Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu GieKSy w Bełchatowie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Media nie pozostawiają suchej nitki na GieKSie. Rozbitych w drobny mak Katowiczan nie usprawiedliwia nawet czerwona kartka Janusza Garncarczyka, która miała być głównym powodem porażki. Chciałbym tylko przypomnieć, że do momenty tej kartki, GieKSa już przegrywała 0-1, a jej gra nie wskazywała na to, że piłkarze przyjechali do Bełchatowa po zwycięstwo.
Jak ten mecz opisywały media, poniżej:

gkskatowice.eu: Wysoka wtopa

Tego nie spodziewał się nikt. GKS Katowice po bezbarwnej grze musiał uznać wyższość gospodarzy z GKS-u Bełchatów i przegrał wysoko 0:5. GieKSiarze w podłych nastrojach wracają do Katowic.
Bełchatowianie od pierwszego gwizdka rzucili się na GieKSę. Wiele zagrożenia stwarzali po akcjach skrzydłami. Brylował w nich duet braci Mak, który nękał katowiczan raz po raz. Łukasz Budziłek miał pełne ręce roboty, ratował kilkukrotnie ekipe z Bukowej, ale na niewiele się to zdało. Zmasowany atak „Brunatnych”przyniósł wreszcie skutek. W 10. minucie dośrodkował Michał, a Mateusz tylko dołożył nogę i pokonał bezradnego Budziłka z najbliższej odległości. – Dążyliśmy od początku do agresywnej gry, co nam się udało, bo moi zawodnicy walczyli i stwarzali sobie dużo sytuacji, jedną przed końcem pierwszej połowy wykorzystaliśmy. Po pierwszym golu jednak katowiczanie też walczyli, a moi piłkarze nie byli już tak pozytywnie nastawieni do walki z przodu, mecz wyrównał się – twierdził Kamil Kiereś, trener gospodarzy.
Na domiar złego po dwóch kwadransach GKS z Katowic grał w dziesiątkę. Po kontrowersyjnej decyzji arbitra z boiska wyleciał Janusz Gancarczyk za faul. Nasi piłkarze nie załamywali się, próbowali zagrozić rywalom po stałych fragmentach i kontrowali, ale wśród nielicznych prób pudłowali Rafał Figiel oraz Przemysław Pitry. – Mam ogromne pretensje do Janusza za to nieodpowiedzialne zachowanie. Przez to musieliśmy grać przez 60 minut w osłabieniu i naraziliśmy się na szereg nieprzyjemnych rzeczy ze strony rywali – irytował się trener GKS-u Rafał Górak.
Po zmianie stron kibice liczyli, że ich GieKSa przegrupuje się i ugryzie przeciwników w jednej z kontr. Spełniły się jednak najczarniejsze sny katowiczan. Gospodarze wrzucili piąty bieg, rzucili się na osłabiony katowicki GKS i rozpoczęli kanonadę. Rozmontowali obronę trenera Rafała Góraka prostopadłymi podaniami i urządzili sobie polowanie na Łukasza Budziłka, który robil co mógł i uratował zespół przed jeszcze gorszym wymiarem kary. Niestety, skończyło się na czterech zaaplikowanych golach i katowiccy piłkarze, który marzą o czołówce w tabeli, zostali sprowadzeni boleśnie na ziemię. – Nie tak wyobrażaliśmy sobie wyjazd do Bełchatowa z różnych aspektów tego, co nas czeka. Bełchatowscy zawodnicy obnażyli nasze słabości. Nie chcę używać tutaj dosadniejszych słów.Po stracie drugiego gola odkryliśmy się, ale wynik do przerwy nie był zły.Potem gospodarze nas wypunktowali – dodał Górak.

slask.sport.pl: GKS Katowice na kolanach! Kompromitująca klęska w Bełchatowie

Wbrew szumnym zapowiedziom , katowiczanie zaprezentowali się fatalnie i dali sobie strzelić aż pięć goli.

Sam początek meczu dawał nadzieję na dobry wynik. GieKSa miała szansę na objęcie prowadzenia już w pierwszej akcji spotkania. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego głową strzelał Przemysław Pitry, ale fatalnie spudłował. Potem inicjatywę przejęli gospodarze. W ich szeregach – tradycyjnie – brylowali bracia Michał i Mateusz Mak. To po ich dwójkowej akcji padł pierwszy gol.

To nie był koniec nieszczęść katowickiego zespołu. Jeszcze w pierwszej połowie czerwoną kartką za niesportowe zachowanie został ukarany Janusz Gancarczyk. Pomocnik GKS-u, po tym jak został ostro sfaulowany, kopnął rywala. W efekcie szanse gości na osiągnięcie korzystnego wyniku zostały znacznie zredukowane.
Na początku drugiej połowy GKS Bełchatów wywalczył rzut karny. Łukasz Budziłek genialną paradą zatrzymał jednak uderzenie Grzegorza Barana. Na wiele się to jednak nie zdało, bo po chwili gospodarze i tak strzelili drugiego, a potem trzeciego, czwartego i piątego gola…

Wynik jak najbardziej sprawiedliwy, bo GieKSa grała bez ambicji i do tego popełniała fatalne błędy.

dziennikzachodni.pl: I liga: GKS Bełchatów – GKS Katowice 5:0. Klęska GieKSy

W meczu 4. kolejki I ligi GKS Bełchatów wygrał z GKS-em Katowice 5:0. Bramki strzelili: Mateusz Mak (11 minuta), Adrian Basta (54), Paweł Baranowski (58), Michał Mak (66). Andreja Prokić (75). Katowiczanie od 32 minuty grali w dziesiątkę po czerwonej kartce dla Janusza Gancarczyka. Bramkarz GieKSy Łukasz Budziłek w 51 minuicie obronił rzut karny wykonywany przez Grzegorza Barana.
Katowiczanie powinni objąć prowadzenie już w drugiej minucie, kiedy po rzucie rożny z pola bramkowego główkował Przemysław Pitry. Piłka poszybowała nad poprzeczką, a napastnik GieKSy mógł tylko z rozpaczy złapać się za głowę.

Potem było już tylko gorzej. Wychowanek bełchatowskiego klubu w bramce GieKSy Łukasz Budziłek uratował gości przed utratą gola w dziewiątej minucie – w świetnym stylu obronił strzał z bliska Kamila Poźniaka.
∨ Czytaj dalej
Sytuację wypracowali bracia Makowie, którzy chwilę później wystąpili już w pierwszoplanowych rolach – Michał ograł Alana Czerwińskiego i podał spod końcowej linii do Mateusza, który strzelił na 1:0.
Drużyna Rafała Góraka po półgodzinie gry musiała sobie radzić w dziesiątkę. W środku boiska, przy bocznej linii Janusz Gancarczyk ostro potraktował Mateusza Maka. Szymon Sawala odepchnął zawodnika gości, który będąc już na ziemi, wykonał ruch nogą, jakby chcąc kopnąć Sawalę. Sędzia Łukasz Bednarek z Koszalina za ten zamiar ukarał Gancarczyka czerwoną kartką. Sawala zasłużył na żółtą, ale mu się wtedy jeszcze upiekło, ale wkrótce dostał żółtko za faul na Bartłomieju Chwalibogowskim. Tak naprawdę w 35. minucie były zawodnik Polonii Bytom też powinien udać się do szatni… Osłabiona GieKSa nie składała broni, a szansę na wyrównanie miał Rafał Figiel (43 minuta), jednak strzelił minimalnie obok słupka.

W 51. minucie wydawało się, że gości natchnie Budziłek, który obronił rzut karny wykonywany przez Grzegorza Barana (bramkarz sfaulował Bartłomieja Bartosiaka). Nic z tych rzeczy… W następnej akcji Budziłek obronił strzał Mateusza Maka, ale był bezradny wobec dobitki Adriana Basty, bo został zmylony przez rykoszet od nogi Chwalibogowskiego – 54 minuta.

Gospodarze poszli za ciosem – rzut wolny wykonał Michał Mak, a Paweł Baranowski głową z pięciu metrów umieścił piłkę w siatce – 3:0 (58 minuta). Drużynie Kamila Kieresia było ciągle mało. Michał Mak, po podaniu z głębi pola od Barana, wykorzystał sytuację sam na sam z Budziłkiem (66). Podobne podanie wykorzystał też rezerwowy Andreja Prokić, który przed strzałem w długi róg, ośmieszył jeszcze Czerwińskiego (75).

katowice.naszemiasto.pl: GKS Bełchatów – GKS Katowice 5:0!

Tak srogiej porażki chyba nikt się nie spodziewał. Mająca ekstraklasowe aspiracje katowicka GieKSa została rozbita przez inny Górniczy Klub Sportowy – z Bełchatowa, aż 0:5! Katowiczanie od 32. minuty grali w dziesiątkę. GKS Bełchatów – GKS Katowice 5:0!
Goście grali w dziesiątkę od 32. minuty, kiedy to sędzia Łukasz Bednarek wyrzucił z boiska Janusza Gancarczyka, za faul na Szymonie Sawali.

Łukasz Budziłek na początku drugiej połowy obronił rzut karny wykonywany przez Grzegorza Barana.

W czterech spotkaniach obecnego sezonu GKS Katowice zgromadził na razie cztery punkty.

sport.pl: GKS Bełchatów strzelił pięć goli GKS Katowice. A mógł więcej

W meczu dwóch mających wielkie aspiracje GKS-ów zdecydowanie lepszy okazał się ten z Bełchatowa. Goście powinni się cieszyć, że stracili tylko pięć goli.
W obu klubach nie ukrywają, że ich celem jest awans do ekstraklasy. W Katowicach muszą chyba zweryfikować plany, bo silna drużyna nie może pozwolić sobie na tak słaby występ. Tylko w pierwszych kilku minutach bełchatowianie mogli obawiać się rywala, który mógł objąć prowadzenie, lecz Przemysław Pitry z bliska nie trafił w bramkę.

Przyjezdni szybko zostali jednak ostudzeni, bo po akcji braci Maków Mateusz z bliska otworzył wynik. Wyrównać mógł w 15. min Rafał Figiel po błędzie asystującego przy golu Michała Maka. Wkrótce goście stracili Janusza Gancarczyka, wyrzuconego z boiska za próbę kopnięcia rywala, a następnie nadzieję na osiągnięcie dobrego wyniku. Po przerwie przewaga GKS-u Bełchatów była już tak duża, że praktycznie każde wejście w pole karne mogło zakończyć się golem. Wynik mógł być jeszcze wyższy, ale Grzegorz Baran nie wykorzystał rzutu karnego. Jego strzał obronił Łukasz Budziłek, który karierę zaczynał w Bełchatowie. Pechowiec zrehabilitował się jednak świetną grą i kapitalnymi podaniami, po których jego koledzy zdobywali bramki.

Po czterech kolejkach GKS Bełchatów zajmuje drugie miejsce w tabeli, ustępując Dolcanowi Ząbki tylko gorszą różnicą goli. W niedzielę zagra na wyjeździe z Olimpią Grudziądz.

sportslaski.pl: GKS Bełchatów – GKS Katowice 5-0. Wstyd, hańba, kompromitacja…

Wydarzenie
Mecz z GKS-em Bełchatów był dla GKS-u Katowice próbą generalną wartości drużyny przed zapowiadaną walką o awans do ekstraklasy. Po dobrym w swoim wykonaniu meczu z Podbeskidziem Bielsko-Biała drużyna Rafała Góraka została boleśnie sprowadzona na ziemię, inkasując aż pięć bramek.

Bohaterowie
Bracia Mak byli po raz kolejny motorami napędowymi ekipy z Bełchatowa. Ich łupem padła bramka pierwsza w tym meczu bramka. Michał dograł piłkę doskonale do Mateusza, a ten z bliska nie mógł się pomylić. Kolejny udany występ bliźniaków z Suchej Beskidzkiej z trybun stadionu przy Sportowej obserwował dyrektor sportowy KGHM Zagłębia Lubin Paweł Wojtala. Żaden piłkarz z Katowic w oczy rzucić mu się nie mógł…

Rozczarowanie
W poprzednich kolejkach Janusz Gancarczyk był motorem napędowym ofensywy GKS-u Katowice. W meczu w Bełchatowie jednak totalnie zawiódł, łapiąc bardzo głupią czerwoną kartkę za kopnięcie bez piłki Szymona Sawali. In minus też należy zaliczyć występ Bartłomieja Chwalibogowskiego, który miał udział przy dwóch trafieniach dla gospodarzy. Najpierw źle pokrył Maka, a potem spóźnionym wślizgiem totalnie zmylił Budziłka.

Co ciekawego
– Do Bełchatowa udało się ok. 200 kibiców GieKSy. Fani ze Śląska nie zdążyli co prawda na pierwszy gwizdek sędziego, ale stopniowo pojawiali się na trybunach w pierwszym kwadransie gry.

– Już w pierwszych fragmentach gry kunsztem bramkarskim musiał wykazać się Budziłek, który w świetnym stylu obronił uderzenie Kamila Poźniaka.

– W odpowiedzi na bramkę Arkadiusza Malarza uderzali Przemysław Pitry i Rafał Figiel, ale obaj mylili się nieznacznie. Kto wie, czy gdyby piłka za którymś razem do siatki wpadła, to meczu nie udałoby się uratować.

– W końcówce pierwszej połowy kibice Brunatnych zaprezentowali efektowną oprawę pirotechniczną. Niestety wkrótce race z sektora najzagorzalszych fanów bełchatowian poleciały w kierunku murawy.

– Jeszcze przed przerwą drugą bramkę dla bełchatowian mógł zdobyć Michał Mak, ale uderzył nieznacznie obok słupka.

– Od początku drugiej połowy drużyna Kamila Kieresia stłamsiła GieKSę, co szybko wpłynęło na zmianę wyniku meczu.

– Zanim padła druga bramka po błędzie defensywy katowiczan Budziłek sfaulował we własnym polu karnym Bartłomieja Bartosiaka. Bramkarz GKS-u zrehabilitował się jednak za niefortunną interwencję, broniąc strzał Grzegorza Barana z „jedenastki”.

– Krótko po tej akcji golkiper naszego zespołu skapitulował jednak po raz drugi. W ogromnym zamieszaniu bitą przez Adriana Bastę piłkę wślizgiem trafił jeszcze wcześniej wspomniany Chwalibogowski, czym zupełnie zmylił własnego bramkarza.

– Nie minęła jeszcze godzina gry, a trzecią bramkę dla ekipy z Bełchatowa zdobył strzałem głową Paweł Baranowski, wykorzystując dogranie z rzutu wolnego.

– Gospodarze nie zamierzali zwalniać tempa i kilka minut później Michał Mak, po profesorsku wykańczając sytuację sam na sam z Budziłkiem zdobył czwartą w tym meczu bramkę.

– Na kwadrans przed końcowym gwizdkiem sędziego wynik meczu ustalił wprowadzony na boisko po przerwie Andreja Prokić.

– Po piątej bramce prezes katowickiego klubu Wojciech Cygan opuścił stadion z telefonem w ręku. Czyżby przy Bukowej miała nastąpić zmiana trenera?

1-liga.przegladsportowy.pl: Gieksa rozbita w Bełchatowie

Piłkarze Kamila Kieresia dali koncert, choć pomogli im w tym goście. Nie wiadomo, jak skończyłoby się to spotkanie, gdyby nie zachowanie Janusza Gancarczyka, który został wyrzucony z boiska za niesportowe zachowanie już w 32. minucie. Osłabiony zespół z Katowic przegrywał 0:1 i taki rezultat utrzymał się do przerwy. Po zmianie gospodarze strzelili cztery gole, a mogli więcej, ale Grzegorz Baran nie wykorzystał rzutu karnego.

gks.net.pl: Katowiczanie rozbici w drobny Mak

Prawdziwy pokaz gry dali piłkarze Kamila Kieresia w prestiżowym starciu z GKS Katowice i jednocześnie pokazali kto z tych dwóch zespołów jest faworytem w walce o awans do ekstraklasy. Pierwszoplanowe role w środę odgrywali bracia Mateusz i Michał Makowie. Jeśli tak będą grać dalej władze klubu nie powinny ich oddawać w tym sezonie za żadne pieniądze.

21 sierpnia o godzinie 18:00 rozbrzmiał pierwszy gwizdek arbitra, który dał sygnał piłkarzom GKS-Bełchatów i GKS-u Katowice, że mecz właśnie się rozpoczął. Pierwsze minuty to zdecydowana dominacja piłkarzy prowadzonych przez trenera Kamila Kieresia. Zespół prezentował futbol do którego byliśmy przyzwyczajeni w rundzie rewanżowej poprzedniego sezonu. W pierwszych minutach spotkania dobrą okazję miał Kamil Poźniak, ale fenomenalną interwencją popisał się były giekaesiak Łukasz Budziłek, który intuicyjnie, a przy tym bardzo widowiskowo obronił strzał popularnego „Poziego”. Bełchatowianie nie spuścili z tonu i dalej atakowali bramkę gości. Postawa „Torfiorzy” została wynagrodzona w 11. minucie na listę strzelców wpisał się Mateusz Mak, który wykończył dośrodkowanie swojego brata bliźniaka. Zdobywca gola zadedykował to trafienie niedawno zmarłej mamie. Chwilę później swoją okazję na podwyższenie wyniku miał Michał Mak, jednak jego strzał nieznacznie chybił celu.

Bardzo groźne były stałe fragmenty gry w wykonaniu „Brunatnych”. Dowodem na to była szansa Pawła Baranowskiego, który tym razem nie zdołał skierować piłki do siatki. Pozytywne wrażenie na kibicach i ekspertach wywarł Marcin Flis, który był jedną z jaśniejszych postaci w drużynie GKS-u. „Flisu” grał dobrze w defensywie, ponadto świetnie współpracował z Michałem Makiem i przysparzał wiele kłopotów obronie katowiczan. Od około 25. minuty inicjatywę przejęli piłkarze GKS-u Katowice. Natarczywe ataki przyjezdnych zmusiły do błędu Adriana Bastę. Jego niepowodzenie chcieli wykorzystać zawodnicy z Katowic, jednak nie zdołali zdobyć bramki. Podpowiedzi z ławki trenerskiej sprawiły, że piłkarze Bełchatowa co raz częściej dochodzili do głosu. W 32. minucie czerwonym kartonikiem ukarany został Janusz Gancarczyk, który bezpardonowym wejściem poturbował Mateusza Maka. W tym zajściu „żółtko” powinien ujrzeć Szymon Sawala, który niesportowo wywrócił „wykluczonego” zawodnika.

W końcówce pierwszej odsłony spotkania na boisku wylądowało kilka rac, rzuconych przez „kibiców” klubu z „Brunatnej Stolicy”. Wiodącą postacią w zespole Rafała Góraka był zawodnik, który w przeszłości strzegł biało-zielono-czarnych barw – Grzegorz Fonfara. Jego gra mogła się podobać. Po pierwszej połowie na tablicy wyników widniał jednak rezultat 1:0 na korzyści „Torfiorzy”.

W 51. minucie rzutu karnego nie wykorzystał Grzegorz Baran, którego strzał z jedenastu metrów fenomenalnie wybronił „Budził”, nota bene wcześniej prokurujący „jedenastkę”. Chwilę później w zamieszaniu w polu karnym na strzał zdecydował się Basta, a lot piłki zmienił Bartłomiej Chwalibogowski, który niefortunnie skierował futbolówkę do własnej bramki. Moment później było już 3:0! Fenomenalnym strzałem głową popisał się Paweł Baranowski. W 66. minucie w sytuacji sam na sam po wybornym podaniu Grzegorza Barana znalazł się Michał Mak, który wykorzystał wyśmienitą sytuację i zamienił ją na bramkę. „Brunatni” mieli chrapkę na podwyższenie rezultatu spotkania. I stało się to za sprawą Andrei Prokicia w 76. minucie piłkarskiego spektaklu, który chwilę wcześniej zmienił Mateusza Maka. W końcówce spotkania stadion przy Sportowej był zadymiony przez race, które odpalali kibice obydwu klubów. Arbiter zdecydował się na przerwanie meczu na parę chwil, ze względu na małą widoczność. Do końca meczu nic nie uległo zmianie. Podopieczni Kamila Kieresia pokonali zespół GKS-u Katowice aż 5:0!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga