Felietony
Obyśmy nie zaczęli się w niej urządzać…
Runda jesienna zakończona. Wkraczamy w niespotykaną ilość czterech kolejek rundy wiosennej rozegraną awansem. Dotychczas największą liczbą meczów z wiosny rozgrywanych jeszcze jesienią było trzy. Jakim zrządzeniem losu jest to, że nadchodzące pojedynki – aż do 21. kolejki – będą tak naprawdę być może kluczowymi dla przyszłości całego klubu. Meczami o wadze życia i śmierci.
Sytuacja katowiczan w tabeli jest bardzo zła. O ile po remisie w Bytowie udało się co prawda uciec z ostatniego miejsca w tabeli, to strata czterech oczek została utrzymana. I również – z jednej strony dobrze, że bezpośredni rywale w strefie spadkowej plus Tychy przegrały swoje mecze, natomiast wygrana Niecieczy spowodowała, że właśnie do Tychów mamy co prawda cztery punkty straty, ale do kolejnego bezpiecznego miejsca – już sześć.
Nie trzeba nikomu mówić, że im więcej drużyn walczących o utrzymanie, tym większa szansa, że… któraś z nich potraci punkty i będzie łatwiej kogoś dogonić. W obecnej sytuacji musimy mocno skupić się na Tychach, a wydaje się, że ta ekipa nie będzie się przecież przez cały czas prezentować tak słabo.
Problem w tym, że wspomniane nadchodzące cztery mecz zapowiadają się mega trudno – zarówno każdy z osobna, jak i wszystkie razem. Podbeskidzie chce się włączyć do walki o awans i pewnie już dawno byłoby w czołówce, gdyby nie fatalny początek u siebie. Ale patrząc na rezultaty Górali z tego sezonu: wygrana w Mielcu, 4:1 z Wartą, 5:0 w Suwałkach, wygrana z Chojniczanką, w Opolu czy ostatnio 3:0 z Chrobrym – pokazuje, że rywal spod Klimczoka potrafi zagrać bardzo efektownie i skutecznie. ŁKS Łódź to wicelider tabeli, który w rundzie jesiennej przegrał tylko 4 mecze. GKS Tychy na wyjeździe – sami wiemy, jak fatalne mecze tam rozgrywał ostatnio nasz zespół. W końcu Sandecja, która nie ukrywa aspiracji powrotu do ekstraklasy.
Na zdrowy rozum mecze, w których obowiązkiem były punkty i poprawa sytuacji w tabeli – klasycznie przerżnęliśmy. W słabym stylu, bez ikry, bez walki, dodatkowo darując punkty bezpośrednim rywalom. Dodatkowo na własnym boisku. A skoro nie umieliśmy punktować ze słabiakami, to teraz stajemy pod ścianą i MUSIMY punktować ZA TRZY z ekipami z czołówki i w meczu derbowym. Skoro nie potrafiliśmy dać ciosu zataczającemu się pijaczkowi chcącemu ukraść nam portfel, musimy stawić czoła w ciemnej ulicy wyższemu i tęższemu jegomościowi i uważać, żeby ten nokautujący cios nie powalił nas, zanim tylko zdążymy pomyśleć…
Pytanie zasadnicze, czy cokolwiek przemawia za naszą drużyną. Kibice GieKSy obecni w Bytowie – tradycyjnie i od tysiąca lat, próbują wyciągać desperacko choćby najmniejszy pozytyw i opakowywać go jako wielka nadzieja na przyszłość. Tym razem był to fakt dwukrotnego odrobienia strat, dwukrotnie po bardzo dobrym stałym fragmencie gry. Tym była, walka i ambicja i to, że „gdyby nie błędy indywidualne”, to wynik byłby inny. Trochę upodabniamy się w tłumaczeniach do trenerów i piłkarzy. Nic to, że Bytów jest słabiutki i obowiązkiem było wygrać. Musimy się jakoś ratować przed popadnięciem w totalną niewiarę.
Oczywiście będąc sprawiedliwym, te same osoby mówią również, że mecz był po prostu słaby. Ale żeby przeważyć szalę na tę z optymizmem, bagatelizują tę słabą grę i skupiają się na pozytywach.
Sam meczu z Bytowie nie widziałem, natomiast wierzę, że gra była słaba, a bramki widziałem na skrócie i rzeczywiście były takie… nie w naszym stylu. Bardzo mi się podobały. Chciałbym wierzyć, że jest to jakiś ogólny trend w stałych fragmentach, ale dla mnie to zdecydowanie za wcześnie. Zinedine Zidane też kiedyś strzelił dwa gole głową po rogu (w takim jednym meczu), a poza tym nie zdarzało mu się to prawie nigdy, więc był to wyjątek. Za wcześnie więc, żeby stwierdzić, że już jesteśmy maszyną do stałych fragmentów.
Przerażające jest to, że w dwunastu ostatnich meczach ligowych (a czternastu w sumie) GKS Katowice wygrał tylko raz. To nie są przelewki, to jest kompletny dramat i upadek, a mecze z ostatnich kolejek pokazują, że zdecydowanej poprawy nie ma. Wyjąwszy te rzuty rożne, to jednak trzeba powiedzieć, że w Bytowie sami sobie zapakowaliśmy dwa gole. Tak jak to było z Garbarnią, Stalą czy Wartą. Stały fragment raz wyjdzie, częściej nie – a prokurowanie sytuacji bramkowych dla rywali to u nas reguła powtarzana w każdej kolejce. Środkowych obrońców niestety mamy tragicznych i jeśli przede wszystkim to się nie zmieni – to przy indolencji w grze ofensywnej, będziemy coraz dalej od zwycięstw lub choćby remisów.
Można zadać pytanie – jeśli w rundzie jesiennej nie potrafiliśmy osiągnąć średniej jednego punktu na mecz, to dlaczego grając beznadziejnie mamy myśleć, że nagle będziemy w jednym meczu zdobywać trzy? Nie ma ku temu przesłanek, jedynie magiczne myślenie zdesperowanego dziecka.
Trener Dariusz Dudek musi się wziąć ciężko do pracy, bo jeśli tego nie zrobi teraz i już, to powoli będziemy musieli się witać z drugą ligą już w grudniu, a wiosną to będzie dogorywanie. Tu nie ma co już pieprzyć pod publiczkę słów o wsparciu i tak modnych deklaracjach (z jednej i drugiej strony). Tu k… trzeba po prostu zacząć grać!
I jak w jakimś stopniu jeszcze jestem w stanie zrozumieć kibiców, że chcą wspierać piłkarzy w Bielsku, bo może i ci „chcą, ale nie potrafią”, to nadal dziwi mnie powściągliwość w wyrażaniu – czy raczej niewyrażaniu swojego niezadowolenia w stosunku do dyrektora sportowego i prezesa. Janickiego i Bartnika nie powinno tu być ani chwili dłużej, bo każdy dzień z nimi na pokładzie przybliża ten klub do spadku i upadku. Swoim ciągiem decyzji w ostatnich kilkunastu miesiącach doprowadzili do tego, że jesteśmy sportowym pośmiewiskiem w całym kraju i nie zanosi się na to, żeby było lepiej. Kolejne osoby z pięknymi słowami, robiące kibicom wodę z mózgu. Powtarza się schemat wielu trenerów i piłkarzy z poprzednich sezonów, którzy nie mieli sobie nic do zarzucenia, mieli za to wielkie pretensje i zdziwienie, że ktoś ich krytykuje, dyskutowali, bronili się eksperckim tonem typu „a grał pan kiedyś w piłkę”, a potem wychodziło, że swoim nieprofesjonalizmem zostawili drużynę i klub w zgliszczach.
Jesteśmy w dupie, proszę państwa. I te cztery mecze pokażą, czy się w niej przypadkiem nie zaczynamy urządzać. Obyśmy tylko nie musieli tego stwierdzić już nawet i po dwóch meczach…
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Mecza
9 listopada 2018 at 09:03
Zerknąłem na tabelę poprzedniego sezonu po 17 kolejkach. Chciałbym mieć tyle punktów co Grudziądz (18) i Łęczna (17) wtedy a oni polecieli.
Irishman
9 listopada 2018 at 11:46
To jest tak Shellu, ze to się wielu z nas nie mieści w głowie, ze możemy spaść – mnie tez. Ale to nie tylko nam, kibicom. Ostatnio w „Magazynie Fortuna 1. Ligi” też mówiono tam coś takiego, ze przecież my mamy bardzo dobrych piłkarzy…..
No tylko, że nikt inny, a właśnie ci piłkarze przegrywając mecz z niby słabszymi rywalami spowodowali, ze jestesmy tu, gdzie jestesmy. Dlatego jeśli jeszcze tej jesieni nie zapunktują, to wiosną może być już za późno, nawet gdybyśmy prezentowali się jak za czasów Nawałki. Poza tym wcale nie jest powiedziane, ze trener Dudek okaże się choć w połowie dobry jak nasz były selekcjoner.
Z tym, że czy teraz zmiana dyrektora albo prezesa coś mogłaby pomóc? Wątpię!
PanGoroli
9 listopada 2018 at 17:18
@Irish, ależ jak najbardziej. Trzeba usunąć szkodników, by nie czynili dalszych szkód. Choćby takich, jak ta ostatnia – dla mnie to wygląda, że znów gramy bez rezerw. Serio chcesz, by Bartnik robił kolejny, zimowy zaciąg? By od niego zależało, kto będzie ratować GieKSę przed spadkiem?
Mecza
9 listopada 2018 at 17:23
Rezerwy grają zgodnie z założeniami https://sportdziennik.pl/rezerwy-gieksy-w-stanie-niewazkosci/
PanGoroli
9 listopada 2018 at 17:49
Dzięki Mecza.
„GKS II Katowice będzie rywalizował w A-klasie bez prawa awansu. To był wniosek i prośba samego GKS-u.” To są dla mnie po prostu jakieś niepojęte wyżyny managementu. Ciekawe, kto w GKS mógł o to wnioskować…
KaTe
9 listopada 2018 at 18:52
Cóż, OZPN chciał by rezerwy GKS-u zaczęły od B-klasy. Z trudem dogadano się, że zagrają ten sezon w A-klasie bez prawa awansu. Dzięki temu, nie muszą grać na kompletnych klepiskach w szczerym polu, a tylko na bardzo dalekich od ideału boiskach (prawie) trawiastych.
Możemy podziękować panu Cyganowi za jego fachowość i dalekowzroczność, życząc (przy okazji) aby podobne decyzje podejmował w Częstochowie
Mecza
9 listopada 2018 at 20:28
Dokładnie, decyzja potwierdzająca fachowość Cygana.
Irishman
9 listopada 2018 at 21:57
@PanGoroli, nie dla mnie to co zrobił dyrektor Bartnik jest absolutnie dyskwalifikujące, go na tym stanowisku, a skoro postawił na niego prezes Janicki, to nasza sytuacja jest także jego winą. chodzi mi tylko o to, że czy zmiany kadrowe nastąpią teraz, czy zaraz po ostatnim meczu w bieżącym roku niczego to już nie zmieni.
Natomiast co do tego fragmentu, który zacytowałeś, a który też mnie rozwalił to wg dyskusji z Kosą na forum, przedstawiciel Związku….. nie mówi prawdy.
Krzysztof
19 listopada 2018 at 06:45
A co tam u naszych wypożyczonych zawodników?