Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: mecze z GKS-em były szlagierami

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W ostatnich latach w Częstochowie dość niespodziewanie wyrósł jeden z ligowych potentatów, który włączył się do walki o najcenniejsze piłkarskie trofea w Polsce. Jak wyglądała droga do tych sukcesów? Dlaczego za budową klubu nie nadążyła budowa stadionu? Czy mecz z Koszarawą Żywiec był ważniejszy niż Puchar Polski? Jak przed laty wyglądały pojedynki Rakowa z GieKSą, ilu kibiców z Suwałk było świadkami cudownego utrzymania Wigier w lidze w pamiętnym dla nas sezonie i co trzeba zrobić, aby nie wyjechać z Częstochowy z bagażem goli? O to wszystko zapytalismy Roberta Parkitnego ze stowarzyszenia „Wieczny Raków”, który w wolnych chwilach nagrywa również Rozmowy Kibicowsko-Sportowe na kanale Racovia TV.

Jesteś członkiem zarządu stowarzyszenia „Wieczny Raków”. Zanim zapytam cię o klub, powiedz coś więcej o waszej działalności.
Stowarzyszenie „Wieczny Raków” powstało w 2010 roku. Na początku było mocno zaangażowane we współpracę z klubem w kwestii promocji meczów i podnoszenia frekwencji. W tamtych czasach na trybuny przychodziło kilkaset osób, a w klubie nie było właściwie nic, czasami nawet ciepłej wody. Stowarzyszenie działało jednak na tyle prężnie, że nawet w jednej rundzie nasza nazwa znalazła się na froncie koszulek piłkarzy. Z biegiem lat sytuacja zmieniała się na lepsze, przyszedł x-kom, a stowarzyszenie skupiło się na inicjatywach charytatywnych i patriotycznych. Warto wspomnieć przede wszystkim akcję „Wieczny Raków dla zwierzaków”, czyli wsparcie dla częstochowskiego schroniska. Przez 9 lat udało się zebrać kilkanaście ton karmy dla jego podopiecznych. Staramy się też pomagać w domach dziecka, organizować akcje mikołajkowe w szpitalach. Na różne sposoby promujemy klub, zdrowy tryb życia i zapraszamy mieszkańców Częstochowy na mecze Rakowa.

Zanim w tym sezonie spotkaliśmy się w Ekstraklasie, nasze drogi przecięły się i rozeszły w I lidze. W ostatniej kolejce sezonu 2018/19 walczyliśmy o utrzymanie z Bytovią i Wigrami, które swój mecz grały w Częstochowie. Wigry się utrzymały, wy awansowaliście, a my spadliśmy po golu bramkarza Bytovii w 97. minucie…
W tamtym sezonie zapewniliśmy sobie awans już w 30. kolejce po zwycięstwie z Podbeskidziem. Od tego momentu Raków nie wygrał już ani razu do końca sezonu. W ostatniej kolejce do Częstochowy przyjechały Wigry, a ciekawostką jest fakt, że w sektorze gości zasiadł jeden kibic z Suwałk. Jak się później okazało, był on świadkiem cudownego wręcz utrzymania swojego klubu, choć musiał się cieszyć w samotności. O ile znam trenera Papszuna, to nie było mowy o celowym odpuszczeniu końcówki sezonu, natomiast można zrozumieć piłkarzy, którzy po awansie spuścili nieco z tonu. Pamiętam, że gdy Szymon Lewicki wyrównał stan meczu z Wigrami, spodziewaliśmy się kolejnych goli dla Rakowa i zwycięstwa, które przypieczętuje udany sezon. Tymczasem w 90. minucie gola zdobyły Wigry i w konsekwencji rezultatu z Katowic utrzymały się w lidze.

GKS wraca do Ekstraklasy, w której Raków od lat jest potentatem. Drugie miejsce na koniec sezonu będzie dla was porażką?
Osobiście trudno mi odpowiadać na takie pytania, bo doskonale pamiętam czasy, gdy w kilkaset osób wspieraliśmy Raków z trybun na meczach 3. czy 4. ligi. Z drugiej strony często słyszę, żeby już do tego nie wracać i skupić się na przyszłości. Mimo to wciąż nie dociera do mnie, że teraz co sezon bijemy się o mistrza. Dla mnie i mi podobnych, z którymi 15 lat temu stałem w młynie, mistrz nie jest obowiązkiem. Fajnie byłoby mieć europejskie puchary, bo poprzednio pokazaliśmy się w nich z dobrej strony, zarówno sportowo, jak i kibicowsko, wykręcając dobre liczby na wyjazdach w Lizbonie, Grazu czy nawet w odległym Azerbejdżanie. Natomiast jeśli chodzi o właściciela, to każdy wynik inny niż mistrzostwo będzie dla niego rozczarowaniem. Po to wrócił Marek Papszun, dlatego mamy taki styl gry, gdzie czasem gramy wolno, ale zawsze bardzo dokładnie, tracimy najmniej bramek, ale strzelamy też bardzo mało. Nie wiem, czy to recepta na mistrzostwo, bo Lech gra bardzo dobrze i widowiskowo, podobnie do Jagiellonii w poprzednim sezonie. Rywale są silni, a my niespecjalnie się wzmocnilismy, o co jest trudno, gdy nie ma się dyrektora sportowego.

Jak oceniasz decyzję klubu o ponownym zatrudnieniu Marka Papszuna?
Mam duży szacunek i sympatię do Marka Papszuna, bo jest dla mnie bardzo otwarty i zawsze znajduje czas np. na wywiad. Gdy odchodził z Rakowa, w gronie stowarzyszenia urządziliśmy mu pożegnanie w naszym kibicowskim barze – zebrało się wtedy ok. 100 osób, czego na pewno się nie spodziewał. Gdy pojawiła się informacja, że Papszun wraca, miałem mieszane uczucia, zastanawiając się, czy jest szansa po raz drugi napisać tę samą historię.

Czego zabrakło Dawidowi Szwardze, aby „wskoczyć w buty” Papszuna i kontynuować jego sukcesy?
Trenerowi Szwardze udało się sie na początku awansować do fazy grupowej LKE, mimo to miał wielu przeciwników, często niesprawiedliwych w jego ocenach. Zapominali, że mistrzostwo w 2023 roku okupione było wieloma kontuzjami, bo piłkarze grali ambitnie, często na środkach przeciwbólowych, w grze o mistrzostwo stawiając na szali własne zdrowie. Gdy Szwarga przejmował drużynę, wielu zawodników miało problemy zdrowotne. Nie było więc łatwo kontynuować pracę na dotychczasowym poziomie. Trener Szwarga jest dobrym fachowcem, choć uważam, że brakowało mu umiejętności odpowiedniego zarządzania szatnią w stylu, jaki miał Papszun. Mimo to mieliśmy wiele powodów do radości w poprzednim sezonie, m.in. po raz pierwszy wygraliśmy w Łodzi z Widzewem. Szwarga miał zawsze trzeźwe spojrzenie na drużynę, widział swoje błędy, rzeczowo analizował problemy, z jakimi się mierzył i otwarcie mówił o tym, dlaczego przegrywamy.

Czy twoim zdaniem uda mu się awansować z Arką, która w poprzednim sezonie wywróciła się na ostatniej prostej?
Życzę trenerowi, żeby zrobił ten awans, bo na to zasługuje. Natomiast patrząc na tabelę 1. ligi widzę kilku groźnych rywali.

W momencie, w którym rozmawiamy, oficjalnie ogłoszono wypozyczenie Dawida Drachala z Rakowa do GKS-u. Dlaczego, podobnie jak w przypadku letniego transferu Bartka Nowaka, trwa to u was tak długo?
Decydujący jest model zarządzania drużyną. Nawet jeśli piłkarz nie ma szans na grę, to zanim wykona się pewne ruchy, to zbiera się sztab ludzi odpowiedzialnych za pion sportowy i sprawy finansowe i dopiero wtedy podejmują decyzję.

Drachal ma w swoim CV hattrick strzelony Ruchowi Chorzów. Nie wystarczyło to jednak, aby zadomowić się w wyjściowym składzie Rakowa. Czy ta sztuka uda mu się w Katowicach?
Dawid nie przebił się do pierwszego składu Rakowa, bo na jego pozycji jest duża konkurencja. Jest jednak obiecującym zawodnikiem – pokazał swój potencjał w meczu z Ruchem, jest szybki i waleczny, dysponuje dobrym dośrodkowaniem. Myślę, że zarówno on, jak i wasz klub, będzie miał dużo korzyści z tego wypożyczenia. W 1. lidze Dawid by się marnował, więc uważam, że Katowice to dla niego idealny kierunek.

W strukturach Rakowa nie brakuje silnych osobowości – od właściciela, poprzez prezesów, na trenerze kończąc. Kto ma najwięcej do powiedzenia? Jaką rolę w klubie odgrywa Wojciech Cygan, którego doskonale znamy z pracy w Katowicach?
Wojciech Cygan wcześniej był prezesem zarządu, a obecnie jest prezesem Rady Nadzorczej. Przy jego licznych obowiązkach w PZPN i nie tylko często jest poza klubem i brakuje mu czasu, aby być codziennie w Częstochowie. Stąd zatrudnienie Piotra Obidzińskiego, który cieszy się dużym zaufaniem Michała Świerczewskiego. Jest on odpowiedzialny głównie za relacje ze sponsorami i partnerami biznesowymi. Coraz więcej dużych firm angażuje się we współpracę z Rakowem, na dniach ma zostać ogłoszony kolejny duży sponsor (chiński producent elektroniki Hisense – przyp. red.), więc dobrze wywiązuje się z tej roli. Wojciech Cygan, z racji swoich znajomości w środowisku piłkarskim, pomaga w negocjacjach z menedżerami czy PZPN. Moim zdaniem jest w tej chwili niezbędny dla Rakowa i to jemu zawdzięczamy, że udało się przetrwać wszystkie zawirowania związane z modernizacją stadionu i możemy grać u siebie w Ekstraklasie.

Co się dzieje w sprawie nowego stadionu dla Rakowa?
W tej chwili nic się nie dzieje.

Dlaczego?
Trzeba zdać sobie sprawę, że Raków nigdy nie był lubiany w Mieście i często pomijany przez władze Częstochowy. W latach 90. Raków był w Ekstraklasie (wtedy 1. lidze – przyp. red.), ale był też żużlowy Włókniarz i siatkarski AZS, które biły się o Mistrzostwo Polski w swoich ligach. Wtedy kibice tych klubów trzymali się razem, aż do momentu, gdy część kibiców siatkówki stwierdziła, że woli jeździć na Widzew. Powstał w Częstochowie fanclub Widzewa, oczywiście w kontrze do Rakowa. Dopiero na przełomie wieków udało się zdusić tę inicjatywę. Wtedy jednak Raków szedł już na piłkarskie dno, aż do 4. ligi. W 2002 roku niewiele brakowało, a zupełnie przestałby istnieć – w tajemnicy zwołano spotkanie zarządu i gdyby nie interwencja kibiców z Markiem Magierą, obecnie dziennikarzem Polsatu Sport, a prywatnie bratem trenera Jacka Magiery, to klubu by nie było. Przez Miasto Raków zawsze był traktowany jak piąte koło u wozu. Na mecze chodziło kilkaset osób, podczas gdy na żużel i siatkówke po kilka tysięcy. Ponadto kibice Rakowa mieli łatkę złych kiboli. Po co więc inwestować w stadion?

Aż tu nagle przyszedł możny właściciel, a wraz z nim sukcesy.
Wcześniej, bo w 2005 r. po rzutach karnych wygraliśmy baraż o 3. ligę z Koszarawą Żywiec. Starsi kibice do dziś powtarzają, że był to jeden z najlepszych meczów Rakowa w ich życiu i nie zmienią tego zwycięstwa w europejskich pucharach czy finał Pucharu Polski. Oglądany przez 10 tysięcy ludzi baraż pozwolił nam wreszcie wydobyć się z nicości i pojawiła się nadzieja na lepsze czasy. Temat stadionu wciąż jednak schodził na dalszy plan. Ponadto, kolejne lata znów przyniosły problemy organizacyjne. Dopiero wejście do klubu Michała Świerczewskiego wyprowadziło klub na prostą. Awanse przyszły szybko, na co Miasto nie było przygotowane. Klub dążył do tego, aby stadion był przebudowywany, co Miasto wykorzystało jako pretekst do rezygnacji z pomysłu budowy nowego stadionu. Jest to zwykła wymówka, bo przez te wszystkie lata nie zrobiono nic, aby nowy stadion w Częstochowie powstał. Nie ma też co liczyć na wielką przebudowę obecnego obiektu, bo klubowy budynek wpisano do rejestru zabytków, więc jest w zasadzie nietykalny, a znajdujące się w sąsiedztwie stadionu tory i pętla tramwajowa praktycznie uniemożliwiają wykorzystanie tego terenu.

Na europejskie puchary znów trzeba będzie jeździć do Sosnowca?
Wszystko na to wskazuje, bo na dziś jest to dla nas optymalne rozwiązanie. Dla samego obiektu w Sosnowcu jest to z kolei okazja do promocji. Natomiast kto wie, może Wojtek Cygan uruchomi swoje kontakty w Katowicach i taki temat się pojawi. Do tego potrzebna jest jednak chęć z obu stron.

Jak osobiście wspominasz pojedynki Rakowa z GKS-em?
Z racji wieku niewiele pamiętam z lat 90., ale czasem zdarza mi się przeglądać urywki z tamtych lat, które wrzucamy na profil Wiecznego Rakowa. Mecze z GKS-em były wtedy szlagierami. Ja natomiast pamiętam nasz mecz w 3. lidze w kwietniu 2007 r. i prawdziwy najazd kibiców GieKSy na Częstochowę, wszyscy ubrani na żółto, bodajże 540 osób. Pamiętam wasz przemarsz z dworca na stadion. Ktoś z waszej redakcji pytał mnie niedawno, czy jest to rekord, ale wydaje mi się, że Górnik albo Ruch tę liczbę przebili. Nas było wtedy blisko 5 tysięcy, przygotowaliśmy fajną oprawę, ale z tego wielkiego wydarzenia wyszło niewiele, bo mecz był beznadziejny i skończył się bezbramkowym remisem. Nie było między nami żadnych „wymian uprzejmości”, bo mam takie przeświadczenie, że gdy trzeba było sobie nawzajem pomóc w kwestiach kibicowskich, to tak się działo. Pamiętam też, że dwa razy wygraliśmy z wami w sezonie, gdy awansowaliśmy.

Latem spotkaliśmy się ponownie przy Bukowej. Faworyt zwyciężył, choć nie przyszło mu to łatwo.
Aż wstyd się przyznać, ale pierwszy raz w Katowicach byłem dopiero w tym sezonie. Cieszę się, że mogłem zobaczyć Blaszok jeszcze przed waszymi przenosinami. GKS postawił nam trudne warunki, powiedziałbym nawet, że momentami był zdecydowanie lepszą drużyną. Poza tym trybuny was niosły. Robiło wrażenie, gdy jednocześnie ryknęli kibice na Blaszoku i trybunie głównej. Koniec końców przeważyło jednak doświadczenie ekstraklasowe, które tego dnia było po naszej stronie.

W zimowej przerwie do waszej drużyny dołączył Leonardo Rocha, który w tym sezonie trzykrotnie znalazł sposób na GKS. Jak wprowadził się do drużyny i jak oceniasz ten transfer?
Ciężko ocenić jego występ przez niespełna kwadrans z Cracovią. Z jednej strony mówi się o nas, że najpierw trzeba poznać i zrozumieć styl Marka Papszuna, aby dostać miejsce w pierwszym składzie, natomiast jeśli przychodzi najlepszy strzelec w lidze, to wydawałoby się, że z miejsca powinien grać od początku. Od zawsze mamy problem z poszukiwaniem bramkostrzelnych napastników, sam przeżyłem ich kilkudziesięciu. Mowi się, że w naszym systemie napastnicy maja tyle zadań taktycznych, że zapominają o tym najważniejszym – strzelaniu goli. Z tej perspektywy transfer Rochy wydaje się dobrym ruchem. Zobaczymy, czy sie u nas odnajdzie.

Jaki przebieg spotkania przewidujesz w sobotę?
Raków u siebie nie zwykł przegrywać, więc trzeba się tu wykazać czymś ekstra. Dużo będzie zależeć od tego, jak do meczu podejdzie GKS. Jeśli zdecydujecie się na wymiane ciosów, to skończy się szybkimi golami dla Rakowa, bo lubimy grać z takimi drużynami. Natomiast jeśli zagracie rozważnie i zachowawczo, to mecz może wyglądać podobnie jak nasz ostatni występ w Krakowie, czyli można będzie ze dwa razy zasnąć. Dlatego albo zdecydowanie wygra Raków, albo skończy się na jednym golu dla którejś ze stron. Absolutnie nie stawiam GieKSy na straconej pozycji. GKS nic nie musi i przy właściwej beniaminkom fantazji może nam narobić kłopotów. My jednak nie możemy sobie pozwolić na kolejną stratę punktów, jeśli chcemy odrobić stratę do Lecha.

Jaki wynik typujesz?
Liczę na 3:0 dla Rakowa. Niech to będzie powtórka naszego ostatniego pojedynku w Ekstraklasie w latach 90.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga