Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Multisekcyjny przegląd doniesień mass mediów: GieKSa zdobywa cenne punkty

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.

Piłkarki w siódmej kolejce Ekstraligi Kobiet wygrały z Tarnovią Tarnów 1:0 (1:0). Następny mecz nasze piłkarki rozegrają w sobotę dziewiątego października z UKS SMS Łódź. Piłkarze rozegrali w minionym tygodniu dwa spotkania: pierwsze w ramach rozgrywek Pucharu Polski z Olimpią Zambrów, drugie w ramach Fortuna I Liga ze Stomilem Olsztyn. Obydwa spotkania GieKSa wygrała. Prasówkę po tych spotkaniach znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ.

Wystartowały rozgrywki Plusligi, siatkarze wygrali 3:2 z Treflem Gdańsk. W drugiej kolejce spotkań rywalem będzie drużyna Asseco Resovii, mecz zostanie rozegrany w najbliższą sobotę w Katowicach.

Hokeiści rozegrali dwa mecze: w piątek w Katowicach pokonali drużynę KH Energę Toruń 4:1. W niedzielę zespół przegrał z Unią w Oświęcimiu 2:4. Nasza drużyna jest w dalszym ciągu liderem  rozgrywek.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – GieKSa zdobywa cenne punkty

Beniaminek z Tarnowa przyjechał na Bukową z nadziejami na punkty. Tanio skóry nie sprzedał, lecz to miejscowe dopisują trzy oczka do swojego bilansu.

Obydwie drużyny stworzyły ciekawe widowisko. Był to typowy mecz walki. Podopieczne Witolda Zająca chciały udowodnić, że wynik we Wrocławiu to tylko wypadek przy pracy. Tarnovia sprawiła już w tym sezonie kilka niespodzianek i dzisiaj również była bliska kolejnej z nich.

O zwycięstwie zadecydował rzut karny. W jednej z akcji w polu karnym faulowana była Klaudia Maciążka. Rzut karny wykorzystała niezawodna w takich sytuacjach Marlena Hajduk. Kapitan katowiczanek nie raz udowadniała, że ma nerwy ze stali.

Pomimo wielu sytuacji wynik na tablicy nie uległ zmianie.

 

sportdziennik.com – Krok ku normalności

To zwycięstwo niczego nam nie daje, a ma być tylko i wyłącznie kołem zamachowym do ogromnej pracy przed następnym meczem – mówi trener Rafał Górak, którego drużyna w niedzielę pokonała Stomil, odbijając się od dna I-ligowej tabeli.

Kibice w Katowicach wreszcie mogą bez przerażenia i dużego wstydu zerknąć w tabelę I ligi. Dzięki niedzielnej (2:1) osiągniętej rzutem na taśmę wygranej ze Stomilem Olsztyn na rozpoczęcie październikowej serii 4 meczów przy Bukowej, GieKSa odbiła się od dna i wyskoczyła poza strefę spadkową.

– Wiadomo, w jak trudnej sytuacji znaleźliśmy się po ostatnim miesiącu rozgrywek – mówi trener Rafał Górak. – Nie jest to dla nas sprawa komfortowa, nie było to łatwe. Wydaje mi się, że wraz z drużyną wykonaliśmy bardzo dużo roboty, aby zapanować nad tym, co złe. Choć mimo wszystko nie udało nam się na razie doprowadzić do tego, by nie stracić bramki, drużyna momentami grała w moich oczach bardzo dobrze.

Szczególnie w drugiej połowie, dlatego gratuluję jej zwycięstwa; całkowicie zasłużonego, co dla mnie bardzo ważne. Jeśli jednak ktokolwiek w szatni – wśród sztabu czy zawodników – powie dziś, że ta wygrana dodaje pewności siebie, to jest mocno nieodpowiedzialny. Ta wygrana nie daje niczego poza kołem zamachowym do ogromnej pracy przed następnym meczem z GKS-em Tychy.

Aż 23 stracone gole spowodowały, że katowiczanie zaczęli szukać nowych rozwiązań w defensywie. W minionym tygodniu egzamin zdało przejście na ustawienie z wahadłowymi i trójką środkowych obrońców, o czym świadczyła pucharowa wygrana w Zambrowie oraz niedzielny mecz ze Stomilem, który niedawno rozbił legnicką Miedź, ale przy Bukowej nie miał w ofensywie wiele do powiedzenia.

Z drugiej strony, tych dwóch zwycięstw absolutnie nie można też przeceniać, skoro rywalami byli IV-ligowiec i przedstawiciel strefy spadkowej zaplecza ekstraklasy. Olsztynianie zaprezentowali się w Katowicach najsłabiej spośród wszystkich zespołów, jakie przyjechały tu w rundzie jesiennej. Mimo to GKS pokonał ich po horrorze, golu z szóstej minuty doliczonego czasu, który był jeszcze sprawdzany przez VAR. Wideoweryfikacja była używana w niedzielny wieczór aż 3-krotnie. Takiego meczu przy Bukowej jeszcze nie było.

– Było sporo emocjonalnych momentów, bo VAR zawsze je powoduje, ale daje nam to, czego chcemy, czyli prawdę. Dwóch bramek Filipa Szymczaka nie uznano. Ważne, że uznana została ta ostatnia, Bartka, bo 3 punkty zostały u nas. Cieszę się, że mamy VAR w pierwszej lidze. Standardy muszą się podnosić. On kosztuje, ale ja zawsze powtarzam, że to tandeta jest najdroższa – przyznaje szkoleniowiec GieKSy.

Adrian Błąd, lider katowickiej ofensywy, zwraca uwagę, że o losach meczu ze Stomilem rozstrzygnęli zmiennicy. Gol padł po świetnym, przytomnym zachowaniu w polu karnym Patryka Szwedzika i uderzeniu głową Bartosza Jaroszka. – Jestem zadowolony, że chłopaki, którzy weszli z ławki, dali na tyle jakości, że zdobywamy 3 punkty. To bardzo cenne. Wychodzi nas jedenastu, ale ten piąty zmiennik też może przesądzić o zwycięstwie. Może nie jest to nasza jakaś wielka siła, ale na pewno pewien plusik. Każdy jest gotowy, każdy podnosi rywalizację.

Cieszymy się bardzo z 3 punktów. Ostatnio nie rozpieszczaliśmy… Część rzeczy została zmieniona, część udoskonalona. Ta wygrana to – po Pucharze Polski w Zambrowie – drugi mały kroczek ku temu, by w naszej szatni było pod względem punktowym normalnie – mówi Błąd.

A przed GieKSą jeszcze 3 kolejne domowe spotkania. W sobotę – derby z imiennikiem z Tychów, a potem konfrontacje ze Skrą i Puszczą. Jeśli GieKSa pójdzie za ciosem, może nawet powalczy o oderwanie łatki zespołu dość nieoczekiwanie skazanego na walkę na utrzymanie. Ale do tego jeszcze daleka droga.

9 punktów zdobyła w tej rundzie GieKSa u siebie. Przy Bukowej zanotowała 2 zwycięstwa i 3 remisy, a przegrała tylko z Arką. To niezły omen w kontekście najbliższych trzech domowych spotkań.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Siatkarska wojna w Katowicach dla gospodarzy

Wczesnym niedzielnym wieczorem zakończyło się spotkanie GKS-u Katowice z Treflem Gdańsk. Dwa pierwsze sety wygrali gospodarze, ale Gdańskie Lwy nie zamierzały rezygnować. Podopieczni Michała Winiarskiego poderwali się do walki i doprowadzili do wyrównania. Tie-break lepiej rozpoczęli siatkarze GKS-u, ale Trefl odrobił straty. W końcówce jednak lepsi okazali się katowiczanie. MVP został Micah Ma’a.

Pierwsze akcje spotkania należały do gości, po podwójnym bloku gdańszczanie prowadzili 4:1. Katowiczanie szybko zniwelowali dystans, as Jakuba Jarosza pozwolił GKS-owi złapać kontakt punktowy (5:6). Obie drużyny nie ustrzegły się błędów. Gdy Mateusz Mika nie poradził sobie z odbiorem zagrywki Piotra Haina, gospodarze wyszli na prowadzenie 9:8. W dalszej fazie seta wynik oscylował wokół remisu (14:13). Drużyny nie wstrzymywały ręki w polu zagrywki, żaden z zespołów nie był w stanie zbudować wyraźnej przewagi (16:16). Ze względu na podejmowane ryzyko nie brakowało błędów w zagrywce. Po kontrataku Jakuba Szymańskiego o czas poprosił trener Winiarski (19:17). Po przerwie Micah Ma’a dołożył asa. W kolejnych akcjach gospodarze utrzymywali przewagę. Skuteczne zagranie Gonzalo Quirogi skłoniło gdańskiego szkoleniowca do wykorzystania kolejnej przerwy (23:19). Trefl nie zdołał odrobić powstałych wcześniej strat, ostatnie punkty w tej odsłonie zdobył Jakub Jarosz.

Po ataku Reicherta Trefl prowadził na początku drugiej odsłony 3:1. Nie zdołali jednak utrzymać tej przewagi i po asie Szymańskiego na tablicy wyników widniał już remis (3:3). Gdańszczanie często popełniali błędy. Zdarzały się ciekawe akcje, ale skuteczniejsi w ataku byli katowiczanie, którzy szybko ponownie odbudowali przewagę (11:9). Mimo starań Mariusza Wlazłego Trefl nie był w stanie zniwelować strat. Skuteczny atak przez środek Piotra Haina i as Jarosza skłoniły trenera Winiarskiego do poproszenia o czas (15:12). Raz za razem obok Jarosza punktował Szymański (18:14). Gdańszczanie mieli problemy z odbiorem zagrywek, po ataku z przechodzącej piłki Quirogi kolejną przerwę wykorzystał szkoleniowiec Trefla (21:17). W kolejnych akcjach gdańszczanie zaczęli odrabiać straty, blok na Jaroszu skłonił trenera Słabego do poproszenia o czas (22:19). Atak po bloku Quirogi dał serię piłek setowych GKS-owi, pojedynczy blok Haina na Łabie zamknął kontrolowaną przez katowiczan odsłonę.

Chociaż pierwsze akcje seta numer trzy należały do GKS-u, po ataku Patryka Łaby wynik się wyrównał (3:1,3:3). Po asie Szymańskiego katowiczanie odbudowali przewagę, jednak Trefl szybko odwrócił wynik i o czas poprosił trener Słaby (6:3, 6:7). Skutecznie punktowali Łaba i Mateusz Mika, katowiczanie zaczęli popełniać proste błędy (9:12). W kolejnych akcjach przyjezdni pozostawali na prowadzeniu. Gdy zablokowany został Jarosz, kolejną przerwę wykorzystał katowicki szkoleniowiec (13:16). Seria przy zagrywkach Patryka Łaby trwała, a dopiero atak Quirogi pozwolił GKS-owi zrobić przejście (14:18). Mimo roszad w składzie postawa gospodarzy nie poprawiała się. Punktowy blok Trefla dał gdańszczanom serię piłek setowych. Pierwszą z nich atakiem obronił Marcin Kania, ale w kolejnej akcji decydujący punkt zdobył Mariusz Wlazły.

Początek czwartego seta był ciekawy, po kontrataku Quirogi gospodarze prowadzili 5:2. Podobnie jak w poprzedniej odsłonie nie zdołali utrzymać zaliczki punktowej, po kolejnym ataku Miki wynik wyrównał się (7:7). Katowiczanie często popełniali błędy nie tylko w polu zagrywki, ale również w ataku (9:11). Gra gdańszczan również nie była bezbłędna, kontratak Jarosza doprowadził do remisu (13:13). W kolejnych akcjach gra toczyła się punkt za punkt, żaden z zespołów nie zdołał tym razem zbudować przewagi. Dopiero po tym, jak Quiroga dotknął siatki Trefl wyszedł na prowadzenie 19:17. Po tej akcji o czas poprosił trener Słaby. Goście grali pewniej, o kolejnym zagraniu Łaby było już 23:19. Po kolejnym czasie dla trenera Słabego skutecznie zaatakował Wlazły. GKS obronił dwie piłki setowe, dlatego przerwę zarządził Michał Winiarski. W kolejnej akcji po skosie zaatakował Łaba, kończąc seta.

Od pierwszych akcji tie-breaka nie brakowało ciekawych akcji. Po kolejnym ataku Quirogi GKS doskoczył na trzy punkty (6:3). Katowiczanie popełniali błędy, dzięki czemu rywale złapali kontakt punktowy (6:5). Autowy atak Szymańskiego sprawił, że podczas zmiany stron to Trefl prowadził 8:7. W kolejnej akcji skutecznie zaatakował Pablo Crer, a o czas poprosił trener Słaby (7:9). Serię przy zagrywkach Lucasa Kampy przerwał dopiero błąd rozgrywającego (8:10). As Damiana Koguta pozwolił GKS-owi złapać kontakt punktowy, a po kontrataku Szymańskiego na tablicy wyników pojawił się remis (11:11). Po punktowej zagrywce Ma’a GKS wyszedł na prowadzenie, a czas wykorzystał trener Winiarski (13:12). Ostatecznie po kontrataku Jarosza ze zwycięstwa cieszyli się katowiczanie.

MVP: Micah Ma’a

GKS Katowice – Trefl Gdańsk 3:2 (25:20, 25:20, 19:25, 21:25, 15:12)

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Goli mogło być więcej

[…] Niemal pełna „Satelita” sprawiła, że gospodarze byli podwójnie zmobilizowani i trudno się dziwić, bo chcieli się zaprezentować z jak najlepszej strony. GKS Katowice po raz pierwszy we własnej hali odniósł przekonywujące zwycięstwo i przez wiele fragmentów meczu pokazał się z niezłej strony. I tylko należy żałować, że bramkarz gospodarzy nie zapisał „czystego” konta, a do pełni szczęścia zabrakło 4:09 min.

Katowiczanie pod kierunkiem trenera Jacka Płachty, zbierają pochlebne recenzje i potwierdzili to w pierwszej potyczce na lodzie. Z przyjemnością oglądało się akcje ofensywne gospodarze, którzy już od pierwszych sekund zapędzili w „kozi róg” rywali. Zespół z Torunia z własnej tercji po raz pierwszy wyjechał w 6 min, ale akcja natychmiast pod bramkę Mateusza Studzińskiego. John Murray przez 1. odsłonę był bezrobotny i interweniował raz gdy jeden z jego kolegów podał w jego stronę.

Z przodu jego koledzy wprost szaleli i Studziński musiał się wykazać niezwykle czujnością. Gole były tylko kwestią czasu. Najpierw Szwed Anthon Eriksson zdołał pokonać gości, zaś potem Grzegorz Pasiut popisał się błyskawicznym i precyzyjnym uderzeniem. W 18:55 do boksu kar powędrował 2. obrońców z 1. formacji gości Aliaksandr Szkrabaw oraz Dmitrij Kozłow. To miały być trudne chwile dla torunian, a tymczasem gra w podwójnej przewadze katowiczan pozostawiała wiele do życzenia.

W kolejnej odsłonie impet gospodarzy zelżał. Ale i goście odzyskali równowagę i coraz śmielej zaczęli konstruować akcje. Oddali nawet kilka strzałów na bramkę GKS-u, ale nie mogły one zaskoczyć tak doświadczonego bramkarza jakim jest Murray. W 38:33 min doszło do bokserskiego pojedynku Aleksandra Jakimienki i Bartosza Fraszki z Szkrabawem i Miro Lehtimakim. Zakończyło się ono remisem, bo wszyscy powędrowali do boksu kar. Obie drużyny jednak grały w kompletnych składach, zaś Eriksson po raz z kolejny udawania, że jest niezwykle pożyteczną postacią tej drużyny. Po raz kolejny pokonał Studzińskiego, który tym razem się nie popisał i spóźnił się z interwencją. Nieco wcześniej dwie sytuacje nie wykorzystali Patryk Wronka oraz Bartosz Fraszko.

Gospodarze poniżej oczekiwań zaprezentowali się podczas gry w przewadze, ale za to w osłabieniach byli skoncentrowani i na niewiele pozwolili gościom. Obrońca Carl Hudson popisał się niezwykle efektownym uderzeniem z niebieskiej linii i krążek wpadł pod poprzeczkę. Wszystko wydawało się pod kontrolą gospodarzy i zanosiło się na „czyste” konto Murraya. Gdy o tym pomyśleliśmy, jak na ironię losu, Michał Kalinowski zdobył honorowego gola.

Zespół z Torunia, mimo wszystko rozczarował, bo za poprzednie występy zebrał wiele pochwał. A tymczasem tylko momentami zrywał się do ataku i szukał punktu zaczepienia. Jednak niewiele z tego wynikało.

 

hokej.net – Hit nie zawiódł! Unia pokonała lidera 

W najciekawiej zapowiadającym się meczu 9. kolejki Polskiej Hokej Ligi Re Plast Unia Oświęcim pokonała na własnym lodzie GKS Katowice 4:2. Biało-niebiescy odnieśli tym samym drugie zwycięstwo z rzędu.

Spotkanie mogło się podobać nawet najbardziej wymagającym kibicom. Nie zabrakło w nim walki, twardych ataków ciałem, sytuacji podbramkowych, ale też błędów arbitrów.

[…]Po pierwszej odsłonie więcej powodów do zadowolenia mieli gospodarze, którzy prowadzili 2:0. Sposób na Johna Murraya znaleźli dwaj obrońcy, do niedawna znajdujący się w sporym ogniu krytyki. W 5. minucie wynik spotkania otworzył Cole MacDonald, który popisał się przepiękną indywidualną akcją. 25-letni Kanadyjczyk odważnie pomknął lewym skrzydłem, uciekł katowickim obrońcom, a gdy znalazł się w sytuacji sam na sam z Johnem Murrayem przymierzył w krótki róg. Drugiego gola, podczas gry w przewadze, dołożył Ty Wishart, popisując się soczystym uderzeniem z lewego bulika.

Katowiczanie w pierwszej odsłonie dwukrotnie mieli na lodzie o jednego zawodnika więcej, ale nie zrobili z tego użytku. Biało-niebiescy grali bardzo ofiarnie w obronie i mieli też wsparcie w osobie swojego bramkarza. Clarke Saunders pewnie strzegł swojego posterunku i w pierwszej odsłonie zaliczył 12 udanych interwencji.

Podopieczni Jacka Płachty od początku drugiej odsłony jeszcze mocniej ruszyli do odrabiania strat, ale oświęcimska bramka była dla nich jak zaczarowana. W 31. minucie przez 80 sekund zamknęli gospodarzy w ich tercji, ale nie udało im się przełamać strzeleckiego impasu.

Chwilę później z groźną kontrą wyszli gospodarze Victor Rollin Carlsson zagrał wzdłuż bramki do Teddy’ego Da Costy, ale ten nieczysto trafił w krążek, więc John Murray zdołał obronić ten strzał.

W 35. minucie kontaktowego gola dla GieKSy zdobył Mathias Lehtonen, który wykorzystał dobre podanie Jakuba Wanackiego. Spotkanie nabrało jeszcze większych rumieńców.

Oświęcimianie odpowiedzieli jeszcze przed przerwą, a fantastycznym uderzeniem z nadgarstka popisał się Daniił Oriechin. Rosyjski skrzydłowy po dograniu Łukasza Krzemienia zdjął pajęczynę z okienka bramki strzeżonej przez „Jaśka Murarza” i ucieszył licznie zgromadzonych kibiców.

[…] Ostatnie dwadzieścia minut należało do katowiczan, którzy w 44. minucie znów złapali kontakt z rywalem. W ramionach swoich kolegów utonął Carl Hudson, będący obecnie najskuteczniejszym obrońcą całej ligi. Chwilę później do gospodarzy uśmiechnęło się szczęście, bo krążek po uderzeniu Grzegorza Pasiuta zatrzymał się na słupku.

Tymczasem chwilę później, podczas gry w przewadze, w poprzeczkę trafił Jesse Dudas. Emocje wciąż rosły, a goście nie rezygnowali z ataków.

Na 80 sekund przed końcem regulaminowego czasu gry trener Jacek Płachta zagrał va banque. Zdjął z bramki Johna Murraya i wprowadził do gry dodatkowego napastnika. Ten manewr nie przyniósł zamierzonego efektu, ale przyczynił się do straty czwartego gola. Na 0,3 sekundy przed końcową syreną krążek w pustej bramce umieścił Zackary Phillips, popisując się celnym strzałem z 40 metrów.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Hokeiści dotrzymali danego słowa!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga