Piłka nożna Prasówka
Media o meczu Elana-GKS Katowice: GieKSa w końcu wygrywa na wyjeździe
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mass mediów na temat wczorajszego meczu Elana Toruń – GKS Katowice. Po dwóch kolejnych porażkach GieKSa wygrała 2:1 (1:1).
sportdziennik.pl – 2:1 w Toruniu – wyjazdowe przełamanie GieKSy!
Dwa piękne strzały z dystansu, zmarnowany rzut karny, decydująca bramka w końcówce. Katowiczanom nie było łatwo, ale w pełni zasłużenie pokonali Elanę, prolongując szanse na bezpośredni awans do pierwszej ligi.
Doczekali się! Dotąd GieKSa zgarnęła w tym roku w roli gości tylko punkt, w dodatku na boisku pogodzonej ze spadkiem Legionovii, a z pozostałych czterech wiosennych wyjazdów wracała na tarczy. W sobotni wieczór przełamała tę niemoc w Toruniu, o czym przesądziła 86. minuta. Adrian Błąd dośrodkował z rzutu wolnego, a głową piłkę do siatki wpakował Grzegorz Janiszewski.
[…] GKS wygrał z Elaną zasłużenie, punktując po dwóch ostatnich porażkach (z rezerwami Lecha i Polkowicami). W zasadzie przez cały mecz prowadził grę i o ile w pierwszej połowie gospodarze byli jeszcze w stanie się odgryzać, o tyle po przerwie ataki wychodziły im z rzadka, acz oddajmy, że jedną okazję – Kordiana Górki w 81. minucie – mieli naprawdę dobrą. Lewy defensor pochodzący ze Śląska uderzył jednak nad poprzeczką. Po stronie minusów należy zapisać fakt, że wszystko to, co kluczowe w zakresie ofensywnych aktywów, katowiczanie znów uzyskiwali po stałych fragmentach, a znów mieli kłopoty z wypracowywaniem okazji z czystej gry.
[…] Toruńskiej publiczności przypomniał się Maciej Stefanowicz. Pomocnik, którego Górak zabrał ze sobą z Elany na Bukową, już w 3. minucie strzelił kapitalnego gola. Adrian Błąd dośrodkował z rzutu rożnego, Michał Bierzało głową wybił piłkę przed pole karne, a Stefanowicz przymierzył idealnie, wolejem, z powietrza. Chapeus bas. Środkowy pomocnik zdobył w tym sezonie 6 bramek – 4 z rzutu karnego, 2 z dystansu. Obie w meczach przeciwko… Elanie.
Z rzutu karnego powinien dołożyć też trafienie nr 7. GieKSa wywalczyła jedenastkę na samym początku II połowy, gdy Dominik Pisarek w zamieszaniu powalił Arkadiusza Woźniaka. Stefanowicz uderzył w swój lewy róg, ale… spudłował. Był to jego pierwszy zmarnowany karny nie tylko w Katowicach, ale i całej przygodzie z seniorską piłką (wcześniejszych 20 prób było bezbłędnych!).
[…] To był dobry do oglądania mecz, bo jednych i drugich interesowała pełna pula. Torunianom zagląda w oczy widmo spadku – plasują się przecież pod „kreską” – zaś GieKSie – widmo braku bezpośredniego awansu do pierwszej ligi. O takowy będzie bardzo trudno, ale ekipa Góraka przynajmniej wywarła presję na Widzewie i Łęcznej. O ile ta druga gra jutro z niezainteresowaną awansem, a premią z Pro Junior System Olimpią Elbląg, o tyle łodzian czeka niełatwa przeprawa w Siedlcach. Teraz mają punkt przewagi nad GieKSą i gdy jutro potkną się, to w następnej kolejce mecz GKS – Widzew będzie nie tyle na noże, co wręcz miecze. Jeśli będą powody do radości – to za 8 dni. W Toruniu katowiczanie spełnili tylko swą powinność, czemu wyraz dali nawet tuż po końcowym gwizdku, bo próżno było szukać w górze ich uniesionych rąk. Zadowolenie było, ale umiarkowane, skoro w tabeli pozostaną na 3. miejscu.
pomorska.pl – Trwa niemoc Elany. Spadek do III ligi coraz bardziej realny…
Spotkanie rozpoczęło się od „trzęsienia ziemi”. Już w 3. minucie do bramki gospodarzy trafił Maciej Stefanowicz. 360 sekund później kapitalnym strzałem zza pola karnego popisał się jednak Kacper Jóźwicki i było 1:1. Taki wynik utrzymał się do przerwy.
se.pl – Elana Toruń – GKS Katowice: Rafał Górak wygrał przy Bema. Dramatyczna sytuacja torunian
[…] W meczu Elana Toruń – GKS Katowice, obie ekipy miały różne cele, ale musiały poszukać trzech punktów. Do grodu Kopernika wrócił trener Rafał Górak, za którego kadencji „Żółto-Niebiescy” grali ładną i skuteczną piłkę. Szkoleniowiec GKS-u Katowice znalazł sposób na Elanę.
[…] Zaczęło się jak u Hitchcocka – od trzęsienia ziemi. W 4. minucie fenomenalnym strzałem popisał się były zawodnik Elany Toruń, Maciej Stefanowicz i dał prowadzenie „Gieksie”. Chwilę później na tablicy wyników widniał remis 1:1. Tym razem świetnie z dystansu przymierzył Kacper Jóźwicki, który niespodziewanie dla wielu pojawił się w pierwszej jedenastce. Bogusław Pietrzak zaufał wychowankowi, a ten odpłacił się kapitalnym golem.
Goście z Katowic mieli optyczną przewagę, ale lepsze sytuacje kreowali sobie gospodarze. Bliski szczęścia był Machaj, a w 43. minucie uderzenia Mariusza Kryszaka minimalnie chybiło celu.
Druga połowa to ponownie trzęsienie ziemi – w 47. minucie arbiter Marcin Szczerbowicz z Olsztyna podyktował rzut karny dla GKS-u Katowice, ale na bramkę nie był w stanie go zamienić Maciej Stefanowicz. Kolejne minuty to delikatna przewaga torunian, ale brakowało odpowiedniego wykończenia akcji ofensywnych.
W końcówce decydujący cios zadali faworyci. W 86. minucie dobrze rozegrany rzut wolny na gola zamienił Grzegorz Janiszewski, który popisał się skutecznym strzałem głową. Podopieczni Bogusława Pietrzaka nie odmienili już losów meczu.
dziennikzachodni.pl – Elana Toruń – GKS Katowice 1:2. Bezcenne zwycięstwo!
Piłkarze GKS Katowice wygrali w Toruniu z Elaną 2:1, odnosząc bezcenne zwycięstwo w kontekście utrzymania się w walce o bezpośredni awans do I ligi. Mecz był dramatyczny, zespół Rafała Góraka nie wykorzystał rzutu karnego.
[…] Na murawie na akcję odpowiadano akcją, obie drużyny miały szansę na strzelenie goli, ale wynik nie ulegał zmianie. Tuż po przerwie GKS dostał jednak idealną okazję – Arkadiusz Woźniak został sfaulowany w polu karnym. Stefanowicz z jedenastu metrów nie trafił jednak w bramkę.
Sztuki tej dokonał w 85 minucie Grzegorz Janiszewski, pakując piłkę do siatki głową po rzucie wolnym Arkadiusza Błąda,
Dzięki temu starcie z Widzewem Łódź w niedzielę 12 lipca o 13.05 na Bukowej może być najważniejszym meczem sezonu na Bukowej.
sportslaski.pl – Wyjazdowe przełamanie zaliczone. „GieKSa” wróciła na zwycięski szlak
Po serii dwóch porażek z rzędu i wypadnięciu ze strefy dającej bezpośredni awans, piłkarze GKS-u Katowice postarali się o poprawienie mocno nadszarpniętych morali. Podopieczni Rafała Góraka odnieśli bowiem pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w bieżącym roku, pokonując Elanę Toruń 2:1 po bramkach Macieja Stefanowicza i Grzegorza Janiszewskiego. Wszystko co najważniejsze w sobotnim meczu działo się przede wszystkim w jego początkowym i końcowym fragmencie.
[…]Wspomniane trafienia zapowiadały kapitalne drugoligowe widowisko, lecz po bardzo mocnym początku w wykonaniu obu drużyn, w późniejszym czasie tempo spotkania było już nieco spokojniejsze. Długo konkretniejsi w swoich ofensywnych poczynaniach byli podopieczni Bogusława Pietrzaka, którzy dość szybko mogli pójść za ciosem i już w 14. minucie mogli objąć prowadzenie. Sprokurowanej okazji przez bramkarza „GieKSy” nie wykorzystał jednak Bartosz Machaj, a jeszcze przed końcem pierwszej części gry, swoją szansę na zdobycie bramki miał również Mariusz Kryszak. Kapitan Elany Toruń otrzymał świetne podanie piętą od Krzysztofa Kołodzieja i bez wahania kropnął w stronę bramki.
Strzał doświadczonego pomocnika zza pola karnego minął bramkę gości o centymetry, a ta niewykorzystana okazja mogła szybko zemścić się na Elanie. Bliski strzelenia gola do szatni był bowiem Adrian Błąd – skrzydłowy mógł zwieńczyć golem swoją solową akcję, ale przegrał on pojedynek z zaledwie szesnastoletnim bramkarzem rywala. Ostatecznie pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:1, ale można było liczyć na to, że po wznowieniu gry oba zespoły jeszcze odważniej ruszą do ataku i powalczą o komplet punktów. Remis nie miał bowiem prawa nikogo usatysfakcjonować, gdyż „GieKSa” nie specjalnie zbliżyłaby się dzięki niemu do czołowej dwójki, a Elana nie zdołałaby opuścić „czerwonej strefy”.
Podobnie jak pierwsza część gry, tak i druga mogła rozpocząć się fantastycznie dla podopiecznych niedawnego opiekuna Elany. W 47. minucie katowiczanie otrzymali bowiem rzut karny, podyktowany za faul na Arkadiuszu Woźniaku. Tym samym szansę na ustrzelenie dubletu miał Maciej Stefanowicz, ale pomocnik nie wytrzymał wojny nerwów i jego płaski strzał minął lewy słupek bramki. W odpowiedzi swojej szansy w ofensywie poszukał środkowy obrońca Jakub Świeciński. 18-letni obrońca najwyżej wyskoczył do jednego z wielu wykonywanych przez gospodarzy rzutów rożnych, ale jego strzał głową umiejętnie sparował Mrozek.
W kolejnych minutach oba zespoły posiadały dobre okresy w swojej grze, ale żaden z nich nie był w stanie udokumentować swojej przewagi bramką. Piłkarzom brakowało bowiem odpowiedniej skuteczności oraz dokładnego ostatniego podania, więc chcąc nieco uporządkować poczynania w ofensywie, trener Rafał Górak zdecydował się na przeprowadzenie trzech roszad. Bezbarwny Piotr Kurbiel, Arkadiusz Woźniak oraz Szymon Kiebzak zostali zastąpieni przez odpowiednio Dawida Rogalskiego, Łukasza Wrońskiego i Daniana Pavlasa, ale zmiany te długo nie przynosiły wymiernego skutku. Gościom wciąż brakowało precyzji i pomysłu na przedarcie się pod pole karne przeciwnika, co mogło zostać skrzętnie wykorzystane przez Elanę w 81. minucie. Wówczas szybką akcję „żółto-niebieskich” mógł zwieńczyć Kordian Górka, ale jego finezyjny strzał znacząco przeleciał nad poprzeczką.
Gdy wielu kibicom mogło już się wydawać, że spotkanie w Toruniu zakończy się podziałem punktów, katowiczanie zdołali wykorzystać jeden z rzutów rożnych w najlepszy możliwy sposób. W 85. minucie obrońca Grzegorz Janiszewski najwyżej wyskoczył do dośrodkowanej z boku boiska futbolówki i sprawił, że „GieKSie” udało się sięgnąć po upragniony komplet punktów. Tym samym podopieczni Rafała Góraka odnieśli pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w 2020 roku i przy okazji umocnili się na trzecim miejscu w tabeli.
infokatowice.pl – GieKSa w końcu wygrywa na wyjeździe
[…] W kolejnych kilku minutach dwoma fatalnymi zagraniami popisał się Mrozek, na szczęście w obu przypadkach zdołał naprawić swój błąd. Szczególnie kuriozalna była sytuacja z 14 min., kiedy golkiper Trójkolorowych podał piłkę do Machaja, chwilę później okazał się jednak od niego lepszy w pojedynku sam na sam. Pomimo tego, że obie ekipy stworzyły jeszcze po kilka groźnych akcji, nie udało im się jednak przed przerwą zdobyć kolejnych bramek. W GieKSie najbliżej szczęścia był w 45 min. Błąd, który przeleciał z piłką kilkadziesiąt metrów, minął kilku rywali, ale w sytuacji sam na sam strzelił prosto w bramkarza.
Druga połowa ponownie mogła rozpocząć się od prowadzenia przyjezdnych, bo już w 47 min. sędzia podyktował rzut karny po faulu na Woźniaku. Niestety niezawodny do tej pory Stefanowicz tym razem się pomylił i strzelił obok słupka. Potem długo podopieczni trenera Rafała Góraka nie potrafili znaleźć sposobu na defensywę gospodarzy, którzy grając z kontry kilka razy zatrudnili Mrozka. W końcówce GKS zdołał jednak przechylić losy spotkania na swoją korzyść.
[…] Jest to pierwsze wyjazdowe zwycięstwo GieKSy na wiosnę.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.


Najnowsze komentarze