenie Henry’ego Karjalainena pomknęło nad poprzeczką, a strzał Kamila Sadłochy świetnie wyłapał John Murray.
De facto o losach spotkania przesądziła końcówka pierwszej odsłony, w której goście – w odstępie 31 sekund – zdobyli dwa gole. Najpierw gumę przechwycił Anderson i w sytuacji sam na sam zaskoczył Linusa Lundina uderzeniem w „piątą dziurę”. Chwilę później Jean Dupuy twardo potraktował Carla Ackereda, odebrał mu krążek i pomknął lewym skrzydłem, by wystawić jak na tacy gumę Patrykowi Wronce, który musiał tylko dopełnić formalności. Gospodarze reklamowali sędziom, że szwedzki obrońca był faulowany, ale nic nie wskórali.
Po przerwie gospodarze mocniej zabrali się do pracy, chcąc rozpocząć odrabianie strat. Nie pomogły im w tym dwa okresy gier w przewadze.
Katowiczanie podczas swojego power playu dołożyli czwartego gola. Brandon Magee dograł na prawy bulik do Santeriego Koponena, a ten huknął bez przyjęcia, nie dając żadnych szans golkiperowi mistrzów Polski.
15 sekund później mistrzowie Polski w końcu trafili do siatki. Spod linii niebieskiej kropnął Jere Vertanen, a pole widzenia Johnowi Murrayowi skutecznie ograniczył Radosław Galant.
Wielu kibiców zaczęło się w tym momencie zastanawiać, czy ich podopieczni zdołają odwrócić wynik spotkania. Ale katowiczanie dobrze się bronili i po sprawnie wyprowadzanych kontrach mogli jeszcze podwyższyć prowadzenie. Na ich drodze stanął jednak Linus Lundin.
W końcówce spotkania kibice obejrzeli kilka pojedynków pięściarsko-zapaśniczych, ale nie skutkowały one karami wyższymi.
Twardy bój i sędziowskie kontrowersje. Dublet Sadłochy i drugi triumf Unii
To był hokejowy thriller! Po twardym, zaciętym i emocjonującym meczu Re-Plast Unia Oświęcim pokonała na własnym lodzie GKS Katowice 3:2. Gola na wagę drugiego zwycięstwa w półfinałowej serii zdobył Kamil Sadłocha, który wykorzystał sytuację sam na sam z Johnem Murrayem.
Tuż po zakończeniu piątkowego spotkania wielu kibiców Unii zastanawiało się, czy zespół z Chemików 4 będzie w stanie – w tak krótkim czasie – wyczyścić głowy i poprawić swoją grę.
Debatowano też na jakie zmiany zdecyduje się trener Antti Karhula. Finalnie 48-letni Fin nie skorzystał dziś z usług Marcina Kolusza i Adriana Prusaka. Do meczowego zestawienia wrócili za to Miłosz Noworyta i Sam Marklund, a do kilku korekt doszło też w liniach ataku. W pierwszej formacji ofensywnej z Kamilem Sadłochą i Danielem Olssonem Trkulją zagrał Erik Ahopelto. Do drugiego ataku został przesunięty Lauri Huhdanpää, a w trzecim u boku Krystiana Dziubińskiego znaleźli się Sam Marklund i Anton Holm.
Jacek Płachta nie zmienił składu,a jego podopieczni przyjechali do grodu nad Sołą z zamiarem odniesienia trzeciego zwycięstwa w serii, które pozwalałoby im już we wtorek zakończyć całą rywalizację i zameldować się w finale. O takim scenariuszu oświęcimianie nie chcieli nawet słyszeć.
potkanie było bowiem wyrównane i bardzo ciasne. Ba, to był klasyczny mecz walki, pełen emocji i obfitujący w twarde starcia. Słowem – klasyka play-offowego gatunku. Szkoda jedynie, że zamiast o wyczynach hokeistów na lodzie znów głośno będzie mówić się o sędziowskich kontrowersjach.
Plan obu zespołów na ten mecz był prosty i w zasadzie można byłoby go streścić w kilku punktach. Przede wszystkim uważna gra w destrukcji i oczekiwanie na zawahanie lub błąd rywala. W przekroju całego meczu więcej z gry mieli katowiczanie i to oni stworzyli sobie więcej okazji. Lepszą skuteczność zaprezentowali za to gospodarze, napędzani głośnym dopingiem swoje publiczności.
