Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu GieKSy w Bełchatowie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Media nie pozostawiają suchej nitki na GieKSie. Rozbitych w drobny mak Katowiczan nie usprawiedliwia nawet czerwona kartka Janusza Garncarczyka, która miała być głównym powodem porażki. Chciałbym tylko przypomnieć, że do momenty tej kartki, GieKSa już przegrywała 0-1, a jej gra nie wskazywała na to, że piłkarze przyjechali do Bełchatowa po zwycięstwo.
Jak ten mecz opisywały media, poniżej:

gkskatowice.eu: Wysoka wtopa

Tego nie spodziewał się nikt. GKS Katowice po bezbarwnej grze musiał uznać wyższość gospodarzy z GKS-u Bełchatów i przegrał wysoko 0:5. GieKSiarze w podłych nastrojach wracają do Katowic.
Bełchatowianie od pierwszego gwizdka rzucili się na GieKSę. Wiele zagrożenia stwarzali po akcjach skrzydłami. Brylował w nich duet braci Mak, który nękał katowiczan raz po raz. Łukasz Budziłek miał pełne ręce roboty, ratował kilkukrotnie ekipe z Bukowej, ale na niewiele się to zdało. Zmasowany atak „Brunatnych”przyniósł wreszcie skutek. W 10. minucie dośrodkował Michał, a Mateusz tylko dołożył nogę i pokonał bezradnego Budziłka z najbliższej odległości. – Dążyliśmy od początku do agresywnej gry, co nam się udało, bo moi zawodnicy walczyli i stwarzali sobie dużo sytuacji, jedną przed końcem pierwszej połowy wykorzystaliśmy. Po pierwszym golu jednak katowiczanie też walczyli, a moi piłkarze nie byli już tak pozytywnie nastawieni do walki z przodu, mecz wyrównał się – twierdził Kamil Kiereś, trener gospodarzy.
Na domiar złego po dwóch kwadransach GKS z Katowic grał w dziesiątkę. Po kontrowersyjnej decyzji arbitra z boiska wyleciał Janusz Gancarczyk za faul. Nasi piłkarze nie załamywali się, próbowali zagrozić rywalom po stałych fragmentach i kontrowali, ale wśród nielicznych prób pudłowali Rafał Figiel oraz Przemysław Pitry. – Mam ogromne pretensje do Janusza za to nieodpowiedzialne zachowanie. Przez to musieliśmy grać przez 60 minut w osłabieniu i naraziliśmy się na szereg nieprzyjemnych rzeczy ze strony rywali – irytował się trener GKS-u Rafał Górak.
Po zmianie stron kibice liczyli, że ich GieKSa przegrupuje się i ugryzie przeciwników w jednej z kontr. Spełniły się jednak najczarniejsze sny katowiczan. Gospodarze wrzucili piąty bieg, rzucili się na osłabiony katowicki GKS i rozpoczęli kanonadę. Rozmontowali obronę trenera Rafała Góraka prostopadłymi podaniami i urządzili sobie polowanie na Łukasza Budziłka, który robil co mógł i uratował zespół przed jeszcze gorszym wymiarem kary. Niestety, skończyło się na czterech zaaplikowanych golach i katowiccy piłkarze, który marzą o czołówce w tabeli, zostali sprowadzeni boleśnie na ziemię. – Nie tak wyobrażaliśmy sobie wyjazd do Bełchatowa z różnych aspektów tego, co nas czeka. Bełchatowscy zawodnicy obnażyli nasze słabości. Nie chcę używać tutaj dosadniejszych słów.Po stracie drugiego gola odkryliśmy się, ale wynik do przerwy nie był zły.Potem gospodarze nas wypunktowali – dodał Górak.

slask.sport.pl: GKS Katowice na kolanach! Kompromitująca klęska w Bełchatowie

Wbrew szumnym zapowiedziom , katowiczanie zaprezentowali się fatalnie i dali sobie strzelić aż pięć goli.

Sam początek meczu dawał nadzieję na dobry wynik. GieKSa miała szansę na objęcie prowadzenia już w pierwszej akcji spotkania. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego głową strzelał Przemysław Pitry, ale fatalnie spudłował. Potem inicjatywę przejęli gospodarze. W ich szeregach – tradycyjnie – brylowali bracia Michał i Mateusz Mak. To po ich dwójkowej akcji padł pierwszy gol.

To nie był koniec nieszczęść katowickiego zespołu. Jeszcze w pierwszej połowie czerwoną kartką za niesportowe zachowanie został ukarany Janusz Gancarczyk. Pomocnik GKS-u, po tym jak został ostro sfaulowany, kopnął rywala. W efekcie szanse gości na osiągnięcie korzystnego wyniku zostały znacznie zredukowane.
Na początku drugiej połowy GKS Bełchatów wywalczył rzut karny. Łukasz Budziłek genialną paradą zatrzymał jednak uderzenie Grzegorza Barana. Na wiele się to jednak nie zdało, bo po chwili gospodarze i tak strzelili drugiego, a potem trzeciego, czwartego i piątego gola…

Wynik jak najbardziej sprawiedliwy, bo GieKSa grała bez ambicji i do tego popełniała fatalne błędy.

dziennikzachodni.pl: I liga: GKS Bełchatów – GKS Katowice 5:0. Klęska GieKSy

W meczu 4. kolejki I ligi GKS Bełchatów wygrał z GKS-em Katowice 5:0. Bramki strzelili: Mateusz Mak (11 minuta), Adrian Basta (54), Paweł Baranowski (58), Michał Mak (66). Andreja Prokić (75). Katowiczanie od 32 minuty grali w dziesiątkę po czerwonej kartce dla Janusza Gancarczyka. Bramkarz GieKSy Łukasz Budziłek w 51 minuicie obronił rzut karny wykonywany przez Grzegorza Barana.
Katowiczanie powinni objąć prowadzenie już w drugiej minucie, kiedy po rzucie rożny z pola bramkowego główkował Przemysław Pitry. Piłka poszybowała nad poprzeczką, a napastnik GieKSy mógł tylko z rozpaczy złapać się za głowę.

Potem było już tylko gorzej. Wychowanek bełchatowskiego klubu w bramce GieKSy Łukasz Budziłek uratował gości przed utratą gola w dziewiątej minucie – w świetnym stylu obronił strzał z bliska Kamila Poźniaka.
∨ Czytaj dalej
Sytuację wypracowali bracia Makowie, którzy chwilę później wystąpili już w pierwszoplanowych rolach – Michał ograł Alana Czerwińskiego i podał spod końcowej linii do Mateusza, który strzelił na 1:0.
Drużyna Rafała Góraka po półgodzinie gry musiała sobie radzić w dziesiątkę. W środku boiska, przy bocznej linii Janusz Gancarczyk ostro potraktował Mateusza Maka. Szymon Sawala odepchnął zawodnika gości, który będąc już na ziemi, wykonał ruch nogą, jakby chcąc kopnąć Sawalę. Sędzia Łukasz Bednarek z Koszalina za ten zamiar ukarał Gancarczyka czerwoną kartką. Sawala zasłużył na żółtą, ale mu się wtedy jeszcze upiekło, ale wkrótce dostał żółtko za faul na Bartłomieju Chwalibogowskim. Tak naprawdę w 35. minucie były zawodnik Polonii Bytom też powinien udać się do szatni… Osłabiona GieKSa nie składała broni, a szansę na wyrównanie miał Rafał Figiel (43 minuta), jednak strzelił minimalnie obok słupka.

W 51. minucie wydawało się, że gości natchnie Budziłek, który obronił rzut karny wykonywany przez Grzegorza Barana (bramkarz sfaulował Bartłomieja Bartosiaka). Nic z tych rzeczy… W następnej akcji Budziłek obronił strzał Mateusza Maka, ale był bezradny wobec dobitki Adriana Basty, bo został zmylony przez rykoszet od nogi Chwalibogowskiego – 54 minuta.

Gospodarze poszli za ciosem – rzut wolny wykonał Michał Mak, a Paweł Baranowski głową z pięciu metrów umieścił piłkę w siatce – 3:0 (58 minuta). Drużynie Kamila Kieresia było ciągle mało. Michał Mak, po podaniu z głębi pola od Barana, wykorzystał sytuację sam na sam z Budziłkiem (66). Podobne podanie wykorzystał też rezerwowy Andreja Prokić, który przed strzałem w długi róg, ośmieszył jeszcze Czerwińskiego (75).

katowice.naszemiasto.pl: GKS Bełchatów – GKS Katowice 5:0!

Tak srogiej porażki chyba nikt się nie spodziewał. Mająca ekstraklasowe aspiracje katowicka GieKSa została rozbita przez inny Górniczy Klub Sportowy – z Bełchatowa, aż 0:5! Katowiczanie od 32. minuty grali w dziesiątkę. GKS Bełchatów – GKS Katowice 5:0!
Goście grali w dziesiątkę od 32. minuty, kiedy to sędzia Łukasz Bednarek wyrzucił z boiska Janusza Gancarczyka, za faul na Szymonie Sawali.

Łukasz Budziłek na początku drugiej połowy obronił rzut karny wykonywany przez Grzegorza Barana.

W czterech spotkaniach obecnego sezonu GKS Katowice zgromadził na razie cztery punkty.

sport.pl: GKS Bełchatów strzelił pięć goli GKS Katowice. A mógł więcej

W meczu dwóch mających wielkie aspiracje GKS-ów zdecydowanie lepszy okazał się ten z Bełchatowa. Goście powinni się cieszyć, że stracili tylko pięć goli.
W obu klubach nie ukrywają, że ich celem jest awans do ekstraklasy. W Katowicach muszą chyba zweryfikować plany, bo silna drużyna nie może pozwolić sobie na tak słaby występ. Tylko w pierwszych kilku minutach bełchatowianie mogli obawiać się rywala, który mógł objąć prowadzenie, lecz Przemysław Pitry z bliska nie trafił w bramkę.

Przyjezdni szybko zostali jednak ostudzeni, bo po akcji braci Maków Mateusz z bliska otworzył wynik. Wyrównać mógł w 15. min Rafał Figiel po błędzie asystującego przy golu Michała Maka. Wkrótce goście stracili Janusza Gancarczyka, wyrzuconego z boiska za próbę kopnięcia rywala, a następnie nadzieję na osiągnięcie dobrego wyniku. Po przerwie przewaga GKS-u Bełchatów była już tak duża, że praktycznie każde wejście w pole karne mogło zakończyć się golem. Wynik mógł być jeszcze wyższy, ale Grzegorz Baran nie wykorzystał rzutu karnego. Jego strzał obronił Łukasz Budziłek, który karierę zaczynał w Bełchatowie. Pechowiec zrehabilitował się jednak świetną grą i kapitalnymi podaniami, po których jego koledzy zdobywali bramki.

Po czterech kolejkach GKS Bełchatów zajmuje drugie miejsce w tabeli, ustępując Dolcanowi Ząbki tylko gorszą różnicą goli. W niedzielę zagra na wyjeździe z Olimpią Grudziądz.

sportslaski.pl: GKS Bełchatów – GKS Katowice 5-0. Wstyd, hańba, kompromitacja…

Wydarzenie
Mecz z GKS-em Bełchatów był dla GKS-u Katowice próbą generalną wartości drużyny przed zapowiadaną walką o awans do ekstraklasy. Po dobrym w swoim wykonaniu meczu z Podbeskidziem Bielsko-Biała drużyna Rafała Góraka została boleśnie sprowadzona na ziemię, inkasując aż pięć bramek.

Bohaterowie
Bracia Mak byli po raz kolejny motorami napędowymi ekipy z Bełchatowa. Ich łupem padła bramka pierwsza w tym meczu bramka. Michał dograł piłkę doskonale do Mateusza, a ten z bliska nie mógł się pomylić. Kolejny udany występ bliźniaków z Suchej Beskidzkiej z trybun stadionu przy Sportowej obserwował dyrektor sportowy KGHM Zagłębia Lubin Paweł Wojtala. Żaden piłkarz z Katowic w oczy rzucić mu się nie mógł…

Rozczarowanie
W poprzednich kolejkach Janusz Gancarczyk był motorem napędowym ofensywy GKS-u Katowice. W meczu w Bełchatowie jednak totalnie zawiódł, łapiąc bardzo głupią czerwoną kartkę za kopnięcie bez piłki Szymona Sawali. In minus też należy zaliczyć występ Bartłomieja Chwalibogowskiego, który miał udział przy dwóch trafieniach dla gospodarzy. Najpierw źle pokrył Maka, a potem spóźnionym wślizgiem totalnie zmylił Budziłka.

Co ciekawego
– Do Bełchatowa udało się ok. 200 kibiców GieKSy. Fani ze Śląska nie zdążyli co prawda na pierwszy gwizdek sędziego, ale stopniowo pojawiali się na trybunach w pierwszym kwadransie gry.

– Już w pierwszych fragmentach gry kunsztem bramkarskim musiał wykazać się Budziłek, który w świetnym stylu obronił uderzenie Kamila Poźniaka.

– W odpowiedzi na bramkę Arkadiusza Malarza uderzali Przemysław Pitry i Rafał Figiel, ale obaj mylili się nieznacznie. Kto wie, czy gdyby piłka za którymś razem do siatki wpadła, to meczu nie udałoby się uratować.

– W końcówce pierwszej połowy kibice Brunatnych zaprezentowali efektowną oprawę pirotechniczną. Niestety wkrótce race z sektora najzagorzalszych fanów bełchatowian poleciały w kierunku murawy.

– Jeszcze przed przerwą drugą bramkę dla bełchatowian mógł zdobyć Michał Mak, ale uderzył nieznacznie obok słupka.

– Od początku drugiej połowy drużyna Kamila Kieresia stłamsiła GieKSę, co szybko wpłynęło na zmianę wyniku meczu.

– Zanim padła druga bramka po błędzie defensywy katowiczan Budziłek sfaulował we własnym polu karnym Bartłomieja Bartosiaka. Bramkarz GKS-u zrehabilitował się jednak za niefortunną interwencję, broniąc strzał Grzegorza Barana z „jedenastki”.

– Krótko po tej akcji golkiper naszego zespołu skapitulował jednak po raz drugi. W ogromnym zamieszaniu bitą przez Adriana Bastę piłkę wślizgiem trafił jeszcze wcześniej wspomniany Chwalibogowski, czym zupełnie zmylił własnego bramkarza.

– Nie minęła jeszcze godzina gry, a trzecią bramkę dla ekipy z Bełchatowa zdobył strzałem głową Paweł Baranowski, wykorzystując dogranie z rzutu wolnego.

– Gospodarze nie zamierzali zwalniać tempa i kilka minut później Michał Mak, po profesorsku wykańczając sytuację sam na sam z Budziłkiem zdobył czwartą w tym meczu bramkę.

– Na kwadrans przed końcowym gwizdkiem sędziego wynik meczu ustalił wprowadzony na boisko po przerwie Andreja Prokić.

– Po piątej bramce prezes katowickiego klubu Wojciech Cygan opuścił stadion z telefonem w ręku. Czyżby przy Bukowej miała nastąpić zmiana trenera?

1-liga.przegladsportowy.pl: Gieksa rozbita w Bełchatowie

Piłkarze Kamila Kieresia dali koncert, choć pomogli im w tym goście. Nie wiadomo, jak skończyłoby się to spotkanie, gdyby nie zachowanie Janusza Gancarczyka, który został wyrzucony z boiska za niesportowe zachowanie już w 32. minucie. Osłabiony zespół z Katowic przegrywał 0:1 i taki rezultat utrzymał się do przerwy. Po zmianie gospodarze strzelili cztery gole, a mogli więcej, ale Grzegorz Baran nie wykorzystał rzutu karnego.

gks.net.pl: Katowiczanie rozbici w drobny Mak

Prawdziwy pokaz gry dali piłkarze Kamila Kieresia w prestiżowym starciu z GKS Katowice i jednocześnie pokazali kto z tych dwóch zespołów jest faworytem w walce o awans do ekstraklasy. Pierwszoplanowe role w środę odgrywali bracia Mateusz i Michał Makowie. Jeśli tak będą grać dalej władze klubu nie powinny ich oddawać w tym sezonie za żadne pieniądze.

21 sierpnia o godzinie 18:00 rozbrzmiał pierwszy gwizdek arbitra, który dał sygnał piłkarzom GKS-Bełchatów i GKS-u Katowice, że mecz właśnie się rozpoczął. Pierwsze minuty to zdecydowana dominacja piłkarzy prowadzonych przez trenera Kamila Kieresia. Zespół prezentował futbol do którego byliśmy przyzwyczajeni w rundzie rewanżowej poprzedniego sezonu. W pierwszych minutach spotkania dobrą okazję miał Kamil Poźniak, ale fenomenalną interwencją popisał się były giekaesiak Łukasz Budziłek, który intuicyjnie, a przy tym bardzo widowiskowo obronił strzał popularnego „Poziego”. Bełchatowianie nie spuścili z tonu i dalej atakowali bramkę gości. Postawa „Torfiorzy” została wynagrodzona w 11. minucie na listę strzelców wpisał się Mateusz Mak, który wykończył dośrodkowanie swojego brata bliźniaka. Zdobywca gola zadedykował to trafienie niedawno zmarłej mamie. Chwilę później swoją okazję na podwyższenie wyniku miał Michał Mak, jednak jego strzał nieznacznie chybił celu.

Bardzo groźne były stałe fragmenty gry w wykonaniu „Brunatnych”. Dowodem na to była szansa Pawła Baranowskiego, który tym razem nie zdołał skierować piłki do siatki. Pozytywne wrażenie na kibicach i ekspertach wywarł Marcin Flis, który był jedną z jaśniejszych postaci w drużynie GKS-u. „Flisu” grał dobrze w defensywie, ponadto świetnie współpracował z Michałem Makiem i przysparzał wiele kłopotów obronie katowiczan. Od około 25. minuty inicjatywę przejęli piłkarze GKS-u Katowice. Natarczywe ataki przyjezdnych zmusiły do błędu Adriana Bastę. Jego niepowodzenie chcieli wykorzystać zawodnicy z Katowic, jednak nie zdołali zdobyć bramki. Podpowiedzi z ławki trenerskiej sprawiły, że piłkarze Bełchatowa co raz częściej dochodzili do głosu. W 32. minucie czerwonym kartonikiem ukarany został Janusz Gancarczyk, który bezpardonowym wejściem poturbował Mateusza Maka. W tym zajściu „żółtko” powinien ujrzeć Szymon Sawala, który niesportowo wywrócił „wykluczonego” zawodnika.

W końcówce pierwszej odsłony spotkania na boisku wylądowało kilka rac, rzuconych przez „kibiców” klubu z „Brunatnej Stolicy”. Wiodącą postacią w zespole Rafała Góraka był zawodnik, który w przeszłości strzegł biało-zielono-czarnych barw – Grzegorz Fonfara. Jego gra mogła się podobać. Po pierwszej połowie na tablicy wyników widniał jednak rezultat 1:0 na korzyści „Torfiorzy”.

W 51. minucie rzutu karnego nie wykorzystał Grzegorz Baran, którego strzał z jedenastu metrów fenomenalnie wybronił „Budził”, nota bene wcześniej prokurujący „jedenastkę”. Chwilę później w zamieszaniu w polu karnym na strzał zdecydował się Basta, a lot piłki zmienił Bartłomiej Chwalibogowski, który niefortunnie skierował futbolówkę do własnej bramki. Moment później było już 3:0! Fenomenalnym strzałem głową popisał się Paweł Baranowski. W 66. minucie w sytuacji sam na sam po wybornym podaniu Grzegorza Barana znalazł się Michał Mak, który wykorzystał wyśmienitą sytuację i zamienił ją na bramkę. „Brunatni” mieli chrapkę na podwyższenie rezultatu spotkania. I stało się to za sprawą Andrei Prokicia w 76. minucie piłkarskiego spektaklu, który chwilę wcześniej zmienił Mateusza Maka. W końcówce spotkania stadion przy Sportowej był zadymiony przez race, które odpalali kibice obydwu klubów. Arbiter zdecydował się na przerwanie meczu na parę chwil, ze względu na małą widoczność. Do końca meczu nic nie uległo zmianie. Podopieczni Kamila Kieresia pokonali zespół GKS-u Katowice aż 5:0!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga