Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: nie mamy kim strzelać
Aż trudno uwierzyć, że poniedziałkowy pojedynek GieKSy z Koroną będzie naszym pierwszym spotkaniem w Ekstraklasie. Dotychczas nasze drogi przecinały się tylko na poziomie pierwszej ligi oraz Pucharu Polski. O wrażenia z tamtych meczów, sytuację w klubie z Kielc i przewidywania przed najbliższym spotkaniem zapytaliśmy Michała Janusa, redaktora zina kibiców Korony „Złocisto Krwiści”.
Zanim porozmawiamy o obecnych rozgrywkach, chciałbym wrócić do finału poprzedniego sezonu, kiedy miał miejsce „cud nad Wartą” i w Poznaniu uratowaliście Ekstraklasę dla Kielc. Godziliście się powoli ze spadkiem do pierwszej Ligi?
Osobiście traktowałem ten wyjazd jak każdy inny. Nie podchodziłem do kwestii gry o utrzymanie zbyt emocjonalnie. Dla mnie spadek to nie byłby koniec świata, dostrzegałem nawet pewne plusy z gry w pierwszej lidze. Gra tam przecież kilka uznanych firm i rywalizacja też jest ciekawa. Jak się jednak okazało, udało się odnieść zwycięstwo, mimo że do przerwy przegrywaliśmy. Właśnie z powodu dramaturgii tego meczu będę go dobrze wspominał, gdyż jak dotąd rzadko udawało nam się odwrócić niekorzystny wynik, szczególnie na wyjazdach.
Głośnym echem odbiła się postawa kibiców Lecha w tym meczu, którzy zamiast dopingu zorganizowali w „Kotle” wakacyjny performance. Jaki twoim zdaniem miało to wpływ na przebieg meczu?
Z perspektywy kibiców gości takie zachowanie wręcz przeszkadzało w prowadzeniu dopingu. Głośna muzyka, którą gospodarze puszczali ze swojego sektora, zagłuszała nasz doping. Sam pomysł uważam jednak za oryginalny i, jak się dzisiaj okazuje, dość skuteczny. W obecnym sezonie Lech jest jak dotąd zupełnie inną drużyną, bardzo dobrze rozpoczął rozgrywki ligowe. Na dzisiaj są głównym kandydatem do Mistrzostwa Polski, ale moim zdaniem to zmiana trenera w głównej mierze spowodowała, że drużyna zaczęła grać o wiele lepiej.
Trener zmienił się też w Koronie i to już po dwóch kolejkach. Mimo to w Kielcach podobnej metamorfozy nie ma.
Moim zdaniem pod względem sportowym niewiele się zmieniło. Dostrzegam, że styl gry zmienił się na bardziej ofensywny, atrakcyjny dla oka, z wykorzystaniem szybkich wahadłowych. Jednak wyniki wciąż nie są takie, jakich byśmy oczekiwali. Zasadniczo nie jesteśmy faworytem w meczach ligowych i te 12 punktów, jakie do tej pory zdobyliśmy, odzwierciedla poziom naszej drużyny. Udało się sprawić jedną niespodziankę, jaką było zwycięstwo w Łodzi z Widzewem.
Trzeba przyznać, że pora na zmianę trenera była dość nietypowa. Dlaczego doszło do niej na tak wczesnym etapie sezonu?
Zmiana trenera to ostatni etap powolnego rozkładu całej ekipy, która odpowiadała za Koronę w poprzednim sezonie. Wcześniej odeszli prezes Łukasz Jabłoński i dyrektor sportowy Paweł Golański. Podejrzewam, że już w czasie przygotowań do sezonu nie kleiła się współpraca pomiędzy trenerem a nowym zarządem i sam Kamil Kuzera zdawał sobie sprawę, że są to jego ostatnie chwile w Kielcach. Mogły go uratować dobre wyniki, tymczasem po dwóch kolejkach mieliśmy zero punktów. Jednak to nie wynik sportowy był tu decydujący. Zmieniła się władza w mieście, na czele z prezydentem, co przełożyło się na zmiany w klubie, który jest miejski. Dlatego, jeśli miałbym szukać powodów do optymizmu, to uważam, że w perspektywie tak wielu zmian w dość krótkim czasie zdobyte przez nas 12 punktów wcale nie jest złym wynikiem, bo mogło być znacznie gorzej.
Wygląda na to, że obecny sezon w Kielcach nie będzie się wiele różnił od poprzednich – walka o utrzymanie do ostatniej kolejki. Takie jest dziś miejsce Korony na piłkarskiej mapie Polski?
Patrząc z perspektywy ostatnich 20 lat, czyli od momentu, kiedy GKS spadł z Ekstraklasy, to mniej więcej 90% tego czasu Korona spędziła w najwyższej lidze. Dlatego uważam, że zasługujemy na to miejsce. Za czasów Kolportera ambicje były duże, walczyliśmy o awans do europejskich pucharów, w 2007 graliśmy w finale Pucharu Polski. Teraz cele są zupełnie inne: klub jest finansowany z budżetu Miasta i można powiedzieć, że idziemy po linii najmniejszego oporu – utrzymać Ekstraklasę wydając przy tym jak najmniej. Poza tym trzeba pamiętać, że Korona wciąż spłaca długi zaciągnięte przez niemiecką firmę, która przez 2 lata zarządzała klubem. Mam jednocześnie nadzieję, że jeśli drużyna dobrze przepracuje zimowy okres przygotowawczy, to uda się zadomowić w środku tabeli. Celem nadrzędnym jest jednak utrzymanie.
Ciekawostką jest fakt, że GKS i Korona nigdy nie spotkały się w rozgrywkach najwyższego szczebla. W najnowszej historii potykaliśmy się jednak na poziomie pierwszej ligi.
Byłem na meczu w Kielcach w 2008 roku. My zaprezentowaliśmy wtedy ciekawą oprawę, ale niestety Wasza grupa nie dojechała z powodu tragicznego wypadku, w którym zginął jeden z Waszych kibiców. Natomiast wiem, że na meczu rewanżowym rozgrywanym w Jaworznie na sektorach gospodarzy było trzech naszych kibiców. Oba mecze w tamtym sezonie udało się nam wygrać. Z kolei w sezonie 2021/2022 GKS Katowice był jedyną drużyną, która wygrała oba mecze z Koroną. Jako kibice pokazaliśmy się wtedy w Katowicach z dobrej strony, szczelnie wypełniając sektor gości, co w I lidze nie było u Was codziennością, a wiosną w Kielcach było Was ponad 800. Spodziewam się, że wiosną stawicie się w Kielcach w co najmniej takiej liczbie. Mam nadzieję, że uda się odczarować wyniki meczów z Wami. Dlatego mówiąc z przymrużeniem oka, teraz jest dobry moment, by oddać punkty zabrane w sezonie 2021/22.
Masz jakieś szczególne wspomnienia z wizyt w Katowicach?
GKS Katowice kojarzy mi się przede wszystkim ze starym stadionem i legendarną wręcz trybuną gości, która niestety została zburzona, a swego czasu mogła pomieścić ponad 1000 kibiców. Jednocześnie cieszę się, że będę mógł po raz drugi odwiedzić sektor gości na starym stadionie w Katowicach. Zapisy u nas jeszcze trwają, ale już niewiele brakuje do kompletu. Ponadto liczę na to, że w przyszłym sezonie spotkamy się już na Waszym nowym stadionie.
Jakie masz przewidywania przed naszym meczem?
Realnie rzecz biorąc uważam, że remis w poniedziałek byłby dobrym wynikiem, bo patrząc na ostatnie mecze GieKSy w Katowicach to niejeden faworyt już się tam potknął. Wyrównany mecz na 0:0 biorę w ciemno, tym bardziej, że nasz podstawowy napastnik jest kontuzjowany i nie wiadomo czy zagra. Nie mamy kim strzelać bramek.
Korona jest dziś najsłabszą ofensywnie drużyną w lidze. Mimo to którego waszego zawodnika powinniśmy się najbardziej obawiać?
Na dziś mamy dwóch typowych napastników: reprezentant Białorusi Jewgienij Szykawka i Dalmau, który raczej nie zagra w poniedziałek z powodu kontuzji. W dobrej dyspozycji jest za to Mariusz Fornalczyk. Ponadto spodziewam się, że ważną rolę mogą odegrać stałe fragmenty gry. W naszej drużynie specjalistą od takich zagrań jest Marcel Pięczek.
Bohaterem letniej transferowej sagi był Japończyk Shuma Nagamatsu. Wielu witało go już w Katowicach, tymczasem ostatecznie wylądował on w Kielcach. Jesteście zadowoleni z tego transferu?
Moim zdaniem Nagamatsu jeszcze nie do końca przystosował się do gry w Ekstraklasie, nie tyle pod kątem poziomu, co ogólnej charakterystyki ligi. Wykręcał świetne statystyki w I lidze, co na razie nie przekłada się na występy w Ekstraklasie. Musi lepiej wkomponować się w zespół, natomiast trzeba go pochwalić za ambicję i przede wszystkim za gola w Łodzi, bo dzięki niemu wygraliśmy z Widzewem.
Po stronie ubytków warto z kolei odnotować transfer Jakuba Łukowskiego z Korony właśnie do Widzewa. Sam zawodnik dał się nam we znaki, wyrównując stan meczu w Katowicach. Czy jest to wasza największa strata kadrowa?
Bezpośrednio nie, bo w końcówce ubiegłego sezonu Łukowski dopiero wracał po ciężkiej kontuzji i nie prezentował formy, z której znaliśmy go wcześniej. Do momentu kontuzji był chyba najlepszym zawodnikiem Korony, miał stabilną, dobrą formę. Stracił jednak pół roku, a gdy wrócił do gry, wiedzieliśmy już, że nie przedłuży kontraktu w Kielcach i odejdzie do Widzewa. Podczas naszego meczu w Łodzi został dość ostro potraktowany przez naszych kibiców i na pewno nie było mu miło.
W tym tygodniu rozgrywaliśmy rundę Pucharu Polski. Choć los przydzielił nam przeciwników podobnego kalibru, to wy zrobiliście swoje w meczu z rezerwami Lecha, my natomiast zaliczyliśmy spektakularną wywrotkę w Skierniewicach.
W poprzednim sezonie los dwukrotnie stawiał na naszej drodze rezerwy ekstraklasowiczów: najpierw Jagiellonii, a potem Legii. Co ciekawe, w kolejnych rundach trafiliśmy na pierwszą drużynę i Legii (wygrana 2:1 po dogrywce), i Jagiellonii (porażka 1:2). Mamy więc doświadczenie gry z rezerwami. W tym roku graliśmy z rezerwami Lecha. Byłem pewny, że nic złego w tym meczu nie może się nam przydarzyć, bo zawodnicy Akademii Lecha nie są zbyt doświadczeni. Niespodzianki nie było i już do przerwy prowadziliśmy 3:0. Natomiast patrząc z boku na Wasz mecz to trzeba docenić siłę Unii Skierniewice, która jest liderem w swojej lidze.
Jak ocenisz waszą formę kibicowską? Jesteście zadowoleni ze swojej postawy w tym sezonie?
Ostatnie lata, w których do końca, z sukcesem walczyliśmy o utrzymanie, pozwoliły nam nabrać wiary w tę drużynę. Ponadto sezon zawsze jest ciekawszy, gdy do końca gra się o stawkę. Przez ostatnie 3 lata ani razu nie zajmowaliśmy miejsca wyższego niż dziesiąte przez dłużej niż dwie kolejki. Mimo to frekwencja na trybunach notuje tendencję wzrostową. Poprzedni sezon był najlepszy w historii pod kątem liczby kibiców, a w obecnym jeszcze poprawiamy te statystyki. Mimo gry o utrzymanie średnia frekwencja utrzymuje się na poziomie 11 tysięcy.
A jak z formą w klubowych gabinetach? Ostatnie zmiany przyniosły więcej spokoju?
Nie nazwał bym tego spokojem. Nowy prezes jest człowiekiem z zewnątrz, wcześniej pracował w Zagłębiu Lubin. Na razie jako kibice nie wiemy o nim zbyt wiele, jednak sugerując się opiniami sympatyków Zagłębia nie będzie to łatwa współpraca. Zwłaszcza w porównaniu z prezesem Jabłońskim, który był dla nas jak brat, zawsze stawał po naszej stronie. Paradoksalnie nie spodziewam się wielu zmian organizacyjnych, jednak mam obawy o poziom zaangażowania Miasta w klub. Jako kibice stoimy na stanowisku, że na tym etapie finansowanie Korony powinno być miejskie, dopóki nie znajdzie się wiarygodny inwestor.
Swego czasu stery w Kielcach dzierżył Krzysztof Zając, w przeszłości piłkarz GieKSy. Jak oceniasz jego rządy?
Miałem „przyjemność” osobiście spotykać się z prezesem Zającem w jego gabinecie i nie wspominam miło tych rozmów. Prezes nie przyjmował naszych argumentów, z jego strony nie było woli współpracy z kibicami. Dodatkowo, przez swoje zarządzanie zadłużył klub, podpisując kontrakty z zawodnikami, którzy nic nie dali Koronie, a zarabiali niemałe pieniądze. Za jego rządów wiele straciliśmy i cofnęliśmy się w rozwoju jako klub.
Jakie rozstrzygnięcie przewidujesz w poniedziałkowym meczu?
Na początku chciałem dodać, że zawodnikiem łączącym oba nasze kluby jest Lukas Klemenz, który przez pół roku grał w Kielcach. Często się nam zdarza, że byli piłkarze strzelają nam bramki, więc typuję, że jeśli GieKSa wygra, to po golu Klemenza. „Na zimno” obstawiam jednak bezbramkowy remis. Ponadto spodziewam się, że Oskar Repka, który dostał czerwoną kartkę w Pucharze Polski, będzie chciał odkupić winy, więc trzeba na niego szczególnie uważać.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Najnowsze komentarze