Felietony
Nie skończyło się na drodze krzyżowej…
No to mamy Wielkanoc. I można powiedzieć, że była to Wielka Noc w wykonaniu GKS Katowice. Zespół przełamał wczoraj kilka klątw, zrobił coś zgoła odmiennego niż w ciągu całego zeszłego roku, ale także kilku poprzednich lat. Wprowadził nową jakość, był efektywny. Dał nam dużo radości na święta i wielką nadzieję, że ten sezon jest w stanie zakończyć się sukcesem.
Musimy w tym miejscu nawiązać do naszego przedmeczowego felietonu, w którym porównywaliśmy osiągnięcia zespołu z analogicznymi okresami najlepszych sezonów GKS w ostatnich latach. Czas więc na aktualizację – za Kazimierza Moskala po 22 meczach mieliśmy na koncie 33 punkty, za Jerzego Brzęczka rok temu – 37. Właśnie wygrywając wczoraj z Zagłębiem Sosnowiec zespół zrównał się dorobkiem punktowym z ekipą sprzed roku.
Historia pięknie zatoczyła koło. Rok temu dwudziestym drugim meczem było wyjazdowe spotkanie z Zagłębiem Sosnowiec. Spotkanie przegrane haniebnie 0:1, mecz który dobitnie dał informację, że tej drużyny na awans nie stać, a mając przeciwnika rozłożonego na łopatki i konającego, można taki mecz z kretesem przegrać. Jesteśmy więc punktowo w identycznej sytuacji, co rok temu. Ale jaki to jest inny świat… Przecież 12 miesięcy temu co prawda nikt nie przekreślał awansu, natomiast mocno wszyscy (poza drużyną) bili na alarm. Punktowo wszystko dało się odrobić, ale schemat zawalanych meczów i obraz nędzy tej drużyny powodował, że nie było podstaw do optymizmu, a cała reszta wiosny pokazała, że jej początek był ze wszech miar zapowiedzią ostatecznej katastrofy. Na czele z meczem w Sosnowcu.
Tym razem GieKSa nie traci przewagi, tylko odrabia. Ilość punktów jest taka sama, ale zamiast lotu w dół jest ciągłe wzbijanie się w przestworza tak, by „zawieszenie w czasoprzestrzeni” z wczorajszego Blaszoka przerodziło się w przejście w inny wymiar – wymiar, który każdy kibic ma w sercu i za którym tak bardzo tęskni…
GKS Katowice po raz pierwszy od siedmiu lat wygrał czwarty mecz z rzędu. Wówczas dokonała tego ekipa Wojciecha Stawowego. Czas więc na poprawienie kolejnej serii, tym razem jednak nie będzie to pięć, a sześć zwycięstw. Żeby do tego momentu dojść, musimy się cofnąć do czasów trzeciej ligi. Wówczas na koniec rundy jesiennej katowiczanie sześciokrotnie pokonali zespoły rywali. Częściowo ci rywale byli egzotyczni, ale w większości nie – Jastrzębie, Szczakowianka, Chrobry, Lechia Zielona Góra, rezerwy Zagłębia Lubin i… TOR Dobrzeń Wielki. Ciekawe to były czasy.
Jednak nawet wtedy – podobnie jak w większości ostatnich lat – pierwszy mecz wiosny zakończył się klapą, mowa o porażce w Nowej Soli. To co się dzieje teraz jest naprawdę nowe i dla niektórych kibiców nieznane. Trzy wygrane na początek piłkarskiej wiosny po raz ostatni mogliśmy obserwować w czwartej lidze (inna sprawa, że GKS wówczas wygrał wszystkie 13 wiosennych meczów plus walkowery). Sezon czwartoligowy oczywiście był całkowicie zdominowany przez naszą drużynę, więc nawet ciężko porównywać. Faktem jest, że aby odnaleźć w jeszcze wcześniejszych sezonach dziewięciopunktową zdobycz na początek, musielibyśmy mocno się przenieść w czasie.
Jacek Paszulewicz to jak na razie jest gość. Jest takie brzydkie powiedzenie, którego nie będziemy tutaj cytować – powiedzmy, że po prostu „nie robi czegoś w tańcu”. Jak na razie widać chłodną głowę i rzetelną pracę, zamiast wciskania kibicom (i piłkarzom pewnie też) bajek. O tym, że są wielcy, że i nie mają sobie nic do zarzucenia. Dodatkowo trener żyje meczem, jest impulsywny przy ławce (co paradoksalnie nie kłóci się z tą chłodną głową). Widać, że mu zależy, czego dowodem były emocje związane z niemożnością dokonania zmiany w końcówce wczorajszego spotkania. Swoją drogą to mocna kompromitacja sędziego, że podczas dwóch przerw w grze nie można było wprowadzić stojącego przy linii bocznej zawodnika, a na pretensje trenera, arbiter wyrzucił go na trybuny. Mam szczerą nadzieję, że klub odwoła się od tej decyzji i szkoleniowiec nie będzie musiał siedzieć na trybunach w następnym spotkaniu. Bo gdyby nie mógł zasiąść na ławce, byłaby to kuriozalna decyzja władz pierwszej ligi.
GieKSa wygrała z Zagłębiem Sosnowiec. Boże, w końcu! Spotkania z drużyną z Ludowego były w ostatnich sezonach notorycznie przegrane, ale to były bardzo mocne policzki. Zwłaszcza na wyjazdach, gdzie kibiców GKS nie było, ale my jako redakcja byliśmy naocznymi świadkami tych upokorzeń i przede wszystkim drwin i radości kibiców Zagłębia. Jak wtedy, gdy przegrywali, a w końcówce zadali nam dwa ciosy i wytykali nas na sektorze prasowym palcami. Jak jeszcze komentowaliśmy w radiu i po drugiej bramce odwracali się do nas i śmiali się nam w twarz. A nasi piłkarze nie potrafili w tych meczach zrobić nic, żeby pokazać, że jesteśmy dumną drużyną z Katowic.
Wczoraj wszedłem na komentarze pomeczowe kibiców z Sosnowca. Wypisz, wymaluj są to analogiczne komentarze do naszych sprzed roku. Żal, złość, frustracja, jazda po zawodnikach i trenerze. Nawet na stronie Zagłębia relację z meczu zatytułowano „raz na wozie, raz pod wozem”. Nic dodać, nic ująć, tytuł idealny. Przez kilka lat to kibice Zagłębia triumfowali, cieszyli się i drwili. Ale statystyki nie mają znaczenia, bo jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz. A ten ostatni to zwycięstwo GKS Katowice nad Zagłębiem Sosnowiec. Ten ostatni to radość, energia i optymizm na Bukowej oraz rozpacz, frustracja i pesymizm na Kresowej.
Zagłębie tym spotkaniem praktycznie zamknęło sobie drogę do ekstraklasy. Do drugiej Chojniczanki tracą osiem punktów, a mają dwa mecze rozegrane więcej. Ilość meczów z liderującą Miedzią jest taka sama, ale strata jeszcze większa, bo 10-punktowa. Do tego w perspektywie najbliższe trzy mecze z Odrą, Rakowem i Chojniczanką. Chyba pozamiatane.
GieKSa ma swojego bohatera, któremu Adrian jest na imię. Adrian Błąd kreuje się naprawdę na małą ikonę tego sezonu. Kibice GieKSy bardzo rzadko skandują nazwisko jakiegokolwiek zawodnika, a tego doczekał się pomocnik we wczorajszym meczu. Efektywność jego jest na niesamowitym poziomie, strzela bowiem decydujące bramki w wygrywanych jednym golem meczach. To, co cieszy – to fakt, że w końcu trafił także u siebie, bo dotychczas uciszał publiczność tylko na wyjazdach. Jest jednak jeszcze jeden aspekt, który mnie się osobiście podoba. Zawodnik walczy, choć nie zawsze gra super. Ale radość, którą pokazuje zarówno na boisku, jak i poza nim, na przykład podczas wywiadów, sprawia, że aż się człowiek cieszy, że mamy tak pozytywną postać w drużynie. Oj irytował, irytował grając w innych klubach, zwłaszcza w Zawiszy 😉 Ale teraz to się robi porządny GieKSiarz. Miejmy nadzieję, że utrzyma taki poziom nie tylko sportowy, ale i mentalny i możemy mieć naprawdę świetnego zawodnika.
GKS Katowice wygrał z Zagłębiem, ale jak było w klipie klubowym – walka dopiero się rozpoczęła. Cieszymy się z przełamania klątw, ale to przełamanie jest warunkiem koniecznym, natomiast niewystarczającym. Przegrana z Zagłębiem zamknęłaby nam drogę. Wygrana ją otworzyła, nadal to jednak nie jest autostrada. Nadal to GieKSa musi gonić rywali i odrabiać straty. Analizę tych strat utrudnia nierówna ilość meczów rozegranych przez poszczególne drużyny. Do Chojnic bowiem mamy dwa punkty do odrobienia, ale jeden mecz więcej, do Miedzi cztery punkty i jeden mecz mniej. I bądź tu człowieku mądry. Jedno jest pewne, strata jest niewielka, drużyny z czołówki będą grać między sobą i nawzajem sobie odbierać oczka. Inne ekipy pierwszoligowe też bardzo często remisują lub wygrywają z czubem tabeli. Tak jak wczoraj, gdzie poza meczem Chojniczanki, wszystkie wyniki ułożyły się pod GieKSę. I to była kolejna klątwa – katowiczanie nie potrafili w przeszłości wykorzystywać hurtowych potknięć rywali, sami na koniec przegrywając swój mecz. Tym razem wygrali i poprawili swoją pozycję w tabeli.
Za tydzień czeka nas spotkanie w Suwałkach. Wigry niespodziewanie są na piątym miejscu, ale wydaje się, że to wynik ponad stan. I teraz tak, z jednej strony ani nie jest to wybitna drużyna, ani nie ma wybitnych zawodników i trenera. Z drugiej – nie może to w żadnym wypadku uśpić naszego zespołu, tym bardziej pamiętając wtopę z jesieni u siebie, ale też kilka innych meczów z Wigrami w ostatnich latach. Dość powiedzieć, że ostatnie trzy mecze z zespołem z Suwałk GKS przegrał. Te mecze wyrywają się z piłkarskiej logiki, bo na przykład taki Adrian Jurkowski, który w GieKSie notował kiks za kiksem potrafił z Wigrami, a kilka miesięcy wcześniej z Sandecją, przyjechać na Bukową i wygrać. Trzeba więc zdecydowanie mieć się na baczności.
Faktem jest, że z całym szacunkiem – ale z targanymi wewnętrznymi organizacyjnymi kłopotami Wigrami – trzeba po prostu zagrać swoje i wygrać. Głupio byłoby po wygranych z mocnymi przecież rywalami, potknąć się na rywalu o niższej jakości. Szkoda by było stracić to, co zyskaliśmy.
Teraz mamy chwilę odpoczynku. Są święta i po tych emocjach w Wielką Sobotę cieszmy się i radujmy, że nie skończyło się na drodze krzyżowej. Właśnie rok temu po meczu z Miedzią w przeddzień świąt tytułem „Droga krzyżowa” okrasiliśmy pomeczowy felieton. Tym razem GieKSa powróciła do żywych i to w pełnym tego słowa znaczeniu.
Wszystkim kibicom, piłkarzom, trenerom i prezesom życzymy z tego miejsca spokojnych, radosnych Świąt Wielkanocnych, odpoczynku od piłkarskiego zgiełku oraz nabrania sił. Widzimy się w przyszłym tygodniu! Do zobaczenia!
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Felietony Piłka nożna
Trudność w podejściu do średniawki
Aaaa qrwa jego mać…
To moja reakcja na gola Rakowa w doliczonym czasie gry w Gdańsku. Bo zaczynam pisać zaraz po. I tak, jak kolejka zaczęła się dobrze, bo Termalica wygrała w Lubinie, to potem pewnie lepszy byłby dla nas remis z Białymstoku, ale OCZYWIŚCIE Górnik musiał strzelić w doliczonym, lepszy byłby remis lub porażka Rakowa, ale OCZYWIŚCIE Raków musiał strzelić w doliczonym. I luj Bobcki strzelił, bo dwie drużyny się od nas oddaliły w tabeli.
Ktoś powie – trzeba było wygrać w Kielcach. No pewnie, że trzeba było, ale nie wygraliśmy. A nasze zdobywane punkty – zwłaszcza w tej fazie sezonu – mają taką samą wagę jak straty punktów przez przeciwników.
Przechodząc do naszego meczu. Nie wiem, jak to ugryźć szczerze mówiąc. Bo mam wrażenie, że Korona była do zdobytej bramki po prostu słaba. Potem się rozkręcili i w końcówce mogli strzelić zwycięskiego gola. Więc summa summarum remis jest sprawiedliwy. Bo gdy piszę, że Korona była słaba, to trzeba zaznaczyć, że my nie byliśmy jakoś specjalnie lepsi. Uważam, że do straconej bramki trochę lepsi byliśmy. Ale tylko trochę, to nie był jakiś wielce dobry mecz GKS Katowice. Był średni.
O ile defensywa tym razem dała radę i dopuściła do utraty tylko jednej bramki, to w ofensywie byliśmy bezbarwni. Niby kilka razy podeszliśmy pod bramkę przeciwnika, niby jakieś sytuacje się pojawiły, ale tym razem wykończenie czy ostatnie podanie były słabe. I tu mam pretensje do naszych zawodników, bo zalążki tych akcji były znowuż bardzo dobre. Naprawdę potrafimy pod to pole karne podchodzić i wszystko tkwi w tym, czy dobrze wykończymy akcję – najlepiej celnym strzałem. W poprzednich meczach wyglądało to kapitalnie. Tym razem – mizernie.
Znowu będę się czepiał. Bartka Nowaka. Znów nasz najlepszy zawodnik ligi, mając dobre sytuacje wyglądał, jakby chciał wykończyć czy zagrać ostatnie podanie „pięknie”. Czasem tej zabawy jest po prostu za dużo. Oczywiście te niekonwencjonalne zagrania dały kilka wspaniałych asyst. Ale jeśli chodzi o gole, to już tak nie było. Przecież z tej wyjątkowej techniki naprawdę idzie skorzystać, jednocześnie zachowując prostotę. Uderzyć po długim rogu temu Dziekońskiemu, gdy praktycznie cała bramka jest odsłonięta. Ewentualnie nawinąć przeciwnika i strzelić. Bartek wysoko zawiesił poprzeczkę, dlatego mam uwagi. Przecież on krawaty potrafi wiązać na tym boisku, ale w związku z tym zdarza mu się przedobrzyć.
Ale tak jak napisałem – cała ofensywa była jakaś niemrawa. Ilja znów zmarnował jedną kapitalną sytuację. I czasem sam już nie wiem, co sądzić o tym zawodniku. Bo mało strzela goli i sporo sytuacji marnuje. Znów doceniam jego pracę w środku boiska, przy rozegraniu. Z Koroną choćby kapitalnie wypuścił Nowaka. Z Motorem też miał wielki udział przy rozprowadzeniu akcji bramkowej. Ale tak jak mówię, nie mam uwag co do gry w środku boiska. Problem pojawiał się przed i w polu karnym.
Korona w tym czasie frustrowała raz po raz swoich kibiców. Psioczyli oni dość mocno na piłkarzy. Kielczanie raz po raz bowiem tracili piłki i nie potrafili rozegrać dobrej ofensywnej akcji zakończonej strzałem. Nie wyglądali jak swoja wersja z jesieni.
Cieszy kolejny gol Arkadiusza Jędrycha. Capitano – wzorem Radomiaka – asystował sam sobie od słupka. Chyba lubi halówkę i grę od bandy. Po raz kolejny trafił do siatki i myśleliśmy, że ten gol da nam zwycięstwo, a najlepiej gdybyśmy potem strzelili drugą bramkę.
Patrząc na to z drugiej strony, to znów trzeba powiedzieć, że stara GieKSa taki mecz by przegrała w końcówce. Można powiedzieć, że w Krakowie – z mega słabą Cracovią – nie ugraliśmy nawet punktów. Aż tak słaba jak Pasy Korona wczoraj nie była. Więc remis na wyjeździe z solidną drużyną z ekstraklasy oczywiście nie jest złym wynikiem. Oczywiście należy wziąć pod uwagę też nasze osłabienia kadrowe. Przecież nie było Strączka, Klemenza, Kowalczyka, Galana, Zrelaka. Trener musi odkrywać i dostosowywać szerszą kadrę. I znowuż jak na to, że mamy tyle osłabień – wyniki są bardzo w porządku.
Tylko ten niedosyt. Naprawdę można było w tym spotkaniu ugrać więcej i poprawić swoją sytuację w tabeli dopisując trzy punkty. Tak dopisujemy jeden. Co oczywiście też jest zdobyczą. Każdy punkt jest na wagę złota.
Po tej fatalnej porażce z Cracovią GieKSa rozegrała cztery mecze – dwukrotnie u siebie wygrywając i dwa razy remisując na wyjeździe. Ostatecznie jest to układ bardzo dobry. Grając w taki sposób przez cały sezon zdobywa się 68 punktów. W obecnych rozgrywkach wystarczyłoby do mistrzostwa. Ostatecznie więc ostatnia tzw. forma katowiczan jest bardzo dobra.
Każdy był po tym meczu niepocieszony. Jacek Zieliński – znany ze swojego marudzącego tonu – tak właśnie trochę pomarudził na konferencji prasowej. Rafał Górak też nie był przeszczęśliwy, ale też mówił, żeby nie utyskiwać aż tak bardzo na ten remis. No i te nastroje szkoleniowców chyba oddają, to co widzieliśmy w Kielcach. Każdy był trochę rozczarowany po tym remisie, a jednocześnie wiedział, że można było ten mecz przegrać. Więc nie narzekam aż tak bardzo, ale trochę narzekam.
Patrząc teraz na perspektywę gry w pucharach – myślę, że Raków i Górnik znajdą się w czwórce. Jeśli tak, to piąte miejsce da przepustkę do Europy, bo obie ekipy zagrają w finale Pucharu Polski w najbliższą sobotę. Wychodzi więc na to, że o to piąte miejsce w pucharach rywalizować będzie GieKSa, Wisła Płock i Zagłębie. Lubinianie dali ciała z ekipą z Niecieczy i wygląda jakby spuchli, choć lekceważyć ich nie można. Dzisiaj z zapartym tchem będziemy obserwować mecz Wisła – Radomiak i musimy kibicować gościom – od wyniku tego spotkania będzie zależeć bardzo, bardzo wiele. Natomiast żadna z wymienionych trzech drużyn kompletu punktów raczej nie zdobędzie, więc trzeba zminimalizować punktowe straty. Na plus jest to, że i z Zagłębiem, i z Płockiem mamy lepsze bilanse bezpośrednie.
Świat się nie zawali, jeśli GieKSa do pucharów nie wejdzie. Przecież jeszcze niedawno walczyliśmy o utrzymanie. Ale nie ma się co oszukiwać, matematyka mówi, że udział w Europie jest po prostu realny. Jeśli na przykład GieKSa zdobyłaby w ostatnich czterech kolejkach 7-8 punktów, to gra w eliminacjach Ligi Konferencji będzie bardzo możliwa. To jest bonus, szansa, która się nadarza. I grzechem byłoby nie powalczyć.
Jest jednak jeden warunek. Z Termalicą za tydzień trzeba bezwzględnie wygrać. Jakkolwiek nie jest to typowy outsider prezentujący się beznadziejnie, to jednak jest to ostatnia drużyna ligi, którą będziemy podejmować. W kolejnych trzech spotkaniach o punkty będzie dużo trudniej. Trzeba więc sobie ustawić sytuację tak, żeby z 47 punktami startować do trzech ostatnich kolejek.
Piłka nożna
Rafał Strączek 2029!
Rafał Strączek podpisał nowy kontrakt z klubem, a ogłoszenie tego miało miejsce przed piątkowym spotkaniem z Motorem Lublin. Tym samym ucięto medialne spekulacje o przeprowadzce do Poznania.
Nowa umowa będzie obowiązywać do czerwca 2029 roku. Bramkarz, po wejściu do pierwszej jedenastki, świetnie się spisuje i ma wielki udział w wynikach GKS Katowice. W tym sezonie w 23 spotkaniach 8 razy zachował czyste konto.
Piłkarzowi życzymy zdrowia, dalszych dobrych występów i sukcesów z naszym klubem.


Najnowsze komentarze