Piłka nożna Prasówka
Media o meczu Korona-GKS: Spokojni sąsiedzi
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat dzisiejszego spotkania Korona Kielce – GKS Katowice.
echodnia.eu – Korona Kielce – GKS Katowice na Exbud Arenie. Podopieczni Jacka Zielińskiego walczą o jak najwyższe miejsce i premie
W poniedziałek, 5 maja, w 31. kolejce PKO BP Ekstraklasy Korona Kielce podejmie na Exbud Arenie z GKS Katowice. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 19:00. -Gramy o jak najwyższe miejsce w tabeli, bo to są dodatkowe apanaże dla klubu i dla zawodników, bo przecież walczymy o premie – powiedział Jacek Zieliński, trener Korony.
Jeśli chodzi o sytuację kadrową, to poza Adrianem Dalmau, Shumą Nagamatsu i Yoavem Hofmeisterem wszyscy zawodnicy są do dyspozycji sztabu szkoleniowego. Dwaj pierwsi leczą urazy, pomocnik z Izraela trenuje indywidualnie.
Korona po zwycięstwie z Jagiellonią Białystok 3:1 zapewniła sobie utrzymanie w PKO BP Ekstraklasie. Ta wygrana sprawiła, że z automatu przedłużył się kontrakt trenera Jacka Zielińskiego na kolejny sezon.
– Mamy matematyczne utrzymanie, ale gramy o jak najwyższe miejsce w tabeli, bo to są dodatkowe apanaże dla klubu i dla zawodników, bo przecież walczymy o premie. Na pewno nie będzie luźnego podejścia do ostatnich czterech spotkań. Gramy cały czas mocno zmotywowani, jak już wskoczyło się na takie tory, to trzeba cały czas po nic jechać. Walczymy o jak najwyższe miejsce w tabeli i zależy nam też na tym, żeby dobrze się prezentować, żeby kibice też byli zadowoleni z naszej gry. Trzy ostatnie spotkania u siebie graliśmy przy komplecie na trybunach. To świadczy o tym, że wróciła moda na Koronę, ludzie łakną dobrej piłki i chcemy się w te ramy wpisać – powiedział Jacek Zieliński, trener Korony.
Korona grała z GKS Katowice pięć razy w XXI wieku. Bilans tych spotkań to trzy zwycięstwa Korony i dwa triumfy drużyny z Katowic.
– Oglądałem mecz GKS Katowice z Legią Warszawa. To dobra drużyna. Myślę, że dla widzów nasz poniedziałkowy mecz będzie bardzo fajnym widowiskiem. Gramy o jak najwyższe cele. Cieszymy się z utrzymania, bo to był plan minimum na ten sezon. Możemy jeszcze awansować w tabeli. Pieniądze nie są naszym głównym motywatorem, ale na pewno jest dodatkowa motywacja – mówił na przedmeczowej konferencji prasowej Wiktor Długosz, pomocnik Korony.
[…] Ostatnie spotkania pomiędzy Koroną a GKS Katowice
4.11.2024: GKS – Korona 1:2
14.05.2022: Korona – GKS 1:2
6.11.2021: GKS – Korona 1:0
18.04.2009: GKS – Korona 0:2
3.09.2008: Korona – GKS 2:1
ekstraklasa.org – Spokojni sąsiedzi
Pierwszy raz w historii na poziomie najwyższej ligi Korona Kielce w roli gospodarza zagra z GKS Katowice. Te drużyny sąsiadują ze sobą w aktualnej tabeli – na 10. i 9. miejscu.
Obie drużyny mają już zapewnione utrzymanie. Ich przewaga nad strefą spadkową wynosi wszak dwanaście i czternaście punktów, przy maksymalnie dziewięciu do zdobycia u konkurentów spod „kreski”. Korona Kielce pierwszy raz od ostatniego awansu, nie musi walczyć o zachowanie bytu do ostatniej kolejki. Katowiczanie z kolei w roli beniaminków również osiągnęli ten komfort bardzo szybko. Teraz obie ekipy walczą o pozycję w górnej połowie tabeli. Obecnie sąsiadują ze sobą właśnie na pograniczu tego rejonu. Katowiczanie przy wygranej 3:0 awansują dziś aż na 6. miejsce. Korona z kolei może liczyć na zrównanie się dorobkiem z Górnikiem Zabrze oraz Motorem Lublin.
Korona Kielce legitymuje się identyczną liczbą zwycięstw, remisów i porażek. W każdej z tych rubryk widnieje u niej liczba „10”. Jej przeciwnik także w tej edycji tak samo często wygrywał, co przegrywał. Piłkarzom GieKSy zdarzyło się to dotychczas po dwanaście razy. Każda z tych drużyn po dwa razy w czterech ostatnich starciach cieszyła się z pełnej puli. W 2025 roku obie ekipy mają z kolei po sześć triumfów na koncie.
Czy wiesz, że…
Prawdopodobieństwo zwycięstwa: Korona Kielce – 42%; GKS Katowice – 31,3%,
Mariusz Fornalczyk – strzelił 2 z 3 goli Korony Kielce po strzałach zza pola karnego w tym sezonie,
Arkadiusz Jędrych (GKS Katowice) – jedyny zawodnik z pola z kompletem minut.
zagranie.com – Kielce w formie – pytanie tylko, na jak długo?
Mecz zamykający 31. kolejkę Ekstraklasy zapowiada się niezwykle emocjonująco – Korona Kielce, będąca w znakomitej formie, podejmie na własnym stadionie beniaminka z Katowic. Obie drużyny wciąż mają realne szanse na awans do górnej połowy tabeli, co dodaje temu starciu dodatkowego ciężaru.
[…] Korona Kielce to jedna z największych rewelacji końcówki sezonu Ekstraklasy. Choć jeszcze na półmetku rozgrywek drużyna Jacka Zielińskiego znajdowała się w strefie spadkowej i musiała drżeć o utrzymanie, dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Kielczanie zapewnili sobie ligowy byt na 4 kolejki przed końcem sezonu i z dorobkiem 18 punktów zdobytych w ostatnich 10 meczach są czwartą najskuteczniejszą drużyną ligi w tym okresie. To imponujący wynik, który wyprzedzają jedynie zespoły walczące o tytuł mistrzowski.
Aktualnie Korona zajmuje 10. miejsce w tabeli i ma zaledwie pięć punktów straty do szóstej lokaty, a co ważne – ma do rozegrania jeszcze jedno spotkanie więcej. Trener Zieliński jasno deklaruje, że celem drużyny na końcówkę sezonu nie jest już tylko utrzymanie, lecz walka o jak najwyższe miejsce w tabeli. Podkreśla przy tym, że wyższa pozycja oznacza nie tylko większy prestiż, ale także wymierne korzyści finansowe – zarówno dla klubu, jak i dla samych piłkarzy.
Świetną wizytówką formy kielczan był ich ostatni mecz – zwycięstwo 3:1 nad aktualnym mistrzem Polski, Jagiellonią Białystok. Choć to goście z Podlasia jako pierwsi objęli prowadzenie, Korona zareagowała imponująco. W drugiej połowie zdominowała rywali, prezentując odważną, ofensywną grę. Bramki zdobywali kolejno: Shikavka, Resta i Fornalczyk, a cały zespół pokazał ogromną determinację i świetne przygotowanie fizyczne. Na osobne wyróżnienie zasługuje Dawid Błanik, który odżył po powrocie do wyjściowej jedenastki. W ostatnich trzech meczach zanotował aż cztery asysty, stając się kluczowym elementem ofensywy Korony. Jego rajdy na skrzydle, dokładne dośrodkowania i pewność siebie przy podejmowaniu decyzji znów czynią z niego zawodnika, którego rywale muszą się obawiać. Korona Kielce pokazała, że w futbolu nie wolno nikogo skreślać przedwcześnie.
GKS Katowice wrócił do Ekstraklasy po aż 19 latach nieobecności i z miejsca udowadnia, że nie jest tylko beniaminkiem do bicia. Drużyna z Górnego Śląska plasuje się obecnie na 9. miejscu w tabeli, mając na swoim koncie 2 punkty więcej niż rewelacyjna wiosną Korona Kielce. Ambicje katowiczan sięgają jednak wyżej – celem jest jak najwyższa lokata na koniec sezonu i godne zakończenie tej historycznej kampanii. Forma GKS-u w ostatnich tygodniach jest nieco nierówna – występy mocno „w kratkę”, gdzie zwycięstwa przeplatają się z porażkami. W ostatnich 7 spotkaniach drużyna odniosła cztery zwycięstwa, co pokazuje, że mimo wahań formy zespół potrafi regularnie punktować. Głównym mankamentem pozostają jednak mecze wyjazdowe – to właśnie one najczęściej przynoszą rozczarowania. W pewnym momencie katowiczanie zanotowali aż trzy porażki z rzędu w delegacji, ale udało się w końcu przełamać tę złą passę. Kluczowe było zwycięstwo we Wrocławiu ze Śląskiem, które pokazało, że GKS potrafi wygrywać także poza własnym stadionem.
Ostatnia kolejka była jednak bolesną lekcją futbolu – katowiczanie ulegli Legii Warszawa 1:3. Mecz został praktycznie rozstrzygnięty już w pierwszej połowie, kiedy to GKS oddał zaledwie jeden niegroźny strzał na bramkę legionistów, a sam stracił dwie bramki po błędach w defensywie. Choć po przerwie śląski zespół próbował odrobić straty i grał z większym zaangażowaniem, nie był w stanie odwrócić losów meczu. Gol kontaktowy tchnął jeszcze nadzieję, ale trzeci cios Legii przypieczętował porażkę. Mimo tej wpadki GKS Katowice wciąż ma realne szanse na zakończenie sezonu w górnej połowie tabeli.
gol24.pl – Kończymy majówkową 31. kolejkę PKO Ekstraklasy
[…] Korona Kielce, dzięki świetnej formie na wiosnę, uciekła spod topora. Zapewniła sobie utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej, i bynajmniej podopieczni trenera Jacka Zielińskiego nie będą o nie drżeć do ostatniej kolejki. Tak jak było to chociażby przed rokiem, kiedy drużynę ze świętokrzyskiego urządziło dopiero zwycięstwo nad Lechem Poznań. Ostatnie mecze kielczan? Rewelacyjne, gdyż wygrali m.in. z Jagiellonią Białystok u siebie.
Przegrali dopiero z Lechem i w derbowym pojedynku z Radomiakiem Radom. Plasują się tym samym na bezpiecznym 10. miejscu. Do najbliższego rywala tracą już tylko 2 punkty. GKS Katowice bowiem również za sobą ma udane mecze, choć ten ostatni przegrał z triumfatorem krajowego pucharu, Legią Warszawa. Wcześniej, zdołali pokonać rywali walczących o pozostanie w najwyższej klasie rozgrywkowej: Puszczę Niepołomice i Śląsk Wrocław.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


Najnowsze komentarze