Felietony
Obyśmy nie zaczęli się w niej urządzać…
Runda jesienna zakończona. Wkraczamy w niespotykaną ilość czterech kolejek rundy wiosennej rozegraną awansem. Dotychczas największą liczbą meczów z wiosny rozgrywanych jeszcze jesienią było trzy. Jakim zrządzeniem losu jest to, że nadchodzące pojedynki – aż do 21. kolejki – będą tak naprawdę być może kluczowymi dla przyszłości całego klubu. Meczami o wadze życia i śmierci.
Sytuacja katowiczan w tabeli jest bardzo zła. O ile po remisie w Bytowie udało się co prawda uciec z ostatniego miejsca w tabeli, to strata czterech oczek została utrzymana. I również – z jednej strony dobrze, że bezpośredni rywale w strefie spadkowej plus Tychy przegrały swoje mecze, natomiast wygrana Niecieczy spowodowała, że właśnie do Tychów mamy co prawda cztery punkty straty, ale do kolejnego bezpiecznego miejsca – już sześć.
Nie trzeba nikomu mówić, że im więcej drużyn walczących o utrzymanie, tym większa szansa, że… któraś z nich potraci punkty i będzie łatwiej kogoś dogonić. W obecnej sytuacji musimy mocno skupić się na Tychach, a wydaje się, że ta ekipa nie będzie się przecież przez cały czas prezentować tak słabo.
Problem w tym, że wspomniane nadchodzące cztery mecz zapowiadają się mega trudno – zarówno każdy z osobna, jak i wszystkie razem. Podbeskidzie chce się włączyć do walki o awans i pewnie już dawno byłoby w czołówce, gdyby nie fatalny początek u siebie. Ale patrząc na rezultaty Górali z tego sezonu: wygrana w Mielcu, 4:1 z Wartą, 5:0 w Suwałkach, wygrana z Chojniczanką, w Opolu czy ostatnio 3:0 z Chrobrym – pokazuje, że rywal spod Klimczoka potrafi zagrać bardzo efektownie i skutecznie. ŁKS Łódź to wicelider tabeli, który w rundzie jesiennej przegrał tylko 4 mecze. GKS Tychy na wyjeździe – sami wiemy, jak fatalne mecze tam rozgrywał ostatnio nasz zespół. W końcu Sandecja, która nie ukrywa aspiracji powrotu do ekstraklasy.
Na zdrowy rozum mecze, w których obowiązkiem były punkty i poprawa sytuacji w tabeli – klasycznie przerżnęliśmy. W słabym stylu, bez ikry, bez walki, dodatkowo darując punkty bezpośrednim rywalom. Dodatkowo na własnym boisku. A skoro nie umieliśmy punktować ze słabiakami, to teraz stajemy pod ścianą i MUSIMY punktować ZA TRZY z ekipami z czołówki i w meczu derbowym. Skoro nie potrafiliśmy dać ciosu zataczającemu się pijaczkowi chcącemu ukraść nam portfel, musimy stawić czoła w ciemnej ulicy wyższemu i tęższemu jegomościowi i uważać, żeby ten nokautujący cios nie powalił nas, zanim tylko zdążymy pomyśleć…
Pytanie zasadnicze, czy cokolwiek przemawia za naszą drużyną. Kibice GieKSy obecni w Bytowie – tradycyjnie i od tysiąca lat, próbują wyciągać desperacko choćby najmniejszy pozytyw i opakowywać go jako wielka nadzieja na przyszłość. Tym razem był to fakt dwukrotnego odrobienia strat, dwukrotnie po bardzo dobrym stałym fragmencie gry. Tym była, walka i ambicja i to, że „gdyby nie błędy indywidualne”, to wynik byłby inny. Trochę upodabniamy się w tłumaczeniach do trenerów i piłkarzy. Nic to, że Bytów jest słabiutki i obowiązkiem było wygrać. Musimy się jakoś ratować przed popadnięciem w totalną niewiarę.
Oczywiście będąc sprawiedliwym, te same osoby mówią również, że mecz był po prostu słaby. Ale żeby przeważyć szalę na tę z optymizmem, bagatelizują tę słabą grę i skupiają się na pozytywach.
Sam meczu z Bytowie nie widziałem, natomiast wierzę, że gra była słaba, a bramki widziałem na skrócie i rzeczywiście były takie… nie w naszym stylu. Bardzo mi się podobały. Chciałbym wierzyć, że jest to jakiś ogólny trend w stałych fragmentach, ale dla mnie to zdecydowanie za wcześnie. Zinedine Zidane też kiedyś strzelił dwa gole głową po rogu (w takim jednym meczu), a poza tym nie zdarzało mu się to prawie nigdy, więc był to wyjątek. Za wcześnie więc, żeby stwierdzić, że już jesteśmy maszyną do stałych fragmentów.
Przerażające jest to, że w dwunastu ostatnich meczach ligowych (a czternastu w sumie) GKS Katowice wygrał tylko raz. To nie są przelewki, to jest kompletny dramat i upadek, a mecze z ostatnich kolejek pokazują, że zdecydowanej poprawy nie ma. Wyjąwszy te rzuty rożne, to jednak trzeba powiedzieć, że w Bytowie sami sobie zapakowaliśmy dwa gole. Tak jak to było z Garbarnią, Stalą czy Wartą. Stały fragment raz wyjdzie, częściej nie – a prokurowanie sytuacji bramkowych dla rywali to u nas reguła powtarzana w każdej kolejce. Środkowych obrońców niestety mamy tragicznych i jeśli przede wszystkim to się nie zmieni – to przy indolencji w grze ofensywnej, będziemy coraz dalej od zwycięstw lub choćby remisów.
Można zadać pytanie – jeśli w rundzie jesiennej nie potrafiliśmy osiągnąć średniej jednego punktu na mecz, to dlaczego grając beznadziejnie mamy myśleć, że nagle będziemy w jednym meczu zdobywać trzy? Nie ma ku temu przesłanek, jedynie magiczne myślenie zdesperowanego dziecka.
Trener Dariusz Dudek musi się wziąć ciężko do pracy, bo jeśli tego nie zrobi teraz i już, to powoli będziemy musieli się witać z drugą ligą już w grudniu, a wiosną to będzie dogorywanie. Tu nie ma co już pieprzyć pod publiczkę słów o wsparciu i tak modnych deklaracjach (z jednej i drugiej strony). Tu k… trzeba po prostu zacząć grać!
I jak w jakimś stopniu jeszcze jestem w stanie zrozumieć kibiców, że chcą wspierać piłkarzy w Bielsku, bo może i ci „chcą, ale nie potrafią”, to nadal dziwi mnie powściągliwość w wyrażaniu – czy raczej niewyrażaniu swojego niezadowolenia w stosunku do dyrektora sportowego i prezesa. Janickiego i Bartnika nie powinno tu być ani chwili dłużej, bo każdy dzień z nimi na pokładzie przybliża ten klub do spadku i upadku. Swoim ciągiem decyzji w ostatnich kilkunastu miesiącach doprowadzili do tego, że jesteśmy sportowym pośmiewiskiem w całym kraju i nie zanosi się na to, żeby było lepiej. Kolejne osoby z pięknymi słowami, robiące kibicom wodę z mózgu. Powtarza się schemat wielu trenerów i piłkarzy z poprzednich sezonów, którzy nie mieli sobie nic do zarzucenia, mieli za to wielkie pretensje i zdziwienie, że ktoś ich krytykuje, dyskutowali, bronili się eksperckim tonem typu „a grał pan kiedyś w piłkę”, a potem wychodziło, że swoim nieprofesjonalizmem zostawili drużynę i klub w zgliszczach.
Jesteśmy w dupie, proszę państwa. I te cztery mecze pokażą, czy się w niej przypadkiem nie zaczynamy urządzać. Obyśmy tylko nie musieli tego stwierdzić już nawet i po dwóch meczach…
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Piłka nożna
Gabriel Kobylak 2028
GKS Katowice zdecydował się na transfer definitywny Gabriela Kobylaka z Legii Waszawa. 24-letni bramkarz podpisał z nami umowę do końca czerwca 2028 roku. Kontrakt zawiera opcję przedłużenia o kolejny sezon.
Kobylak występował w podkarpackich drużynach młodzieżowych (Zgoda Zarszyn, Orzeł Bażanówka, Ekoball Sanok i Karpaty Krosno). W 2018 roku trafił do Legii, gdzie najpierw grał w rezerwach a następnie został wypożyczony do Puszczy Niepołomice (2020-22) oraz Radomiaka Radom (2022/23 i wiosna 2024). Po sezonie 2023/24 wrócił do Legii Warszawa, ale nie przebił się na stałe do pierwszej jedenastki. Ze stołeczną drużyną zdobył Puchar i SuperPuchar Polski.
W ostatnim sezonie wystąpił w 8 spotkaniach (6 w rezerwach Legii w III lidze, 1 w Lidze Konferencji i 1 w Pucharze Polski). Na poziomie Ekstraklasy ma rozegrane 47 spotkań, a na jej zapleczu – 50. Ma także skromne doświadczenie pucharowe – wystąpił w 6 meczach w Lidze Konferencji (w tym 1 w eliminacjach).
Życzymy powodzenia w naszych barwach!
Foto: GKSKatowice.eu
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.


Mecza
9 listopada 2018 at 09:03
Zerknąłem na tabelę poprzedniego sezonu po 17 kolejkach. Chciałbym mieć tyle punktów co Grudziądz (18) i Łęczna (17) wtedy a oni polecieli.
Irishman
9 listopada 2018 at 11:46
To jest tak Shellu, ze to się wielu z nas nie mieści w głowie, ze możemy spaść – mnie tez. Ale to nie tylko nam, kibicom. Ostatnio w „Magazynie Fortuna 1. Ligi” też mówiono tam coś takiego, ze przecież my mamy bardzo dobrych piłkarzy…..
No tylko, że nikt inny, a właśnie ci piłkarze przegrywając mecz z niby słabszymi rywalami spowodowali, ze jestesmy tu, gdzie jestesmy. Dlatego jeśli jeszcze tej jesieni nie zapunktują, to wiosną może być już za późno, nawet gdybyśmy prezentowali się jak za czasów Nawałki. Poza tym wcale nie jest powiedziane, ze trener Dudek okaże się choć w połowie dobry jak nasz były selekcjoner.
Z tym, że czy teraz zmiana dyrektora albo prezesa coś mogłaby pomóc? Wątpię!
PanGoroli
9 listopada 2018 at 17:18
@Irish, ależ jak najbardziej. Trzeba usunąć szkodników, by nie czynili dalszych szkód. Choćby takich, jak ta ostatnia – dla mnie to wygląda, że znów gramy bez rezerw. Serio chcesz, by Bartnik robił kolejny, zimowy zaciąg? By od niego zależało, kto będzie ratować GieKSę przed spadkiem?
Mecza
9 listopada 2018 at 17:23
Rezerwy grają zgodnie z założeniami https://sportdziennik.pl/rezerwy-gieksy-w-stanie-niewazkosci/
PanGoroli
9 listopada 2018 at 17:49
Dzięki Mecza.
„GKS II Katowice będzie rywalizował w A-klasie bez prawa awansu. To był wniosek i prośba samego GKS-u.” To są dla mnie po prostu jakieś niepojęte wyżyny managementu. Ciekawe, kto w GKS mógł o to wnioskować…
KaTe
9 listopada 2018 at 18:52
Cóż, OZPN chciał by rezerwy GKS-u zaczęły od B-klasy. Z trudem dogadano się, że zagrają ten sezon w A-klasie bez prawa awansu. Dzięki temu, nie muszą grać na kompletnych klepiskach w szczerym polu, a tylko na bardzo dalekich od ideału boiskach (prawie) trawiastych.
Możemy podziękować panu Cyganowi za jego fachowość i dalekowzroczność, życząc (przy okazji) aby podobne decyzje podejmował w Częstochowie
Mecza
9 listopada 2018 at 20:28
Dokładnie, decyzja potwierdzająca fachowość Cygana.
Irishman
9 listopada 2018 at 21:57
@PanGoroli, nie dla mnie to co zrobił dyrektor Bartnik jest absolutnie dyskwalifikujące, go na tym stanowisku, a skoro postawił na niego prezes Janicki, to nasza sytuacja jest także jego winą. chodzi mi tylko o to, że czy zmiany kadrowe nastąpią teraz, czy zaraz po ostatnim meczu w bieżącym roku niczego to już nie zmieni.
Natomiast co do tego fragmentu, który zacytowałeś, a który też mnie rozwalił to wg dyskusji z Kosą na forum, przedstawiciel Związku….. nie mówi prawdy.
Krzysztof
19 listopada 2018 at 06:45
A co tam u naszych wypożyczonych zawodników?