Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Potrzebny nam mały cud
Rozpędzona GieKSa stoi przed wyzwaniem podtrzymania serii zwycięstw, jakiej w Katowicach dawno nie widziano: mecz z Piastem Gliwice będzie okazją do czwartego, a licząc Puchar Polski piątego zwycięstwa z rzędu. Rywal wydaje się idealny, bo okupujący ostatnie miejsce w tabeli, jednak w Gliwicach na pewno nie rzucono jeszcze ręcznika, więc nikt nie przyniesie nam trzech punktów na tacy. O nadziejach na utrzymanie, powodach do optymizmu i ambicjach przed meczem z GieKSą opowiedział nam kibic Piasta, w serwisie Twitter znany jako Przemek1945.
Przyglądając się z boku postawie Piasta w obecnym sezonie zapytam retorycznie: czy wy w ogóle chcecie utrzymać się w Ekstraklasie? Gdzie szukać argumentów, że taki scenariusz może się zrealizować?
Ostatnio sam zadaję sobie to pytanie. Dziś powodów do optymizmu szukałbym przede wszystkim w osobie nowego trenera, bo Daniel Myśliwiec jest specjalistą w swoim fachu, a biorąc pod uwagę możliwości finansowe Piasta jest to szkoleniowiec z najwyższej dostępnej nam półki. Ponadto, nadzieję może dawać kilka letnich transferów, przede wszystkim Leandro Sanca, który jest bardzo jakościowym zawodnikiem, podobnie jak obrońca Juande Rivas, który trafił do nas z Tenerife. Są to postaci, które jeszcze nie odgrywają kluczowej roli w tej drużynie, choć wkrótce powinny. Ponadto mam nadzieję, że zawodnicy, którzy przez lata decydowali o jakości tej drużyny, tacy jak Chrapek, Dziczek czy Czerwiński, zaczną znowu grać na miarę swoich możliwości i będziemy bardziej efektywni w tym, co robimy na boisku. Mimo wszystko muszę przyznać, że na ten moment wiary w szczęśliwy finał jest we mnie niewiele.
Zwróciłem na to uwagę czytając twoje wpisy na Twitterze. Czy to powszechny wśród kibiców Piasta nastrój, który dopuszcza do siebie myśl o coraz poważniejszym zagrożeniu spadkiem?
Wydaje mi się, że tak. Już od początku sezonu uważałem ten scenariusz za realny, bo nie mamy na tyle mocnej kadry, by myśleć o spokojnym miejscu w środku tabeli. Już w zeszłym roku kadra była wąska i trener Vukovic robił co mógł, aby osiągać dobre wyniki w Ekstraklasie i dobrze wywiązał się ze swojego zadania. Prawda jest jednak taka, że już wtedy Piast nie wyglądał najlepiej, a teraz jest jeszcze gorzej. Dlatego przeważają opinie, że do utrzymania będzie nam potrzebny mały cud, bo dziś trudno szukać powodów do optymizmu. Jeśli nadal będziemy punktować tak, jak dotychczas, to skończymy jak Zagłębie Sosnowiec kilka lat temu. Pozostaje wierzyć, że zmiana trenera będzie impulsem i już od najbliższego meczu z wami zaczniemy dopisywać sobie kolejne punkty.
Przed naszym meczem z Bruk-Betem Michał Trela z Canal+ powiedział mi, że Słonie nie są faworytem w żadnym meczu, zaznaczając przy tym, że być może były w Gliwicach, a i tak przegrały. Można to rozumieć, że Piast jest dziś traktowany jako jedna z najsłabszych, o ile nie najsłabsza drużyna w lidze. Twoim zdaniem, kosztem których drużyn możecie się utrzymać?
Na dziś widzę dwie – Arkę i właśnie Bruk-Bet. Uważam, że kadrowo są jeszcze gorsze niż my, ponadto grają raczej defensywnie, a taki pragmatyzm nie zawsze przynosi efekt, ponadto męczy – zarówno zawodników, jak i kibiców. Nad trzecim zespołem musiałbym się mocno zastanowić. Przed startem sezonu kandydata do spadku widziałem w Lechii z uwagi na minusowe punkty i w GieKSie, bo uważam, że wasza kadra nie jest wybitna, natomiast trener Górak robi u was świetną robotę. Nisko w tabeli jest Motor, ale ich Piast raczej nie prześcignie, bo bogaty właściciel na pewno dokapitalizuje drużynę w zimie. Tych drużyn nie jest więc dużo, ale z perspektywy ostatniego miejsca w tabeli trudno szukać słabości innych, gdy samemu ma się ich wiele, a dystans punktowy do bezpiecznych miejsc jest już spory.
W gromadzeniu punktów nie pomógł wam terminarz, bo w zasadzie od początku sezonu macie zaległości w postaci dwóch meczów z pucharowiczami. Liczysz, że po ich rozegraniu wasza sytuacja się poprawi?
Moim zdaniem na początku sezonu przekładane mecze były problemem, bo trudno było złapać odpowiedni rytm, szczególnie w obliczu wielu zmian w kadrze. Z drugiej strony w dalszej części sezonu ligowy cykl był już normalny, a punktów i tak brakowało, dlatego trudno się tym usprawiedliwiać. W obecnej sytuacji widzę szanse Piasta w konfrontacji z Lechem i Legią, które ostatnio grają dużo i możemy wykorzystać ich zmęczenie. Nie zapominajmy jednak, że to wciąż Lech i Legia, więc skoro nie udaje się nam wygrywać z drużynami słabszymi, to trudno mieć duże oczekiwania przed tymi pojedynkami. Niemniej jednak rozgrywanie meczów w grudniu zamiast w lipcu nie sprzyja ani frekwencji na trybunach, ani stanowi murawy, który u nas i tak jest nienajlepszy.
Wspominałeś już o ostatnich zmianach trenerów przy Okrzei. Tęsknisz za Aleksandarem Vukoviciem?
I tak, i nie. Wspominam go dobrze, jeśli chodzi o punkty w tabeli, natomiast to trener nie chciał kontynuować współpracy z Piastem, więc z niewolnika nie ma pracownika. Jeśli natomiast chodzi o styl, to uważam, że jego drużyna miała potencjał do bardziej efektownej i ofensywnej gry. Sam opowiadałem się za zmianą trenera, bo po tak długim czasie kibic ma już dość pragmatycznego, defensywnego futbolu, tym bardziej gdy przestaje się przekładać na wyniki. Docierają do mnie opinie kibiców innych drużyn, którzy dziś świętują, że Piast ze swoim stylem gry zmierza do 1. ligi i trudno się temu dziwić. Sam nie zakochałbym się w piłce nożnej, gdyby Piast-Korona był moim pierwszym meczem w życiu.
Receptą na ten stan rzeczy miał być szwedzki eksperyment z Maxem Mölderem. Czy to miało prawo się udać?
Piast przez lata skupiał się przede wszystkim na działaniach defensywnych, a nigdy nie był przesadnie skuteczny. Zatrudnienie Möldera miało być sygnałem do przerzucenia wajchy w drugą stronę. Docierały do mnie głosy z klubu chwalące metody treningowe Szweda, tymczasem nie znalazło to żadnego przełożenia na ligę. Moim zdaniem to, co działało w drugiej lidze szwedzkiej, nie wystarczyło na Ekstraklasę, która rozwija się coraz lepiej. Każdy błąd jest bezlitośnie wykorzystywany, co w tym sezonie zdarzało nam się wielokrotnie.
Czy Daniel Myśliwiec znajdzie sposób, by na nowo poukładać Piasta?
Musimy w to wierzyć. Trzeba szybko zacząć odrabiać straty do bezpiecznych miejsc, bo jeśli się to nie uda, to kolejna zmiana trenera nie będzie już miała sensu – ani nie będzie na to pieniędzy, ani nie będzie już czego ratować. Po ostatnich trzech meczach pozytywnie oceniam tę zmianę. Szczególnie w pucharowym meczu z Odrą wyglądaliśmy już znacznie lepiej, bo dotychczas zazwyczaj operowaliśmy piłką, a nie przynosiło to żadnych efektów. Trener Myśliwiec potrafi opowiadać o piłce – mam nadzieję że dotrze z tym do piłkarzy. Pierwszych widocznych efektów jego pracy spodziewam się jednak dopiero po przerwie reprezentacyjnej, bo musi mieć czas na wdrożenie swoich pomysłów.
Wspomniałeś już o wąskiej kadrze Piasta, a na ten sam problem wiosną zwracał uwagę Kacper Wójtowicz z serwisu PiastInfo. Czy latem zrobiono wystarczająco dużo, by sobie z tym poradzić?
Wciąż uważam, że ta kadrowa kołdra jest krótka – być może trochę dłuższa niż wiosną, ale wciąż niewystarczająco. Lepiej jest w ofensywie i na skrzydłach, ale potrzeba czasu na zgranie. Leandro Sanca i Jason Lokilo mają sporo jakości, pozytywnie zaskoczył mnie też Juande Rivas, który gra na środku obrony. Największe problemy Piasta widzę jednak w środku pola, który przez lata funkcjonował bardzo dobrze. Na dziś mamy jednego defensywnego pomocnika, czyli Patryka Dziczka, który jest totalnie bez formy i gdyby tylko miał rywala, to nie podniósłby się z ławki.
Przed naszym meczem ze składu Piasta wypada Michał Chrapek, który „popisał się” akcją ratunkową w końcówce meczu z Koroną, za co zobaczył czerwoną kartkę. To dla was duże osłabienie?
Paradoksalnie, w mojej opinii akcja na czerwoną kartkę w meczu z Koroną była najlepszym zagraniem Michała w tym sezonie, bo tym sposobem uratował dla nas jeden punkt, który może się okazać bardzo cenny. Nie traktowałbym jego nieobecności jako szczególnego osłabienia, bo sam fakt, że stracił miejsce w podstawowym składzie przy tak wąskiej kadrze nie świadczy najlepiej o jego formie. Chrapek nie biega zbyt wiele i w statystyce sprintów wypada blado, dlatego jego brak nie będzie mocno odczuwalny w sobotę. Większy problem dostrzegam w tym, że Quentin Boisgard, który miał stanowić o sile naszego środka pola, wygląda równie słabo. Oczekiwania wobec niego były spore, tymczasem jak dotąd zamiast bramek i asyst kolekcjonuje żółte i czerwone kartki.
Latem Gliwice na Katowice zamienił Maciej Rosołek. Jak wspominasz tego zawodnika i czy twoim zdaniem może się jeszcze okazać wartością dodaną dla GieKSy?
Moim zdaniem Rosołek nie sprawdził się w Piaście, mimo że był mocno ciągnięty za uszy przez trenera Vukovicia. Dlatego nie uważam, że na jego pozycji grał najlepszy na tamten moment zawodnik. W ubiegłym sezonie mieliśmy duże problemy z napastnikami, bo ani Piasecki, ani Rosołek nie wywiązywali się należycie z tej roli. Gdy zimą do Gliwic trafił Andréas Katsantónis – król strzelców ligi cypryjskiej, Rosołek został przesunięty na skrzydło i szczerze mówiąc wyglądał tam fatalnie. Podejrzewam, że na poziomie pierwszej ligi byłby solidnym zawodnikiem – pamiętam go z dobrej gry w Arce, natomiast nie dostrzegam w nim żadnej cechy, która wyróżniałaby go w Ekstraklasie: ani nie wygrywa pojedynków główkowych, ani nie potrafi się zastawić, nie jest też najszybszy i średnio u niego z dryblingiem, ponadto kuleje u niego wykończenie. Szczerze mówiąc byłem mocno zdziwiony, że po odejściu z Gliwic znalazł zatrudnienie w Ekstraklasie. W porównaniu do Szkurina i Zreľáka Rosołek to zdecydowanie półka niżej.
Sam Adam Zreľák dał się wam we znaki w meczu w Gliwicach. Jak wspominasz naszą rywalizację w ubiegłym sezonie?
Przyznam, że niewiele pamiętam z meczu w Katowicach, co też jest pewną laurką dla tego „widowiska”. Z kolei mecz w Gliwicach był bardzo ciekawy, mimo że Zreľák popsuł nam humory zdobywając dwa gole. Było widowiskowo, ze zwrotami akcji – dla nas to dość niecodzienny scenariusz w ostatnich latach. Chciałbym, aby sobotni mecz był bardziej zbliżony do jesiennego pojedynku niż wiosennego ze starej Bukowej.
Czy obie drużyny mają dziś potencjał na podobne widowisko co w Gliwicach?
Spodziewam się, że w defensywie wyjdziemy ustawieni podobnie jak na mecz z Koroną: po lewej zagra Drapiński, który nie ma inklinacji do gry ofensywnej, więc z tamtej strony będziemy się raczej skupiać na neutralizowaniu ofensywy GieKSy, która dysponuje sporą jakością na skrzydłach. Patrząc realnie uważam, że w sobotę obejrzymy mecz do pierwszego gola. Będę mocno zdziwiony, jeśli kibice doczekają się więcej niż jednej bramki.
Kto twoim zdaniem strzeli tego kluczowego gola?
Jeśli mamy się utrzymać, to musimy strzelać, więc optymistycznie zakładam, że trafi Dalmau, który dochodzi do pełni formy po kontuzji. Osobiście cenię również Giermana Barkowskiego, który trafiał już na Nowej Bukowej w barwach Puszczy. Uważam, że obaj mogliby grać razem w ustawieniu 4-4-2.
Jesteśmy świeżo po losowaniu kolejnej rundy Pucharu Polski. Los zgotował nam podobny scenariusz, bo wy gracie u siebie z obecnym mistrzem, a my z poprzednim. Jak oceniasz nasze szanse?
Ani wy, ani my nie będziemy faworytem tych pojedynków, mimo że na naszą korzyść działa mecz u siebie. Osobiście wyżej cenię Jagiellonię niż Lecha, dlatego uważam, że to was czeka trudniejsze zadanie. Nadziei dla nas szukam w terminarzu, bo mecz w grudniu na nienajlepszej murawie w Gliwicach będzie utrudnieniem dla Lecha, który w rytmie europejskich pucharów będzie musiał rotować składem. Dlatego nie wykluczam naszego zwycięstwa 1:0 po przypadkowym golu. Mimo wszystko skupiałbym się jednak na lidze, bo to jest dla nas priorytetem.
Powodów do radości, w przeciwieństwie do sekcji piłkarskiej, dostarcza gliwiczanom sekcja futsalowa: Piast to mistrz Polski, który dobrze radzi sobie w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Jakie zainteresowanie budzi ta dyscyplina?
Biorąc pod uwagę, że fani piłkarskiego Piasta nie są ostatnio zbyt liczni, to grupa sympatyków futsalu jest jeszcze mniejsza, bo nie jest to zbyt popularna dyscyplina sportu. Warto jednak zaznaczyć, że Gliwice są kolebką futsalu w Polsce. Mała hala, która mieści kilkuset widzów, zwykle się zapełnia, natomiast na meczu Ligi Mistrzów rozgrywanym na dużej hali gliwickiej Areny odnotowano ponad 10 tysięcy widzów, co jest absolutnym rekordem w historii polskiego futsalu. Mimo to jednak piłkarski Piast budzi na co dzień większe zainteresowanie kibiców w Gliwicach.
Felietony Piłka nożna
Betonowy Urban
Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.
Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.
Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?
Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?
Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.
Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.
Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.
I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.
W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.
Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.
Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.
Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.
Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.
Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.
Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.
Grosika powołał kuźwa jego mać…
Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.
A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.
A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:
„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
…
Felietony Piłka nożna
Plusy i minusy po Lechii
GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.
Plusy:
+ Bartosz Nowak
Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.
+ Rafał Strączek
Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.
+ Skuteczność przy niskim posiadaniu
38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.
Minusy:
– Zmarnowane okazje
Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.
Podsumowanie:
2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.
GieKSiarz
Felietony Piłka nożna
Oczko po oczku utkana sieć
Za chwilę to wygrywanie stanie się nudne… Moglibyśmy powiedzieć. Ale, no nie. To się chyba nie ma prawa znudzić. Faktem jest, że rok 2026 przynosi nam tyle radości, że naprawdę nie bylibyśmy sobie tego w najśmielszych marzeniach na Gwiazdkę wyobrazić. Przecież wchodziliśmy w niego będąc w strefie spadkowej, mając w perspektywie bardzo trudne mecze. Tymczasem minęło kilka kolejek, GieKSa wygrywa seryjnie i już niemal podwoiła swój dorobek z jesieni!
Sam staram się za bardzo nie marzyć. Tego mnie GieKSa nauczyła przez wiele lat, choć na różne sposoby. Przez większość z ostatnich dwóch dekad realizm pokazywał, że marzyć nie ma za bardzo sensu, bo i tak nici będą z tych pięknych wizji. Teraz jest inaczej. Nie wychylam się za bardzo z myślami do przodu, bo po prostu w ten zespół wierzę – wierzę w ten projekt, który ma w sobie tak niezliczone pokłady dobrych rzeczy, ale który przecież nie jest jeszcze doskonały. Ufając więc ludziom w zespole – zarówno piłkarzom, jak i sztabowi – cieszę się po prostu z każdego kolejnego progresu. Z każdego dobrego meczu, punktu, zwycięstwa. Szczerze mówiąc nie zaprzątam sobie głowy tym, gdzie nas to zaprowadzi. Jeśli do spokojnego utrzymania, to fajnie. Jeśli do górnej połówki tabeli – jeszcze lepiej. A może do pucharów? A może do Mistrzostwa Polski? Po meczu z Lechią i patrząc na układ tabeli, żaden z tych scenariuszy nie jest nierealny. Ale to czyste teoretyzowanie. Bo i tak na koniec wszystko zależy od utrzymania dobrej formy, realizowania ciągle i konsekwentnie tego samego, co mecz. Na ekstraklasę wystarcza. GieKSa nie wygrywa meczów nie wiadomo jakimi cudami. GieKSa wygrywa stałością i powtarzalnością. Jak Francja w 2018, kiedy to nie grała jakiegoś wybitnie efektownego futbolu (no, może poza meczem z Argentyną), ale grała najrówniej z wszystkich drużyn i to dało jej tytuł. Nie sztuką jest mieć jeden czy dwa efektowne wyskoki i kogoś rozgromić. Prawdziwa siła tkwi w konsekwencji.
No dobra, z tym brakiem cudów trochę przesadziłem. Bartek Nowak. Powiedziałbym, że nie mam słów na to, co wyczynia ten zawodnik. Ale przecież już to pisałem. Gdy wydaje się, że nie jest możliwe, by znów – w kolejnym meczu z rzędu – coś wyczarował, on i tak to robi. Przy obu golach znów zachował się jak piłkarski artysta. Odegranie w punkt do Sebastiana Milewskiego, który wypuścił Mateusza Wdowiaka. A potem Bartek zagrał taką piłę, niczym precyzyjnym uderzeniem kijem bilardowym – po ziemi, mocno, ale precyzyjnie, że Ilja Szkurin mógł dać golkiperowi rywali piękną podcinkę. Wiem, że się powtarzam, ale obawiam się tych powołań na najbliższe zgrupowanie kadry. Przyznam, że sprawa ta wywołuje u mnie bardzo dużo emocji i po prostu nie wyobrażam sobie, żeby Bartek tego powołania nie dostał. A wiemy, że selekcjoner ma jakieś swoje poglądy, choćby odnośnie Pietuszewskiego…
Trener GKS nieraz wspomina o korygowaniu w przerwie. Naprawdę należy cenić nasz sztab za to, że taktycznie – może nie zjada tę ligę, bo to by było przesadą – ale tak dostosowują sposób gry w każdym kolejnym meczu, że wyciskają z potencjału drużyny naprawdę bardzo dużo. A właśnie przerwa jest tym czasem, gdzie coś można pozmieniać, widząc pewne błędy i niuanse w pierwszej połowie. I zazwyczaj odnosi to skutek, bo choćby z Legią, w lidze z Widzewem czy wczoraj, po przerwie zdecydowanie spokojniej i lepiej wyglądały poczynania drużyny.
Druga połowa otarła się o perfekcję. Przed przerwą jeszcze to trochę wyglądało cios za cios, na taką piłkarską (nie fizyczną) wojnę, a nawet z pewną przewagą Lechii. Przy czym nic z tej przewagi nie wynikało, bo gdańszczanie oddali tylko jeden celny strzał – po fenomenalnym uderzeniu Żelizki z dystansu. I na tym jednym uderzeniu w światło bramki zakończyli cały mecz. Zbliżali się po pole karne, mieli posiadanie piłki, ale konkretów z tego większych nie było. Czyli coś, co dobrze znamy z innych meczów. Za to w drugiej połowie z gry Lechia nie miała już w ogóle nic. GieKSa pewnie i spokojnie wybraniała – czy to w polu karnym czy już dużo wcześniej tłumiąc w zarodku akcje przeciwnika. To nie był „mecz obronny”, tak jak w Radomiu. To był absolutnie bardzo dobry mecz w destrukcji, a i konstrukcja była niczego sobie – choć tu już tak doskonale nie było. Ale summa summarum – nie wiem, czy ta druga połowa taktycznie i realizacyjnie nie była najlepsza w tym sezonie. Jak zawsze – gdybym znał się na taktyce, zostałbym taktykiem, a na analizie – analitykiem. Opieram się jednak na swojej intuicji i poczuciu stresu/spokoju – a tutaj nie miałem poczucia zagrożenia, że cokolwiek złego GieKSie może się wydarzyć. I nie mówię tu o tym, że czasem coś przeciwnikowi w takiej sytuacji jednak wpadnie, bo to jest piłka. Mówię o swoim intuicyjnym przeżyciu tej pewności drużyny, braku strachu, dobrych pewnych ruchach i decyzjach. To wszystko było na bardzo wysokim poziomie.
Wiadomo, że we wspomnianej konstrukcji w końcówce meczu mogło być lepiej. Marcel Wędrychowski musi ciągle pracować nad głową, bo jego żwawość i dynamika jest nam potrzebna, ale mając kapitalne możliwości do odegrania piłki i lepszego rozwiązania sytuacji – kilka akcji zepsuł. Ale też nie jest tak, że wszystkie – bo w kilku zachował się bardzo dobrze. Piłkarz ma potencjał, kibicuję mu bardzo mocno, więc niech się chłopak rozwija – jeśli opanuje głowę, będziemy mieli z niego duży pożytek.
Mateusz Kowalczyk staje się coraz lepszy. Chłopak młody, a momentami wygląda na bardzo doświadczonego. Tu zastawienie, obrót, balans ciała, dziubnięcie – i piłka ciągle jest pod jego nogami. Przychodził do GKS jako zawodnik dość anonimowy (choć dla nas nie do końca, bo przecież w ŁKS strzelił nam bramkę), a teraz jest jednym z najlepszych zawodników na tej pozycji w lidze. Sebastian Milewski w zaskakujący sposób wywalczył sobie miejsce w składzie i go nie oddaje. Raz na jakiś czas jeszcze zdarzy mu się strata, gdy pójdzie z piłką „na raz”, ale w zdecydowanej większości jest bardzo skuteczny. A to podanie zewnętrzną częścią stopy z pierwszej piłki – no, Panie Sebastianie, mama znowu może być dumna. Asysta była pierwszej klasy.
Zastanawialiśmy się, jak wprowadzi się do GieKSy Mateusz Wdowiak. Wiele osób powątpiewało, ja też przyznam, że nie byłem pewien. Niepotrzebnie. Zawodnik wygląda na skrojonego pod GieKSę idealnie – z marszu wszedł do pierwszego składu, miejsca nie oddaje i jest po prostu dobry. Charakterologicznie – pasuje jak ulał. Druga bramka strzelona, wchodzi momentami praktycznie na „dziewiątkę”, zresztą w dogrywce z Widzewem tak był ustawiony.
No i doczekał się debiutu młody Kokosiński, pograł swoje minuty i najlepsze jest to, że nie była to zła zmiana. U takiego debiutującego zawodnika sukcesem jest, jeśli udźwignie ciężar. Jakub zaprezentował się dobrze, kilka razy celnie odegrał, praktycznie nic nie zepsuł. Fajnie.
Oczywiście to co nam zaprzątało głowę i napawało niepokojem przed meczem to zestawienie obrony, które jak stwierdził trener Górak było „wywrócone do góry nogami”. Oglądaliśmy więc w środku Martena Kuuska i Wasyla, a Borja i Erik musieli się podzielić wahadłami. Efektem był wspomniany jeden celny strzał rywali i bardzo dobra neutralizacja poczynań najlepszej ofensywy w lidze. Reprezentant Estonii spisał się bardzo dobrze i pewnie, a Wasyl… cóż, Wasyla można dać wszędzie i wszędzie sobie poradzi. Jestem przekonany, że gdyby Marcin grał w ataku, to również parę bramek by strzelił. Taki to zawodnik, wszechstronny, który może zagrać na różnych pozycjach. Ale nie jako „zapchajdziura”, czyli takie niezbyt fajne określenie, którego ongiś się używało na jakiegoś przeciętnego zawodnika, którego rzucało się po całym boisku w zależności od potrzeb. Wasyl po prostu ma taką jakość. No i ostatecznie przez tę pauzę Arka i Alana przeszliśmy suchą stopą.
Jeszcze jedno słowo o tej bramce na 1:0, bo to przecież była przepiękna kontra. Zaczęło się od Wasyla, jeszcze podbił piłkę głową Wodwiak, powalczył Ilja, ale tam jeszcze przeciwnik zdołał zagłówkować. No ale potem to już była perfekcja, Milewski zgarnął piłkę sprzed nosa Kapićowi i pognał do przodu, Nowak z gracją przyjął na klatkę i z pierwszej odegrał do Milusiego, a ten wspomnianym zagraniem z pierwszej piłki wypuścił Wdowiaka. Mateusz też pokazał inteligencję, bo przecież jakby szedł na prawą nogę, to nici by z tego były. Przepiękna akcja.
Oj Lechia nie znosi przyjeżdżać do Katowic. W pierwszej lidze – w pamiętnym meczu – Katowiczanie wygrali 1:0 po golu w doliczonym czasie Arkadiusza Jędrycha. A poprzedni sezon i obecny to wygrane GieKSy 2:0. Tak jak pisałem przed meczem – o ile w Gdańsku wiedzie nam się średnio (ale nie tak beznadziejnie), to na starej i nowej Bukowej bardzo lubimy grać z tym rywalem.
Od początku tego roku GKS szedł łeb w łeb z poprzednim sezonem. Ale na teraz – po 24 meczach – Katowiczanie mają już 3 punkty więcej niż rok temu. Trzy wygrane z rzędu mają swój wydźwięk, a wiemy, że rok temu nasz zespół też sporo meczów rozstrzygał na swoją korzyść.
Zabawa w utrzymanie? Czemu nie. Trzymając się naszej granicy 38 punktów, do utrzymania wystarczą już bilanse: 0-2-8 lub 1-0-9. Jak się okazuje w tym chorym sezonie ta granica może się nieco przesunąć, ale nie sądzę, by powyżej 40 oczek. Faktem jest, że statystycznie GieKSa jest już bardzo, bardzo blisko tego utrzymania. Potem będziemy liczyć matematykę.
Teraz jesteśmy bliżej samej czołówki tabeli. Na ten moment, do drugiej Jagiellonii mamy 2 punkty straty. Wiadomo, że Lech i Raków, które są nad nami, dzisiaj jeszcze grają. Do liderującego Zagłębia na ten moment tracimy 5 punktów. Absolutny kosmos.
I zobaczcie sobie teraz – trochę nie patrząc na obecną formę różnych drużyn – co GieKSa zrobiła już w tym roku. Dwa razy odprawiliśmy z kwitkiem Widzew, wygraliśmy Śląski Klasyk, nie daliśmy sobie strzelić gola ekipie mającej na koncie pół setki strzelonych bramek, pokonaliśmy na wyjeździe obecnego lidera ekstraklasy, nie przegraliśmy z zawsze „wielką” Legią, a do tego awansowaliśmy do półfinału Pucharu Polski. Piękna ta wiosna. A jeszcze nawet się nie zaczęła.
Przed nami kolejne wyzwania. Już pojutrze Katowiczanie podejmą trzecią próbę rozegrania meczu w Białymstoku. Na papierze Jaga jest faworytem, ale patrząc na obecne dyspozycje obu drużyn, nasz zespół nie musi być na straconej pozycji. Drużyna Rafała Góraka jest rozpędzona piłkarsko i mentalnie, więc nie ma co się Jagi bać – co zresztą pokazał Piast Gliwice. Po prostu grajmy swoją grę, nie zapominajmy o zadaniach, miejmy tak mocny mental – jak z Lechią – a powinno być dobrze.


Najnowsze komentarze