Dołącz do nas

Piłka nożna

Mur beton w środku, posucha na skrzydłach

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W naszym co-rundowym podsumowaniu formacji przyszedł czas na linię pomocy. To tu teoretycznie podczas meczów dzieje się najwięcej, bo w tej strefie akcje rywala nabierają realnych kształtów i można je skasować już na środku boiska, w końcu tutaj najczęściej nasza drużyna zaczyna swoje ofensywne akcje. Jak zawsze w pomocy jest najwięcej rotacji w zależności od dobrych/słabych występów zawodników i potrzeba danego meczu.

Defensywni pomocnicy
Można chyba powiedzieć, że w tym temacie dokonaliśmy prawdziwej rewolucji w tej rundzie i wielka zasługa Jerzego Brzęczka, że poukładał to tak, jak poukładał. Ale po kolei. W poprzednich sezonach różnie bywało z defensywnymi pomocnikami. W ostatnich rozgrywkach mieliśmy Łukasza Pielorza, Sławomira Dudę i Povilasa Leimonasa, z czego dwóch ostatnich wymiennie grających. Nie mogliśmy być zachwyceni – piłkarze popełniali wiele błędów, a najlepszy z tej trójki, czyli Pielorz też nie grał na bardzo wysokim poziomie. Na początku sezonu wydawało się, że dalej możemy się z tym środkiem „męczyć”. W Radomiu zadebiutował Bartłomiej Kalinkowski i było to słabe wejście, okraszone żółtą kartką i zejściem z boiska w przerwie. Partnerował mu Pielorz. W pierwszej kolejce z Wigrami kombinowaliśmy ze środkiem – Pielorzowi miał pomagać Foszmańczyk, ale skończyło się to katastrofą. Łukasz zagrał fatalne zawody, po jego błędzie padła bramka, prokurował groźne okazje dla przeciwnika. W Głogowie wróciliśmy do starego schematu z Pielorzem i Dudą i tym razem było przyzwoicie. Kiepsko za to ich gra wyglądała z Chojniczanką, a już fatalnie w wykonaniu Łukasza. Drugi mecz z rzędu na Bukowej zagrał bardzo złe zawody i szkoleniowiec powoli zaczął się zastanawiać nad przydatnością zawodnika w pierwszej jedenastce.

Trener szukał, szukał i… znalazł. Pisaliśmy o przełomie w postaci meczu czwartej kolejki w Olsztynie. Ten przełom miał również swój początek w decyzji o wystawieniu Bartłomieja Kalinkowskiego z Łukaszem Zejdlerem, dotychczas grającym na skrzydle. Obaj spisali się ze Stomilem bardzo dobrze, to było podniesienie jakości gry defensywnych pomocników o dwa stopnie w górę. Z Zagłębiem Sosnowiec obaj spisali się na tyle dobrze, że goście nie mieli zbyt wielu okazji na zdobycie bramki. Potem katowiczanie wygrali ze Zniczem, a Kali z Łukaszem na dobre zadomowili się w pierwszej jedenastce. Środek pola zaczął wyglądać dobrze i pewnie. Kalinkowski może nie grał zbyt efektownie, ale skutecznie w destrukcji, Zejdler dokładał jeszcze do tego ciekawe rozegranie w ofensywie. Świetny mecz rozegrali w Bielsku, a Zejdlera po spotkaniu określiliśmy mianem profesora. Piłkarze nie zaliczali praktycznie słabych występów, a w Legnicy Zejdler znów był najlepszy na boisku. Niestety zabrakło go z powodu kartek w meczu ze Stalą i od razu ucierpiała na tym jakość naszej gry. Nawet Kali zagrał słabiej, nie czując się przy Sławku Dudzie tak pewnie, jak przy Łukaszu. Słabszy mecz duetu Kalinkowski-Zejdler przydarzył się w Tychach, a Bartek zaliczył stratę, po której padł gol. W końcu jakiś błąd musiał im się przydarzyć, grunt, że wcześniej rozegrali masę dobrych spotkań. Zawodnicy na jakiś czas troszkę spuścili z tonu, nie grali już tak dobrze jak wcześniej. Faktem jest, że GKS nadal bramek nie tracił, ale rywale raz na jakiś czas potrafili przedrzeć się przez środek boiska. Nadal jednak nie można było powiedzieć, że Kalinkowski i Zejdler grali źle. To nadal był poziom wyższy niż defensywnych pomocników w poprzednich sezonach. W końcu w Kluczborku wrócili na właściwe tory i zagrali bardzo dobrze spotkanie, a Łukasz okrasił je golem z rzutu wolnego. Świetnie obaj spisali się iw kolejnym spotkaniu z Olimpią Grudziądz. Końcówka była już dużo słabsza. W Bytowie zagrali słabo, w Suwałkach pauzował Bartłomiej, ale zarówno Zejdler, jak i zastępujący Duda rozegrali bardzo złe zawody. Na mecz z Chrobrym wrócił Kali i mimo że GKS wygrał, to jednak Chrobry zbyt często przedostawał się pod naszą bramkę, ale na pewno nie był to taki zły mecz, jak dwa poprzednie.

Boczni pomocnicy
Tutaj niestety od początku sezonu mieliśmy dużo więcej problemów i na dobrą sprawę zupełnie nie zostały one rozwiązane.

Do GieKSy zostali ściągnięci Andreja Prokić i Paweł Mandrysz, dwóch szybkich zawodników mogących grać na skrzydle. Mieliśmy także Macieja Bębenka, który jednak w poprzednim sezonie pokazywał głównie swoją nieprzydatność do zespołu. W Radomiu Mandrysz nie mógł jeszcze zagrać, ale oglądaliśmy Prokića, który niczym się nie wyróżnił, grając słabo. Z drugiej strony wspomniany Bębenek również niewiele wniósł.

Udział Macieja w tej rundzie był niewielki. W pierwszej kolejce z Wigrami zagrał fatalnie. Potem wystąpił od 60. minuty w spotkaniu ze Stomilem i też nic nie pokazał, poza złym rozgrywaniem piłki z rzutu rożnego z Czerwińskim, po którym poszła kontra, której efektem była czerwona kartka dla Sebastiana Nowaka. Z Zagłębiem Sosnowiec zagrał bardzo przeciętnie, a potem na chwilę jeszcze widzieliśmy go w meczu ze Stalą Mielec i zapisał się jedynie żółtą kartką zaraz po wejściu na boisko. Potem Maciej już nie grał, m.in. ze względu na kontuzję.

Andreja po spotkaniu w Radomiu, w meczu ligowym z Wigrami pojawił się na boisku kwadrans po przerwie. To również był bardzo słaby mecz i o ile wówczas myśleliśmy, że to złe miłego początki, to teraz z perspektywy czasu okazuje się, że była to zapowiedź bardzo słabej rundy Serba. Praktycznie w każdej kolejce – niezależnie czy zaczynał od początku czy wchodził z ławki – mogliśmy mieć sporo pretensji za to, że nie wnosi nic pozytywnego do zespołu. Z czasem oczywiście irytowało to coraz bardziej, bo czas mijał, a progresu nie było. W końcu nieco lepiej było od meczu ze Zniczem. I gdy wydawało się, że jest to idealny zawodnik na grę z kontry, przy naszym prowadzeniu w Bielsku, Andreja jedną z takich kontr tak klasycznie zepsuł, że pamiętamy to do dziś. Ale wyglądało to coraz lepiej, z Wisłą Puławy trafił w słupek. Od tego czasu zaczął się festiwal także niewykorzystanych okazji piłkarza. Z Miedzią nie wykorzystał setki, a potem i forma poszła znów w dół. Ze Stalą i Tychami znów było bardzo źle. Za to w meczu z Pogonią pojawił się na 20 minut na boisku i zdążył zmarnować dwie znakomite sytuacje. Z Sandecją również jako zmiennik miał bardzo dobrą okazję. Z Górnikiem natomiast wchodząc na ostatnie 6 minut z jednej strony rozruszał zespół, z drugiej w kluczowej kontrze 2 na 1 nie zdecydował się na otwierające podanie do Foszmańczyka. Po tym meczu zawodnik na kilka minut zniknął ze składu, to znaczy nie pojawiał się na boisko nawet z ławki. Wchodził jako rezerwowy w Bytowie i Suwałkach, a w tym drugim meczu nie wykorzystał kolejnej stuprocentowej sytuacji.

Z Wigrami wystartował Paweł Mandrysz, którego pamiętaliśmy z kapitalnej akcji z Banikiem Ostrawa. Początków w GieKSie Paweł łatwych nie miał. Na początku generalnie zderzył się z pierwszoligową rzeczywistości i być może to co było dla niego łatwe w drugiej lidze, w pierwszej nie mogło się już tak szybko powieść. Zwłaszcza widoczne było to w starciu z Zagłębiem Sosnowiec, kiedy to pojawił się na boisku po przerwie i wniósł dużo ożywienia, ale ilość niewykorzystanych sytuacji była zatrważająca. Mimo wszystko z każdym meczem było ciut lepiej. W Bielsku grał dobrze, ale znów nie wykorzystał dwustuprocentowej sytuacji. W meczu z Wisłą wróciła irytacja związana z brakami technicznymi – czy w kwestii wyszkolenia czy stresu, tego nie wiemy. Generalnie znów przez kilka kolejek było przeciętnie lub słabo, zawodnik raczej wchodził z ławki niż grał w pierwszym składzie. W końcu udało mu się trafić do siatki w meczu z Pogonią Siedlce i był to gol zwycięski. To jednak jeszcze nie pozwoliło mu być pewnym pierwszej jedenastki. Za to w Kluczborku rozegrał bardzo dobry mecz i również zdobył bramkę. Niestety w meczu w Bytowie doznał poważniejszej kontuzji i na tym skończył się jego udział w meczach w tym roku.

W początkowej fazie sezonu na skrzydle oglądaliśmy także Łukasza Zejdlera. W Głogowie zagrał 30 minut i strzelił piękną bramkę (Złoty Buk za Gola Roku) z 40 metrów. Z Chojniczanką jego gra nie była już tak dobra, no a potem – jak pisaliśmy – zawędrował do środka i był to strzał w dziesiątkę.

Od początku sezonu widzieliśmy jaki potencjał tkwi w Tomaszu Foszmańczyku. Problem w tym, że widać to było na początku gdy grał w środku boiska. Z braku klasowych bocznych pomocników trener przez większość rundy wystawiał właśnie Tomka na skrzydle, przez co traciliśmy walory ofensywne tego zawodnika. Na dobre na skrzydle zaczął grać po powrocie do składu po kontuzji z meczu z Podbeskidzie. W spotkaniu ze Stalą było nieźle, ale bez rewelacji. Z Tychami i Pogonią było już słabo, z Sandecją pomagał zawodnikom ze środka. Ewidentne było to, że Fosę ciągnie do środka boiska i to tam czuje się najlepiej, trudno sobie przypomnieć wiele jego akcji skrzydłami – to pozostawiał Alanowi Czerwińskiemu. Generalnie podczas swoich meczów na skrzydle Fosa tracił 50% swojej wartości. W ostatnim meczu z Chrobrym strzelił gola z karnego.

Mało w tej rundzie oglądaliśmy Krzysztofa Wołkowicza. Zaczął z Wigrami, potem pojawił się dopiero w ósmej kolejce. Wchodził z ławki w najlepszym razie na półgodziny, ale jego występy były anonimowe. Nieoczekiwanie dla wszystkich po trzech meczach bez gry, w Kluczborku wyszedł w podstawowym składzie i trzeba przyznać, że rozegrał dobry mecz. Potem jednak znów wchodził na ogony i to nie w każdym meczu.

W Suwałkach na prawej pomocy zagrał wyjątkowo Alan Czerwiński, ale nie był to dobry mecz tego zawodnika.

Na lewej pomocy szkoleniowiec dwukrotnie postawił na Dawida Abramowicza, wówczas w obronie zastępował go Damian Garbacik. Tak było w meczu z Górnikiem oraz od pewnego momentu w Bytowie. Niestety piłkarz nie wykazał się zbyt dużymi umiejętnościami ofensywnymi. Gdy rywale zakładali na nim pressing, ciężko mu było z niego wyjść, co było widoczne zwłaszcza w Bytowie, gdzie jedyny raz został zdjęty z boiska (kwadrans przed końcem).

No i z Wigrami obejrzeliśmy Pawła Szołtysa, który strzelił bramkę i nawet nieźle zagrał, a potem wystąpił z Chrobrym.

Ofensywna pomoc
Ten aspekt gry naszego zespołu można podzielić na dwa etapy – przed przyjściem Mikołaja Lebedyńskiego i po jego pojawieniu się w naszym zespole.

W Radomiu nie było jeszcze Tomasza Foszmanczyka, dlatego oglądaliśmy Krzysztofa Wołkowicza i był to słaby mecz. Z Wigrami w środku grali zarówno Fosa, jak i Grzegorz Goncerz. Pozytywnie zaczęło być od meczu z Chrobrym, kiedy Tomasz zaczął się rozkręcać, a z Chojniczanką był najlepszym zawodnikiem GieKSy, strzelił też swojego pierwszego gola. Kolejne trafienie zaliczył w udanym meczu ze Zniczem, a spotkanie z Podbeskidziem to już był jego popis. Na nieszczęście w meczu, w którym był najlepszym zawodnikiem i również trafił do siatki, odniósł kontuzję, która wyeliminowała go na kilka spotkań. To jak pisaliśmy zbiegło się z obecnością zarówno Lebedyńskiego, jak i Goncerza w składzie, wobec czego Tomasz musiał powędrować na skrzydło. Na środek od początku meczu wrócił w Kluczborku i od razu było widać większą jakość. W Suwałkach natomiast spisał się również dobrze, ale GKS przegrał. To co było mankamentem zawodnika – zarówno na środku i na skrzydle – to bardzo duża liczba niewykorzystanych sytuacji. Czasem można odnieść wrażenie, że Fosa nie do końca przykłada się do strzału lub nie jest skoncentrowany, bo nieraz piłka była dobra, a szybowała wysoko nad bramką. Nie zmienia to faktu, że dobre kilka goli strzelił i był jedną z najbardziej pozytywnych postaci w tej rundzie, a jeśli chodzi o ofensywę – chyba najlepszym.

Wspomnieliśmy o przyjściu Mikołaja. Najczęściej było tak, że trener chciał mieć i jego i Goncerza w podstawowym składzie, wobec czego trzeba było ich sensownie poustawiać. Często nie do końca było wiadomo, który gra bardziej napastnika, czy czasem grają na dwóch, który się cofa. Po czasie było jednak widać, że tym bardziej wysuniętym częściej jest Lebedyński, a nieco cofnięty Goncerz ma odpowiadać za rozgrywanie. Chociaż pamiętajmy też, że na początku grał Eryk Sobków w ataku i tu również podział ról musiał być zaznaczony. W duecie z Lebedyńskim w meczu z Wisłą Gonzo grał bardzo słabo, aż w końcu zwariował i szybko strzelił dwa gole, a wraz z tym jego gra poszła mocno w górę. Początkowo to był taki pomocniko-napastnik i w kilku meczach z rzędu strzelał gole, ale potem się zaciął. Niestety z każdym meczem było słabo – coraz mniej sytuacji, brak otwierających podań, błędy techniczne – i tak naprawdę od pewnego momentu kibice zastanwiali się, kiedy trener posadzi kapitana na ławce. Traciliśmy dobrego zawodnika na środku i potencjał Fosy na skrzydle. Szkoleniowiec jednak decydował, że Gonzo będzie grał i tak dograł praktycznie do końca rundy.

Podsumowanie
W pomocy mamy na pewno trzech zawodników, którzy podnieśli nam jakość gry w porównaniu do poprzedniego sezonu. Niewątpliwie Łukasz Zejdler i Bartłomiej Kalinkowski to takie drugie (po Mateuszu Abramowiczu) odkrycie roku. Ta dwójka zaryglowała nam środek pola, nawet gdy grali słabsze mecze, to nie schodzili poniżej pewnego poziomu, a tych dobrych spotkań było więcej. Ta dwójka to nowa jakość, główna przyczyna tego, że gra GieKSy się po prostu kręci jak należy.

Tomasz Foszmańczyk jako człowiek odpowiedzialny za ofensywę pokazuje swoje doświadczenie – także ekstraklasowe – i duży spokój w grze. Potrafi wypatrzyć, celnie podać, rozprowadzić bardzo dobrą okazję. W końcu strzelić gola, choć po drodze zmarnuje kilka okazji. Warunek? Piłkarz musi grać na środku. Na boku nie ma z niego tak dużej pociechy.

Problemem właśnie są boki pomocy. Z nominalnych zawodników jedynie Paweł Mandrysz coś pokazał, ale jedynie „jako-tako”. Potencjał chłopak ma, to widać i na nim można opierać przyszłość. Strzelił dwa gole, potrafił dobrze się ustawić, ale sporo pracy przed nim. Trochę taktycznej, przede wszystkim technicznej. I musi popracować nad schłodzeniem głowy, żeby bardziej rozważnie postępować na boisku (choć i tak w porównaniu z Alexem Januszkiewiczem to ta rozwaga jest wielka). Miejmy nadzieję, że na wiosnę nie będą go trapić kontuzję.

Ponadto jednak posucha na bokach. Prokić, Wołkowicz, Bębenek, Szołtys… Trudno jak na razie się spodziewać, że może być z tymi zawodnikami dobrze. Ciągle wierzymy w Prokića, bo przecież druga tak fatalna runda mu się nie może przydarzyć, a przecież chłopak umie grać w piłkę. Może wiosna będzie należeć do niego. Co nie zmienia faktu, że przynajmniej jeden zawodnik na skrzydło by nam się przydał.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Hokeiści dotrzymali danego słowa!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Jagi i Cracovii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Miniony tydzień był dla naszej redakcji bardzo pracowity. Dwa wyjazdowe mecze w ciągu kilku dni to operacja logistyczna i organizacyjna. Myślę jednak, że podołaliśmy. Wszystko w imię GieKSy. Zapraszamy do zobaczenia wyjazdów do Białegostoku i Krakowa okiem redakcji. A teraz mamy dwa tygodnie przerwy od piłki i czekamy na Wisłę Płock. Niech teraz koledzy z sekcji hokejowej przejmują pałeczkę, bo przed GieKSą bardzo ważne wyzwanie.

1. Białystok przekładany był dwa razy. Za trzecim w końcu mecz doszedł do skutku, ale wiadomo – że był to środek tygodnia, wtorek godzina dziewiętnasta. W związku z tym z redakcji pojechaliśmy we dwójkę: ja i Misiek, ale w samochodzie jechało nas pięciu.

2. Wyjazd z Katowic był gdzieś po dziesiątej. Ładna pogoda, to i droga mijała szybko. Na ten jeden z najdalszych wyjazdów w sezonie.

3. Po kilku godzinach byliśmy na Podlasiu. Czas mieliśmy tak dobry, jak chyba nigdy wcześniej, bo było nieco po piętnastej. Postanowiliśmy więc skierować swoje kroki do Gospody Podlaskiej, znanej nam z poprzedniego sezonu, a mi jeszcze dodatkowo z wyjazdu na ten niedoszły mecz w listopadzie.

4. Miejscówka godna polecenia – na samym Rynku. Zaparkowaliśmy jakimś cudem praktycznie tuż pod tym lokalem. Wówczas byliśmy w niedzielę, więc były tłumy. Teraz – w środku tygodnia o piętnastej – niemal pustki.

5. No to wzięliśmy się za solidne jedzenie. Ja zamówiłem rosół z pielmieni, mielone na patyku i kartacza, Patryk mega xxl schaboszczaka, a reszta ekipy placki. Było to solidne jadło przed meczem.

6. W samej knajpie sporo było ciekawych elementów, jak ta stara przymocowywana maszynka do mielenia czy… czerwona gitara. Czy obrazek z Samych Swoich. W sympatycznej atmosferze oczekiwaliśmy spotkania.

7. Nadal mając jeszcze dużo czasu zrobiliśmy spacer po rynku. Weszliśmy do wielkiego kościoła – w zasadzie Bazyliki Mniejszej WNP. Imponujący obiekt. Można było się na chwilę wyciszyć przed nadchodzącym zgiełkiem.

8. Napis Białystok na kółkach, przesuwany jest. Pamiętam, że w listopadzie był w innym miejscu, teraz bliżej stricte Rynku. Rekwizyt popularny do robienia sobie przy nim zdjęć. O ile to można nazwać rekwizytem.

9. Wróciliśmy do samochodu i czas było zbierać się na stadion. Oczywiście – jak często to ostatnio bywa – na drodze widzieliśmy autobus z drużyną. Śmiesznie wyszło, bo robiłem zdjęcie jakiegoś grafa i coś zielonego mi przed nosem przejechało i przeszkodziło.

10. Wkrótce byliśmy pod stadionem. Przejechaliśmy skręt, więc musieliśmy go objechać, ale zaprowadziło nas to prosto do bramy wjazdowej, którą dobrze pamiętaliśmy w lutego i listopada poprzedniego roku. Samochód zostawiliśmy na parkingu i poszliśmy odebrać akredytacje.

11. Udaliśmy się na stadion, gdzie na wejściu przeszukuje się także dziennikarzy (rzadkość). I można było pobuszować po stadionie. Poszliśmy do stanowiska z klubowymi gadżetami, jednego, a później drugiego na VIP-ach. Do meczu pozostawało jeszcze sporo czasu, więc trybuny świeciły pustkami. A cały dzień był słoneczny, więc i temperatura była przystępna.

12. Potem przyszedł czas na herbatkę w sali konferencyjnej. Komentatorzy Canal Plus – Gabriel Rogaczewski i Tomasz Wieszczycki dywagowali, jak będzie wyglądać to spotkanie i wietrzyli – zgodnie z logiką ekstraklasy – przełamanie Jagiellonii.

13. Udaliśmy się na prasówkę, na dobrze nam znane miejsca. Stanowisko prasowe przyjemne, bez rewelacji, ale wystarczające. Jest dziurka na kable, solidny blat i… niepotrzebna szybka między blatami konkretnych stanowisk. W zamierzeniu służy oddzieleniu dziennikarzy, żeby mieli większy komfort. W praktyce – jest to utrudnienie w obserwacji meczu, bo głowa odruchowo tę szybę chce ominąć, patrząc na boisko. A widoczność? Bez zarzutu.

14. Przed meczem odbyła się uroczystość wręczenia trenerowi Siemieńcowi tablicy upamiętniającej jego 100 meczów w Jagiellonii. Kibice w Białymstoku go kochają. Skandują jego nazwisko często, skandowali i teraz. Trudno się dziwić.

15. Wkrótce rozpoczął się mecz. Gospodarze szybko objęli prowadzenie w sytuacji, w której nikt się tego nie spodziewał. Piłkarze o nazwisku Pozo mieli swój moment, dzień wcześniej Jose z Pogoni trafił dwa razy, teraz Alex tak odbił piłkę głową, że ta ku zaskoczeniu wszystkich wpadła do siatki.

16. Drugi raz pokonała nas legenda Jagi Taras Romanczuk. Piłkarz wiosną zeszłego roku strzelił zwycięskiego gola, teraz trafił do szatni, dając swojej drużynie prowadzenie 2:0.

17. Kibice Jagi bardzo głośno dopingowali, Katowiczanie na sektorze gości też odgryzali się, mimo, że byli w liczbie niemal czterokrotnie niższej niż w listopadzie na niedoszłym meczu.

18. Humor w przerwie był kiepski. Na szczęście można go było sobie poprawić na VIP-ach, gdzie było pyszne jedzonko. W sumie to można było tam zostać, ale zaraz była druga połowa. Co ciekawe, miejsce to miało klimat, jak dyskoteka, taka była gra świateł. Ciekawa opcja.

19. W drugiej połowie GKS dążył do zdobycia bramki. Gra wyglądała dużo lepiej. W końcu Erik Jirka trafił do siatki notując swoje pierwsze trafienie w barwach GieKSy. Na wyrównanie niestety nie starczyło czasu.

20. GieKSa przegrała drugi mecz w Białymstoku i na razie to się układa tak, że u siebie GieKSa wygrywa – dwa razy, a na Podlasiu triumfuje Jaga. W tym sezonie czeka nas jeszcze mecz ligowy na Nowej Bukowej. Chcielibyśmy, by ta passa była podtrzymana.

21. Po meczu tradycyjna nagrywka i trzeba się było zbierać na konferencje prasową. Dziennikarze Jagiellonii wniebowzięci, cieszyli się. A my ze skwaszonymi minami robiliśmy swoje materiały, galerie itp.

22. Trener Górak starał się wyciągnąć pozytywy i była nimi dla niego ta druga połowa. Fakt, Katowiczanie nie załamali się dwubramkową stratą, tylko grali swoje i częściowo udało im się je odrobić.

23. Za to Adrian Siemieniec na moje pytanie o Puchar Polski zażartował, że teraz to oni są drudzy, skoro z nami przegrali. Nie tak szybko – Jaga będzie druga, jak GieKSa zdobędzie Puchar Polski. O tym wszyscy marzymy, a finalista pucharu przecież kiedyś w Europie występował, później zmieniono ten przepis.

24. Zostaliśmy jeszcze chwilę na sali i trzeba się było zbierać w długą podróż do Katowic. My tego wieczoru byliśmy niepocieszeni, ale co mieli powiedzieć kibice Bodo Glimt, którzy zaszli tak niesamowicie daleko w Lidze Mistrzów i w rewanżu ze Sportingiem roztrwonili trzybramkową przewagę z pierwszego meczu przegrywając 0:5.

25. Droga powrotna zajęła nam około pięć godzin. Myślałem, że będzie się dłużyć, tymczasem jakoś to przeleciało. W Katowicach byliśmy gdzieś przed czwartą. Trzeba było szybko iść spać, bo wkrótce miał nastać nowy dzień. A już w sobotę czekał nas mecz z Cracovią.

—-

26. Do Krakowa wybraliśmy się już w mocniejszym składzie, bo aż 5-osobowym. To znaczy 4 osoby z Katowic plus Marcin, który dotarł na własną rękę. Dzięki temu mogliście obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania.

27. Dobrze, że po Białymstoku kolejny wyjazd był tak niedaleki. Można było i  się wyspać, i potem w miarę wcześnie wrócić. Wyjeżdżaliśmy więc 11-12 zbierając osoby po drodze i ruszyliśmy do Małopolski. Oprócz wspomnianego Marcina pojechaliśmy w składzie: Werka, Flifen, Misiek i moja skromna osoba.

28. Pogoda była piękna, wiosenna. W samochodzie było co prawda nagrzane, natomiast na zewnątrz trochę chłodek był. Dawał się on potem we znaki – głównie w postaci wiatru – zarówno osobom na murawie, jak i nam – na koronie stadionu.

29. Droga przebiegła szybko i sprawnie. Godzinka i byliśmy w Krakowie. Zastanawialiśmy się, jak to będzie z tą całą „strefą czystego transportu”. Ale załatwiliśmy niezbędne pozwolenia i mogliśmy do centrum Krakowa wjechać.

30. Natrudziliśmy się, jeżeli chodzi o wjazd na obiekt. Nie wpuszczono nas na parking, mimo że w poprzednim sezonie zarówno na mecz z Cracovią, jak i Puszczą to miejsce parkingowe było dostępne. No nic, zaparkowaliśmy pod stadionem.

31. Potem zaczęła się jednak trochę farsa. Pierwsza rzecz – akredytacje. W poprzednim sezonie odbierało się je w jednej z budek/kas od strony ulicy Kałuży. I rzeczywiście, był napis akredytacje. Tyle, że pani powiedziała, że to są jakieś inne akredytacje. Cokolwiek to znaczy. A my mamy się kierować na drugą stronę stadionu – od ulicy Kraszewskiego.

32. Zaczęliśmy więc obchodzić stadion, przy czym rozdzieliliśmy się – Misiek i Werka poszli, a mnie z Flifenem zatrzymała kiełbasa. Mieliśmy ją w planie, ale skoro już przechodziliśmy obok grilla, stwierdziliśmy, że skonsumujemy ją teraz, żeby potem nie tracić czasu.

33. Kiełbaska solidna. Mogłaby być nieco bardziej przypieczona, ale była smaczna. Więc godnie. W atmosferze wiosennej, ładnej pogody i zbliżającego się meczu wuszcik zawsze na propsie.

34. Wracając do wspomnianej farsy. Zaczęliśmy ten stadion faktycznie obchodzić. To co się działo na ulicy Focha, czyli tej najgłówniejszej przy stadionie, wołało o pomstę do nieba. Najpierw przejeżdżały autokary, ale chyba opróżnione już z kibiców GieKSy. I policjant nie pozwolił przejść WZDŁUŻ stadionu. Tu był kordon. Potem drugi nie pozwalał przejść na drugą stronę ulicy. Musieliśmy czekać. Najlepsze jest to, że między jednym, a drugim kordonem na dwóch końcach tej krawędzi stadionu, normalnie chodzili sobie kibice.

35. W końcu przeszliśmy na drugą stronę, ale chcieliśmy też zahaczyć o sklep klubowy. Policjant znów nie pozwalał przejść, ale nagle ludzie zaczęli przechodzić i tyle.

36. Absurdalne jest to, że blokowali całościowo to miejsce, podczas gdy kompletnie nic się tam nie działo i nie było zagrożenia. Co oni wymyślili – nie wiem.

37. W sklepiku klubowym zakupiłem proporzec, to taka tradycja powoli. Warto mieć swoje prywatne muzeum. Jakiś gościu długo stał przy kasie, bo wysyłał kartkę do kogoś na świecie. Ciekawa i miła opcja.

38. W końcu dotarliśmy za siódme góry i siódme rzeki na ten drugi koniec stadionu. Była tam budka i akredytacje odebraliśmy. Skierowaliśmy się do bramy technicznej stadionu i weszliśmy na obiekt. Ufff.

39. Ostatecznie znów byliśmy bardzo długo przed meczem, więc te wszystkie perypetie nie spowodowały jakiegoś uszczerbku na naszym czasie i standardowych przygotowaniach do spotkania. Tyle dobrze.

40. Nieoczekiwanie weszliśmy bezpośrednio na salę konferencyjną. Przyznam, że jedną z lepszych. A już znakomite wrażenie robi ściana z proporczykami rywali Cracovii. Wygląda to po prostu przepięknie. To, jak udekorowane są niektóre sale konferencyjne, to mistrzostwo. Ogólnie – dużo stolików i siedzeń. Czysto, Schludnie. Bardzo przyjemnie.

41. Miejsce z powiedzmy cateringiem już nie przystaje do tej sali… To znowu jest jakieś brzydkie i miałkie. Dodatkowo herbata jest już gotowa w tych warnikach, a nie po prostu gorąca woda i że samemu można sobie zrobić herbkę. Dodam, że w przerwie podobno były jakieś kanapki, ale dziennikarze jak hieny rzucają się na nie zazwyczaj tak szybko, że jak ja przychodzę, to już nic nie ma.

42. Z naszej winy nie umieliśmy dostać się do miejsca, gdzie wchodzi się na media. Wchodziliśmy wszędzie, na jakieś vipy, do mixed zony. Próbowaliśmy bowiem przejść wnętrzem stadionu, a to było zgubne.

43. W końcu dotarliśmy do drzwi wejściowych i windą wjechaliśmy na górę. Później pokonywałem ten trakt kilkukrotnie, m.in. wybierając się znów poza stadion po nachosy, bo tej kiełby było nam za mało.

44. W końcu znaleźliśmy się na prasówce. Byłem tu w tym 2013 roku, kiedy GieKSa w przenikliwym zimnie (podobno) grała i przegrała. Rok temu nie dane mi było być świadkiem spektakularnej wygranej 4:3, jak i 6:0 z Puszczą. Miałem okazję natomiast oglądać poczynania Cracovii i Lecha.

45. I co mogę powiedzieć… Prasówka ta jest doskonała. Widok – fenomenalny. Blaty, kapitalne. Jest prąd, jest internet. Wszystko, co potrzeba, by w komforcie relacjonować mecz. Nie ma co gadać, być może jest to najlepsza prasówka w Polsce. Jak i cały stadion – trzeba przyznać – jest doskonały.

46. Jeszcze przed meczem przeszedłem się górą, żeby obadać, czy czegoś ciekawego tam nie ma. Przyznam, że jak spojrzałem jak ultrałatwo jest dostać się na dach, to nie dziwię się, że kibice Widzewa to wykorzystali. Oczywiście oni mieli nieco trudniejszy dostęp, bo trybuna z sektorem gości jest wyższa. Ale wyszło bardzo ciekawie. Jakkolwiek sam nie jestem zwolennikiem akcji chuligańskich, to cała ta sytuacja była naprawdę oryginalna i zabawna.

47. Nie pozostawało nic, jak czekać na mecz. Kibice gości powoli zapełniali sektor, wkrótce zaczęli się też schodzić gospodarze. Czekało nas – mieliśmy nadzieję – ciekawe piłkarskie widowisko.

48. GieKSa dominowała w pierwszej połowie, ale nie umiała tego udokumentować bramką. Cracovia natomiast kompletnie nie zagroziła bramce Strączka.

49. Dodam tylko, że sporo się mówiło o podyktowanym karnym dla krakowian, w wyniku ręki Klemenza. Ogólnie jednak nie było to podnoszone jako jakiś wielki skandal. Lukas tę rękę wystawił i sędzia miał argumenty.

50. Brak czerwonej kartki dla Klicha na początku meczu to jednak duża pomyłka sędziego. Alfa i omega polskiego sędziowania, czyli Adam Lyczmański, orzekł, że powinna być czerwień.

51. Kibice obu drużyn głośno dopingowali. Ze strony kibiców Cracovii padały stwierdzenia, że GieKSa była jedną z najgłośniejszych ekip, jakie w ostatnich latach zawitały na Kałuży.

52. Mecz był ostatecznie totalnym paździerzem, ale GieKSa powinna go wygrać. Niestety nie była zbyt zdecydowana w ofensywie, a Cracovia wykorzystała jeden błąd i strzeliła bramkę.

53. Wierzyliśmy do końca, że wynik meczu ulegnie zmianie, ale niestety. Przegraliśmy to spotkanie i jak niepyszni opuszczaliśmy prasówkę udając się na konferencję.

54. Pamiętam czasy z pierwszej czy drugiej ligi, kiedy trener Górak był po niektórych meczach mocno zdenerwowany. W ekstraklasie sobie takiej sytuacji nie przypominam. Widać po mowie ciała i postawie szkoleniowca, kiedy jest wybitnie wk..iony, a jednocześnie stara się to opanować. W trakcie konferencji gdy był zobowiązany odpowiadać na pytania, musiał robić dobrą minę do złej gry i włączać trochę dyplomacji, więc ten odczuwalny w atmosferze poziom napięcia nieco spadł.

55. Luka Elsner coraz lepiej mówi po polsku. Po konferencji zażartował sobie do dziennikarzy Cracovii: „To może na piwko?”. Ogólnie sympatyczny człowiek, choć ostatnio też mu nerwy puściły, gdy chciał odchodzić z Cracovii.

56. Oczywiście dziennikarze Cracovii szczęśliwi i z ulgą. Były śmiechy i śpiewki pod nosem. Ale też dało się wyczuć trochę sarkazmu w zdaniach, że teraz idą na puchary. Tutaj nie było widać typowo widzewskiej napinki.

57. Wszystkim się spieszyło, więc mieliśmy plan zaraz po konfie zbierać się do domu i w aucie robić materiały. Stracił się jednak gdzieś Flifen, więc udało nam się je dokończyć na sali.

58. Wynikła z tego przedziwna sytuacja, bo Flifen niby czekał na wywiad, a my mieliśmy informację, że autokar z piłkarzami już wyjeżdża nie tylko ze stadionu, ale i z Krakowa. Zastanawialiśmy się, czy Filip podczas wywiadu po prostu nie zauważył, że wszedł z piłkarzami do środka i odjechał w siną dal. Dodatkowo nie było z nim kontaktu.

59. Postanowiliśmy się zebrać i ruszyć do auta. Okazało się, że wywiad jest w toku. Jak to możliwe? Ano Mateusz Wdowiak został w Krakowie i to jego złapał nasz reporter. Dlatego tak śmiesznie wyszło.

60. Ruszyliśmy niepocieszeni do Katowic. Tyle dobrze, że po takim meczu nie czekała nas długa podróż powrotna. W Katowicach byliśmy około 19:30.

61. Teraz przerwa reprezentacyjna. Trzymamy kciuki za awans reprezentacji Polski do Mistrzostw Świata. Wygrać z Albanią, pokonać Shehu, a potem finał. Do boju Polska!

62. A za dwa tygodnie gramy z Wisłą Płock. I jak teraz mieliśmy trochę oddechu, to pojedynek z piłkarzami Mariusza Misiury będzie znów mega ważnym starciem.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga