Felietony Piłka nożna
Nie ma podstaw, by wierzyć w tych ludzi…
No i co proszę państwa? Po meczach z rywalami z czołówki wydawało się, że GKS Katowice ma w tym sezonie ekipę zdolną awansować do ekstraklasy. Że przyszedł trener, który poukładał to rozmemłane towarzystwo i nawet tych, którzy w poprzednim sezonie zawiedli (czytaj: oddali awans bez walki), tym razem udało się przekonać do tej walki przekonać.
Mieliśmy rację – wydawało nam się. To, co ujrzeliśmy w meczu ze Stalą było pewnym ostrzeżeniem. Zbagatelizowanym, bo przecież katowiczanie wygrali potem dwa wyjazdy z ciężkimi rywalami. To co było z Puszczą napawało już pewnym niepokojem. Nie sama porażka jako taka, bo to się zawsze może zdarzyć, ale jej styl. Styl beznadziejny, taki że niektórzy zawodnicy byli nie do poznania (a może jednak?). Tak więc do Bytovii podchodziliśmy z uzasadnionymi obawami, które znów się potwierdziły. Na swoim stadionie zespół zagrał bezjajecznie, bezbarwnie, nie stwarzał zagrożenia i był bliski porażki. Tu już widzieliśmy, że będzie ciężko z awansem. Mimo że drużyny rywali traciły punkty, to dwa razy nie udało się odskoczyć. Dodatkowo postawa niektórych zawodników była tak skandaliczna, że jedyne, na co mogliśmy liczyć to cud i dalsze straty punktów przez przeciwników. I tutaj od razu zaznaczmy, że GieKSa liczy się jeszcze w stawce tylko i wyłącznie ze względu na równie dramatyczną postawę innych drużyn. Gdyby choć jedna oprócz Miedzi zachowała minimalny poziom przyzwoitości, to moglibyśmy się na tym etapie sezonu bić już co najwyżej o prestiżowy Puchar Wiosny.
Mimo to, mecz ze Stomilem jawił się jako ten, który po prostu trzeba wygrać i GKS prawdopodobnie wygra. Wiele by to nie zmieniło w postrzeganiu tej ekipy, bo pryzmat Puszczy i Bytovii byłby nadal znacznym kontekstem. Mecz w Olsztynie trzeba było bezwzględnie wygrać, bo zaraz czeka nas Podbeskidzie i Ruch.
Kto był w Olsztynie, ten widział. GKS w pierwszej połowie na tle najsłabszej drużyny w lidze rzeczywiście prezentował się przyzwoicie. I tylko tyle – przyzwoicie. Nie wierzcie trenerowi Paszulewiczowi, że GKS zagrał jedną z „ładniejszych” połów. To jest trochę tak, jakby wybrać najmniej brzydką dziewczynę. Nadal będzie niezbyt urodziwa, o niezbyt pociągających kształtach, dodatkowo z wąsem. Ale najmniej brzydka.
Co z tego, że GKS potrafił przetrzymywać piłkę na połowie najsłabszej drużyny w lidze (która nawet nie potrafiła wygrać z Ruchem), skoro przy szesnastym metrze zawodnicy głupieli i nie wiedzieli (albo nie chcieli wiedzieć), co z tą piłką zrobić? Bo tak naprawdę ilekroć jakiś Słomka czy Zejdler próbowali coś zdziałać z przodu, to wyglądało to pokracznie. Tak jak próba Zejdlera, który dochodził do pola karnego z prawej strony, miał IDEALNĄ sytuację, ale wystrzelił piłkę byle wyżej i byle dalej od centrum pola karnego. Na wprost pola karnego piłkę dostał Prokić i pokracznie uderzył prosto w przeciwnika. Do Prokića jeszcze wrócimy…
Ale pierwsza połowa to jeszcze była „dobra” w porównaniu z drugą częścią gry. Tam mieliśmy festiwal nieporadności – celowej lub nie – po raz trzeci przypomnimy, z najgorszą punktowo drużyną ligi. Drużyną, która w poprzednich trzynastu meczach wygrała tylko raz. Drużyną, która była kompletnie bezradna w ofensywie, niemająca umiejętności ataku i taką, gdzie w najgorszych snach widzielibyśmy co najmniej bezbramkowy remis. Ale nie – nasi zawodnicy są piłkarskimi magikami, więc z jedynej sensownej akcji gospodarzy wyszedł rzut karny i gol. I mecz zakończył się porażką, Stomil przedłużył nadzieje na utrzymanie (które pewnie zaraz prysną, bo tak słaba drużyna przegra jeszcze kilka spotkań). A my utwierdziliśmy się w przekonaniu, że ten sezon to jednak kopiuj-wklej tego, co obserwowaliśmy dokładnie rok temu.
