Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o GieKSa-Podbeskidzie: GKS Katowice nie zwalnia tempa

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Podbeskidzie Bielsko-Biała 5:0 (3:0).

 

1liga.org – Lechia odskakuje Arce na dwa punkty!
[…] GKS Katowice – Podbeskidzie Bielsko-Biała
Bramki: Arkadiusz Jędrych (k) 28′, Mateusz Marzec 38′, Mateusz Marzec 45′, Sebastian Bergier 55′, Adrian Błąd (k) 62′
Początek meczu i dwie żółte kartki Mateja Senica, który sprokurował dwa rzuty karne w odstępie kilku minut. Arkadiusz Jędrych nie wykorzystał pierwszego z nich, ale przy drugim był już skuteczny. Obrońca wykorzystał jedenastkę w 38. minucie meczu. Kilkanaście następnych minut to dwie bramki Mateusza Marca. Po przerwie swoje trafienie dorzucił Sebastian Bergier, uderzając piłkę z powietrza z okolic piątego metra. Piątą bramkę dla GKS-u Katowice zdobył z rzutu karnego Adrian Błąd. Wysokie zwycięstwo gospodarzy przed przerwą reprezentacyjną.

 

dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice i Podbeskidzia Bielsko-Biała zobaczyli jak Hanysy gromią Górali
GKS Katowice rozgromił Podbeskidzie Bielsko-Biała 5:0 i jest już w strefie barażowej. Goście zmierzają w przeciwnym kierunku tracąc kontakt z ekipami nad linią spadkową.
Kibice, którzy po rundzie jesiennej skreślili już GKS Katowice z listy kandydatów do awansu są zapewne w szoku. Ekipa Rafała Góraka, trenera-rekordzisty pod względem spotkań poprowadzonych z ławki GieKSy, zalicza świetną wiosnę i wdarła się już do strefy barażowej.
Niedzielny mecz z Podbeskidziem był reklamowany jako starcie Hanysów z Góralami. Ponad 4,5 tysiąca kibiców liczyło na wielkie emocje, tymczasem zobaczyło koncert jednego zespołu.
GKS prowadzenie objął w bardzo niezwykłych okolicznościach. Po faulu Mateja Senicia na Mateuszu Marcu sędzia podyktował rzut karny. Strzał Arkadiusza Jędrycha odbił bramkarz, a dobitkę uniemożliwił faulem… Senić. W efekcie obrońca Podbeskidzia zobaczył czerwoną kartkę, a Sebastian Jarzębak znów pokazał na jedenastkę. Tym razem Jędrych się nie pomylił i było 1:0. Jeszcze przed przerwą padły dwie kolejne bramki, obie zapisał na swoje konto Marzec, a Górale sprawiali wrażenie, żenajchętniej wróciliby już w swoje Beskidy.
Po przerwie gospodarze szli za ciosem i już w 55 minucie było 4:0. Sześć minut później ręką w polu karnym zagrał jeden z bielszczan i Adrian Błąd z rzutu karnego dobił Podbeskidzie. Komplet nieszczęść zespołu Jarosława Skrobacza uzupełniła druga czerwona kartka, jaką dostał Tomasz Jodłowiec za „skasowanie” wychodzącego na pozycję sam na sam z bramkarzem Kacpra Pietrzyka.

 

sportowebeskidy.pl – Wstyd, to zbyt łagodne określnie. II liga coraz bliżej
To, co wyprawiali piłkarze Podbeskidzia w meczu z GKS-em Katowice przechodziło ludzkie pojęcie. Proste błędy, niezrozumiałe wybory boiskowe, dwie czerwone kartki i ostatecznie porażka 0:5. Utrzymanie w I lidze wydaje się być już marzeniem ściętej głowy.
W ostatnich dniach wygrane zanotowały: Resovia, Stal Rzeszów oraz Chrobry Głogów, a więc drużyny, które oscylują na granicy „czerwonej linii”, z której Podbeskidzie chce się wydostać. Bielszczanie punktowej zaliczki w Katowicach potrzebowali więc jak tlenu, jednak zamiast walki, licznie zgromadzeni kibice Górali zobaczyli tragikomedię w wykonaniu ich ulubieńców… Skutek? Porażka 0:5 i strata 8 punktów, aby wydostać się ze strefy spadkowej…
Szczerze jednak trzeba przyznać, że początkowy fragment spotkania nie zwiastował blamażu Podbeskidzia. Gospodarze byli niemrawi w swoich poczynaniach, natomiast z faktu, iż bielszczanie byli częściej przy piłce nie wynikało nic. Kłopoty Górali pojawiły się w 23. minucie. Patryk Procek źle wybił piłkę, co uruchomiło efekt domina, a mianowicie akcję GKS-u, przerwaną w polu karnym nieprzepisowo przez Mateja Senicia, za co ujrzał żółtą kartkę. Intencje rywala z 11. metrów wyczuł golkiper Podbeskidzia, jednak przy dobitce Senić ponownie dopuścił się faulu i przedwcześnie musiał opuścić boisko wobec dwóch żółtych, a w konsekwencji czerwonej kartki.
Tym razem katowiczanie się nie pomylili i z „wapna” wynik meczu otworzył Arkadiusz Jędrych. Do przerwy gospodarze jeszcze dwukrotnie zdołali pokonać Procka. W obu przypadkach na listę strzelców wpisywał się były piłkarz Podbeskidzia, Mateusz Marzec.
Po zmianie stron trener Podbeskidzia dokonał trzech zmian w zespole, jednak nie znalazło to przełożenia na poprawę gry bielszczan. W 55. minucie Sebastian Bergier wykorzystał oskrzydlającą akcję swojego zespołu, a chwilę później wynik spotkania na 5:0 ustalił Adrian Błąd, który na gola zamienił rzut karny podyktowany za zagranie ręką przez gracza Podbeskidzia. Bielszczanie kończyli mecz w 9., gdy „cegłę” ujrzał w 83. minucie Tomasz Jodłowiec.

 

bielsko.biala.pl – Blamaż w Katowicach. Podbeskidzie pogrąża się na dnie tabeli i traci kontakt z rywalami
Wysoką porażką odnieśli w niedzielnym meczu piłkarze Podbeskidzia, którzy na wyjeździe zmierzyli się z GKS-em Katowice. Na domiar złego zwycięstwa w tej kolejce odnieśli najgroźniejszy rywale, którzy walczą o utrzymanie w lidze.
Pierwszy gol padł po rzucie karnym podyktowanym po faulu Mateja Senicia za który obrońca zobaczył żółtą kartkę. Strzał z jedenastu metrów obronił Patryk Procek, ale Senić nieprzepisowo powstrzymywał rywala i dostał… drugi żółty kartonik. Drugi rzut karny skutecznie egzekwował Arkadiusz Jędrych.
Jeszcze przed przerwa dwa gole dołożył Mateusz Marzec. Przy pierwszym pomógł mu rykoszet, przy drugim szczęśliwie wygrana przebitka. Po zmianie stron czwartą bramkę dołożył Sebastian Bergier, a w 60. minucie ręką w polu karnym zagrał Jakub Kisiel. Piątego gola z rzutu karnego zdobył Adrian Błąd.
W końcówce bezpośrednią czerwoną kartkę zobaczył Tomasz Jodłowiec i goście mecz kończyli w 9.

 

transfery.info – GKS Katowice nie zwalnia tempa. Wygrana 5:0 i przedłużona seria zwycięstw
W niedzielę doszło do starcia GKS-u Katowice z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Gospodarze wygrali to spotkanie aż 5:0, kontynuując passę zwycięstw.
Walcząca o awans „GieKSa” podejmowała u siebie bijące się o utrzymanie Podbeskidzie Bielsko-Biała. Choć pierwszy kwadrans był bardzo spokojny, to drugi przyniósł wiele emocji. W 23. minucie ukarany żółtą kartką został Matej Senić, który sprokurował rzut karny. Choć Patryk Procek obronił jedenastkę wykonywaną przez Arkadiusza Jędrycha, tak chwilę później Senić ponownie faulował rywala, tym razem chcącego dobić piłkę po interwencji bramkarza. Za drugim razem 31-letni obrońca GKS-u się nie pomylił i otworzył wynik spotkania.
Tuż przed końcem pierwszej połowy dwie bramki zdobył Mateusz Marzec, a dziesięć minut po gwizdku rozpoczynającym drugą część spotkania na listę strzelców wpisał się Sebastian Bergier. Dla byłego piłkarza Śląska było to trafienie w czwartym meczu z rzędu oraz jedenaste w całym sezonie.
Wynik spotkania w 62. minucie ustalił Adrian Błąd, który zamienił rzut karny na bramkę. Przegrywające 0:5 Podbeskidzie, choć nie strzeliło żadnego gola, to dwukrotnie ukarane zostało czerwoną kartką. Oprócz Senicia, na kilka minut przed końcem boisko musiał opuścić były reprezentant Polski – Tomasz Jodłowiec.
Dla „GieKSiarzy” było to już czwarte zwycięstwo z rzędu. Wcześniej pokonywali Miedź Legnicę (2:0), Znicz Pruszków (3:1) oraz Resovię Rzeszów (2:0). Klub z Katowic zajmuje obecnie szóste miejsce w I lidze, dające grę w barażach o awans do Ekstraklasy. Podbeskidzie z kolei zajmuje przedostatnie miejsce w lidze ze stratą siedmiu punktów do bezpiecznej lokaty.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Hokeiści dotrzymali danego słowa!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga