Piłka nożna Prasówka
Media: Komedia pomyłek pomogła w przełamaniu
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania Widzew Łódź – GKS Katowice 1:0 (0:0).
weszlo.com – Nie da się być gorszym napastnikiem niż Said Hamulić
Gdy Widzew Łódź strzela bramki, to ma przy tym sporo szczęścia. W Radomiu niechlujnie wyrzucony aut i nieudana próba wybicia piłki przerodziła się w podanie, które znalazło adresata w gąszczu nóg. Z GieKSą piłkę dziwacznie odbił bramkarz, potem skiksowali dwaj obrońcy. Tylko czy można być zaskoczonym, że wpada w sposób sprzeczny z logiką, skoro inny scenariusz oznaczałby, że trafiać musiałby Said Hamulić?
[…] Swoją drogą, jeśli mowa o tym, jak można się nagimnastykować, żeby gola nie strzelić, GieKSa może o tym powiedzieć sporo, naprawdę wiele. Sebastian Bergier od dawna nie jest już członkiem klubu zero, otworzył ekstraklasowe konto bramkowe, ale do klubu sto to się prędko nie zbliży. Raz uderzył niecelnie, innym razem tak długo się zastanawiał, że Mateusz Żyro zdążył się rozłożyć na linii strzału i zatrzymać jego próbę.
Wasielewskiemu nie wyszło umieszczenie piłki pomiędzy nogami Gikiewicza, gdy zagapił się Peter Therkildsen; Lukas Klemenz niby mierzył po słupku, ale jednak Gikiewicz zdołał to odbić; Oskar Repka nie trafił w bramkę. Tyle do przerwy, po niej dotarło do nas jeszcze parę westchnięć z sektora gości, gdy przyjezdni z Katowic oglądali, jak obok obramowania uderzał Arkadiusz Jędrych, albo jak Dawid Drachal przełożył Marka Hanouska tylko po to, żeby trafić w słupek.
Wreszcie — gdy Drachal położył dwóch gości i piłkę z linii bramkowej wybijał Lirim Kastrati. GieKSa miała więc punkty w zasięgu ręki, mogła skończyć jak Radomiak: głupio tracąc, ale cierpliwie straty odrabiając. Tym razem jednak w ten sposób się to nie skończyło i Widzew złapał chwilę ulgi w wyścigu o utrzymanie.
gol24.pl – Widzew Łódź w końcu wygrał mecz w PKO Ekstraklasie. Tymczasowy trener Patryk Czubak ograł GKS Katowice
[…] Widzew nie stworzył sobie wielu sytuacji w pierwszej połowie przy alei Piłsudskiego w Łodzi. Więcej szans zdecydowanie wykreowali sobie rywale i to GKS Katowice był bliższy pokonania Rafała Gikiewicza.
Przede wszystkim swoje okazje mieli Marcin Wasielewski oraz Lukas Klemenz. Za każdym razem zwycięsko wychodził doświadczony bramkarz, z przeszłością w kilku niemieckich klubach. Natrudzić się musiał zwłaszcza przy strzale Wasielewskiego, którego nie pokrył Therkildsen, gdy wrzucał Nowak.
Po stronie gospodarzy aktywni byli także Fran Alvarez czy Said Hamulić. Zwłaszcza Bośniak próbował, starał się szukać swojego miejsca, ale za każdym razem czegoś brakowało.
W konsekwencji nie oddał celnego strzału na bramkę Dawida Kudły. Alvarez zresztą również, a jego strzał z pierwszej połowy śmiało można było nazwać strzałem rozpaczy. Uderzenia rozpaczy nie było w drugiej połowie, kiedy na raty strzelał Jakub Sypek po godzinie gry i przesądzał o zwycięstwie. Po jego golu GieKSa starała się odpowiedzieć, a najbliżej był wprowadzony z ławki Dawid Drachal, który zabawił się z obrońcami w polu karnym.
widzewtomy.net – Widzew Łódź – GKS Katowice 1:0 (0:0)
Od pierwszego gwizdka Damiana Sylwestrzaka więcej przy piłce utrzymywali się zawodnicy beniaminka, ale ich akcje toczone były w dość wolnym tempie, więc okazji do otwarcia wyniku nie było. W 14. minucie w końcu nadeszła, a miał ją Said Hamulić. Niestety, przełamanie Bośniaka nadal nie nadeszło, bo ten zmarnował tzw. setkę, źle opanowując podanie kilka metrów przed bramką GKS! Trzy minuty później po przeciwnej stronie źle w kryciu zachował się Peter Therkildsen, a strzał głową z bliska oddał Marcin Wasielewski. Całe szczęście, że trafił w nogi Rafała Gikiewicza, bo trzeba byłoby odrabiać straty. Ponownie golkiper został zmuszony do sporego wysiłku, gdy po dośrodkowaniu z rzutu rożnego przy słupku przymierzył Lukas Klemenz.
Do głosu doszli też widzewiacy, których atak zapoczątkował dobry odbiór Hamulicia. Kończył go próbą z dystansu Fran Alvarez, uderzając obok słupka. Celnie, ale prosto w ręce Gikiewicza, zagrał natomiast zza pola karnego Sebastian Bergier. Na kolejną szansę trzeba było czekać aż do 40. minuty, gdy łodzianie ruszyli z dobrze zapowiadającą się kontrą. Therkildsen za mocno podał jednak do wybiegającego na wolne pole Alvareza i nic z tego nie wyszło.
Ostatnie fragmenty pierwszej części zawodów nie przynosiły zmiany obrazu gry, nie licząc dwóch groźniejszych natarć „Gieksy„. Oba zespoły były przyjęły mocno asekuracyjną taktykę, nie pozwalając rywalom na zbyt wiele, co sprawiło, że w przerwie kibice mieli prawo narzekać na poziom bezbramkowego dotąd pojedynku.
Drugą odsłonę Widzew rozpoczął z jedną nową twarzą – nieskutecznego Hamulicia zastąpił Bartłomiej Pawłowski. Bardziej niebezpieczny zaraz po zmianie stron był jednak przeciwnik, lecz nie zdołał tego wykorzystać Borja Galan, nieczysto trafiając w piłkę. W odpowiedzi świetną okazję do otwarcia rezultatu miał Juljan Shehu. Świeżo powołany do reprezentacji Albanii pomocnik strzelił lewą nogą na tyle mało konkretnie, że Dawid Kudła zdążył z interwencją na linii bramkowej. Zawody zdecydowanie się ożywiły, niewiele pomylili się Arkadiusz Jędrych, trafiają w boczną siatkę, a po chwili Kudła nie dał się pokonać szarżującemu Jakubowi Sypkowi. Pierwsze minuty drugiej połowy przyniosły więcej emocji niż cała pierwsza część sobotniego meczu!
Później tempo spotkania znów lekko spadło, ale po godzinie gry tętno zostało znacznie podniesione za sprawą gola dla piłkarzy Czubaka. Dobre podanie otrzymał Sypek, pierwsza jego próba została nieco niezdarnie zatrzymana przez Kudłę, ale skrzydłowy RTS dostał drugą szansę, gdy futbolówka odbiła się od Alana Czerwińskiego. Tej już nie zmarnował i „Serce Łodzi” mogło wybuchnąć eksplozją radości! Tuż po tym zdarzeniu nastąpiła druga zmiana u łodzian – na murawie pojawił się inny rekonwalescent, Lirim Kastrati. W 65. minucie smak trafienia chciał przypomnieć sobie Pawłowski, ale jego wolej był nieco chybiony.
Kolejne fragmenty spotkania to mądre przenoszenie ciężary gry na połowię GKS, przez co Gikiewicz nie był specjalnie zapracowany, a przewaga na tablicy wyników znajdowała się pod wyraźną kontrolą. Warto jednak wspomnieć, że boisko musiał opuścić z grymasem na twarzy bohater Sypek, a jego miejsce zajął Fabio Nunes. Świetny nastrój mógł łódzkim trybunom zabrać inny rezerwowy – Dawid Drachal. Najpierw wypożyczony z Rakowa Częstochowa młodzieżowiec pokusił się o solową akcję, kończąc ją trafieniem w słupek, a po chwili zabrakło mu decyzji o strzale w odpowiednim momencie. Niezłą okazję z rzutu wolnego zmarnował z kolei Alan Czerwiński. Po tym ataku nastąpiły ostatnie korekty personalne u gospodarzy – do gry weszli Szymon Czyż oraz Huber Sobol.
W ostatnich pięciu podstawowych minutach drużyna z Katowic szukała możliwości do wyrównania, mnożyły się stałe fragmenty gry, dośrodkowania w pole karne, czy rozpaczliwe strzały, ale te starania nie przynosiły efektu. Sylwestrzak postanowił doliczyć trzy dodatkowe minuty. W tym okresie nadal trzeba było drżeć o końcowy rezultat, ale wraz z ostatnim gwizdkiem można było odetchnąć z ulgą.
dziennikzachodni.pl –Katowiczan wspierał w Łodzi tłum fanów. Pierwsze zwycięstwo tymczasowego trenera
[…] Piłkarze GKS Katowice wrócili bez punktów z Łodzi przegrywając z pogrążonym w kryzysie Widzewem. Łodzianie odnieśli pierwsze zwycięstwo w tym roku i zapisano je na konto tymczasowego szkoleniowca Patryka Czubaka, który zastąpił odsuniętego od prowadzenia drużyny trenera Daniela Myśliwca.
Łodzianie wiosną strzelają gole tylko w pierwszym kwadransie gry i w sobotni wieczór również byli tego bliscy. Po dośrodkowaniu Jakuba Sypka piłka trafiła do stojącego 6 m od bramki Saida Hamulicia, ale Bośniak nie zdołał oddać strzału.
GKS odpowiedział groźnymi uderzeniami głową Marcina Wasielewskiego i Lukasa Klemenza. W obu przypadkach świetnymi dośrodkowaniami popisał się Bartosz Nowak, ale Rafał Gikiewicz był na posterunku. Później przewagę optyczną miał Widzew, ale niewiele z niej wynikało i gospodarze do przerwy nie oddali ani jednego celnego strzału.
Tuż przed przerwą świetną okazję na objęcie prowadzenia miał Sebastian Bergier. Najlepszy napastnik katowiczan nie spodziewał się jednak, że piłka trafi do niego po płaskiej centrze Adriana Błąda i zwlekał z oddaniem strzału, a gdy już zdołał uderzyć to został zablokowany. Już w doliczonym czasie gry po dośrodkowaniu z rogu główkował jeszcze Oskar Repka i minimalnie chybił celu.
Zaraz po zmianie stron łodzianie w końcu zmusili Dawida Kudlę do wysiłku. Po podaniu Ljubomira Tupty sam przed bramkarzem GKS był Juljan Shehu, ale ten obronił strzał Albańczyka. Kilka minu później poradził sobie również z uderzeniem Sypka. Katowiczanie nie zamierzali być dłużni gospodarzom i Arkadiusz Jędrych zamykający akcję przyjezdnych uderzył piłkę głową w zewnętrzną część słupka.
Po godzinie gry łodzianie objęli prowadzenie po całej serii błędów gości. Po strzale Sypka nie popisał się Kudła odbijając piłkę przed siebie, a obrońcy nie potrafili jej wybić. Futbolówka znów trafiła więc pod nogi pomocnika Widzewa, a ten z bliska zdobył swojego piątego gola w tym sezonie w PKO Ekstraklasie.
GKS starał się odrobić straty, ale wprowadzony w II połowie na boisko Dawid Drachal trafił w słupek, a po kolejnym strzale wypożyczonego z Rakowa młodzieżowca piłkę sprzed linii bramkowej wybił Lirim Kastrati. Później z rzutu wolnego z 17 m strzelał jeszcze Alan Czerwiński, lecz piłka poszybowała tuż nad poprzeczką i katowiczanie doznali 11. ligowej porażki w tym sezonie.
sportowefakty.wp.pl – Wielka ulga w Widzewie Łódź. Komedia pomyłek pomogła w przełamaniu
[…] W rundzie wiosennej lepiej wiodło się zespołowi z Górnego Śląska. Widzew miał problem z punktowaniem, co doprowadziło już między innymi do rozstania w trenerem Danielem Myśliwcem.
W 13. minucie Widzew pokazał po raz pierwszy, jak mocno potrzebuje przełamania. Po dośrodkowaniu z prawego skrzydła powinien strzelić Said Hamulic. Powinien, ale nie strzelił. Piłka uciekła mu, a następnie interweniowali Marcin Wasielewski oraz Dawid Kudła. Wasielewski niebawem pokazał się również po drugiej stronie boiska i główkował w Rafała Gikiewicza po wrzutce Bartosza Nowaka.
Gikiewicz miał coraz więcej zadań, a GKS stwarzał sytuacje podbramkowe po wrzutkach Bartosza Nowaka. Kolejne, z rzutu rożnego, spadło na głowie Lukasa Klemenza, ale również on nie zaskoczył byłego kadrowicza Adama Nawałki.
Na stadionie zrobiło się nerwowo, kiedy katowiczanie nie usłyszeli lub zignorowali gwizdek Damiana Sylwestrzaka po upadku Jakuba Sypka. Akcja Sebastiana Bergiera została przerwana odepchnięciem Mateusza Żyry, a kibice nie przebierali w słowach.
Niebawem był jeszcze brzydki faul Lubomira Tupty na Alanie Czerwińskim. I tylko szkoda, że w tych złośliwościach zabrakło czasu na przeprowadzenie ciekawego ataku. Końcówka pierwszej połowy meczu była nieatrakcyjna i warte odnotowania było tylko uderzenie Sebastiana Bergiera, które było niecelne.
Druga połowa była już bez Saida Hamulicia, którego zmiennikiem był Bartłomiej Pawłowski. Wzmocniony byłym zawodnikiem Malagi zespół miał szansę na gola w 48. minucie. Juljan Shehu nie pokonał Dawida Kudły z doskonałej pozycji po akcji Lubomira Tupty i Frana Alvareza. Niebawem było jeszcze jedno celne uderzenie, ale Dawid Kudła był do czasu niepokonany.
Aż w 60. minucie przebudzeni po przerwie Widzewiacy zdobyli prowadzenie 1:0. Mocno pomógł im w tym Dawid Kudła, którego tym razem nie można było pochwalić. Nie popisali się również niezdarni Arkadiusz Jędrych i Alan Czerwiński. Tych prezentów było już zdecydowanie za dużo i Jakub Sypek dobił własne uderzenie prosto do siatki.
GKS potrzebował dużo czasu, żeby pozbierać się po golu Jakuba Sypka. Dopiero w 78. minucie odpowiedział groźnym strzałem Dawida Drachala. Zmiennik trafił nim w słupek. Była to najlepsza szansa na wyrównanie katowiczan, którzy zagrali miernie w drugiej połowie i ponieśli porażkę w sercu Łodzi.
Felietony Piłka nożna
Betonowy Urban
Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.
Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.
Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?
Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?
Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.
Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.
Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.
I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.
W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.
Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.
Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.
Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.
Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.
Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.
Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.
Grosika powołał kuźwa jego mać…
Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.
A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.
A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:
„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
…
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Jagi i Cracovii
Miniony tydzień był dla naszej redakcji bardzo pracowity. Dwa wyjazdowe mecze w ciągu kilku dni to operacja logistyczna i organizacyjna. Myślę jednak, że podołaliśmy. Wszystko w imię GieKSy. Zapraszamy do zobaczenia wyjazdów do Białegostoku i Krakowa okiem redakcji. A teraz mamy dwa tygodnie przerwy od piłki i czekamy na Wisłę Płock. Niech teraz koledzy z sekcji hokejowej przejmują pałeczkę, bo przed GieKSą bardzo ważne wyzwanie.
1. Białystok przekładany był dwa razy. Za trzecim w końcu mecz doszedł do skutku, ale wiadomo – że był to środek tygodnia, wtorek godzina dziewiętnasta. W związku z tym z redakcji pojechaliśmy we dwójkę: ja i Misiek, ale w samochodzie jechało nas pięciu.
2. Wyjazd z Katowic był gdzieś po dziesiątej. Ładna pogoda, to i droga mijała szybko. Na ten jeden z najdalszych wyjazdów w sezonie.
3. Po kilku godzinach byliśmy na Podlasiu. Czas mieliśmy tak dobry, jak chyba nigdy wcześniej, bo było nieco po piętnastej. Postanowiliśmy więc skierować swoje kroki do Gospody Podlaskiej, znanej nam z poprzedniego sezonu, a mi jeszcze dodatkowo z wyjazdu na ten niedoszły mecz w listopadzie.
4. Miejscówka godna polecenia – na samym Rynku. Zaparkowaliśmy jakimś cudem praktycznie tuż pod tym lokalem. Wówczas byliśmy w niedzielę, więc były tłumy. Teraz – w środku tygodnia o piętnastej – niemal pustki.
5. No to wzięliśmy się za solidne jedzenie. Ja zamówiłem rosół z pielmieni, mielone na patyku i kartacza, Patryk mega xxl schaboszczaka, a reszta ekipy placki. Było to solidne jadło przed meczem.
6. W samej knajpie sporo było ciekawych elementów, jak ta stara przymocowywana maszynka do mielenia czy… czerwona gitara. Czy obrazek z Samych Swoich. W sympatycznej atmosferze oczekiwaliśmy spotkania.
7. Nadal mając jeszcze dużo czasu zrobiliśmy spacer po rynku. Weszliśmy do wielkiego kościoła – w zasadzie Bazyliki Mniejszej WNP. Imponujący obiekt. Można było się na chwilę wyciszyć przed nadchodzącym zgiełkiem.
8. Napis Białystok na kółkach, przesuwany jest. Pamiętam, że w listopadzie był w innym miejscu, teraz bliżej stricte Rynku. Rekwizyt popularny do robienia sobie przy nim zdjęć. O ile to można nazwać rekwizytem.
9. Wróciliśmy do samochodu i czas było zbierać się na stadion. Oczywiście – jak często to ostatnio bywa – na drodze widzieliśmy autobus z drużyną. Śmiesznie wyszło, bo robiłem zdjęcie jakiegoś grafa i coś zielonego mi przed nosem przejechało i przeszkodziło.
10. Wkrótce byliśmy pod stadionem. Przejechaliśmy skręt, więc musieliśmy go objechać, ale zaprowadziło nas to prosto do bramy wjazdowej, którą dobrze pamiętaliśmy w lutego i listopada poprzedniego roku. Samochód zostawiliśmy na parkingu i poszliśmy odebrać akredytacje.
11. Udaliśmy się na stadion, gdzie na wejściu przeszukuje się także dziennikarzy (rzadkość). I można było pobuszować po stadionie. Poszliśmy do stanowiska z klubowymi gadżetami, jednego, a później drugiego na VIP-ach. Do meczu pozostawało jeszcze sporo czasu, więc trybuny świeciły pustkami. A cały dzień był słoneczny, więc i temperatura była przystępna.
12. Potem przyszedł czas na herbatkę w sali konferencyjnej. Komentatorzy Canal Plus – Gabriel Rogaczewski i Tomasz Wieszczycki dywagowali, jak będzie wyglądać to spotkanie i wietrzyli – zgodnie z logiką ekstraklasy – przełamanie Jagiellonii.
13. Udaliśmy się na prasówkę, na dobrze nam znane miejsca. Stanowisko prasowe przyjemne, bez rewelacji, ale wystarczające. Jest dziurka na kable, solidny blat i… niepotrzebna szybka między blatami konkretnych stanowisk. W zamierzeniu służy oddzieleniu dziennikarzy, żeby mieli większy komfort. W praktyce – jest to utrudnienie w obserwacji meczu, bo głowa odruchowo tę szybę chce ominąć, patrząc na boisko. A widoczność? Bez zarzutu.
14. Przed meczem odbyła się uroczystość wręczenia trenerowi Siemieńcowi tablicy upamiętniającej jego 100 meczów w Jagiellonii. Kibice w Białymstoku go kochają. Skandują jego nazwisko często, skandowali i teraz. Trudno się dziwić.
15. Wkrótce rozpoczął się mecz. Gospodarze szybko objęli prowadzenie w sytuacji, w której nikt się tego nie spodziewał. Piłkarze o nazwisku Pozo mieli swój moment, dzień wcześniej Jose z Pogoni trafił dwa razy, teraz Alex tak odbił piłkę głową, że ta ku zaskoczeniu wszystkich wpadła do siatki.
16. Drugi raz pokonała nas legenda Jagi Taras Romanczuk. Piłkarz wiosną zeszłego roku strzelił zwycięskiego gola, teraz trafił do szatni, dając swojej drużynie prowadzenie 2:0.
17. Kibice Jagi bardzo głośno dopingowali, Katowiczanie na sektorze gości też odgryzali się, mimo, że byli w liczbie niemal czterokrotnie niższej niż w listopadzie na niedoszłym meczu.
18. Humor w przerwie był kiepski. Na szczęście można go było sobie poprawić na VIP-ach, gdzie było pyszne jedzonko. W sumie to można było tam zostać, ale zaraz była druga połowa. Co ciekawe, miejsce to miało klimat, jak dyskoteka, taka była gra świateł. Ciekawa opcja.
19. W drugiej połowie GKS dążył do zdobycia bramki. Gra wyglądała dużo lepiej. W końcu Erik Jirka trafił do siatki notując swoje pierwsze trafienie w barwach GieKSy. Na wyrównanie niestety nie starczyło czasu.
20. GieKSa przegrała drugi mecz w Białymstoku i na razie to się układa tak, że u siebie GieKSa wygrywa – dwa razy, a na Podlasiu triumfuje Jaga. W tym sezonie czeka nas jeszcze mecz ligowy na Nowej Bukowej. Chcielibyśmy, by ta passa była podtrzymana.
21. Po meczu tradycyjna nagrywka i trzeba się było zbierać na konferencje prasową. Dziennikarze Jagiellonii wniebowzięci, cieszyli się. A my ze skwaszonymi minami robiliśmy swoje materiały, galerie itp.
22. Trener Górak starał się wyciągnąć pozytywy i była nimi dla niego ta druga połowa. Fakt, Katowiczanie nie załamali się dwubramkową stratą, tylko grali swoje i częściowo udało im się je odrobić.
23. Za to Adrian Siemieniec na moje pytanie o Puchar Polski zażartował, że teraz to oni są drudzy, skoro z nami przegrali. Nie tak szybko – Jaga będzie druga, jak GieKSa zdobędzie Puchar Polski. O tym wszyscy marzymy, a finalista pucharu przecież kiedyś w Europie występował, później zmieniono ten przepis.
24. Zostaliśmy jeszcze chwilę na sali i trzeba się było zbierać w długą podróż do Katowic. My tego wieczoru byliśmy niepocieszeni, ale co mieli powiedzieć kibice Bodo Glimt, którzy zaszli tak niesamowicie daleko w Lidze Mistrzów i w rewanżu ze Sportingiem roztrwonili trzybramkową przewagę z pierwszego meczu przegrywając 0:5.
25. Droga powrotna zajęła nam około pięć godzin. Myślałem, że będzie się dłużyć, tymczasem jakoś to przeleciało. W Katowicach byliśmy gdzieś przed czwartą. Trzeba było szybko iść spać, bo wkrótce miał nastać nowy dzień. A już w sobotę czekał nas mecz z Cracovią.
—-
26. Do Krakowa wybraliśmy się już w mocniejszym składzie, bo aż 5-osobowym. To znaczy 4 osoby z Katowic plus Marcin, który dotarł na własną rękę. Dzięki temu mogliście obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania.
27. Dobrze, że po Białymstoku kolejny wyjazd był tak niedaleki. Można było i się wyspać, i potem w miarę wcześnie wrócić. Wyjeżdżaliśmy więc 11-12 zbierając osoby po drodze i ruszyliśmy do Małopolski. Oprócz wspomnianego Marcina pojechaliśmy w składzie: Werka, Flifen, Misiek i moja skromna osoba.
28. Pogoda była piękna, wiosenna. W samochodzie było co prawda nagrzane, natomiast na zewnątrz trochę chłodek był. Dawał się on potem we znaki – głównie w postaci wiatru – zarówno osobom na murawie, jak i nam – na koronie stadionu.
29. Droga przebiegła szybko i sprawnie. Godzinka i byliśmy w Krakowie. Zastanawialiśmy się, jak to będzie z tą całą „strefą czystego transportu”. Ale załatwiliśmy niezbędne pozwolenia i mogliśmy do centrum Krakowa wjechać.
30. Natrudziliśmy się, jeżeli chodzi o wjazd na obiekt. Nie wpuszczono nas na parking, mimo że w poprzednim sezonie zarówno na mecz z Cracovią, jak i Puszczą to miejsce parkingowe było dostępne. No nic, zaparkowaliśmy pod stadionem.
31. Potem zaczęła się jednak trochę farsa. Pierwsza rzecz – akredytacje. W poprzednim sezonie odbierało się je w jednej z budek/kas od strony ulicy Kałuży. I rzeczywiście, był napis akredytacje. Tyle, że pani powiedziała, że to są jakieś inne akredytacje. Cokolwiek to znaczy. A my mamy się kierować na drugą stronę stadionu – od ulicy Kraszewskiego.
32. Zaczęliśmy więc obchodzić stadion, przy czym rozdzieliliśmy się – Misiek i Werka poszli, a mnie z Flifenem zatrzymała kiełbasa. Mieliśmy ją w planie, ale skoro już przechodziliśmy obok grilla, stwierdziliśmy, że skonsumujemy ją teraz, żeby potem nie tracić czasu.
33. Kiełbaska solidna. Mogłaby być nieco bardziej przypieczona, ale była smaczna. Więc godnie. W atmosferze wiosennej, ładnej pogody i zbliżającego się meczu wuszcik zawsze na propsie.
34. Wracając do wspomnianej farsy. Zaczęliśmy ten stadion faktycznie obchodzić. To co się działo na ulicy Focha, czyli tej najgłówniejszej przy stadionie, wołało o pomstę do nieba. Najpierw przejeżdżały autokary, ale chyba opróżnione już z kibiców GieKSy. I policjant nie pozwolił przejść WZDŁUŻ stadionu. Tu był kordon. Potem drugi nie pozwalał przejść na drugą stronę ulicy. Musieliśmy czekać. Najlepsze jest to, że między jednym, a drugim kordonem na dwóch końcach tej krawędzi stadionu, normalnie chodzili sobie kibice.
35. W końcu przeszliśmy na drugą stronę, ale chcieliśmy też zahaczyć o sklep klubowy. Policjant znów nie pozwalał przejść, ale nagle ludzie zaczęli przechodzić i tyle.
36. Absurdalne jest to, że blokowali całościowo to miejsce, podczas gdy kompletnie nic się tam nie działo i nie było zagrożenia. Co oni wymyślili – nie wiem.
37. W sklepiku klubowym zakupiłem proporzec, to taka tradycja powoli. Warto mieć swoje prywatne muzeum. Jakiś gościu długo stał przy kasie, bo wysyłał kartkę do kogoś na świecie. Ciekawa i miła opcja.
38. W końcu dotarliśmy za siódme góry i siódme rzeki na ten drugi koniec stadionu. Była tam budka i akredytacje odebraliśmy. Skierowaliśmy się do bramy technicznej stadionu i weszliśmy na obiekt. Ufff.
39. Ostatecznie znów byliśmy bardzo długo przed meczem, więc te wszystkie perypetie nie spowodowały jakiegoś uszczerbku na naszym czasie i standardowych przygotowaniach do spotkania. Tyle dobrze.
40. Nieoczekiwanie weszliśmy bezpośrednio na salę konferencyjną. Przyznam, że jedną z lepszych. A już znakomite wrażenie robi ściana z proporczykami rywali Cracovii. Wygląda to po prostu przepięknie. To, jak udekorowane są niektóre sale konferencyjne, to mistrzostwo. Ogólnie – dużo stolików i siedzeń. Czysto, Schludnie. Bardzo przyjemnie.
41. Miejsce z powiedzmy cateringiem już nie przystaje do tej sali… To znowu jest jakieś brzydkie i miałkie. Dodatkowo herbata jest już gotowa w tych warnikach, a nie po prostu gorąca woda i że samemu można sobie zrobić herbkę. Dodam, że w przerwie podobno były jakieś kanapki, ale dziennikarze jak hieny rzucają się na nie zazwyczaj tak szybko, że jak ja przychodzę, to już nic nie ma.
42. Z naszej winy nie umieliśmy dostać się do miejsca, gdzie wchodzi się na media. Wchodziliśmy wszędzie, na jakieś vipy, do mixed zony. Próbowaliśmy bowiem przejść wnętrzem stadionu, a to było zgubne.
43. W końcu dotarliśmy do drzwi wejściowych i windą wjechaliśmy na górę. Później pokonywałem ten trakt kilkukrotnie, m.in. wybierając się znów poza stadion po nachosy, bo tej kiełby było nam za mało.
44. W końcu znaleźliśmy się na prasówce. Byłem tu w tym 2013 roku, kiedy GieKSa w przenikliwym zimnie (podobno) grała i przegrała. Rok temu nie dane mi było być świadkiem spektakularnej wygranej 4:3, jak i 6:0 z Puszczą. Miałem okazję natomiast oglądać poczynania Cracovii i Lecha.
45. I co mogę powiedzieć… Prasówka ta jest doskonała. Widok – fenomenalny. Blaty, kapitalne. Jest prąd, jest internet. Wszystko, co potrzeba, by w komforcie relacjonować mecz. Nie ma co gadać, być może jest to najlepsza prasówka w Polsce. Jak i cały stadion – trzeba przyznać – jest doskonały.
46. Jeszcze przed meczem przeszedłem się górą, żeby obadać, czy czegoś ciekawego tam nie ma. Przyznam, że jak spojrzałem jak ultrałatwo jest dostać się na dach, to nie dziwię się, że kibice Widzewa to wykorzystali. Oczywiście oni mieli nieco trudniejszy dostęp, bo trybuna z sektorem gości jest wyższa. Ale wyszło bardzo ciekawie. Jakkolwiek sam nie jestem zwolennikiem akcji chuligańskich, to cała ta sytuacja była naprawdę oryginalna i zabawna.
47. Nie pozostawało nic, jak czekać na mecz. Kibice gości powoli zapełniali sektor, wkrótce zaczęli się też schodzić gospodarze. Czekało nas – mieliśmy nadzieję – ciekawe piłkarskie widowisko.
48. GieKSa dominowała w pierwszej połowie, ale nie umiała tego udokumentować bramką. Cracovia natomiast kompletnie nie zagroziła bramce Strączka.
49. Dodam tylko, że sporo się mówiło o podyktowanym karnym dla krakowian, w wyniku ręki Klemenza. Ogólnie jednak nie było to podnoszone jako jakiś wielki skandal. Lukas tę rękę wystawił i sędzia miał argumenty.
50. Brak czerwonej kartki dla Klicha na początku meczu to jednak duża pomyłka sędziego. Alfa i omega polskiego sędziowania, czyli Adam Lyczmański, orzekł, że powinna być czerwień.
51. Kibice obu drużyn głośno dopingowali. Ze strony kibiców Cracovii padały stwierdzenia, że GieKSa była jedną z najgłośniejszych ekip, jakie w ostatnich latach zawitały na Kałuży.
52. Mecz był ostatecznie totalnym paździerzem, ale GieKSa powinna go wygrać. Niestety nie była zbyt zdecydowana w ofensywie, a Cracovia wykorzystała jeden błąd i strzeliła bramkę.
53. Wierzyliśmy do końca, że wynik meczu ulegnie zmianie, ale niestety. Przegraliśmy to spotkanie i jak niepyszni opuszczaliśmy prasówkę udając się na konferencję.
54. Pamiętam czasy z pierwszej czy drugiej ligi, kiedy trener Górak był po niektórych meczach mocno zdenerwowany. W ekstraklasie sobie takiej sytuacji nie przypominam. Widać po mowie ciała i postawie szkoleniowca, kiedy jest wybitnie wk..iony, a jednocześnie stara się to opanować. W trakcie konferencji gdy był zobowiązany odpowiadać na pytania, musiał robić dobrą minę do złej gry i włączać trochę dyplomacji, więc ten odczuwalny w atmosferze poziom napięcia nieco spadł.
55. Luka Elsner coraz lepiej mówi po polsku. Po konferencji zażartował sobie do dziennikarzy Cracovii: „To może na piwko?”. Ogólnie sympatyczny człowiek, choć ostatnio też mu nerwy puściły, gdy chciał odchodzić z Cracovii.
56. Oczywiście dziennikarze Cracovii szczęśliwi i z ulgą. Były śmiechy i śpiewki pod nosem. Ale też dało się wyczuć trochę sarkazmu w zdaniach, że teraz idą na puchary. Tutaj nie było widać typowo widzewskiej napinki.
57. Wszystkim się spieszyło, więc mieliśmy plan zaraz po konfie zbierać się do domu i w aucie robić materiały. Stracił się jednak gdzieś Flifen, więc udało nam się je dokończyć na sali.
58. Wynikła z tego przedziwna sytuacja, bo Flifen niby czekał na wywiad, a my mieliśmy informację, że autokar z piłkarzami już wyjeżdża nie tylko ze stadionu, ale i z Krakowa. Zastanawialiśmy się, czy Filip podczas wywiadu po prostu nie zauważył, że wszedł z piłkarzami do środka i odjechał w siną dal. Dodatkowo nie było z nim kontaktu.
59. Postanowiliśmy się zebrać i ruszyć do auta. Okazało się, że wywiad jest w toku. Jak to możliwe? Ano Mateusz Wdowiak został w Krakowie i to jego złapał nasz reporter. Dlatego tak śmiesznie wyszło.
60. Ruszyliśmy niepocieszeni do Katowic. Tyle dobrze, że po takim meczu nie czekała nas długa podróż powrotna. W Katowicach byliśmy około 19:30.
61. Teraz przerwa reprezentacyjna. Trzymamy kciuki za awans reprezentacji Polski do Mistrzostw Świata. Wygrać z Albanią, pokonać Shehu, a potem finał. Do boju Polska!
62. A za dwa tygodnie gramy z Wisłą Płock. I jak teraz mieliśmy trochę oddechu, to pojedynek z piłkarzami Mariusza Misiury będzie znów mega ważnym starciem.





































































Najnowsze komentarze