W pierwszej odsłonie oba zespoły dwukrotnie grały w przewadze i wykorzystały po jednym takim okresie. W 8. minucie, gdy na ławce kar odpoczywał Christian Mroczkowski, Johna Murraya pokonał Jere Vertanen. Fiński obrońca przymierzył z niebieskiej w samo okienko, a katowickiemu golkiperowi pole widzenia skutecznie ograniczyli Erik Ahopelto i Lauri Huhdanpää.
GieKSa odpowiedziała cztery minuty później, a zasłużone gratulacje od swoich kolegów odebrał Marcus Kallionkieli, uderzając z przestrzeni między bulikowej po dobrym dograniu Bena Sokaya.
W drugiej odsłoniewięcej z gry mieli katowiczanie, którzy stworzyli sobie dwie znakomite okazje. Najpierw sytuacji sam na sam z Linusem Lundinem nie wykorzystał Kallionkieli, a pięć minut później krążek uderzony przez Grzegorza Pasiuta odbił się od słupka.
Niewykorzystane szanse zemściły się na gościach. W 34. minucie na indywidualną akcję zdecydował się Kamil Sadłocha, który objechał bramkę i sprytnym uderzeniem od zakrystii zaskoczył „Jaśka Murarza”. Ten gol był dla biało-niebieskich zastrzykiem zarówno nadziei, jak i pewności siebie.
Podopieczni Jacka Płachty znów rozpoczęli pogoń za wynikiem, ale urzędujący mistrzowie Polski grali ofiarnie i z poświęceniem. Ze swoich obowiązków znów dobrze wywiązywał się Lundin.
Oświęcimscy kibice ponownie wypełnili halę do ostatniego miejsca i głośnym dopingiem mobilizowali swoich podopiecznych. W 45. minucie na trybunach rozległ się jęk zawodu. Sytuacji sam na sam z Johnem Murrayem nie wykorzystał Huhdanpää. To mógł być rozstrzygający moment meczu.
Trzy minuty później doszło do kontrowersyjnej sytuacji. Henry Karjalainen został trafiony kijem w twarz przez Aleksiego Varttinena, a później zderzył się z fińskim obrońcą i z bandą. Sędziowie gry nie przerwali, a chwilę później GieKSa doprowadziła do wyrównania. Po sprawnie rozegranym kontrataku do siatki na raty trafił Dante Salituro, a oświęcimscy zawodnicy i kibice zawzięcie protestowali. Sędziowie obejrzeli tę sytuację na wideo i zaliczyli gola. Mecz rozpoczął się na nowo.
Później Sam Marklund rzucił na bandę Stephena Andersona. Po drugiej stronie lodu szwedzkiego napastnika Unii w podobny sposób zaatakował Aleksi Vartiinen i po chwili obaj zawodnicy zaciekle wymieniali ciosy. Marklund otrzymał dwie kary mniejsze: za przeszkadzanie i za ostrość, a Varttinen dwie minuty za ostrość.
Podopieczni Jacka Płachty zagrali w przewadze, ale nie zdołali jej wykorzystać. Na domiar złego – chwilę później stracili trzeciego gola. Ławkę kar opuścił Kamil Sadłocha (odsiadywał jedno z wykluczeń za Marklunda) i po podaniu Łukasza Krzemienia miał już przed sobą tylko Johna Murraya, którego zaskoczył uderzeniemz nadgarstka. Oświęcimska publiczność oszalała ze szczęścia.
Goście próbowali wrócić do gry, ale ta sztuka im się nie udała. Wpływ na to miała też kara nałożona na Johana Norberga za niesportowe zachowanie. Szwedzki defensor nie zareagował na komendy gwizdkiem wysyłane przez arbitra Krzysztofa Kozłowskiego.
W końcówce drugą sytuację sam na sam zmarnował Huhdanpää, a manewr z wycofaniem bramkarza nie przyniósł katowiczanom zamierzonego rezultatu.
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna
Górak: Gra o finał to wielka duma
Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać. Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.


Najnowsze komentarze