Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media: Komedia pomyłek pomogła w przełamaniu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania Widzew Łódź – GKS Katowice 1:0 (0:0).

 

weszlo.com – Nie da się być gorszym napastnikiem niż Said Hamulić

Gdy Widzew Łódź strzela bramki, to ma przy tym sporo szczęścia. W Radomiu niechlujnie wyrzucony aut i nieudana próba wybicia piłki przerodziła się w podanie, które znalazło adresata w gąszczu nóg. Z GieKSą piłkę dziwacznie odbił bramkarz, potem skiksowali dwaj obrońcy. Tylko czy można być zaskoczonym, że wpada w sposób sprzeczny z logiką, skoro inny scenariusz oznaczałby, że trafiać musiałby Said Hamulić?

[…] Swoją drogą, jeśli mowa o tym, jak można się nagimnastykować, żeby gola nie strzelić, GieKSa może o tym powiedzieć sporo, naprawdę wiele. Sebastian Bergier od dawna nie jest już członkiem klubu zero, otworzył ekstraklasowe konto bramkowe, ale do klubu sto to się prędko nie zbliży. Raz uderzył niecelnie, innym razem tak długo się zastanawiał, że Mateusz Żyro zdążył się rozłożyć na linii strzału i zatrzymać jego próbę.

Wasielewskiemu nie wyszło umieszczenie piłki pomiędzy nogami Gikiewicza, gdy zagapił się Peter Therkildsen; Lukas Klemenz niby mierzył po słupku, ale jednak Gikiewicz zdołał to odbić; Oskar Repka nie trafił w bramkę. Tyle do przerwy, po niej dotarło do nas jeszcze parę westchnięć z sektora gości, gdy przyjezdni z Katowic oglądali, jak obok obramowania uderzał Arkadiusz Jędrych, albo jak Dawid Drachal przełożył Marka Hanouska tylko po to, żeby trafić w słupek.

Wreszcie — gdy Drachal położył dwóch gości i piłkę z linii bramkowej wybijał Lirim Kastrati. GieKSa miała więc punkty w zasięgu ręki, mogła skończyć jak Radomiak: głupio tracąc, ale cierpliwie straty odrabiając. Tym razem jednak w ten sposób się to nie skończyło i Widzew złapał chwilę ulgi w wyścigu o utrzymanie.

 

gol24.pl – Widzew Łódź w końcu wygrał mecz w PKO Ekstraklasie. Tymczasowy trener Patryk Czubak ograł GKS Katowice

[…] Widzew nie stworzył sobie wielu sytuacji w pierwszej połowie przy alei Piłsudskiego w Łodzi. Więcej szans zdecydowanie wykreowali sobie rywale i to GKS Katowice był bliższy pokonania Rafała Gikiewicza.

Przede wszystkim swoje okazje mieli Marcin Wasielewski oraz Lukas Klemenz. Za każdym razem zwycięsko wychodził doświadczony bramkarz, z przeszłością w kilku niemieckich klubach. Natrudzić się musiał zwłaszcza przy strzale Wasielewskiego, którego nie pokrył Therkildsen, gdy wrzucał Nowak.

Po stronie gospodarzy aktywni byli także Fran Alvarez czy Said Hamulić. Zwłaszcza Bośniak próbował, starał się szukać swojego miejsca, ale za każdym razem czegoś brakowało.

W konsekwencji nie oddał celnego strzału na bramkę Dawida Kudły. Alvarez zresztą również, a jego strzał z pierwszej połowy śmiało można było nazwać strzałem rozpaczy. Uderzenia rozpaczy nie było w drugiej połowie, kiedy na raty strzelał Jakub Sypek po godzinie gry i przesądzał o zwycięstwie. Po jego golu GieKSa starała się odpowiedzieć, a najbliżej był wprowadzony z ławki Dawid Drachal, który zabawił się z obrońcami w polu karnym.

 

widzewtomy.net – Widzew Łódź – GKS Katowice 1:0 (0:0)

Od pierwszego gwizdka Damiana Sylwestrzaka więcej przy piłce utrzymywali się zawodnicy beniaminka, ale ich akcje toczone były w dość wolnym tempie, więc okazji do otwarcia wyniku nie było. W 14. minucie w końcu nadeszła, a miał ją Said Hamulić. Niestety, przełamanie Bośniaka nadal nie nadeszło, bo ten zmarnował tzw. setkę, źle opanowując podanie kilka metrów przed bramką GKS! Trzy minuty później po przeciwnej stronie źle w kryciu zachował się Peter Therkildsen, a strzał głową z bliska oddał Marcin Wasielewski. Całe szczęście, że trafił w nogi Rafała Gikiewicza, bo trzeba byłoby odrabiać straty. Ponownie golkiper został zmuszony do sporego wysiłku, gdy po dośrodkowaniu z rzutu rożnego przy słupku przymierzył Lukas Klemenz.

Do głosu doszli też widzewiacy, których atak zapoczątkował dobry odbiór Hamulicia. Kończył go próbą z dystansu Fran Alvarez, uderzając obok słupka. Celnie, ale prosto w ręce Gikiewicza, zagrał natomiast zza pola karnego Sebastian Bergier. Na kolejną szansę trzeba było czekać aż do 40. minuty, gdy łodzianie ruszyli z dobrze zapowiadającą się kontrą. Therkildsen za mocno podał jednak do wybiegającego na wolne pole Alvareza i nic z tego nie wyszło.

Ostatnie fragmenty pierwszej części zawodów nie przynosiły zmiany obrazu gry, nie licząc dwóch groźniejszych natarć „Gieksy„. Oba zespoły były przyjęły mocno asekuracyjną taktykę, nie pozwalając rywalom na zbyt wiele, co sprawiło, że w przerwie kibice mieli prawo narzekać na poziom bezbramkowego dotąd pojedynku.

Drugą odsłonę Widzew rozpoczął z jedną nową twarzą – nieskutecznego Hamulicia zastąpił Bartłomiej Pawłowski. Bardziej niebezpieczny zaraz po zmianie stron był jednak przeciwnik, lecz nie zdołał tego wykorzystać Borja Galan, nieczysto trafiając w piłkę. W odpowiedzi świetną okazję do otwarcia rezultatu miał Juljan Shehu. Świeżo powołany do reprezentacji Albanii pomocnik strzelił lewą nogą na tyle mało konkretnie, że Dawid Kudła zdążył z interwencją na linii bramkowej. Zawody zdecydowanie się ożywiły, niewiele pomylili się Arkadiusz Jędrych, trafiają w boczną siatkę, a po chwili Kudła nie dał się pokonać szarżującemu Jakubowi Sypkowi. Pierwsze minuty drugiej połowy przyniosły więcej emocji niż cała pierwsza część sobotniego meczu!

Później tempo spotkania znów lekko spadło, ale po godzinie gry tętno zostało znacznie podniesione za sprawą gola dla piłkarzy Czubaka. Dobre podanie otrzymał Sypek, pierwsza jego próba została nieco niezdarnie zatrzymana przez Kudłę, ale skrzydłowy RTS dostał drugą szansę, gdy futbolówka odbiła się od Alana Czerwińskiego. Tej już nie zmarnował i „Serce Łodzi” mogło wybuchnąć eksplozją radości! Tuż po tym zdarzeniu nastąpiła druga zmiana u łodzian – na murawie pojawił się inny rekonwalescent, Lirim Kastrati. W 65. minucie smak trafienia chciał przypomnieć sobie Pawłowski, ale jego wolej był nieco chybiony.

Kolejne fragmenty spotkania to mądre przenoszenie ciężary gry na połowię GKS, przez co Gikiewicz nie był specjalnie zapracowany, a przewaga na tablicy wyników znajdowała się pod wyraźną kontrolą. Warto jednak wspomnieć, że boisko musiał opuścić z grymasem na twarzy bohater Sypek, a jego miejsce zajął Fabio Nunes. Świetny nastrój mógł łódzkim trybunom zabrać inny rezerwowy – Dawid Drachal. Najpierw wypożyczony z Rakowa Częstochowa młodzieżowiec pokusił się o solową akcję, kończąc ją trafieniem w słupek, a po chwili zabrakło mu decyzji o strzale w odpowiednim momencie. Niezłą okazję z rzutu wolnego zmarnował z kolei Alan Czerwiński. Po tym ataku nastąpiły ostatnie korekty personalne u gospodarzy – do gry weszli Szymon Czyż oraz Huber Sobol.

W ostatnich pięciu podstawowych minutach drużyna z Katowic szukała możliwości do wyrównania, mnożyły się stałe fragmenty gry, dośrodkowania w pole karne, czy rozpaczliwe strzały, ale te starania nie przynosiły efektu. Sylwestrzak postanowił doliczyć trzy dodatkowe minuty. W tym okresie nadal trzeba było drżeć o końcowy rezultat, ale wraz z ostatnim gwizdkiem można było odetchnąć z ulgą.

 

dziennikzachodni.pl –Katowiczan wspierał w Łodzi tłum fanów. Pierwsze zwycięstwo tymczasowego trenera

[…] Piłkarze GKS Katowice wrócili bez punktów z Łodzi przegrywając z pogrążonym w kryzysie Widzewem. Łodzianie odnieśli pierwsze zwycięstwo w tym roku i zapisano je na konto tymczasowego szkoleniowca Patryka Czubaka, który zastąpił odsuniętego od prowadzenia drużyny trenera Daniela Myśliwca.

Łodzianie wiosną strzelają gole tylko w pierwszym kwadransie gry i w sobotni wieczór również byli tego bliscy. Po dośrodkowaniu Jakuba Sypka piłka trafiła do stojącego 6 m od bramki Saida Hamulicia, ale Bośniak nie zdołał oddać strzału.

GKS odpowiedział groźnymi uderzeniami głową Marcina Wasielewskiego i Lukasa Klemenza. W obu przypadkach świetnymi dośrodkowaniami popisał się Bartosz Nowak, ale Rafał Gikiewicz był na posterunku. Później przewagę optyczną miał Widzew, ale niewiele z niej wynikało i gospodarze do przerwy nie oddali ani jednego celnego strzału.

Tuż przed przerwą świetną okazję na objęcie prowadzenia miał Sebastian Bergier. Najlepszy napastnik katowiczan nie spodziewał się jednak, że piłka trafi do niego po płaskiej centrze Adriana Błąda i zwlekał z oddaniem strzału, a gdy już zdołał uderzyć to został zablokowany. Już w doliczonym czasie gry po dośrodkowaniu z rogu główkował jeszcze Oskar Repka i minimalnie chybił celu.

Zaraz po zmianie stron łodzianie w końcu zmusili Dawida Kudlę do wysiłku. Po podaniu Ljubomira Tupty sam przed bramkarzem GKS był Juljan Shehu, ale ten obronił strzał Albańczyka. Kilka minu później poradził sobie również z uderzeniem Sypka. Katowiczanie nie zamierzali być dłużni gospodarzom i Arkadiusz Jędrych zamykający akcję przyjezdnych uderzył piłkę głową w zewnętrzną część słupka.

Po godzinie gry łodzianie objęli prowadzenie po całej serii błędów gości. Po strzale Sypka nie popisał się Kudła odbijając piłkę przed siebie, a obrońcy nie potrafili jej wybić. Futbolówka znów trafiła więc pod nogi pomocnika Widzewa, a ten z bliska zdobył swojego piątego gola w tym sezonie w PKO Ekstraklasie.

GKS starał się odrobić straty, ale wprowadzony w II połowie na boisko Dawid Drachal trafił w słupek, a po kolejnym strzale wypożyczonego z Rakowa młodzieżowca piłkę sprzed linii bramkowej wybił Lirim Kastrati. Później z rzutu wolnego z 17 m strzelał jeszcze Alan Czerwiński, lecz piłka poszybowała tuż nad poprzeczką i katowiczanie doznali 11. ligowej porażki w tym sezonie.

 

sportowefakty.wp.pl – Wielka ulga w Widzewie Łódź. Komedia pomyłek pomogła w przełamaniu

[…] W rundzie wiosennej lepiej wiodło się zespołowi z Górnego Śląska. Widzew miał problem z punktowaniem, co doprowadziło już między innymi do rozstania w trenerem Danielem Myśliwcem.

W 13. minucie Widzew pokazał po raz pierwszy, jak mocno potrzebuje przełamania. Po dośrodkowaniu z prawego skrzydła powinien strzelić Said Hamulic. Powinien, ale nie strzelił. Piłka uciekła mu, a następnie interweniowali Marcin Wasielewski oraz Dawid Kudła. Wasielewski niebawem pokazał się również po drugiej stronie boiska i główkował w Rafała Gikiewicza po wrzutce Bartosza Nowaka.

Gikiewicz miał coraz więcej zadań, a GKS stwarzał sytuacje podbramkowe po wrzutkach Bartosza Nowaka. Kolejne, z rzutu rożnego, spadło na głowie Lukasa Klemenza, ale również on nie zaskoczył byłego kadrowicza Adama Nawałki.

Na stadionie zrobiło się nerwowo, kiedy katowiczanie nie usłyszeli lub zignorowali gwizdek Damiana Sylwestrzaka po upadku Jakuba Sypka. Akcja Sebastiana Bergiera została przerwana odepchnięciem Mateusza Żyry, a kibice nie przebierali w słowach.

Niebawem był jeszcze brzydki faul Lubomira Tupty na Alanie Czerwińskim. I tylko szkoda, że w tych złośliwościach zabrakło czasu na przeprowadzenie ciekawego ataku. Końcówka pierwszej połowy meczu była nieatrakcyjna i warte odnotowania było tylko uderzenie Sebastiana Bergiera, które było niecelne.

Druga połowa była już bez Saida Hamulicia, którego zmiennikiem był Bartłomiej Pawłowski. Wzmocniony byłym zawodnikiem Malagi zespół miał szansę na gola w 48. minucie. Juljan Shehu nie pokonał Dawida Kudły z doskonałej pozycji po akcji Lubomira Tupty i Frana Alvareza. Niebawem było jeszcze jedno celne uderzenie, ale Dawid Kudła był do czasu niepokonany.

Aż w 60. minucie przebudzeni po przerwie Widzewiacy zdobyli prowadzenie 1:0. Mocno pomógł im w tym Dawid Kudła, którego tym razem nie można było pochwalić. Nie popisali się również niezdarni Arkadiusz Jędrych i Alan Czerwiński. Tych prezentów było już zdecydowanie za dużo i Jakub Sypek dobił własne uderzenie prosto do siatki.

GKS potrzebował dużo czasu, żeby pozbierać się po golu Jakuba Sypka. Dopiero w 78. minucie odpowiedział groźnym strzałem Dawida Drachala. Zmiennik trafił nim w słupek. Była to najlepsza szansa na wyrównanie katowiczan, którzy zagrali miernie w drugiej połowie i ponieśli porażkę w sercu Łodzi.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga