Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu Bruk-Bet – GieKSa: GKS cierpiał, ale zdobył twierdzę Nieciecza

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania 1/32 finału Pucharu Polski Bruk-Bet Termalica Nieciecza – GKS Katowice. GieKSa wygrała 2:1 (1:1).

sportowefakty.wp.pl – GKS Katowice wykorzystał problem Bruk-Bet Termaliki Nieciecza

GKS Katowice przez większą część meczu I rundy Pucharu Polski z Bruk-Bet Termaliką Nieciecza grał w przewadze. Pierwszoligowcy sprawili sporo problemów wyżej notowanemu rywalowi, który ostatecznie wygrał 2:1.

Lider Betclic 1. ligi Bruk-Bet Termalica od początku meczu I rundy Pucharu Polski z GKS-em Katowice starał się atakować. Rywale czekali na możliwość kontry i w 13. minucie doszło do starcia pomiędzy Arkadiuszem Kasperkiewiczem i wychodzącym na czystą pozycję Mateuszem Makiem. Sędzia nie miał wątpliwości i wyrzucił gracza miejscowych z boiska, chociaż powtórki pokazały, że sytuacja była dyskusyjna.

Goście błyskawicznie wykorzystali grę w przewadze. W 19. minucie z autu daleko piłkę wrzucił Mateusz Kowalczyk, a Bartosz Jaroszek z bliska wbił piłkę do bramki.

GieKSa starała się pójść za ciosem, w końcu jednak impet przyjezdnych opadł i z każdą minutą coraz więcej do powiedzenia mieli niecieczanie.

Bruk-Bet Termalica chwilę przed przerwą wyrównał. Karasek dośrodkował z rzutu wolnego, nikt nie przeciął lotu piłki i ta bezpośrednio wpadła do siatki.

Po zmianie stron to niespodziewanie gospodarze wciąż mieli więcej z gry, szukali drugiego trafienia. Miejscowym nie udało się przekuć przewagi na gola, a po godzinie gry, po serii zmian, w końcu katowiczanie zaczęli wykorzystywać liczebną przewagę.

W 66. minucie GKS odzyskał prowadzenie! Po rzucie rożnym piłka została wybita przed pole karne. Antczak znalazł miejsce do uderzenia, piłka po drodze odbiła się od obrońcy i wpadła do bramki.

Prowadząc katowiczanie starali się długo rozgrywać swoje akcje, szanowali piłkę. Gospodarze oddawali sporo uderzeń, ale były one dość słabej jakości.

Beniaminek PKO Ekstraklasy dowiózł jednobramkowe prowadzenie i zameldował się w kolejnej rundzie Pucharu Polski.

termalica.brukbet.com – Osłabione „Słonie” nie awansowały

Na I rundzie zmagania w Pucharze Polski zakończyli piłkarze Bruk-Betu Termaliki. We wtorkowy wieczór na własny stadionie ulegli beniaminkowi ekstraklasy GKS-owi Katowice 1:2.

Mecz nie zaczął się dobrze dla „Słoni”. Już w 13 minucie czerwoną kartkę za faul na Mateuszu Maku obejrzał Arkadiusz Kasperkiewicz. W 19 minucie  po wyrzucie piłki z autu w pole karne na prowadzenie gości wyprowadził Bartosz Jaroszek. Tuż przed przerwą, w 45 minucie świetną bramkę z rzutu wolnego zdobył Kacper Karasek. W 52 min w boczną siatkę uderzył Morgan Fassbender. W 74 Jakub Antczak po dośrodkowaniu z rzutu rożnego strzałem za szesnastki podwyższył wynik. Gospodarze ambitnie walczyli. W 84 min w boczną siatkę uderzył Andrzej Trubeha.

gazetakrakowska.pl – „Słonie” potknęły się w Pucharze Polski już na pierwszej przeszkodzie

Niecieczanie doznali pierwszej w tym sezonie porażki w oficjalnym meczu. W pierwszej rundzie rozgrywek o Puchar Polski „Słonie” przegrały z beniaminkiem piłkarskiej ekstraklasy GKS-em Katowice.

Katowiczanie rozpoczęli mecz bardzo agresywnie w ofensywie i już w pierwszym kwadransie Mateusz Mak dwukrotnie był w sytuacjach sam na sam z bramkarzem Bruk-Betu Termaliki. Za pierwszym razem, w 6 min, źle przyjął piłkę i Lukas Spendlhofer bez problemu zepchnął napastnika GKS-u w boczny sektor boiska.

Za drugim razem, w 13 min, Mak wygrał walkę o pozycję z Arkadiuszem Kasperkiewiczem, a obrońca „Słoni” wpadł na rywala przewracając go tuż przed linią pola karnego. Sędzia bez namysłu podyktował rzut wolny dla katowiczan, natomiast Kasperkiewicz zobaczył czerwona kartkę i musiał opuścić plac gry.

Przyjezdni mając liczebną przewagę w polu natychmiast odważniej zaatakowali bramkę niecieczan i na efekty nie trzeba było długo czekać. W 19 min po dalekim wrzucie piłki z autu przez Mateusza Kowalczyka, Bartosz Jaroszek w polu karnym gospodarzy wygrał walkę o piłkę z Maciejem Wolskim i z bliska skierował futbolówkę do siatki.

Niecieczanie do głosu doszli dopiero po dwóch kwadransach gry i dwukrotnie bliscy byli zdobycia wyrównującego gola. Najpierw w 33 min uderzenie Damiana Hilbrychta skutecznie zablokował Jaroszek, natomiast w 37 min Kacper Karasek będąc tuż przed bramka rywali nie źle trafi w piłkę i ta padła łupem Rafała Strączka. Gospodarze cel osiągnęli dopiero w końcówce pierwszej odsłony, gdy Karasek wykonując rzut wolny z okolicy linii bocznej boiska posłał piłkę w światło bramki. Futbolówka minęła wszystkich graczy stojących przed bramkę GKS-u i wpadła do siatki obok zaskoczonego Strączka.

Po zmianie stron niecieczanie przeszli do zdecydowanej ofensywy mieli jednak fatalnie nastawione celowniki. Szczęścia uderzeniami z pola karnego i tuż zza jego obrębu próbowali kolejno Hilbrycht (dwukrotnie), Karasek, Morgan Fassbender i Andrzej Trubeha, ale wszystkie strzały były niecelne.

O wiele bardziej skuteczni pod bramką rywali byli katowiczanie, którzy w 66 min znów wyszli na prowadzenie. Po dośrodkowaniu Alana Czerwińskiego z rzutu rożnego Artem Putiwcew wybił piłkę głową wprost pod nogi Jakuba Antczaka. Pomocnik GKS-u najpierw „położył” na murawie Hilbrychta, a następnie oddał strzał tuż zza linii pola karnego, piłka po jego uderzeniu odbiła się jeszcze od jednego z niecieczan i myląc Adriana Chovana wpadła do siatki.

W końcówce meczu zespół Bruk-Betu Termaliki wypracował sobie wyraźną przewagę, z której jednak niewiele wynikało, gdyż drużyna z Katowic umiejętnie przerywała akcje ofensywne gospodarzy. Mimo wielu prób miejscowych wynik nie uległ zmianie i zespół „Słoni” już w I rundzie musiał pożegnać się z rozgrywkami o Puchar Polski.

weszlo.com – GKS cierpiał, ale zdobył twierdzę Nieciecza. Kontrowersyjna czerwona kartka

W rozgrywkach I ligi w Niecieczy grało w tym sezonie już sześć zespołów i żaden nie zwyciężył. Dopiero GKS Katowice potrafił w meczu o punkty zdobyć tę twierdzę. Piłkarze Rafała Góraka wygrali 2:1 i awansowali do 1/16 finału Pucharu Polski. Gościom bardzo pomogła czerwona kartka, którą już w 13. minucie dostał stoper Bruk-Betu Termaliki Arkadiusz Kasperkiewicz. Czy słusznie? On był wściekły, my też mamy pewne wątpliwości. Nie zmienia to jednak faktu, że GKS-owi trzeba pogratulować wygranej. Zespół Góraka ma póki co naprawdę niezły sezon.

[…] W obecnych rozgrywkach z autów bardzo groźni są gracze GKS-u Katowice. W Niecieczy, grając z Bruk-Betem Termaliką w 1/32 finału Pucharu Polski, znów to potwierdzili. Mateusz Kowalczyk, powołany niedawno do reprezentacji Polski, znakomicie wyrzucił piłkę z autu, a głową do siatki trafił Bartosz Jaroszek – obrońca, który w Ekstraklasie nie gra, grzeje ławkę, ale jest pod względem mentalnym jednym z liderów drużyny.

GKS-owi już wtedy grało się łatwiej, bo w 13. minucie z boiska wyleciał Arkadiusz Kasperkiewicz. Ustawiony z przodu drużyny z Katowic Mateusz Mak wyprzedził go, po czym doszło między nimi do kontaktu i zawodnik GKS-u złapał się za twarz. Sędzia Piotr Urban chwilę się wahał, po czym wyrzucił obrońcę gospodarzy z boiska. Czy słusznie? Kasperkiewicz był wściekły, nie mógł się z tym pogodzić, a my trochę go rozumiemy.

Tracisz piłkarza. Rywal niedługo później zdobywa bramkę i idzie po kolejne gole. To wyjątkowo trudna sytuacja, wiele drużyn zwiesiłoby głowę. Ale nie Bruk-Bet Termalica. Nieprzypadkowo zespół Marcina Brosza jest liderem I ligi i jako jedyny w tych rozgrywkach nie przegrał jeszcze meczu (osiem zwycięstw i dwa remisy to imponujący bilans). W meczu z GKS-em około 30. minuty Termalica odzyskała inicjatywę, mimo gry w osłabieniu. W końcu wyrównała, choć stało się to w dziwnych okolicznościach: Kacper Karasek wykonywał rzut wolny i świetnie dośrodkował piłkę: nikt jej nie przeciął i futbolówka wpadła do siatki.

W przerwie Brosz wysłał dość jasny sygnał: „Mimo gry w dziesiątkę, mierzymy w wygraną”. Wprowadził na boisko Andrzeja Trubehę, który był aktywny od samego początku. Gospodarze zaatakowali, przez jakiś czas byli lepsi, ale ostatecznie ponieśli pierwszą porażkę w 11. meczu o stawkę w tym sezonie. Można było mieć wrażenie, że w ostatnich kilkunastu minutach trochę zabrakło im pomysłu i sił.

GKS to jak dotąd najlepszy z beniaminków Ekstraklasy. Zajmuje 11. miejsce w tabeli, podczas gdy Motor Lublin jest tuż za nim, a Lechia Gdańsk zajmuje 15. pozycję. Dziś wydawało się, że ma mecz pod kontrolą, ale później gra zaczęła się sypać. Jeżeli grasz o klasę rozgrywkową wyżej i masz przewagę jednego zawodnika, musisz sobie poradzić, z kimkolwiek byś nie walczył. Po prostu. Tym bardziej, że GKS ma szeroką kadrę, bo mimo wielu zmian w składzie, przeprowadzonych przez Góraka, jego jedenastka wciąż prezentowała się nieźle. Goście, choć w drugiej połowie było nerwowo, jednak dopięli swego. Gola na 2:1 strzelił trochę szczęśliwym uderzeniem z linii pola karnego młodzieżowiec Jakub Antczak, który w tym sezonie rozegrał w Ekstraklasie ledwie 38 minut, a teraz wysłał trenerowi sygnał: „Warto na mnie stawiać również w lidze”.

Górak i jego ekipa rozgrywają tydzień prawdy. W Zabrzu nie wyszło, Niecieczę udało się zdobyć, a teraz mecz przy Bukowej z jeszcze mocniejszym rywalem. W piątek do Katowic przyjedzie Pogoń Szczecin, która w poprzedniej kolejce ograła Legię Warszawa.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga