Felietony
Nie skończyło się na drodze krzyżowej…
No to mamy Wielkanoc. I można powiedzieć, że była to Wielka Noc w wykonaniu GKS Katowice. Zespół przełamał wczoraj kilka klątw, zrobił coś zgoła odmiennego niż w ciągu całego zeszłego roku, ale także kilku poprzednich lat. Wprowadził nową jakość, był efektywny. Dał nam dużo radości na święta i wielką nadzieję, że ten sezon jest w stanie zakończyć się sukcesem.
Musimy w tym miejscu nawiązać do naszego przedmeczowego felietonu, w którym porównywaliśmy osiągnięcia zespołu z analogicznymi okresami najlepszych sezonów GKS w ostatnich latach. Czas więc na aktualizację – za Kazimierza Moskala po 22 meczach mieliśmy na koncie 33 punkty, za Jerzego Brzęczka rok temu – 37. Właśnie wygrywając wczoraj z Zagłębiem Sosnowiec zespół zrównał się dorobkiem punktowym z ekipą sprzed roku.
Historia pięknie zatoczyła koło. Rok temu dwudziestym drugim meczem było wyjazdowe spotkanie z Zagłębiem Sosnowiec. Spotkanie przegrane haniebnie 0:1, mecz który dobitnie dał informację, że tej drużyny na awans nie stać, a mając przeciwnika rozłożonego na łopatki i konającego, można taki mecz z kretesem przegrać. Jesteśmy więc punktowo w identycznej sytuacji, co rok temu. Ale jaki to jest inny świat… Przecież 12 miesięcy temu co prawda nikt nie przekreślał awansu, natomiast mocno wszyscy (poza drużyną) bili na alarm. Punktowo wszystko dało się odrobić, ale schemat zawalanych meczów i obraz nędzy tej drużyny powodował, że nie było podstaw do optymizmu, a cała reszta wiosny pokazała, że jej początek był ze wszech miar zapowiedzią ostatecznej katastrofy. Na czele z meczem w Sosnowcu.
Tym razem GieKSa nie traci przewagi, tylko odrabia. Ilość punktów jest taka sama, ale zamiast lotu w dół jest ciągłe wzbijanie się w przestworza tak, by „zawieszenie w czasoprzestrzeni” z wczorajszego Blaszoka przerodziło się w przejście w inny wymiar – wymiar, który każdy kibic ma w sercu i za którym tak bardzo tęskni…
GKS Katowice po raz pierwszy od siedmiu lat wygrał czwarty mecz z rzędu. Wówczas dokonała tego ekipa Wojciecha Stawowego. Czas więc na poprawienie kolejnej serii, tym razem jednak nie będzie to pięć, a sześć zwycięstw. Żeby do tego momentu dojść, musimy się cofnąć do czasów trzeciej ligi. Wówczas na koniec rundy jesiennej katowiczanie sześciokrotnie pokonali zespoły rywali. Częściowo ci rywale byli egzotyczni, ale w większości nie – Jastrzębie, Szczakowianka, Chrobry, Lechia Zielona Góra, rezerwy Zagłębia Lubin i… TOR Dobrzeń Wielki. Ciekawe to były czasy.
Jednak nawet wtedy – podobnie jak w większości ostatnich lat – pierwszy mecz wiosny zakończył się klapą, mowa o porażce w Nowej Soli. To co się dzieje teraz jest naprawdę nowe i dla niektórych kibiców nieznane. Trzy wygrane na początek piłkarskiej wiosny po raz ostatni mogliśmy obserwować w czwartej lidze (inna sprawa, że GKS wówczas wygrał wszystkie 13 wiosennych meczów plus walkowery). Sezon czwartoligowy oczywiście był całkowicie zdominowany przez naszą drużynę, więc nawet ciężko porównywać. Faktem jest, że aby odnaleźć w jeszcze wcześniejszych sezonach dziewięciopunktową zdobycz na początek, musielibyśmy mocno się przenieść w czasie.
Jacek Paszulewicz to jak na razie jest gość. Jest takie brzydkie powiedzenie, którego nie będziemy tutaj cytować – powiedzmy, że po prostu „nie robi czegoś w tańcu”. Jak na razie widać chłodną głowę i rzetelną pracę, zamiast wciskania kibicom (i piłkarzom pewnie też) bajek. O tym, że są wielcy, że i nie mają sobie nic do zarzucenia. Dodatkowo trener żyje meczem, jest impulsywny przy ławce (co paradoksalnie nie kłóci się z tą chłodną głową). Widać, że mu zależy, czego dowodem były emocje związane z niemożnością dokonania zmiany w końcówce wczorajszego spotkania. Swoją drogą to mocna kompromitacja sędziego, że podczas dwóch przerw w grze nie można było wprowadzić stojącego przy linii bocznej zawodnika, a na pretensje trenera, arbiter wyrzucił go na trybuny. Mam szczerą nadzieję, że klub odwoła się od tej decyzji i szkoleniowiec nie będzie musiał siedzieć na trybunach w następnym spotkaniu. Bo gdyby nie mógł zasiąść na ławce, byłaby to kuriozalna decyzja władz pierwszej ligi.
GieKSa wygrała z Zagłębiem Sosnowiec. Boże, w końcu! Spotkania z drużyną z Ludowego były w ostatnich sezonach notorycznie przegrane, ale to były bardzo mocne policzki. Zwłaszcza na wyjazdach, gdzie kibiców GKS nie było, ale my jako redakcja byliśmy naocznymi świadkami tych upokorzeń i przede wszystkim drwin i radości kibiców Zagłębia. Jak wtedy, gdy przegrywali, a w końcówce zadali nam dwa ciosy i wytykali nas na sektorze prasowym palcami. Jak jeszcze komentowaliśmy w radiu i po drugiej bramce odwracali się do nas i śmiali się nam w twarz. A nasi piłkarze nie potrafili w tych meczach zrobić nic, żeby pokazać, że jesteśmy dumną drużyną z Katowic.
Wczoraj wszedłem na komentarze pomeczowe kibiców z Sosnowca. Wypisz, wymaluj są to analogiczne komentarze do naszych sprzed roku. Żal, złość, frustracja, jazda po zawodnikach i trenerze. Nawet na stronie Zagłębia relację z meczu zatytułowano „raz na wozie, raz pod wozem”. Nic dodać, nic ująć, tytuł idealny. Przez kilka lat to kibice Zagłębia triumfowali, cieszyli się i drwili. Ale statystyki nie mają znaczenia, bo jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz. A ten ostatni to zwycięstwo GKS Katowice nad Zagłębiem Sosnowiec. Ten ostatni to radość, energia i optymizm na Bukowej oraz rozpacz, frustracja i pesymizm na Kresowej.
Zagłębie tym spotkaniem praktycznie zamknęło sobie drogę do ekstraklasy. Do drugiej Chojniczanki tracą osiem punktów, a mają dwa mecze rozegrane więcej. Ilość meczów z liderującą Miedzią jest taka sama, ale strata jeszcze większa, bo 10-punktowa. Do tego w perspektywie najbliższe trzy mecze z Odrą, Rakowem i Chojniczanką. Chyba pozamiatane.
GieKSa ma swojego bohatera, któremu Adrian jest na imię. Adrian Błąd kreuje się naprawdę na małą ikonę tego sezonu. Kibice GieKSy bardzo rzadko skandują nazwisko jakiegokolwiek zawodnika, a tego doczekał się pomocnik we wczorajszym meczu. Efektywność jego jest na niesamowitym poziomie, strzela bowiem decydujące bramki w wygrywanych jednym golem meczach. To, co cieszy – to fakt, że w końcu trafił także u siebie, bo dotychczas uciszał publiczność tylko na wyjazdach. Jest jednak jeszcze jeden aspekt, który mnie się osobiście podoba. Zawodnik walczy, choć nie zawsze gra super. Ale radość, którą pokazuje zarówno na boisku, jak i poza nim, na przykład podczas wywiadów, sprawia, że aż się człowiek cieszy, że mamy tak pozytywną postać w drużynie. Oj irytował, irytował grając w innych klubach, zwłaszcza w Zawiszy 😉 Ale teraz to się robi porządny GieKSiarz. Miejmy nadzieję, że utrzyma taki poziom nie tylko sportowy, ale i mentalny i możemy mieć naprawdę świetnego zawodnika.
GKS Katowice wygrał z Zagłębiem, ale jak było w klipie klubowym – walka dopiero się rozpoczęła. Cieszymy się z przełamania klątw, ale to przełamanie jest warunkiem koniecznym, natomiast niewystarczającym. Przegrana z Zagłębiem zamknęłaby nam drogę. Wygrana ją otworzyła, nadal to jednak nie jest autostrada. Nadal to GieKSa musi gonić rywali i odrabiać straty. Analizę tych strat utrudnia nierówna ilość meczów rozegranych przez poszczególne drużyny. Do Chojnic bowiem mamy dwa punkty do odrobienia, ale jeden mecz więcej, do Miedzi cztery punkty i jeden mecz mniej. I bądź tu człowieku mądry. Jedno jest pewne, strata jest niewielka, drużyny z czołówki będą grać między sobą i nawzajem sobie odbierać oczka. Inne ekipy pierwszoligowe też bardzo często remisują lub wygrywają z czubem tabeli. Tak jak wczoraj, gdzie poza meczem Chojniczanki, wszystkie wyniki ułożyły się pod GieKSę. I to była kolejna klątwa – katowiczanie nie potrafili w przeszłości wykorzystywać hurtowych potknięć rywali, sami na koniec przegrywając swój mecz. Tym razem wygrali i poprawili swoją pozycję w tabeli.
Za tydzień czeka nas spotkanie w Suwałkach. Wigry niespodziewanie są na piątym miejscu, ale wydaje się, że to wynik ponad stan. I teraz tak, z jednej strony ani nie jest to wybitna drużyna, ani nie ma wybitnych zawodników i trenera. Z drugiej – nie może to w żadnym wypadku uśpić naszego zespołu, tym bardziej pamiętając wtopę z jesieni u siebie, ale też kilka innych meczów z Wigrami w ostatnich latach. Dość powiedzieć, że ostatnie trzy mecze z zespołem z Suwałk GKS przegrał. Te mecze wyrywają się z piłkarskiej logiki, bo na przykład taki Adrian Jurkowski, który w GieKSie notował kiks za kiksem potrafił z Wigrami, a kilka miesięcy wcześniej z Sandecją, przyjechać na Bukową i wygrać. Trzeba więc zdecydowanie mieć się na baczności.
Faktem jest, że z całym szacunkiem – ale z targanymi wewnętrznymi organizacyjnymi kłopotami Wigrami – trzeba po prostu zagrać swoje i wygrać. Głupio byłoby po wygranych z mocnymi przecież rywalami, potknąć się na rywalu o niższej jakości. Szkoda by było stracić to, co zyskaliśmy.
Teraz mamy chwilę odpoczynku. Są święta i po tych emocjach w Wielką Sobotę cieszmy się i radujmy, że nie skończyło się na drodze krzyżowej. Właśnie rok temu po meczu z Miedzią w przeddzień świąt tytułem „Droga krzyżowa” okrasiliśmy pomeczowy felieton. Tym razem GieKSa powróciła do żywych i to w pełnym tego słowa znaczeniu.
Wszystkim kibicom, piłkarzom, trenerom i prezesom życzymy z tego miejsca spokojnych, radosnych Świąt Wielkanocnych, odpoczynku od piłkarskiego zgiełku oraz nabrania sił. Widzimy się w przyszłym tygodniu! Do zobaczenia!
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?


Najnowsze komentarze