Piłka nożna Prasówka
Media o wygranej w Chojnicach: Adrian Błąd i błędy obrońców „Chojny” zadecydowały o porażce, Tego już nie zepsujecie!, Nokaut na szczycie, GieKSa pokazała klasę w meczu na szczycie, Już chyba tego nie wypuszczą! GKS Katowice o krok od I ligi!
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień na temat wczorajszego meczu II ligi Chojniczanka 1930 Chojnice – GKS Katowice. GieKSa wygrała w Chojnicach 3:0 (2:0).
pomorska.pl – Chojniczanka – GKS Katowice 0:3 (0:2). Trener Adam Nocoń zwolniony
[…] Starcie, mimo iż przed swoją publicznością, okazało się wielką porażką chojniczan. Już w pierwszej połowie katowiczanie dwa razy pokonywali bramkarza gospodarzy. Paweł Sokół był wściekły, co pokazał po drugim celnym strzale gości, który był efektem błędu defensywy Chojniczanki w rozegraniu piłki, w efekcie sytuacji sam na sam Filipa Kozłowskiego z bramkarzem.
Nie pomogły zmiany dokonane przez trenera Adama Noconia w drugiej połowie meczu. Chojniczanie musieli uznać wyższość przeciwnika, a GieKSa jeszcze raz zmusiła bramkarza gospodarzy do wyjęcia piłki z siatki.
dziennikbaltycki.pl – Trener Adam Nocoń zwolniony! Adrian Błąd i błędy obrońców Chojny zadecydowały o porażce
[…] Piątkowe popołudnie w Chojnicach miało wskazać drużynę, która zasługuje na bezpośredni awans do Fortuny 1 Ligi. Wobec niedawnego przypieczętowania promocji przez Górnika Polkowice do obsadzenia jest jeszcze jedno miejsce. Największe apetyty na jego zajęcie wykazywały do tej pory GKS Katowice i Chojniczanka Chojnice. Obie te drużyny spotkały się właśnie w piątek, 28 maja na stadionie przy ul. Mickiewicza.
Już pierwsza połowa spotkania pokazała, że bliżej tego celu będzie katowicka jedenastka. Znany z gry w Zagłębiu Lubin i Arce Gdynia Adrian Błąd huknął w 23 minucie zza pola karnego i Paweł Sokół mógł tylko zobaczyć, jak futbolówka wpada do jego bramki. 10 minut później było już 2:0 dla przyjezdnych, a tym razem na zmianie wyniku zadecydował… błąd linii defensywnej „Chojny”. Zagranie wzdłuż pola karnego przejął Filip Kozłowski i podwyższył stan meczu.
Grająca ostatnio w kratkę Chojniczanka znalazła się w bardzo złej sytuacji. Zaczęła kreować sytuacje, miała więcej z posiadania piłki i odnotowywała więcej strzałów na bramkę katowiczan, ale do przerwy nie dało to oczekiwanego skutku. Po zmianie stron także, niestety, niewiele to dawało. Dodatkowo, w 74 minucie goście powinni dostać rzut karny po ostrej interwencji wyprostowaną nogą Marcina Grolika. Sędzia jednak nie dopatrzył się w tym przypadku nieprawidłowego zagrania na Filipie Kozłowskim. Cztery minuty później w zamieszaniu w polu karnym z 11 metrów huknął ponownie Adrian Błąd i podwyższył na 3:0. Chojniczanka była bezradna, nie potrafiła nic sensownego skonstruować, raziła fatalnymi błędami przy rozgrywaniu stałych fragmentów gry.
W 84 minucie „Chojna” miała najlepszą sytuację tego dnia. W roli głównej pod bramką rywali wystąpił Marcin Grolik, który dostał piłkę, uderzył bez zastanowienia w długi róg, ale futbolówka odbiła się tylko od słupka.
sportdziennik.com – Tego już nie zepsujecie!
[…] Różne rzeczy działy się w ostatnich kilkunastu latach wokół GKS-u i jego syzyfowej walki o jakikolwiek awans, ale tego sezonu już nie może zepsuć. Dzięki zwycięstwu w Chojnicach zwiększył przewagę nad rywalem do 4 punktów, gwarantując sobie przy okazji lepszy bilans bezpośrednich starć (jesienią przegrał 1:2).
Oznacza to, że za 9 dni do konfrontacji ze Stalą Rzeszów może przystąpić już jako beniaminek I ligi. Stanie się tak, jeśli Chojniczanka nie wygra we Wronkach. Bez oglądania się na nią katowiczanom do przypieczętowania awansu brakuje ledwie 2 punktów.
– Postawiliśmy pierwszą kropkę nad „i”, a teraz zostały jeszcze dwie. Historia uczy, że jeszcze sporo przed nami – studził głowy Adrian Błąd, czołowy piłkarz GieKSy.
[…] Wczoraj wreszcie stanął na wysokości zadania. Trener Rafał Górak zapowiadał, że do Chojnic jedzie na wojnę. Zamiast niej, wyszedł jednak pojedynek gołej d… z batem, w którego rolę wcielili się jego zawodnicy. Nie pozwolili najlepiej punktującemu w roli gospodarza II-ligowcowi na nic. Najgroźniej pod katowicką bramką było już przy stanie 0:3.
– Rzadko widuje się taką formę w spotkaniach o taką stawkę. One zwykle są szarpane, przepychane, a GKS grał płynnie. To był chyba najlepszy jego mecz, jaki widziałem, a oglądam II ligę regularnie. Grał kompaktowo, mądrze, z pomysłem i wielką wiarą – oceniał Jacek Zieliński, ceniony trener, komentujący wczorajszy hit na antenie TVP Sport.
Za GieKSą przemawiała jakość, nawet szczęście, któremu pomogła. Nie przeszkodziły jej problemy kadrowe. Nie było Bartosza Mrozka, Arkadiusza Woźniaka, Krystiana Sanockiego, a przedwcześnie swój występ kończyli Grzegorz Rogala i Michał Kołodziejski, dlatego w defensywie co rusz dochodziło do przetasowań. Stanęła jednak na wysokości zadania, a nawet gdy gol dla Chojniczanki wydawał się pewny – jak w końcówce po strzale Marcina Grolika – to piłka odbiła się od słupka…
Nie dziwiła frustracja gospodarzy. Kiedy zmieniony został pomocnik Maciej Kona, siadając na ławce rezerwowych wściekły uderzył jeszcze kilka razy pięścią w fotel. – Kreowanie sytuacji to była nasza domena, a w ostatnich meczach mamy z tym problem. Trudno stwierdzić, co się z nami dzieje. Dwa prezenty, jakie rozdaliśmy w I połowie, zamknęły to spotkanie. GKS się cofnął, bronił, był lepszy i zasłużenie zgarnął punkty.
[…] Słowo o bramkach? Adrian Błąd trafił najpierw zza pola karnego, piłka zaliczyła jeszcze rykoszet od pleców Mateusza Bartosiaka. Podwyższył Filip Kozłowski, korzystając z fatalnego błędu Pawła Czajkowskiego przy wyprowadzaniu piłki. Całość zamknął Błąd, jak na lidera ofensywy przystało, uderzając mocno po akcji Dominika Kościelniaka i zgraniu piłki przez Marcina Urynowicza.
– Wynik mówi sam za siebie. Dwie bramki są dla Hani – zakończył Błąd dedykacją dla córki.
dziennikzachodni.pl – Duży krok katowiczan w kierunku awansu
Piłkarze GKS Katowice w pierwszym meczu 36. kolejki eWinner II ligi pokonali na wyjeździe Chojniczankę 3:0. Piłkarze trenera Rafała Góraka wygrali z bezpośrednim rywalem do awansu i zrobili duży krok w kierunku wywalczenia bezpośredniej promocji do Fortuna 1. Ligi.
Katowiczanie zaprezentowali się w Chojnicach jako zespół znacznie dojrzalszy od gospodarzy i już w I połowie przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Najpierw Adrian Błąd popisał się ładnym uderzeniem zza pola karnego. Piłka po drodze musnęła jeszcze nogę jednego z obrońców Chojniczanki i zaskakując bramkarza wpadła do siatki.
Na 2:0 10 minut później podwyższył Filip Kozłowski wykorzystując złe rozegranie piłki przez gospodarzy pod własną bramką. Napastnik GKS przejął piłkę w polu karnym i bezlitośnie wykorzystał sytuację sam na sam z bramkarzem.
Zadowoleni z prowadzenia goście kontrolowali sytuację na murawie, a Chojniczanka już w drugim spotkaniu z rzędu nie potrafiła zdobyć gola. W końcówce katowiczanie zadali jeszcze jeden cios. Co prawda sędzia nie odgwizdał ewidentnego faulu Marcina Grolika na Kozłowskim w polu karnym, ale chwilę później Bląd wykazał się najlepszą orientacją w polu karnym i uderzeniem z 12 m ustalił wynik spotkania w Chojnicach.
sportowefakty.wp.pl – eWinner II liga: nokaut na szczycie. GKS Katowice ma awans na wyciągnięcie ręki
W Chojnicach doszło do pojedynku kandydatów do awansu do Fortuna I ligi. GKS Katowice przybliżył się w nim wyraźnie do celu. Po zwycięstwie 3:0 wicelider ma cztery punkty przewagi nad pokonaną Chojniczanką.
[…] Głównymi kandydatami do zajęcia drugiej lokaty są właśnie GKS Katowice oraz Chojniczanka. W rundzie wiosennej kluby już kilkakrotnie wymieniły się pozycjami, patrząc na cały sezon punktują w wysokim tempie.
Przed bezpośrednim meczem przy Mickiewicza wicelider z województwa śląskiego miał punkt przewagi nad przeciwnikiem z Pomorza. W rundzie jesiennej Chojniczanka zwyciężyła w Katowicach 2:1 i starała się powtórzyć swój wyczyn. Na własnym stadionie jest statystycznie najsilniejszym drugoligowcem, ale tym razem stanowiła tylko tło dla przeciwnika.
W początkowych atakach brakowało dokładności i zarazem wykończenia. Chojniczanka dłużej utrzymywała się w posiadaniu piłki, ale schowany GKS przeprowadzał groźniejsze kontrataki. Celne uderzenia oddali Adrian Błąd oraz Filip Kozłowski. Przetestowali oni formę Pawła Sokoła.
Prowadzenie 1:0 katowiczan było naturalną konsekwencją obrazu meczu. Paweł Sokół już wcześniej żołnierskimi słowami starał się zmobilizować kompanów z pola, ale bezskutecznie. W 23. minucie piłka trafiła w pobliże pola karnego Chojniczanki do Adriana Błąda, a ten strzelił gola z dystansu. Odważna decyzja została nagrodzona, a w zmyleniu bramkarza pomógł drobny rykoszet od pleców Mateusza Bartosiaka.
Na drugiego gola trzeba było poczekać tylko 10 kolejnych minut. Filip Kozłowski strzelił na 2:0 z centrum pola karnego po katastrofalnym wyprowadzeniu piłki w wykonaniu Chojniczanki. Odskoczyła ona Robertowi Ziętarskiemu, dzięki czemu napastnik katowiczan znalazł się w komfortowym położeniu. Wykorzystał on szansę i wypracował GieKSie pokaźną zaliczkę.
Po przerwie lepsza drużyna nie pozwalała gospodarzom na odpowiedź, a wynik na 3:0 zmienił w 78. minucie Adrian Błąd. Dublet dał mu miano najskuteczniejszego zawodnika popołudnia.
sportslaski.pl – Pierwsza liga coraz bliżej. GieKSa pokazała klasę w meczu na szczycie
Niezwykle cenne zwycięstwo w kontekście walki o awans odnieśli dziś zawodnicy katowickiego GKS-u. Podopieczni Rafała Góraka w świetnym stylu ograli na wyjeździe Chojniczankę Chojnice 3:0 i odskoczyli najgroźniejszemu rywalowi o drugie miejsce na odległość czterech oczek. Jako że do końca sezonu w eWinner II Lidze pozostały zaledwie dwie kolejki, wydaje się, że GieKSie wyczekiwaną promocję może już odebrać tylko kataklizm.
Powiedzieć, że piątkowy mecz w Chojnicach miał ogromny wpływ na rywalizację o awans na zaplecze Ekstraklasy, to jakby nie powiedzieć nic. W końcu na placu gry spotkały się dwa zespoły, które pozostały w walce o ostatnie miejsce dające bezpośrednią promocję. W nieco lepszych nastrojach do hitowej rywalizacji przystąpili jednak podopieczni Rafała Góraka, którzy co prawda wpadli w maju w sporą zadyszkę, ale w miniony weekend powrócili na zwycięską ścieżkę po bardzo pewnym ograniu Bytovii Bytów. Chojniczanka z kolei w minionej kolejce straciła punkty z dobrze dysponowanym wiosną Hutnikiem Kraków, w efekcie czego zawodnicy trenera Noconia wypadli z drugiego miejsca kosztem… właśnie GieKSy.
Opiekun śląskiego klubu słusznie zapowiadał, że on ze swoimi podopiecznymi pojedzie do Chojnic jak na wojnę. Przed pierwszym gwizdkiem kibice GKS-u mogli oczekiwać hitowego spotkania z duszą na ramieniu, bo jak pokazały ostatnie miesiące i lata, katowiczanie mieli gigantyczny problem z wytrzymywaniem presji w kluczowych momentach. Po pierwszej połowie obawy fanów drugoligowca nie znalazły jednak potwierdzenia w praktyce. Przyjezdni starali się bardzo agresywnie podchodzić do swojego przeciwnika, atakowali go wysokim pressingiem i umiejętnie wykorzystywali popełniane przez niego błędy w defensywie.
[…] Po zmianie stron obraz gry specjalnie nie uległ zmianie – to GKS wciąż imponował większą kulturą gry i, co słusznie zauważył komentujący to spotkanie Jacek Zieliński, ogromną wiarą we własne możliwości. W przypadku Chojniczanki ich poczynania przypominały z kolei walenie głową w mur, bo podopieczni dobrze znanego na Śląsku Adama Noconia mieli problem z oddawaniem strzałów i nie za bardzo potrafili zagrozić bramce Patryka Królczyka.
Gdy w pewnym momencie mogło się wydawać, że goście nie będą już nadmiernie forsować tempa i nawet zdecydują się oddać pole gry rywalom, „GieKSa” postanowiła jeszcze raz przycisnąć i całkowicie zamknąć losy rywalizacji. Katowiczanie ponownie zdecydowali się założyć pressing na połowie rywala i w odpowiednim momencie zdobyli decydujące trafienie dzięki czujności Adriana Błąda. Najlepszy w szeregach gości zawodnik popisał się mocnym oraz efektownym strzałem z okolic 11 metra, wprawiając swoich boiskowych kolegów w niemałą ekstazę.
Mimo podjętych starań w ostatnim kwadransie gry przez gospodarzy, by nie zakończyć tej rywalizacji z zerowym dorobkiem po stronie zdobytych goli, ostatecznie „GieKSa” nie wypuściła trzybramkowego prowadzenia z rąk i odniosła bezdyskusyjne zwycięstwo. Tym samym podopieczni Rafała Góraka postawili milowy krok w kontekście oczekiwanego powrotu na zaplecze najwyższej klasy rozgrywkowej. Katowiczanie, dzięki powiększeniu przewagi nad Chojniczanką do czterech punktów, ponownie mają wszystko w swoich rękach, a do przypieczętowania przez nich awansu brakuje odniesienia tylko jednej wygranej. Być może GKS będzie miał okazję go świętować na swoim stadionie już w przyszły poniedziałek. Wówczas aktualny wicelider tabeli zmierzy się z wciąż walczącą o baraże Stalą Rzeszów.
– Zagraliśmy bardzo dobre spotkanie, szczególnie w defensywie. Wynik mówi jednak sam za siebie, ale wszystko jeszcze przed nami. Walczymy dalej, szczególnie dlatego, że trochę sami zgotowaliśmy sobie taki los i potraciliśmy sporo ważnych punktów. Z optymizmem patrzymy na przyszłość, ale jak pokazuje historia, musimy zachować czujność do samego końca – przyznał przed kamerami TVP Sport autor dubletu na stadionie w Chojnicach, Adrian Błąd.
weszlo.com – Już chyba tego nie wypuszczą! GKS Katowice o krok od I ligi!
Będzie im bardzo, bardzo ciężko to spaprać. Nawet biorąc pod uwagę, że to GKS Katowice, nawet pamiętając, jak często ten klub wywracał się na ostatniej prostej – wydaje się, że obecnie trudniej będzie katowiczanom nie awansować niż awansować. Dzisiaj GKS pokonał Chojniczankę w meczu na szczycie II ligi – wicelider powiększył swoją przewagę nad trzecim zespołem ligi do 4 punktów. Do końca ligi pozostały dwie kolejki.
infokatowice.pl – Zwycięstwo z Chojniczanką. GieKSa o krok od awansu!
W spotkaniu pomiędzy drużynami walczącymi o drugą lokatę w tabeli, premiowaną bezpośrednim awansem do pierwszej ligi, GieKSa pokonała na wyjeździe Chojniczankę 3:0 i na dwie kolejki przed końcem ligi ma już cztery punkty przewagi nad swoim rywalem.
[…] Tym samym GieKSa w arcyważnym spotkaniu pokonała Chojniczankę 3:0 i brakuje jej tylko dwóch punktów w dwóch ostatnich pojedynkach do wywalczenia bezpośredniego awansu do pierwszej ligi.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.
Piłka nożna
Post scriptum do Rakowa i Lecha
Dwa wyjazdowe mecze za nami. Zapraszamy więc do tradycyjnego post scriptum. A potem już tylko Motor.
1. Na mecz z Rakowem, który miał być najważniejszym spotkaniem od dawna wybraliśmy się w 4 osoby – ja, Misiek, Kazik, Flifen. Jako że nie był to daleki wyjazd, mogliśmy wyjechać stosunkowo późno. Wiadomo – godzinka drogi i jesteśmy na miejscu.
2. Ciekawa zawsze jest to droga – wiadomo, najpierw autostrada, a potem jakieś lokalne drogi. Zawsze zastanawia się czy na tę ulicę Spalonienko czy jakoś tam wjeżdżają te wszystkie autoary przewożące piłkarzy.
3. Chyba nam ta mobilizacja mocno się udzieliła i organizm zareagował… odwrotnie. Bo dużo było… ziewania na trasie. Może tak czasem być, taka paradoksalna reakcja organizmu.
4. Ogólnie to widzieliśmy autokar Rakowa dojeżdżający na stadion. Oni też nie wiedzieli, w jakim widowisku przyjdzie im uczestniczyć.
5. O ile na poprzednich meczach w Częstochowie byliśmy dużo wcześniej, tym razem było to „zaledwie” jakieś półtorej godziny przed meczem. To spowodowało, że musieliśmy się z pewnymi ważnymi rzeczami sprężać.
6. Kazik chciał odpalić drona, żeby zrobić efektowne zdjęcia stadionu i pętli. Niestety jakieś zakłócenia w eterze spowodowały, że dron nie ruszył i musieliśmy zadowolić się zdjęciami naziemnymi. Potem drony latały nad stadionem i zrzucały piłki. Ciekawy pomysł.
7. Chcieliśmy szybko przemieścić się do budki z akredytacjami, ale… policja zablokowała główną ulicę. Casus podobnie jak na Cracovii. Bo zaraz mieli przyjechać kibice gości. Dlatego nie można było poruszać się wzdłuż ulicy.
8. Dodatkowo po przejściu na drugą stronę ulicy, też nie można było przejść. Policja więc kierowała przez jakiś park, potem przez jakieś domki i byliśmy naprzeciwko przejścia. Czekaliśmy, a wkrótce autokary z kibicami przejechały.
9. Szybko odebraliśmy akredytacje i mogliśmy wejść na stadion. Nie kombinowaliśmy już z VIP-ami tylko od razu udaliśmy się na nasze prawowite miejsca.
10. To znaczy, zanim poszliśmy na prasówkę, udaliśmy się do sklepiku klubowego. A potem już był jeden cel – tzw. gięta. Wiedzieliśmy, że przy jednym sektorze jest taka fajna krojona, z cebulką. Mieliśmy taki plan już od grudnia. Ale na następny sezon. Na Raków trafiliśmy jednak w Pucharze Polski.
11. W tym celu obeszliśmy ten stadion. Nie naśmiewając się, bo sami mamy nowy obiekt od niedawna, niektóre miejsca za trybunami wyglądają, jakby były przytwierdzone na trytytki. Ale są to trytytki mocne. Mnie się ostatecznie ten stadion podoba. W dobie tych wszystkich nowy – daje powiew dawnych czasów.
12. Obeszliśmy więc. Na koniec musieliśmy się wylegitymować, żeby wejść na miejsce sektorowe. I znaleźliśmy się pod kiełbasą.
13. No panie, powiem ci – klasyczek. Półtorej (?) chyba kiełby i mnóstwo cebulki takiej zgrillowanej, w duuuużych kawałach. Musztarda, bułeczka. Smakowite. Minusem był ogórek kiszony, który ani trochę nie był kwaśny.
14. Skierowaliśmy się z powrotem – już na sektor prasowy. To pierwszy stadion od powrotu do ekstraklasy, na którym zawitaliśmy po raz trzeci. Wiedzieliśmy więc co i jak – czym to się je. Nagrywka przedmeczowa i zajęliśmy miejsca. Takie bez stolików, ale z większą przestrzenią. Więc komputer wylądował na kolanach.
15. Najgorsze było podłączanie do kontaktu. Trzeba było uklęknąć i się schylić, co na tej kracianej posadzce przyprawiało o ból kolan. Ale dało radę i byliśmy podpięci.
16. Czekaliśmy na mecz. Gdzieś tam w międzyczasie mijałem Mateusza Borka i Grzegorza Mielcarskiego, którzy mieli komentować to spotkanie. Jeszcze nie wiedzieli, jakie emocje będą także ich udziałem.
17. Jakiż to był mecz. Mecz, który zapamiętamy na lata. To była wielka piłka. Dramaturgia, zwroty akcji i dla postronnego widza kapitalny mecz do oglądania. Objęliśmy prowadzenie po golu Jirki, a potem Jędrych podwyższył z rzutu karnego.
18. W przerwie więc mieliśmy dobre humory, ale czujność musiała być zachowana. To jeszcze przecież nie znaczyło, że meldujemy się w finale. Kibice Rakowa mieli się z pyszna. Ale ciągle wierzyli.
19. Początek drugiej połowy był jak nóż w serce. Jeszcze nie wybiła 49. minuta, a już mieliśmy wyrównanie. Stadion przy Limanowskiego w euforii, my nosy spuszczone na kwintę. Nadal jednak przecież to był remis, czyli dla obu stron podobna sytuacja. Ale morale lepsze miał Raków.
20. Wkrótce gospodarze mieli rzut karny. Przez chwilę byliśmy w radości, gdy Dawid Kudła obronił. Ale szybko Diaby-Fadiga dobił ten strzał. Sędzia VAR-ował tę kontrowersyjną sytuację i przy okazji potem poznaliśmy absurdalny przepis o niepostawieniu nogi na murawie. Nie znając go – widzieliśmy potężną kontrowersję.
21. To już był dramat. Przegrywaliśmy 2:3. Wydawało się, że w sposób bardzo frajerski przegramy ten półfinał. Ale Adam Zrelak w samej końcówce doprowadził do wyrównania i wprawił nas w euforię. To był drugi mecz z rzędu, kiedy strzeliliśmy gola w doliczonym czasie.
22. Dogrywka zapowiadała kolejne wielkie emocje. W drugiej połowie znów pokarał nas Rocha, choć ostatecznie okazało się, że to samobój Alana. Ale już ultra katem w tym sezonie jest dla nas Brunes, który w każdym z trzech meczów trafił do siatki.
23. I jeszcze raz wyrównaliśmy. Eman się nie certolił, tylko przywalił precyzyjnie z dystansu. Mateusz Borek godnie oddał to w komentarzu, fenomenalna euforyczna sytuacja i Eman ekspresyjnie cieszący się pod sektorem gości. Cudowny moment. Przyznam, że mimo porażki, potem oglądałem to wielokrotnie.
24. No i te nieszczęsne karne, które okazały się dla nas bezbarwne. Dwa pudła, a Raków strzelił wszystko. Odpadliśmy, a gospodarze cieszyli się z awansu do finału.
25. Zebraliśmy manatki, nagrałem nagrywkę i poszliśmy na konferencję prasową. Teraz inna droga prowadzi na salę konferencyjną, więc pani nie chciała nas wpuścić. Ale akurat przechodził Wojciech Cygan, który „po starej znajomości” pozwolił nam tędy przejść.
26. Na konferencji przynajmniej można było się posilić zupą i jakimiś przekąskami. Marne to było pocieszenie. Straciliśmy tak wielką szansę, było tak blisko i nasi piłkarze zrobili wszystko. Szkoda była wielka.
27. Wypowiedzieli się obaj trenerzy, a my po konferencji jeszcze zrobiliśmy swoje materiały. Internet huczał od kontrowersji. Pożegnał się z nami drugi trener Rakowa oraz rzecznik. Oni byli przeszczęśliwi.
28. Mieliśmy problem z wyjściem, bo brama była zamknięta. Jakiś gościu powiedział, że trzeba nacisnąć jakiś guzik, żeby otworzyła się furtka. Doszliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic.
29. W stolicy Górnego Śląska byliśmy gdzieś przed północą. Nie tym razem Narodowy. Ale czekał nas za trzy dni kolejny mecz. Bardzo ważny i bardzo trudny.
—–
30. Do Poznania to już większa logistyka. Wiadomo, trzeba wyjechać rano, a wrócić w nocy. Ale na szczęście nie bardzo rano. Dlatego też wyjazd mieliśmy zaplanowany na 11. Ostatecznie ruszyliśmy nieco spóźnieni.
31. Mecz opracowywaliśmy w cztery osoby: ja, Misiek, Kazik i Marcin, który dojechał we własnym zakresie i działał na miejscu.
32. Droga przebiegała spokojnie, ładna była pogoda, tylko trochę zimno, gdy wiało. Zrobiliśmy ze dwa postoje, by coś małego przekąsić i napić się herbaty lub kawy. Na większą szamkę upatrzyliśmy sobie jedną z knajpek nieopodal Bułgarskiej.
33. Mijaliśmy znów Tarczyński Arena we Wrocławiu. Czy dane nam tam będzie zawitać w przyszłym sezonie? Jest to całkiem możliwe, bo Śląsk spisuje się w pierwszej lidze bardzo dobrze.
34. W Poznaniu byliśmy przed 15, mieliśmy więc jak na nas czasu i dużo i mało. Ale zjeść było trzeba. Padło więc na „Burger Lokalnie”. Chłopaki wzięli loaded frytki, ja skusiłem się na burgera. Dość dziwny sposób płatności – blik przez telefon. Wiem oczywiście o takim sposobie, ale przyznam, że pierwszy raz się z tym spotkałem w knajpie.
35. Mieli dużo zamówień, więc trochę musieliśmy poczekać. Ponad pół godziny. Na telewizorze leciał mecz Parma – Napoli, a za oknem przejeżdżały zielone tramwaje. Cały czas miałem wrażenie, że to autokar GieKSy przejeżdża, a przecież jak wiemy – bardzo często go spotykamy na swojej drodze.
36. Po nasyceniu się ruszyliśmy do auta i udaliśmy się na stadion. Zapowiadana frekwencja ponad 35 tysięcy powodowała, że zastanawialiśmy się, czy uda nam się ominąć korki.
37. Jak się okazało, nie było żadnych problemów, ot jedne dłuższe światła na kilka razy i już byliśmy na ulicy Ptasiej, od której jest wjazd na parking. No to wjechaliśmy.
38. Kazik odpalił drona, który tu już nie odmówił posłuszeństwa. Ja przyznam, że pierwszy raz widziałem taką akcję, z patrzeniem się na obraz na żywo. Absolutnie fenomenalna sprawa i niesamowity widok oraz szybkość poruszania. Dzięki temu mamy z większości stadionu tak efektowne ujęcia.
39. Udaliśmy się po odbiór akredytacji. Poszło szybko i sprawnie, po czym mogliśmy pójść do bramy wejściowej już stricte na stadion. Jeść nie można.
40. Pamiętałem obiekt przy Bułgarskiej z poprzedniego sezonu, więc tu nie było żadnego błądzenia. Wiedzieliśmy, co jest gdzie. Najpierw więc poszliśmy do pomieszczenia pracy dziennikarzy i fotoreporterów. Były ciastka, nachosy i napoje. Chciałem zrobić herbatę, ale woda była letnia. Więc olałem.
41. Rozdzieliłem się z chłopakami i pojechałem windą na prasówkę. No i wyszedłem na trybuny i znów – wielkie wrażenie. No to jest potężny stadion. Wysokie trybuny, rozległe, a jednak bardzo dobrą widocznością. Piękny czterdziestotysięcznik. A jeszcze miał być niemal zapełniony.
42. Nagrałem więc przedmeczową nagrywkę, a zanim zająłem miejsce musiałem ogarnąć tę… herbatę. Tutaj znowu był wrzątek, ale nie było saszetek. Co prawda w drugim werniku była gotowa herbka, ale to nie to samo. Zjechałem więc na dół po szaszetki i wróciłem.
43. Warunki do pracy na Lechu są doskonałe. Widoczność to raz. Stanowiska – kapitalne. Duże blaty, dużo kontaktów, świetny internet. Pracowanie na tym obiekcie to czysta przyjemność. Wszystko się tam zgadza.
44. Trybuny powoli się wypełniały, a piłkarze rozgrzewali. Była siedemnasta, więc światło dzienne. Ostatnio byliśmy tu już tylko przy sztucznym oświetleniu.
45. Ale pamiętamy przecież ten stadion bardzo dobrze. Graliśmy tutaj przecież kilka razy z Wartą Poznań. Dla nas swego czasu świętem było uczestnictwo w takim spektakularnym meczu Zielonych, gdy dowodziła nimi pani Łykomska-Pyżalska. Wtedy kilkanaście tysięcy Warciarzy zrobiło show. Kibice GKS również. Wówczas przegraliśmy, ale tylko na takie „święta” mogliśmy liczyć. Z Wartą przy Bułgarskiej też wygrywaliśmy 1:0 czy remisowaliśmy 2:2 i… 3:3.
46. Mecz poprzedziła minuta ciszy ku czci Jacka Magiery. Była cisza i szacunek. A przecież ani z Lechem, ani z GKS Jacek Magiera nie był związany. Podoba mi się to trzymanie szalików w górze podczas takich upamiętnień. Jest to dla mnie wyraz absolutnego szacunku jako społeczność.
47. Potem już zaczęło się wielkie granie. Zastanawialiśmy się jak to będzie wyglądało po Częstochowie. Niepotrzebnie. GieKSa zaprezentowała się po prostu kapitalnie. Nie ustrzegając się błędów w defensywie. Ale dzięki temu mieliśmy świetny mecz. Kibice też swoje zaprezentowali.
48. Naprawdę ten uśmiech Markovića z rozciętym łukiem brwiowym jest epicki. Jego towarzysze również z jednej strony gratulujący, z drugiej troszczący się. Ranny wojownik na bitwie, ale święcący swój triumf. Można powiedzieć, że to bardzo pierwotne. Archetypowe.
49. Czy nie do tego została stworzona piłka nożna i sport w ogóle? Żeby te pierwotne instynkty związane z walką i rywalizacją rozwiązywać w uzgodniony i cywilizowany sposób? Używamy takich słów: taktyka, strategia, walka. Zwycięstwo i porażka.
50. W przerwie udałem się zobaczyć, co tam ciekawego do jedzenia w kuluarach. Jakaś meksykańska zupka była i kanapki. Też sympatycznie, można było lekko się posilić. Coś tam konsumowali też Mateusz Borek z Grzegorzem Mielcarskim, którzy drugi raz z rzędu mieli okazję komentować kapitalne widowisko z udziałem GieKSy.
51. Druga połowa to był już cios za cios. Poznański Kocioł przeżywał swoje euforie po wyrównujących bramkach i frustracje po golach straconych. A nasz sektor jeszcze dwukrotnie wybuchał radością po golach – najpierw Ilji, a potem Emana.
52. Co ciekawe, dla Ilji Szkurina nie była to pierwsza bramka w tym sezonie przy Bułgarskiej. Zawodnik trafił przecież w Superpucharze jeszcze w barwach Legii, gdy Wojskowi wygrali w Poznaniu 2:1. Strzelił na tę samą bramkę. Trochę ładniej – ale liczy się efekt.
53. Eman na razie strzela tylko na wyjeździe. Dublet w Niecieczy, gol w Częstochowie i teraz dwa trafienia w Poznaniu. Czekamy na pierwsze trafienie Norwega na Nowej Bukowej.
54. Ogólnie mecz przy 35 tysiącach kibiców to już naprawdę europejskie widowisko. A jeśli jeszcze piłkarze obu drużyn stworzyli spektakl, to trudno się dziwić zachwytom. Jeśli GieKSa gra w meczach, które są wizytówką ekstraklasy, to wiedz, że w Katowicach dzieje się coś dobrego.
55. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 3:3. Piłkarze GKS i kibice podziękowali sobie wzajemnie. Kibice Lecha wsparli swoich piłkarzy – docenili tę gonitwę.
56. Nagrywka i na konferencję prasową. Była ona wyjątkowo długa, bo trwała ponad 40 minut, zwłaszcza maglowali dziennikarze trenera Nilsa Frederiksena, z niebywale posępną miną. Szkoleniowiec nie był zadowolony po tym spotkaniu. Natomiast Rafał Górak mówił o pewnym niedosycie, ale też z szacunkiem podchodził do jednego punktu.
57. Jedynie tutaj pan podający mikrofon trochę wywierał presję, bo tak stał nad człowiekiem i po zadaniu pytania już sięgał, żeby mu oddać mikrofon. Powiedziałem mu więc, że jeszcze jedno pytanie chcę zadać. W sumie myślałem, żeby zadać cztery, ale stwierdziłem, że skoro stosuje taki wysoki pressing, to poprzestanę na dwóch.
58. Porobiliśmy jeszcze swoje materiały i w końcu zebraliśmy się. Czekała nas kilkugodzinna podróż powrotna do domu. Przejście przez lochy stadionu Lecha jest ciekawe.
59. Jeszcze zahaczyliśmy o kurczaki we Wrocławiu. Pierwszy raz spotkałem się w takim miejscu z tym, że wychodzi obsługa i mówi, co jeszcze jest dostępne, bo niedługo zamykają. Ale przynajmniej było świeżutkie, świeżo usmażone.
60. W Katowicach byliśmy o drugiej. Widzieliśmy, jak pod stadion wjeżdża autokar z naszymi piłkarzami.
61. To był bardzo intensywny dwumecz. Nim się jednak nie obejrzymy, to już w piątek zagramy z Motorem. Kupujcie bilety i dopingujemy tę kapitalną drużynę.



































































baxxi
2 czerwca 2021 at 10:24
„skatowiczyć”- przej…ć awans do wyższej klasy rozgrywkowej na ostatniej prostej lub spektakularnie spie…..ć się do klasy niższej.(żródło wikiGieKSa)dotyczy tylko i wyłącznie sekcji męskiej piłki nożnej.