Nie ma racjonalnych przesłanek, by uwierzyć, że tę ekipę stać na awans. Nie sportowo – bo sportowo to wystarczy wsadzić palec do nosa, dwa razy podłubać i awans ma się w kieszeni. Niestety naszych zawodników nie stać nawet na to. Mówimy więc o przesłankach związanych z tym co widzimy teraz i co pamiętamy z zeszłego roku. Podobnie jak za Brzęczka, tak i teraz momenty, w których GKS zbliża się do awansu i ma szansę na zrobienie czegoś więcej, są sabotowane przez zawodników. Rok temu pięciokrotna sytuacja, w której wygrana dałaby lidera została zaprzepaszczona przez żenujące mecze. Teraz można było TRZY PIEPRZONE RAZY z rzędu odskoczyć od rywali na komfortową odległość i skończyło się do jednym punktem w trzech meczach ze słabeuszami i to jeszcze bez strzelonej bramki. Za to z postawą mało godną sportowca, który, gdy tylko zwietrzy szansę na przypadkowy sukces, to robi wszystko, żeby tego sukcesu nie osiągnąć. Nasi zawodnicy snują się po boisku, wyglądają, jakby pierwszy raz się skrzyknęli na placu zaraz obok budki z piwem. A jak mają już naprawdę korzystną sytuację do oddania strzału, otwierającego podania czy ciekawego dośrodkowania – wówczas naprawdę wyglądają, jakby nie byli w pełni dyspozycyjni tego wieczoru.
Musimy pamiętać, że w pewnej mierze za ten stan rzeczy są odpowiedzialni niektórzy główni bohaterowie wiosny 2017. O ile Kamiński jeszcze jako tako się prezentuje (zazwyczaj dobrze), to postawa wspomnianego Zejdlera jest tak skandaliczna, że trzymanie tego zawodnika przez tyle czasu w klubie jest działaniem na jego szkodę (klubu). To co wyprawia w całej rundzie sprawia, że zastanawiamy się, czy nie nastąpiła pomyłka w wyborze zawodu. Foszmańczyk od kółeczka w Grudziądzu na szczęście gra mało, ale dostał dwie szanse i dostosował się do poziomu „niechciejstwa” reszty. Goncerz grał w kilku meczach i i tak wypadł lepiej niż się spodziewaliśmy, bo zaliczył asystę i trafił w słupek. Ale poza tym grał słabo.
I tu dochodzimy do człowieka, który jawnie przechodzi obok meczu, nie angażuje się i emanuje olewactwem. Andreja Prokić – zawodnik, który zrobił nas w konia, że mu zależy, bo zagrał kilka bardzo dobrych meczów wcześniej. Patrząc na jego żenującą postawę ostatnio, coraz bardziej jednak nabieramy przekonania, że błędem jest stawiać na zawodnika, który po sezonie przechodzi do klubu, z którym jego obecny klub bezpośrednio rywalizuje o ekstraklasę. Nie bądźmy idealistami, bo grupa zawodowa pt. piłkarze to nie jest grupa honorowa i daleko im do takich wartości jak profesjonalizm i przywiązanie. Nie ma powodu, by sądzić, że z Prokićem jest inaczej, patrząc na jego postawę, są podstawy, żeby sądzić, iż może „grać”. I to bynajmniej nie w piłkę…
Prokić nie jest w słabszej formie. Słabszą formę potrafimy widzieć i ocenić. Prokić po prostu gra tak niechlujnie, nie przykłada się do pojedynczych zagrań, poziom jego agresji na boisku, szybkości, siły jest zerowy. Widać gołym okiem, że on się nie angażuje w grę. Natomiast jego dziwne zachowania w korzystnych sytuacjach, naprawdę powodują powstawanie w głowie szeregu pytań. Dla dobra zawodnika, trenera, klubu, jak i nas, najlepszym rozwiązaniem byłoby zrezygnowanie z jego usług do końca tego sezonu. Zawodnik swoją postawą powoduje, że absolutnie nie można mieć do niego zaufania. Obserwując jego poczynania w Olsztynie, jakiekolwiek marzenia o jego efektywności były jedynie magicznym myśleniem, bo wiadomo było, że nawet, gdy nadarzy mu się okazja, wywinie taki numer, że szkoda gadać.
Trener Paszulewicz po meczu ze Stomilem wyglądał na załamanego, ale też zdezorientowanego. To szokujące, że nas nie dziwi to, co dziwi jego. Trener stara się wytłumaczyć sobie to wszystko ciągle „brakiem jakości piłkarskiej, przy obecnej we wcześniejszych meczach motoryce i organizacji gry”. Nie mówi jednak nic o motywacji zawodników, tak jakby w ogóle to nie było istotne, a przecież jest warunkiem koniecznym. Trener jest chyba tak zszokowany postawą piłkarzy, że nie chce dopuścić myśli, że im się nie chce, że mają to w dupie, że awans do ekstraklasy nie jest czymś, o co warto się zabijać na boisku. Więc musi to tłumaczyć brakiem jakości. A tak jak napisaliśmy, jakość, która by wystarczyła to przysłowiowe podłubanie trochę w nosie. Jeszcze chwila i trener zorientuje się, że piłkarze nie grają do tej samej bramki, co on – tylko do przeciwnej. A jest to bramka samobójcza.
Szkoleniowiec ratuje się, jak może wystawiając coraz to nowych zawodników, ale praktycznie każdy go zawodzi. Próbował już tych wszystkich Foszmańczyków, Cerimagiców w środku, spróbował Plizgi, który coś tam próbował, ale bez efektu. W ataku kombinuje: Kędziora czy Goncerz, Goncerz czy Kędziora? W końcu postawił przez 20 minut na Volasa, a ten nie wykorzystał setki, a w drugiej sytuacji zachował się idiotycznie. Słabego wystawia na prawej stronie, a prawa noga służy mu tylko do podpierania.
Zdaję sobie sprawę, że po tym felietonie znów szatnia zatrzęsie się z nerwowego śmiechu, że znów piłkarze będą mieli pretensje, o co mi chodzi. Że pewnie niektórzy kibice powiedzą, że za ostro i że nie wierzę w awans i za wcześnie ich skreślam.
Tak, po meczu w Olsztynie nie wierzę w ten awans. Wierzyłem bardzo mocno przed Puszczą, wierzyłem po Puszczy, choć ostrożnie, po Bytovii ta wiara była mocno nadszarpnięta, a teraz już w zasadzie zniknęła. Chciałbym się bardzo mylić i żeby ten zły sen się skończył. GieKSę w sercu mam, ale w ten zespół i tych konkretnych zawodników nie wierzę. Wykazałem bardzo dużo dobrej woli w artykułach, jak GKS wygrywał, nakręcaliśmy pozytywną atmosferę, zdawaliśmy relację z meczów. Teraz sezon jest w toku, liga jeszcze trwa, szansa matematyczna na awans jest ciągle bardzo duża. Ale matematyka to za mało. Znów dałem się nabrać. Z tej okazji przytoczę fragment felietonu, który popełniłem rok temu po meczu z Kluczborkiem.
„Nie wiem, czy jestem w stanie się w tym momencie przemóc. Nie wierzę w tę zgraję, która jest i zapewne pozostanie w GieKSie. To olbrzymi problem, bo trzeba będzie na mecze chodzić i działać dalej. Ale po tym, co otrzymałem od nich w tym sezonie, po wzbudzeniu niesamowitej nadziei i naprawdę dużym zaufaniu w profesjonalizm i ambicję, a potem oddaniu tego awansu bez gry – nie potrafię. Udało im się tę nadzieję wzbudzić po poprzedniej ekipie hamulcowych. Po czym zrobili jeszcze gorszą rzecz niż oni.
Dziewczyna zdradziła, to już koniec. Stwierdziłeś, że już nigdy nie zaufasz i nic z tego nie będzie. Ale to przecież naprawdę mądra, dojrzała kobieta, inna niż wszystkie pozostałe. Po prostu raz jej się zdarzyła chwila niedyspozycji. Kobieta, którą posądzisz o wiele, ale ostatnią rzeczą jest to, że będzie niewierna. I będziesz się utwierdzał w tym przekonaniu, a wszystkie jej zachowania będą wzbudzać twoje zaufanie na nowo. Twoje obawy z przeszłości wydadzą ci się irracjonalne. Po czym w najmniej spodziewanym momencie ona po prostu skoczy w bok. Po raz kolejny. Z uśmiechem na twarzy…
Zaufaj wtedy znowu.
Wierzę w ten klub i w to, że wkrótce awans do ekstraklasy będzie. Wierzę po prostu w GKS Katowice. Ale nie z tymi piłkarzami. Ci po prostu są tą zdradzającą dziewczyną. Nie przemogę się, by ich wspierać i dopingować. Nie wierzę w to, że oni mogą mieć w sobie coś takiego, jak chęć odkupienia win. Nie wierzę w jakąkolwiek ich ambicję. Nie przemogę się do entuzjazmu i do chwalenia ich.
Jedyne, co mogę zrobić, to być neutralnym. I nie krytykować ich za bardzo, jak wygrają mecz.
PS. Jedynymi piłkarzami, do który w perspektywie całej rundy nie mogę mieć zastrzeżeń to Andreja Prokić i Kamil Jóźwiak (nawet jeśli mi coś tam burknął w tunelu). Tylko ich bym widział w przyszłym sezonie w GieKSie. Reszta – tak jak w ostatnim akapicie i słowie z ostatniego felietonu…”.
Jak widzicie, naprawdę trzeba było się przełamać i znów zaufać i uwierzyć tej „zdradzającej dziewczynie”. To się udało na jesień, przed meczem z Ruchem i był gong, a potem poprawka z Tychami. To się udało teraz na wiosnę i trzy ostatnie mecze to powrót do traumatycznych „korzeni”.
Nie wiem, na czym mogliśmy opierać nadzieję, że jeśli ktokolwiek z tańczących w kółeczku zostanie, to nagle coś się odmieni. Jednak oprócz tego boli to, że ci co przyszli, weszli w komitywę z „grudziądzanami”.
I nie wiem cholera jasna, co mi strzeliło wówczas z tym Prokićem. Chyba w ferworze tego całego szamba, które mieliśmy, uznałem, że Andreja nie był taki, jak inni, bo strzelił kilka bramek i był ambitny. A przecież w decydujących meczach był tak samo słaby, jak inni. Pomyliłem się co do niego. To co odstawia teraz dyskwalifikuje go z dalszych meczów.
Rok temu po kolejnych porażkach, najpierw z Sandecją, potem Górnikiem pisałem, że trzeba wziąć się w garść, żeby pokazali, że są mężczyznami, że jeszcze nie wszystko stracone, tylko trzeba się przestać klepać po dupach, a wziąć się za jazdę na boisku. Teraz nie mam już chęci, by takie teksty pisać, bo kopia poprzedniego sezonu to określenie za mało wyraziste – to jest istna kalka. A przecież rok temu nie dość, że przegrany został przez piłkarzy awans poprzez żenującą postawę, to jeszcze dołożyli do tego wspomniane kółeczko w Grudziądzu, które było symbolem moralnego upadku piłkarza.
Więc jeśli ktoś wierzy w awans, ja mu tego nie odbieram. Ale dla mnie wiara w ludzi, którzy markują grę zamiast rzeczywiście się w nią angażować jest naiwna i kompletnie bezsensowna. Spowoduje tylko większą frustrację.
Nie twierdzę, że ten awans jest niemożliwy, że nagle nie stanie się jakiś cud, typu decyzja w szatni – „panowie, gramy o awans z całych sił, jak ktoś nie ma siły, to niech zejdzie z pokładu”. Ale wydaje mi się to po prostu tak abstrakcyjnym rozwiązaniem, bo gdyby to miało nastąpić, to dzisiaj po wygranych z Puszczą i Stomilem mrozilibyśmy szampany.
Jeśli GieKSa jakimś cudem awansuje, to uroczyście odszczekam na antenie podcastu wszystkie te słowa. Chciałbym, bardzo chciałbym to zrobić. Ale na ten moment martwię się o to, żeby nie było gorzej. Bo z taką postawą, to nawet z przegrywającym z każdym i wszędzie Ruchem Chorzów możemy popłynąć. Jeśli mają spartaczyć ten sezon, to niech przynajmniej wygrają w Chorzowie. Ale skoro przegrali u siebie, to na wyjeździe mogą tym bardziej. Nie ma podstaw, by podejrzewać, że piłkarze GKS uznają, że to jest mecz szczególny i trzeba dać z siebie wszystko…
Tak jak nie ma podstaw, że jakikolwiek sukces sportowy jest dla nich grą wartą świeczki.
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością
W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.
Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.
Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.
Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.
Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.
Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.
W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.
W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.
W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.
Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.
A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.
Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.
Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.
W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.


Bartolo
6 maja 2018 at 09:42
Drogi Autorze tekstu,niejaki Shellu:Ty bardzo dobrze wiesz,dlaczego oni tak grają..bardzo dobrze wiesz,kto tak naprawdę gra…Wiesz,że kopacze,trener są tylko kozłami ofiarnymi..i na nich ma się skupić opinia publiczna.Pytam się,dlaczego o tym ani słowa w Twoich tekstach.Wiesz dlaczego?? Dlatego,że wszyscy jedziecie na tym samym wózku..i kaska też się zgadza,prawda?? Wszyscy jesteście…..
Greg
6 maja 2018 at 09:45
Wstyd wstyd wstyd piłkarze to jest wasz zawód dla nas to całe życie
Ostatnie 3 mecze zagraliście tak ze chłopcy na placu grają z większa determinacja
Co do prokica to wiadomo ze idzie do mielca i wolał by grać w ekstraklapie wiec Gieksie
Juz nie pomoże co do ex kapitana Gonza marność nad marnościami chop juz sie u nos nie dźwignie
A kontrakt Mo najwyższy trener jest mądry nie jest ślepy takich piłkarzy na przysz sezon nie potrzebujemy zostawić paru zawodników reszta weg
Sivvy_Brw
6 maja 2018 at 09:48
Nic z tego już nie będzie, pokazali co o nas myślą. Awansu w tym klubie chcą tylko my, kibice.
anty grzyb
6 maja 2018 at 10:22
To sa zlodzieje naszych marzen. Ich zawód by zarabiac nasze cale zycie ich wyrafinowanie i przeliczanie zyskow nasz dramat. Ile bym oddał za ten awans wiem tylko ja i tacy jak ja a gdzie beda grac i ile zarabiac wiekszosc z tych kopaczy nie wie ale wie ze do ekstraklasy sie nie nadaje
Cierpliwy
6 maja 2018 at 11:09
Skoro obecny sezon jest identyczny do poprzedniego to z PBB przegramy u siebie aby później odtańczyć kółeczko zwycięstwa w Grudziądzu. Zakończymy sezon na 2:3 z (wtedy Kluczbork, teraz Łęczna)
Kibic
6 maja 2018 at 12:06
Bartolo,rozwiej nasze wątpliwości.
maciej
6 maja 2018 at 12:46
OOOOOOooooooo….!!!!!
Ołeeeee Legia Gol…..
Gregi
6 maja 2018 at 12:58
Przypomnijcie sobie, co powiedział Krupa o awansie w tym sezonie, wtedy wszystko stanie się jasne. Kto zapomniał ten frajer..
Shellu – agent Fox Moulder z Archiwum X miał plakat UFO w swoim gabinecie, na którym widniał napis I WANT TO BELIEVE. Wszyscy powinniśmy mieć podobny z herbem GieKSy.
Tom
6 maja 2018 at 13:02
Kurwa awansu nie będzie dopóki stadionu nie będzie a huj wie czy ten stadion będzie krupa stawia na siatkówkę teraz musieli wdupic zeby ze smrodami wygrać potem zaś zremisują wdupia i braknie trzech punktów patola nie zna granic u nas w klubie juz sie zakotwiczyła od dawna tylko szkoda nas wszystkich że tyle lat w tym dziadostwie uczestniczymy i sie łudzimy Żr kolejny sezon to będzie to huja będzie na następnym szpilu będzie Max tys ludzi bo jeszcze chcemy wierzyć ale juz jest po ptokach Trzeba ich kurwa odwiedzić na treningu i z nimi porozmawiać czemu nagle zapomnieli jak kopać piłkę moze słońce za mocno swieci moze dobór złych korków moze fryzura nie ta
wiesiek
6 maja 2018 at 13:54
Apropos stadionu. Były przecież już jakieś konkursy na projekt stadionu. Ktoś z UM wydał na to kasę i ktoś też ją przytulił. I tak ze dwa hak nie trzy razy. Pamiętam doskonale graficzne przedstawienia nowego stadionu. Może by tak zaonteresowała się tym prokuratura bo wygląda to na defraudacje publicznych środków.
1964
6 maja 2018 at 14:43
Prokić przestał grać bo został polakiem!Teraz ma wyjebane!
Scifo
6 maja 2018 at 16:40
Drogi Bartolo oświeć nas, bo my prości ludzie jesteśmy. Kopacze są kozłami ofiarnymi? Żebyś nie wykrakał bo Was złożą w ofierze samopalnej… Chuje nas ładują, rodzinka w Czechach u buków obstawia a kaska ma się zgadzać. A Ty patafianie pierdolisz o kozłach ofiarnych… za mało ugrałeś? Przygotowujecie drugi Kluczbork? Tylko kurwa uważajcie…
Bartolo
6 maja 2018 at 17:11
Nie,Scifo oni zasłużyli na stukrotne połamanie nóg,ordynarnie bezczelnie robią nas w h..a od lat,ale to nie piłkarze i trenerzy są mózgiem tej przestępczej manipulacji,tylko włodarze klubu.Tymczasem wszystko skupia się na nich,a władza się z nas śmieje.
GieKSiorz
6 maja 2018 at 19:01
Powiem jedno szmaty,dziady i h.. bez ambicji i honoru.krupa kaj ten stadion zas w huja robisz,tak jak z awansem?jo jezdza na GieKSa od lat 90tych ale wczoraj potargolech karnet i już nie pojada,nie dom się robic już w ciula.nie jestech kibicem sukcesu ale po co mom tracic zdrowie,czas,kasa żeby brac udział w tym kabarecie krupy i lazic na szpile co som obstawione już wczesnij,wola się isc na a klasa większe emocje chociaż a poziom podobny.JO JE Z TA GIEKSA CO BYLA AMBITNO,GRALA DO KONCA I NIE PRZYNOSILA GAŃBY A TEROZ TO TWOR PSEUDO DZIALACZY<PREZESOW I PANA KRUPY.JO DZIEKUJA JUZ SIE WYLECZYLECH Z NAIWNOSCI!!!!!
Dziadek
6 maja 2018 at 22:01
Trener miał postawić na młodych i budować drużynę na przyszłość. Gdyby to robił nikt nie miałby pretensji. A tu nadal te same gęby, te same wały, te same mamienie awansem, to samo pierniczenie miasta. I kolejny sezon zostaną w tej lidze po „walce do końca” na „dobrym miejscu w czołówce”. Na B1 od lat jest jakaś alternatywna rzeczywistość i seans zbiorowej hipnozy, bo im większe są wały tym mniej ludzie je widzą…
kejta
7 maja 2018 at 06:14
15 komentarzy a zaden z nich nie na temat. Trener ma ambicje i chce cos osiagnac ale Miasto dogaduje sie z kopaczami, zastanawia mnie to jak oni sie dogaduja bo np jesli ktos z miasta mowi naszym kopaczom-a tak jest- zeby gral piach i ze ma przegrac mecz czyli musi cos za to dostac, podejrzewam ze kase a to juz podchodzi pod kryminal tylko nic sie nie da udowodnic.
Kilka lat do tylu mowil o tym Moskal kiedy odszedl z Termalici ktora nie chciala awansowac, mowil ze zawiedli go pilkarze ktorzy byli dogadani z prezesem zeby nie robic awansu, to samo jest teraz u nas
Irishman
7 maja 2018 at 07:20
@Kejta, a Ty to żeś napisał „na temat” jak pieron. A pod kryminał to póki co podchodzą takie pomówienia… to znaczy podchodziłyby, gdyby nie były tak śmieszne. Różnych głupot, się tu naczytałem… ale Ty @Kejta przebiłeś wszystkich! Miasto płaci piłkarzom, żeby nie awansowali….. 😀 😀 😀 Jakby był jakiś Złoty Buk, za najśmieszniejszy wpis, to masz go jak w banku! 😀
A nie pomyśleliście, wszyscy Ci, którzy piszą te wszystkie śmieszne teorie, ze oni są po prostu za słabi, ewentualnie po prostu nie przykładają się na 100% do walki, bo np. wiedzą, że już odejdą.
Do tego mamy trenera, okazuje się, że przecenionego przez nas (pa przynajmniej przeze mnie), który mimo to stawia ciągle na tych słabych, bo nie ma pomysłu na co innego plus nie ma wyboru. I tyle
wiesiek
7 maja 2018 at 07:48
@Irishman skoro jak mówisz są tak słabi to dlaczego są na 3 miejscu ?
Mecza
7 maja 2018 at 09:21
Ja też się pomyliłem co do trenera, ale tylko w kwestii że się dałem omamić gadką i początkowymi wynikami. Byłem przekonany, że zwolnienie Mandrysza przekreśla nasze szansę i wiosnę na luzie obejrzę. Znowu uwierzyłem i k. patrzę w tą tabelę widząc,że jeszcze można to zrobić ale nie ma żadnych podstaw do tego. Jeśli by stał się cud to byłby najsmutniejszy awans. Dobra bredzę już używając słowa awans. W teorie spiskowe nie wierzę ale brak umiejętności widać na boisku. Jedynie Prokiciowi nie zależy na awansie.
Irishman
7 maja 2018 at 13:02
@Wiesiek, bo inni są jeszcze słabsi. Poza tym zaskoczyliśmy innych nową taktyka, ale została już rozgryziona.
Zobaczymy zresztą jaki to „jakościowy” skok zrobiliśmy tej rundy, po jej zakończeniu.
PanGoroli
7 maja 2018 at 14:28
Irishman, mądry z Ciebie chłop, ale czasem strasznie naiwny. widziałem kiedyś ustawkę w 2 lidze włoskiej. lider grał ze spadkowiczem. Ich gwiazda grał dokładnie tak, jak Prokic – seria kiksów, przestrzelania pustej bramki, niewidzenie innych. oczywiście teatralne łapanie się za głowę, itd. lider w końcu przegrał 0 : 1, bo tak miało być… coś to przypomina? nie wiem, może znajdę gdzieś na yt ten mecz, ale aktorstwo jest dokładnie takie same. nie wiem, czy mecz sprzedany konkurencji, u buka, czy po prostu przyjacielska przysługa przyszłym pracodawcom, ale jak dla mnie, to taki prokic to nie powinien juz progu klubu przekroczyc. tak jak kilku innych, ktorzy nagle, jak za dotknieciem rozdzki stracili zupelnie forme. falszywy przyjaciel jest 10x gorszy od szczerego wroga…
Mecza
7 maja 2018 at 14:47
@PanGoroli, wiadomo przynajmniej czego spodziewać się po wrogu. Prokić wybrał Mielec dla kasy, nawet jeśli jest wszystko czysto to mentalnie chce awansu Mielca i nie ma się co dziwić. Widać na boisku. Najgorsze jest to, iż nie ma w zespole tzw. rady drużyny, starszyzny oddanej GKS która mogłaby z trenerem pogadać co zmienić, kogo posadzić na trybunach. Może jednak starszyzna jest i podpowiada kogo eliminować aby nie było za dobrze.
mat
7 maja 2018 at 15:04
fajny artykuł tylko nie podoba mi sie poczatek o tym ze „wydawało nam sie ze mecz ze stalą był ostrzeżeniem”. Wiekszości na tamtym meczu,a zwłaszcza takim jak ja którzy wyszli po 2 bramce ukazała sie druzyna z poprzedniego sezonu i poprzedniej rundy. Nie potrafiaca oddac strzału, przegrywajac podaja do bramkarza, strzelaja samobuje, przegrywaja wygrane mecze, nie potrafia zremisowac z najsłabszymi, nie umieją podawac i walczyc, nie ma cwaniactwa itd wiele innych. Kto sledzi gre piłkarzy GieKSy ten pozna ich tragiczny styl nawet po 10 wygranych meczach jak jeden przegraja. Wtedy ludzie wyjda ze stadionu i wrócą na kolejny mecz ale młodych to nie przyciagnie nigdy.
Prezes1964
7 maja 2018 at 15:26
Patrząc na tabelę, na wyścig żółwi który ma miejsce, może my kibice powinnismy w sposób stanowczy wypowiedzieć się – skoro jak widac sytuacja robi się identyczna jak rok temu.
mat
7 maja 2018 at 15:38
zwróccie uwage na jeszcze jedną rzecz. Jak niski poziom jest tej ligi i gry naszej GieKSy wyobraźcie sobie ze z chojniczanką i chrobrym po walce przegrywamy ,a mecze ze słabeuszami wygrywamy tak jak to powinno wygladac na 5 meczy (chojniczanka,chrobry,puszcza,bytowia,stomil) zdobyte by było 9pkt zamiast 7pkt i pompowanie balonika o wspaniałej seri zwyciestw na wiosne mielibysmy normalna stabilna druzyne a nie przypadkową serie zwyciestw po której dostajemy z buta w pysk w postaci przegranych z najgorszymi tej ligi.
PanGoroli
7 maja 2018 at 16:29
Gdybym to ja był prezesem, to wziąłbym ostro na rozpytkę Błąda. Synek w pojedynkę zdobywa 6 punktów, gdy reszta w ogóle nie gra. bez tych 6 punktów GieKSa miałaby wygodne dla kopaczy miejsce w środku i grę o nic. I nagle synek przestaje grać, 'boi’ się piłki. Tak, jakby od 'starych’ dostal zjeby, że ma się nie wychylać… Kuźwa, za wiele faktów układa się tu w całość. Ja tu pr ędzej jestem za teorią, że to nie magistrat, tylko szatnia zadecydowała, że awansu nie bedzie. OD lat tu się pisze – młodych, ambitnych nam trzeba, którzy dadza się pokroić za ten klub i kibiców.
Prezes1964
7 maja 2018 at 18:48
W tej śmiesznej lidze wystarczą nawet nie tacy którzy by za ten klub dali się pokroić , tylko kilku przyzwoitych graczy z chęcią rozwoju i amicją gry w ekstraklasie. Jak widac na te sprzedajne dziwki bez ambicji to zbyt wiele
Bce
8 maja 2018 at 09:36
Widzę dyskusja rozgorzała na dobre. Wyścig żółwi trwa. Nie machcą awansu a jak już to fartem od niechcenia. Takie farmazony co słyszę od innych, że trener nie taki a to piłkarze źli itd. Nie ma zielonego światła z magistratu i tyle. Po obserwujcie wypowiedzi co poniektórych osób i będzie się wam to układało w sensowna całość. Był zły trener a Płock pociągnął do góry. Piłkarze Błąd, Kędziora, Prokić to ludzzie co potrafią wygrać mecz dla Gieksy. Do moich przed-mówców hurra optymistów i pesymistów. Nie atakujmy się nawzajem. Gieksa to nasza wspólna sprawa. Możemy się wadzić, wyzywać ale czas rozkminić ciepły kur… dołek na Bukowej. Nie chcą awansu to niech ci ludzie się stracą i nie zajmują miejsca osobą którym zależy. Nie dajmy sobie mydlić oczu p. Krupie o stadionie, nowej halii i innych rzeczach wyssanych z palca. Awansujac czego sobie życzymy wszyscy trzeba mieć dobre wkłady do koszulek. Awansować i się utrzymać do jest sztuka, czego nie udało się Sandecji jako beniaminkowi. Na koniec dobrze, że smrody lecą niech poczuja te …. co oznacza banicja na kilka ładnych lat!!!
Pozdrawiam.