Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Potrzebny nam mały cud

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Rozpędzona GieKSa stoi przed wyzwaniem podtrzymania serii zwycięstw, jakiej w Katowicach dawno nie widziano: mecz z Piastem Gliwice będzie okazją do czwartego, a licząc Puchar Polski piątego zwycięstwa z rzędu. Rywal wydaje się idealny, bo okupujący ostatnie miejsce w tabeli, jednak w Gliwicach na pewno nie rzucono jeszcze ręcznika, więc nikt nie przyniesie nam trzech punktów na tacy. O nadziejach na utrzymanie, powodach do optymizmu i ambicjach przed meczem z GieKSą opowiedział nam kibic Piasta, w serwisie Twitter znany jako Przemek1945.

Przyglądając się z boku postawie Piasta w obecnym sezonie zapytam retorycznie: czy wy w ogóle chcecie utrzymać się w Ekstraklasie? Gdzie szukać argumentów, że taki scenariusz może się zrealizować?
Ostatnio sam zadaję sobie to pytanie. Dziś powodów do optymizmu szukałbym przede wszystkim w osobie nowego trenera, bo Daniel Myśliwiec jest specjalistą w swoim fachu, a biorąc pod uwagę możliwości finansowe Piasta jest to szkoleniowiec z najwyższej dostępnej nam półki. Ponadto, nadzieję może dawać kilka letnich transferów, przede wszystkim Leandro Sanca, który jest bardzo jakościowym zawodnikiem, podobnie jak obrońca Juande Rivas, który trafił do nas z Tenerife. Są to postaci, które jeszcze nie odgrywają kluczowej roli w tej drużynie, choć wkrótce powinny. Ponadto mam nadzieję, że zawodnicy, którzy przez lata decydowali o jakości tej drużyny, tacy jak Chrapek, Dziczek czy Czerwiński, zaczną znowu grać na miarę swoich możliwości i będziemy bardziej efektywni w tym, co robimy na boisku. Mimo wszystko muszę przyznać, że na ten moment wiary w szczęśliwy finał jest we mnie niewiele.

Zwróciłem na to uwagę czytając twoje wpisy na Twitterze. Czy to powszechny wśród kibiców Piasta nastrój, który dopuszcza do siebie myśl o coraz poważniejszym zagrożeniu spadkiem?
Wydaje mi się, że tak. Już od początku sezonu uważałem ten scenariusz za realny, bo nie mamy na tyle mocnej kadry, by myśleć o spokojnym miejscu w środku tabeli. Już w zeszłym roku kadra była wąska i trener Vukovic robił co mógł, aby osiągać dobre wyniki w Ekstraklasie i dobrze wywiązał się ze swojego zadania. Prawda jest jednak taka, że już wtedy Piast nie wyglądał najlepiej, a teraz jest jeszcze gorzej. Dlatego przeważają opinie, że do utrzymania będzie nam potrzebny mały cud, bo dziś trudno szukać powodów do optymizmu. Jeśli nadal będziemy punktować tak, jak dotychczas, to skończymy jak Zagłębie Sosnowiec kilka lat temu. Pozostaje wierzyć, że zmiana trenera będzie impulsem i już od najbliższego meczu z wami zaczniemy dopisywać sobie kolejne punkty.

Przed naszym meczem z Bruk-Betem Michał Trela z Canal+ powiedział mi, że Słonie nie są faworytem w żadnym meczu, zaznaczając przy tym, że być może były w Gliwicach, a i tak przegrały. Można to rozumieć, że Piast jest dziś traktowany jako jedna z najsłabszych, o ile nie najsłabsza drużyna w lidze. Twoim zdaniem, kosztem których drużyn możecie się utrzymać?
Na dziś widzę dwie – Arkę i właśnie Bruk-Bet. Uważam, że kadrowo są jeszcze gorsze niż my, ponadto grają raczej defensywnie, a taki pragmatyzm nie zawsze przynosi efekt, ponadto męczy – zarówno zawodników, jak i kibiców. Nad trzecim zespołem musiałbym się mocno zastanowić. Przed startem sezonu kandydata do spadku widziałem w Lechii z uwagi na minusowe punkty i w GieKSie, bo uważam, że wasza kadra nie jest wybitna, natomiast trener Górak robi u was świetną robotę. Nisko w tabeli jest Motor, ale ich Piast raczej nie prześcignie, bo bogaty właściciel na pewno dokapitalizuje drużynę w zimie. Tych drużyn nie jest więc dużo, ale z perspektywy ostatniego miejsca w tabeli trudno szukać słabości innych, gdy samemu ma się ich wiele, a dystans punktowy do bezpiecznych miejsc jest już spory.

W gromadzeniu punktów nie pomógł wam terminarz, bo w zasadzie od początku sezonu macie zaległości w postaci dwóch meczów z pucharowiczami. Liczysz, że po ich rozegraniu wasza sytuacja się poprawi?
Moim zdaniem na początku sezonu przekładane mecze były problemem, bo trudno było złapać odpowiedni rytm, szczególnie w obliczu wielu zmian w kadrze. Z drugiej strony w dalszej części sezonu ligowy cykl był już normalny, a punktów i tak brakowało, dlatego trudno się tym usprawiedliwiać. W obecnej sytuacji widzę szanse Piasta w konfrontacji z Lechem i Legią, które ostatnio grają dużo i możemy wykorzystać ich zmęczenie. Nie zapominajmy jednak, że to wciąż Lech i Legia, więc skoro nie udaje się nam wygrywać z drużynami słabszymi, to trudno mieć duże oczekiwania przed tymi pojedynkami. Niemniej jednak rozgrywanie meczów w grudniu zamiast w lipcu nie sprzyja ani frekwencji na trybunach, ani stanowi murawy, który u nas i tak jest nienajlepszy.

Wspominałeś już o ostatnich zmianach trenerów przy Okrzei. Tęsknisz za Aleksandarem Vukoviciem?
I tak, i nie. Wspominam go dobrze, jeśli chodzi o punkty w tabeli, natomiast to trener nie chciał kontynuować współpracy z Piastem, więc z niewolnika nie ma pracownika. Jeśli natomiast chodzi o styl, to uważam, że jego drużyna miała potencjał do bardziej efektownej i ofensywnej gry. Sam opowiadałem się za zmianą trenera, bo po tak długim czasie kibic ma już dość pragmatycznego, defensywnego futbolu, tym bardziej gdy przestaje się przekładać na wyniki. Docierają do mnie opinie kibiców innych drużyn, którzy dziś świętują, że Piast ze swoim stylem gry zmierza do 1. ligi i trudno się temu dziwić. Sam nie zakochałbym się w piłce nożnej, gdyby Piast-Korona był moim pierwszym meczem w życiu.

Receptą na ten stan rzeczy miał być szwedzki eksperyment z Maxem Mölderem. Czy to miało prawo się udać?
Piast przez lata skupiał się przede wszystkim na działaniach defensywnych, a nigdy nie był przesadnie skuteczny. Zatrudnienie Möldera miało być sygnałem do przerzucenia wajchy w drugą stronę. Docierały do mnie głosy z klubu chwalące metody treningowe Szweda, tymczasem nie znalazło to żadnego przełożenia na ligę. Moim zdaniem to, co działało w drugiej lidze szwedzkiej, nie wystarczyło na Ekstraklasę, która rozwija się coraz lepiej. Każdy błąd jest bezlitośnie wykorzystywany, co w tym sezonie zdarzało nam się wielokrotnie.

Czy Daniel Myśliwiec znajdzie sposób, by na nowo poukładać Piasta?
Musimy w to wierzyć. Trzeba szybko zacząć odrabiać straty do bezpiecznych miejsc, bo jeśli się to nie uda, to kolejna zmiana trenera nie będzie już miała sensu – ani nie będzie na to pieniędzy, ani nie będzie już czego ratować. Po ostatnich trzech meczach pozytywnie oceniam tę zmianę. Szczególnie w pucharowym meczu z Odrą wyglądaliśmy już znacznie lepiej, bo dotychczas zazwyczaj operowaliśmy piłką, a nie przynosiło to żadnych efektów. Trener Myśliwiec potrafi opowiadać o piłce – mam nadzieję że dotrze z tym do piłkarzy. Pierwszych widocznych efektów jego pracy spodziewam się jednak dopiero po przerwie reprezentacyjnej, bo musi mieć czas na wdrożenie swoich pomysłów.

Wspomniałeś już o wąskiej kadrze Piasta, a na ten sam problem wiosną zwracał uwagę Kacper Wójtowicz z serwisu PiastInfo. Czy latem zrobiono wystarczająco dużo, by sobie z tym poradzić?
Wciąż uważam, że ta kadrowa kołdra jest krótka – być może trochę dłuższa niż wiosną, ale wciąż niewystarczająco. Lepiej jest w ofensywie i na skrzydłach, ale potrzeba czasu na zgranie. Leandro Sanca i Jason Lokilo mają sporo jakości, pozytywnie zaskoczył mnie też Juande Rivas, który gra na środku obrony. Największe problemy Piasta widzę jednak w środku pola, który przez lata funkcjonował bardzo dobrze. Na dziś mamy jednego defensywnego pomocnika, czyli Patryka Dziczka, który jest totalnie bez formy i gdyby tylko miał rywala, to nie podniósłby się z ławki.

Przed naszym meczem ze składu Piasta wypada Michał Chrapek, który „popisał się” akcją ratunkową w końcówce meczu z Koroną, za co zobaczył czerwoną kartkę. To dla was duże osłabienie?
Paradoksalnie, w mojej opinii akcja na czerwoną kartkę w meczu z Koroną była najlepszym zagraniem Michała w tym sezonie, bo tym sposobem uratował dla nas jeden punkt, który może się okazać bardzo cenny. Nie traktowałbym jego nieobecności jako szczególnego osłabienia, bo sam fakt, że stracił miejsce w podstawowym składzie przy tak wąskiej kadrze nie świadczy najlepiej o jego formie. Chrapek nie biega zbyt wiele i w statystyce sprintów wypada blado, dlatego jego brak nie będzie mocno odczuwalny w sobotę. Większy problem dostrzegam w tym, że Quentin Boisgard, który miał stanowić o sile naszego środka pola, wygląda równie słabo. Oczekiwania wobec niego były spore, tymczasem jak dotąd zamiast bramek i asyst kolekcjonuje żółte i czerwone kartki.

Latem Gliwice na Katowice zamienił Maciej Rosołek. Jak wspominasz tego zawodnika i czy twoim zdaniem może się jeszcze okazać wartością dodaną dla GieKSy?
Moim zdaniem Rosołek nie sprawdził się w Piaście, mimo że był mocno ciągnięty za uszy przez trenera Vukovicia. Dlatego nie uważam, że na jego pozycji grał najlepszy na tamten moment zawodnik. W ubiegłym sezonie mieliśmy duże problemy z napastnikami, bo ani Piasecki, ani Rosołek nie wywiązywali się należycie z tej roli. Gdy zimą do Gliwic trafił Andréas Katsantónis – król strzelców ligi cypryjskiej, Rosołek został przesunięty na skrzydło i szczerze mówiąc wyglądał tam fatalnie. Podejrzewam, że na poziomie pierwszej ligi byłby solidnym zawodnikiem – pamiętam go z dobrej gry w Arce, natomiast nie dostrzegam w nim żadnej cechy, która wyróżniałaby go w Ekstraklasie: ani nie wygrywa pojedynków główkowych, ani nie potrafi się zastawić, nie jest też najszybszy i średnio u niego z dryblingiem, ponadto kuleje u niego wykończenie. Szczerze mówiąc byłem mocno zdziwiony, że po odejściu z Gliwic znalazł zatrudnienie w Ekstraklasie. W porównaniu do Szkurina i Zreľáka Rosołek to zdecydowanie półka niżej.

Sam Adam Zreľák dał się wam we znaki w meczu w Gliwicach. Jak wspominasz naszą rywalizację w ubiegłym sezonie?
Przyznam, że niewiele pamiętam z meczu w Katowicach, co też jest pewną laurką dla tego „widowiska”. Z kolei mecz w Gliwicach był bardzo ciekawy, mimo że Zreľák popsuł nam humory zdobywając dwa gole. Było widowiskowo, ze zwrotami akcji – dla nas to dość niecodzienny scenariusz w ostatnich latach. Chciałbym, aby sobotni mecz był bardziej zbliżony do jesiennego pojedynku niż wiosennego ze starej Bukowej.

Czy obie drużyny mają dziś potencjał na podobne widowisko co w Gliwicach?
Spodziewam się, że w defensywie wyjdziemy ustawieni podobnie jak na mecz z Koroną: po lewej zagra Drapiński, który nie ma inklinacji do gry ofensywnej, więc z tamtej strony będziemy się raczej skupiać na neutralizowaniu ofensywy GieKSy, która dysponuje sporą jakością na skrzydłach. Patrząc realnie uważam, że w sobotę obejrzymy mecz do pierwszego gola. Będę mocno zdziwiony, jeśli kibice doczekają się więcej niż jednej bramki.

Kto twoim zdaniem strzeli tego kluczowego gola?
Jeśli mamy się utrzymać, to musimy strzelać, więc optymistycznie zakładam, że trafi Dalmau, który dochodzi do pełni formy po kontuzji. Osobiście cenię również Giermana Barkowskiego, który trafiał już na Nowej Bukowej w barwach Puszczy. Uważam, że obaj mogliby grać razem w ustawieniu 4-4-2.

Jesteśmy świeżo po losowaniu kolejnej rundy Pucharu Polski. Los zgotował nam podobny scenariusz, bo wy gracie u siebie z obecnym mistrzem, a my z poprzednim. Jak oceniasz nasze szanse?
Ani wy, ani my nie będziemy faworytem tych pojedynków, mimo że na naszą korzyść działa mecz u siebie. Osobiście wyżej cenię Jagiellonię niż Lecha, dlatego uważam, że to was czeka trudniejsze zadanie. Nadziei dla nas szukam w terminarzu, bo mecz w grudniu na nienajlepszej murawie w Gliwicach będzie utrudnieniem dla Lecha, który w rytmie europejskich pucharów będzie musiał rotować składem. Dlatego nie wykluczam naszego zwycięstwa 1:0 po przypadkowym golu. Mimo wszystko skupiałbym się jednak na lidze, bo to jest dla nas priorytetem.

Powodów do radości, w przeciwieństwie do sekcji piłkarskiej, dostarcza gliwiczanom sekcja futsalowa: Piast to mistrz Polski, który dobrze radzi sobie w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Jakie zainteresowanie budzi ta dyscyplina?
Biorąc pod uwagę, że fani piłkarskiego Piasta nie są ostatnio zbyt liczni, to grupa sympatyków futsalu jest jeszcze mniejsza, bo nie jest to zbyt popularna dyscyplina sportu. Warto jednak zaznaczyć, że Gliwice są kolebką futsalu w Polsce. Mała hala, która mieści kilkuset widzów, zwykle się zapełnia, natomiast na meczu Ligi Mistrzów rozgrywanym na dużej hali gliwickiej Areny odnotowano ponad 10 tysięcy widzów, co jest absolutnym rekordem w historii polskiego futsalu. Mimo to jednak piłkarski Piast budzi na co dzień większe zainteresowanie kibiców w Gliwicach.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: kibicowski boom na GieKSę zachwyca

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W ostatnich tygodniach relacje z Częstochowy zdominowały czołówki serwisów sportowych w Polsce. Sprawcą zamieszania był przede wszystkim trener Marek Papszun, ale forma sportowa Medalików również jest godna podkreślenia. Jak w tym wszystkim odnajdują się kibice pod Jasną Górą? Zapytałem Roberta Parkitnego ze stowarzyszenia „Wieczny Raków”, który po raz drugi odpowiedział na nasze zaproszenie. Jednocześnie zachęcam do lektury naszej poprzedniej rozmowy, w której poruszyliśmy wiele tematów związanych z historią Rakowa i naszych pojedynków.

Meczem w Częstochowie otwieramy rundę rewanżową. Jak podsumujesz postawę Rakowa w pierwszej części sezonu?
Na początku Raków stracił, ale później odrobił i teraz nasze miejsce jest mniej więcej takie, jak należy. Natomiast z kilku względów była to dla nas ciężka runda, stąd wiele osób wyraża się o Rakowie negatywnie, nie mając pełnej wiedzy o tym, co tak naprawdę dzieje się w klubie. Ja nie mam potrzeby mówić i pisać o wszystkim tylko po to, aby zebrać dodatkowe lajki. Przede wszystkim kadra nie była odpowiednio zestawiona, aby łapać punkty na wszystkich frontach. Niektórzy powiedzą, że doszły duże nazwiska, takie jak Bulat, Diaby-Fadiga czy Konstantópoulos, mimo to na początku nie grało to, jak należy. Moim zdaniem drużyna potrzebowała czasu, aby wszystko mogło się zazębić. Zmian w kadrze było dużo, do tego doszły kontuzje, dlatego początek sezonu był ciężki. W pewnym momencie pojawiały się nawet głosy nawołujące do zwolnienia trenera, ale kryzysy trzeba przezwyciężać i cała sztuka polega na tym, aby w takich momentach karta się odwróciła. Nam się to udało i dziś idziemy jak burza w Europie, a w lidze też wyglądamy coraz lepiej. Uważam, że tę rundę zakończymy jeszcze dwoma zwycięstwami, niestety m. in. waszym kosztem. Koniec końców runda jesienna w naszym wykonaniu była dobra, natomiast jako kibic polecam krytycznie podchodzić do informacji podawanych w Internecie. Czasem spotykam się z opiniami, że ktoś nie pamięta tak słabego meczu, odkąd kibicuje Rakowowi – wtedy wiem, że nie mamy o czym rozmawiać, bo sam doskonale pamiętam ciężkie czasy w naszej całkiem niedawnej historii.

A co sądzisz o formie GieKSy?
Wydaje się, że ten sezon jest dla was cięższy niż poprzedni, w roli beniaminka. Z drugiej strony takie mecze jak pucharowy z Jagiellonią pokazują, że w waszej drużynie jest potencjał i gdybyś zapytał mnie o kandydatów do spadku, to nie wskazałbym w tym gronie GieKSy. Myślę, że te niegdyś „ulubione” przez was pozycje 8-12 w 1. lidze są teraz w waszym zasięgu, jeśli chodzi o Ekstraklasę. Natomiast z zachwytem obserwuję kibicowski boom na GieKSę, spowodowany m.in. nowym stadionem. Miałem okazję być w waszym sklepie „Blaszok”, który wygląda okazale, co chwilę przychodzili ludzie nie tylko na zakupy, ale też pogadać i zapytać o bieżące sprawy. Gdyby taki stadion jak wasz powstał w Częstochowie, to również byłby to dla nas impuls do kibicowskiego rozwoju.

Pytając o GKS w tym sezonie, przeważały opinie, że głównym powodem słabszej formy na początku sezonu był transfer Oskara Repki. Jak ten zawodnik odnalazł się pod Jasną Górą?
Pierwsze wejście Repki do zespołu było bardzo dobre. Z czasem nieco przygasł, być może z tego względu, że Marek Papszun wymaga więcej niż w większości innych klubów, nie tyle w kwestii samego zaangażowania na boisku, ale przede wszystkim całej otoczki. Była taka sytuacja po naszym meczu z Górnikiem, przegranym u siebie 0:1, który był chyba najsłabszy w całej rundzie: gra była fatalna i gdy po meczu trener nie przebierał w słowach, to mocno oberwało się m. in. Repce. Oskar wylądował na ławce i było to trudne zderzenie z rzeczywistością Marka Papszuna. Być może w GieKSie wyglądało to inaczej – po porażce trener reagował w inny sposób, jak przystało na beniaminka, natomiast w Rakowie wylicza się każdy błąd. Sam nie zwracam dużej uwagi na aspekty piłkarskie, ale czytałem opinie, że w ostatnim meczu ze Śląskiem Repka był jednym z naszych najsłabszych ogniw. Dla mnie jest to piłkarz z ogromnym potencjałem, pozostaje jednak pytanie, czy na dłuższą metę dopasuje się do naszego stylu gry. Z drugiej strony za chwilę w Rakowie będzie nowy trener, więc rola Repki też może się zmienić.

Jest też piłkarz, który kiedyś próbował podbić Częstochowę, a dziś nie wyobrażamy sobie bez niego GieKSy. Uważasz, że patrząc na obecną formę Bartosza Nowaka, odpuszczenie go przez Raków było błędem?
Przede wszystkim Bartek jest fajnym człowiekiem – otwartym, uśmiechniętym, radosnym. Widać, że gra sprawia mu przyjemność. Trudno uważać jego transfer za błąd. Kiedyś przygotowałem dla trenera statystykę zawodników, którzy nie sprawdzili się w Rakowie – większość wylądowała w 2. lub 3. lidze. Tacy jak Nowak są wyjątkami, ale nie znam dokładnie kulis jego odejścia – może sam na to nalegał, a może naciskał agent. Ja widziałbym Bartka w Rakowie, ale w tamtym czasie rywalizacja na jego pozycji była ogromna. Ponadto czasem po prostu tak jest, że w jednym klubie zawodnik gaśnie, a gdzie indziej, przy innym trenerze rozkwita i taki transfer okazuje się strzałem w dziesiątkę.

Gdy pojawiła się informacja, że Papszun wraca, miałem mieszane uczucia, zastanawiając się, czy jest szansa po raz drugi napisać tę samą historię” – to twoje słowa z naszej poprzedniej rozmowy. Wszystko wskazuje na to, że twoje obawy były słuszne.
Mimo całego zamieszania, jakie od kilku tygodni trwa w Częstochowie, z Markiem Papszunem wciąż mam dobre relacje. Po jednym z ostatnich meczów porozmawiałem trochę dłużej z trenerem i poznałem jego punkt widzenia oraz odczucia co do obecnej sytuacji w klubie. Dlatego teraz, gdy spotykam się z innymi kibicami i słucham niepochlebnych opinii na temat trenera, to staram się tonować nastroje. Trener Papszun nie jest idealny ani bezbłędny, ale takie sprawy często mają drugie dno i nie inaczej jest w tym przypadku.

Po ewentualnym odejściu Marek Papszun zachowa status legendy?
Pod koniec jego pierwszej kadencji byłem wśród inicjatorów uroczystego pożegnania trenera w naszym kibicowskim lokalu, wręczyliśmy mu też piłkę z napisem „trener – legenda”. Żegnaliśmy go jak króla, tymczasem niedługo później on wrócił. To dowód na to, że zarząd nie był przygotowany na jego odejście, decydując się na Dawida Szwargę. Poza tym nastroje byłyby inne, gdyby w poprzednim sezonie Raków zdobył mistrzostwo. Nie każdemu pasuje praca z Markiem Papszunem, ale trzeba pamiętać, że w tym, co robi, jest profesjonalistą i nawet w sytuacji, gdy jedną nogą jest w Legii, to jego piłkarze wychodzą na boisko przygotowani i wygrywają kolejne mecze. Po pamiętnej konferencji wielu w to zwątpiło – pojawiły się głosy, że piłkarze będą grać przeciwko trenerowi. Z kolei po wysokich zwycięstwach z Rapidem i Arką ci sami ludzie mówili: wygrali, bo chcieli zrobić na złość Papszunowi. Można oszaleć…

Po deklaracji trenera o chęci trenowania Legii studziłeś na Twitterze gorące głowy częstochowskich kibiców. Jakie uczucia dominują – zawód czy zrozumienie?
Zdecydowanie negatywnie odebrano tę wypowiedź trenera, przede wszystkim co do miejsca i czasu. Natomiast ja patrzę na to w inny sposób. Owszem, trener mógł to rozegrać inaczej, ale z drugiej strony, gdyby tego nie zrobił, a niedługo później wypłynęłaby informacja o jego przejściu do Legii, to spotkałby się z zarzutem, że nas zdradził i ukrywał prawdę. Wszyscy wiemy, że Papszun jest Legionistą, warszawiakiem i prowadzenie stołecznych zawsze było jego marzeniem. W Częstochowie zrobił kawał dobrej roboty, dlatego nie widzę w jego słowach aż tak dużej sensacji, jak przedstawiają to media.

Kwestia „transferu” Papszuna do Legii jest już oficjalna?
Nie mam pojęcia. Oficjalne jest porozumienie Rakowa z Łukaszem Tomczykiem – trenerem Polonii Bytom. Było już wiele wersji rozwoju sytuacji, natomiast jeśli miałbym obstawiać, to moim zdaniem Papszun zostanie w Częstochowie do końca rundy (kilka godzin później taką informację podał Tomasz Włodarczyk w serwisie meczyki.pl – przyp. red.).

W ostatnich tygodniach forma zarówno Rakowa, jak i GKS-u wyraźnie poszła w górę. To, co jeszcze nas łączy, to lanie od ostatniego w tabeli Piasta Gliwice. Jak do tego doszło w Częstochowie?
Na ten temat nie powiem zbyt wiele, bo choć w ciągu ostatnich 18 sezonów opuściłem zaledwie siedem domowych meczów Rakowa, to właśnie z Piastem był jeden z nich. Ani go nie oglądałem, ani też nie analizowałem tej porażki. Po pierwsze, Daniel Myśliwiec jest dobrym trenerem i szybko odcisnął swoje piętno na drużynie, a po drugie liga jest mega wyrównana i nawet tak niskie miejsce w tabeli jak Piasta nie znaczy, że nie potrafią się odgryźć. Inna sprawa, że Rakowowi zawsze lepiej gra się z drużynami z czołówki – nie wiem, czy to kwestia motywacji, czy czegoś innego. Mimo że Piast zdobył 6 punktów z naszymi drużynami, to uważam, że w końcowym rozrachunku znajdzie się mimo wszystko w trójce spadkowiczów.

Jeśli natomiast chodzi o czołówkę ligi, to wielokrotnie podkreśla się w mediach postawę Jagiellonii, która dobrze prezentuje się we wszystkich rozgrywkach. Tymczasem Raków radzi sobie równie dobrze, o ile nie lepiej, bo w przeciwieństwie do Jagi nadal ma szansę na Puchar Polski. Cele na ten sezon pozostają niezmienne?
Zdecydowanie. Zarówno trener, jak i piłkarze zarabiają takie pieniądze, że nie ma innego celu jak mistrzostwo. Pochwały dla Jagiellonii przypominają mi laurki dla Rakowa przy okazji marszu z 1. ligi do Ekstraklasy – jak to wszystko było doskonale poukładane. Jaga wygląda nawet lepiej – ogromny stadion, odpowiednie zaplecze infrastrukturalne i kibicowskie. Z kolei Raków jest w Polsce wyśmiewany przede wszystkim za brak stadionu. Mieliśmy swoje pięć minut zachwytów w mediach, a teraz każdy gorszy moment jest dodatkowo rozdmuchiwany. Nic się jednak nie zmienia: zarówno mistrzostwo, jak i Puchar Polski są dla nas mega ważne. Do tego jak najdłuższa gra w Lidze Konferencji. Po to sztab liczy tylu ludzi, by odpowiednio przygotować zespół do wszystkich rozgrywek, a wyniki muszą przyjść. Tym bardziej że w Pucharze robi się powoli autostrada do finału.

Musicie tylko uważać, by nie utknąć na bramkach z napisem „GKS Katowice”, ale przy odpowiednim zrządzeniu losu być może jeszcze będzie okazja o tym porozmawiać. Tymczasem skupiacie się na lidze i rozgrywkach europejskich. Czujecie się już w Sosnowcu jak u siebie?
W żadnym wypadku. Nie było tak ani w Bełchatowie, ani teraz w Sosnowcu. Trzeba być wdzięcznym włodarzom obu miast, że Raków miał gdzie grać, ale nie da się czuć dobrze poza Częstochową. Niby to tylko 60 kilometrów, ale każdy mecz w Sosnowcu bardziej przypomina bliski wyjazd niż mecz u siebie. Ciężko przyciągnąć tłumy na takie mecze, szczególnie tych najmłodszych – w Częstochowie byłoby to dużo prostsze. Sam stadion jest kapitalny do oglądania meczu, natomiast u siebie będziemy tylko w Częstochowie, choć na ten moment jest to nierealne. I pewnie w ciągu najbliższych lat się to nie zmieni.

Mimo że spodziewam się odpowiedzi, to i tak zadam ci to samo pytanie, co ostatnio: co nowego dzieje się w sprawie stadionu dla Rakowa?
Odpowiadam tak samo: nic się nie dzieje. Jakieś rozmowy się toczą, ale dopóki nie zobaczymy łopat na terenie budowy, to nie uwierzymy w żadne obietnice. Nie da się ukryć, że blokuje to rozwój klubu i Marek Papszun musi czuć to samo. Za każdym razem słyszy od prezesa, że rozmowy z Miastem są w toku – po pięciu czy sześciu latach można mieć już tego dość.

W poprzednim sezonie typowałeś gładkie 3:0 dla Rakowa w Częstochowie, tymczasem mecz potoczył się zupełnie inaczej.
Rzeczywiście, mój typ się nie sprawdził i po meczu śmiałem się w duchu, co ze mnie za znawca. Moim zdaniem tym meczem przegraliśmy mistrzostwo Polski, więc po czasie zabolało podwójnie. Szczególnie nie lubię przegrywać z Legią, Widzewem czy Lechem, a tutaj przyszła porażka z beniaminkiem. Mówi się trudno, bo takie wpadki się zdarzają. Myślę, że w najbliższą niedzielę 3:0 dla nas już musi być. Raków jest w gazie, a GieKSa będzie delikatnie podmęczona pojedynkiem z Jagiellonią, który musiał was sporo kosztować. Raków też co prawda grał ze Śląskiem, ale moim zdaniem wyglądało to trochę tak, jakby grał na pół gwizdka. Dlatego forma fizyczna będzie działać na naszą korzyść.

Wiem, że byłeś na Nowej Bukowej w pierwszej kolejce tego sezonu. Jak wrażenia?
Jak wspominałem w naszej poprzedniej rozmowie, tylko raz miałem okazję być na starej Bukowej – załapałem się na ostatni wyjazd w ubiegłym roku. W tym sezonie wiedziałem, że z powodu narodzin dziecka będę musiał odpuścić część wyjazdów, dlatego ucieszyłem się, że do Katowic jechaliśmy na samym początku i zdążyłem się do was wybrać. Miałem podobne odczucia jak z meczu w Lublinie – imponujący stadion, wszyscy ubrani na żółto, mnóstwo ludzi i kapitalny doping. Wielokrotnie podkreślałem, że doping ekip ze Śląska, takich jak GieKSa czy Górnik, to ścisły top w Polsce. Co do samego meczu to nie powiem za wiele, bo nie należę do tych, którzy szczególnie skupiają się na analizie boiskowych wydarzeń, najważniejsze było zwycięstwo 1:0. Cały wyjazd wspominam więc bardzo dobrze, z wyjątkiem incydentu z rozpylonym gazem, który wprowadził trochę zamieszania.

Kontynuuj czytanie

Kibice Klub Piłka nożna

Puchar Polski dla wyjazdowiczów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wczoraj klub GKS Katowice ogłosił, że wszyscy wyjazdowicze (a było ich aż 1022!), którzy pojechali na mecz do Białegostoku, mają w systemie biletowym przypisany voucher, który można wymienić na darmowy bilet na pucharowe spotkanie z Jagiellonią.

Jak informuje na swojej stronie internetowej klub (tutaj): Wyjazdowicze na swoich profilach w Systemie Biletowym GieKSy otrzymali voucher rabatujący cenę biletu na mecz pucharowy do 0 zł. Z prezentu można skorzystać już teraz! Voucher nie obejmuje biletów parkingowych oraz VIP. Co ważne, jeśli któryś z wyjazdowiczów nabył już wcześniej bilet na mecz pucharowy, to wówczas może wykorzystać voucher przy zakupie biletu na mecz innej sekcji GKS-u w 2025 r.

To kolejny miły gest ze strony klubu w kierunku najwierniejszych kibiców GieKSy. Już w niedzielę, zaraz po decyzji o niegraniu, piłkarze GieKSy podeszli pod sektor gości, a część z nich się na nim znalazła. Tam podziękowali fanatykom za tak liczną obecność, wspomnieli, że zawsze grają w „12” i dziś też chcieli dla nas wygrać. Oprócz tego rozdali swoje koszulki najmłodszym kibicom GKS Katowice, którzy wybrali się do Białegostoku. O tej sytuacji piszą więcej sami kibice na Facebooku (tutaj).

Przypomnijmy, że mecz z Jagiellonią zostanie rozegrany w czwartek 4 grudnia o 17:00 na Arenie Katowice. Na ten mecz NIE obowiązują karnety – wszyscy kibice muszą zakupić bilety (lub wykorzystać wspomniany wcześniej voucher). Bilety dostępne są w internetowym systemie (tutaj).

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Nowa Bukowa pisze swoją historię

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Gdy wydaje nam się, że i tak dużo przeżyliśmy w tym roku, GieKSa dokłada kolejną cegiełkę. Do wspomnień. Do historii. Do legendy. Rok 2025 to kolejny, który będziemy mogli wspominać z rozrzewnieniem i dumą. To nie jest jeszcze podsumowanie, bo czeka nas niedzielny mecz z Rakowem Częstochowa. Ale to, jak szybko Nowa Bukowa zaczęła pisać swoją historię, jest po prostu ewenementem. Ten stadion to już nie nowość i ciekawostka. To miejsce, w którym JUŻ przeżyliśmy piękne chwile, o których będziemy pamiętać na zawsze.

Wczorajsze późne popołudnie i wieczór było magiczne. Nie pamiętam tak głośnych i długich podziękowań i świętowania po meczu. Mimo mniejszej niż na meczach ligowych frekwencji było w tym tyle esencji, a euforia utrzymująca się po bramce Bartosza Nowaka była ciągle wyczuwalna. Nasz zespół osiągnął naprawdę wielki sukces ogrywając – nie waham się tego określenia użyć – obecnie najlepszą drużynę w Polsce. Tak, Jaga mimo chwilowego zawahania (które i tak nie jest naznaczone porażkami), jest w mojej opinii najlepiej i najrówniej grającą drużyną naszej ekstraklasy. I co najlepsze – GieKSa wygrała ten mecz zasłużenie. Znów żelaznym realizowaniem taktyki i przede wszystkim efektywnością w działaniu. Piłkarze Jagi dwoili się i troili próbując wejść w nasze pole karne, a wręcz bramkowe, ale zaraz mieli naprzeciw siebie gąszcz nóg i tułowi katowickich rywali. Nasi piłkarze byli jak smok, któremu w momencie obcięcia jednej nogi (czytaj minięciu jednego przeciwnika), wyrastały trzy nowe. Przez to Jaga nie stworzyła sobie bardzo klarownych sytuacji. Było kilka zamieszań, kilka strzałów z dystansu, kilka interwencji Strączka. Ale summa summarum, podobnie, jak w meczu z Pogonią, zagrożenia wielkiego z tej ofensywy Jagi nie było.

Pan Piłkarz Bartosz Nowak… Boże. Przecież to jest obecnie najlepszy piłkarz ekstraklasy. Inteligencja i efektywność tego zawodnika sprawia, że śmiało może on kandydować do najlepszego piłkarza GKS w ostatnim dwudziestoleciu. Przy czym nie mówimy tu o dorobku, długiej grze, tylko walorach czysto piłkarskich. Uważam, że od czasu Przemysława Pitrego nie mieliśmy tak dobrego zawodnika, tyle że Bartek i od tego zawodnika jest dużo lepszy. To inny poziom, inna liga. Cieszmy się, że mamy takiego piłkarza w swoich szeregach. W poprzednim sezonie trochę kręciliśmy nosem, bo choć zawodnik imponował swoimi niekonwencjonalnymi zagraniami i również był efektywny, zaliczał asysty, to jakoś mieliśmy wrażenie, że jest tego za mało, jak na jego potencjał. Teraz ten potencjał wybuchł ze zdwojoną siłą. Zawodnik jest to wprost doskonały i dla takich ludzi dzieci zaczynają się interesować piłką nożną i wieszają plakaty nad łóżkiem. Po prostu mistrz.

W wywiadzie dla GieKSaTV Bartek powiedział, że pierwsza bramka to w zdecydowanej większości zasługa Marcela Wędrychowskiego. Mam z tym stwierdzeniem problem, bo zgadzam się, ale nie do końca. To znaczy uważam, że większość zasługi w tym golu jest i Marcela, i Bartka. Wiem, że to wbrew logice, ale trudno. Zaraz się skupię na Marcelu, ale to co zrobił Bartosz tym minięcie na spokoju przeciwnika to też był majstersztyk. Przecież gdyby uderzył od razu, ryzykowałby trafieniem w blokujących przeciwników. A tak zamarkował strzał, nawinął i już nie miał żadnych przeszkód, by trafić do siatki. To był jego kunszt. Wielu piłkarzy stosuje nadmierne dryblingi, nawet w takich sytuacjach, ale często są one zupełnie bez sensu. Tutaj było to działanie w ściśle określonym celu – zwiększenia prawdopodobieństwa zdobycia bramki. I to się udało perfekcyjnie.

W pierwszej połowie Bartek często stosował taki subtelny pressing, próbował przewidzieć błąd rywala, więc gdy Piekutowski miał piłkę, robił taki ruch, to w lewo, to w prawo, by ewentualnie przeciąć piłkę. Dosłownie pomyślałem sobie wtedy, że mało prawdopodobne jest, że coś takiego się uda, ale po chwili przyszła druga myśl: Pan Piłkarz Bartosz Nowak wie, co robi i skoro tak robi, to jest duża szansa, że w końcu będzie z tego efekt. I choć nie bezpośrednio, to jednak taki błąd przeciwnika wykorzystał właśnie Marcel Wędrychowski. To jak katowicki De Bruyne wyczuł i doskoczył do golkipera gości, to też była klasa. Liczyła się szybkość. I oczywiście geneza tego gola jest po stronie Marcela. A potem był już kunszt Nowego.

W ataku zagrał tym razem Ilja Szkurin. Zawodnik przepychał się z rywalami, walczył. Sytuacji przez sporą część meczu nie miał. Ale jak już przyszło do pokazania swoich umiejętności, to i tu Białorusin spisał się świetnie. Najpierw świetne przyjęcie klatką, potem asysta oczywiście od Nowaka, no i pozostało już pewne wykończenie. Choć przyznam, że bardziej niż ten gol, podobało mi się zachowanie Ilji, przy golu na 3:1. Poszedł jak ten dzik na Vitala i już sam nie wiem, czy nasz zawodnik dziubnął tę piłkę czy rywal, ale ta agresja to było coś wspaniałego i doprowadziła ona do tego, że piłka trafiła pod nogi Nowaka, a ten – znów w wybitny sposób – strzelił niczym bilą do łuzy. W ogóle mam wrażenie między Szkurinem, a Nowakiem jest jakaś chemia, to jak współpracują i cieszą się wspólnie po bramkach, ten uśmiech na ustach i radość – coś pięknego. A Ilja w ogóle jeszcze punktuje u mnie dodatkowo tym, że ma kota – ale to już prywata 😉

Około 80. minuty byłem też pod wrażeniem jednej rzeczy i bardzo ceniłem nasz zespół. Mianowicie za to, że nie cofnęliśmy się do głębokiej defensywy. Oczywiście kilka razy byliśmy bardzo głęboko, bo Jaga rzuciła na nas wszystkie siły, do Imaza dołączyli Pululu czy Pietuszewski i mając dwubramkową stratę, logicznym było, że ruszą na nas. I czasem zakotłuje się w polu karnym. Jednak GieKSa starała się jak tylko mogła oddalić grę i dość często to się udawało. Ceniłem to dlatego, bo nieraz w takiej sytuacji zespoły cofają się już na stałe w swoją szesnastkę i tylko czekają na wymiar kary. Zamiast po prostu grać swoje. Powiedziałem sobie wtedy w duchu – właśnie w tej 80. minucie – że jeśli GKS straci dwa gole, to nie będę miał żadnych pretensji za ten sposób gry, bo ostatecznie to zmniejsza ryzyko utraty bramek, a nie zwiększa. Ostatecznie Jagiellonia strzeliła gola z rzutu karnego, bo Rafał Strączek w drugim meczu z rzędu znokautował rywala (poprzednio Kuuska, teraz Pozo), ale to była jedyna bramka gości w tym spotkaniu. I Rafał się do tego przyczynił również, broniąc dobrze i pewnie.

Ten mecz miał kilka analogii ze spotkaniem z ekstraklasy z poprzedniego sezonu. Znów wygraliśmy 3:1. Znów gola strzelił Pululu. I znowu katowiczanie zdobyli bramkę po fatalnym błędzie rywali w wyprowadzaniu piłki. Wtedy Nowak odebrał piłkę Halitiemu i gola strzelił Adrian Błąd, tym razem to Nowy był egzekutorem po świetnym odebraniu od Piekutowskiego. I znów euforia.

Dodajmy, że to już druga bramka w tym sezonie, w której nasz piłkarz odbiera piłkę bramkarzowi przeciwnika. W Płocku Rafałowi Leszczyńskiemu futbolówkę sprzed nosa zgarnął Marcin Wasielewski. Pressing się opłaca!

Nie zapominajmy też o świetnej defensywie naszej drużyny. To była kontynuacja gry z meczu z Pogonią. Poświęcenie, żółty (w tym przypadku czarny) mur naszych piłkarzy, wślizgi, bloki i wybloki. To co było naszym mankamentem na początku sezonu, w dwóch ostatnich meczach stało się chlubą. Nasz zespół znakomicie gra w obronie. A jeśli dołożymy do tego fakt, że nie opieramy się tylko na kontrach, tylko budujemy ciekawie swoje akcje ofensywne, można powiedzieć, że rozwój tej drużyny trwa w najlepsze.

Kolejnym naszym problemem były tracone nałogowo bramki do szatni. Już o tym zapomnieliśmy, choć Pululu akurat trafił na kilka minut przed końcem. Ale ostatnio mamy mecze na zero z tyłu, tych goli do szatni też po prostu nie zaliczamy. A tymczasem trend się odwrócił. Gdy ja się cieszyłem, że mamy spokojne 0:0 do przerwy i jedna minuta doliczona, GieKSa przeprowadziła swoją skuteczną akcję. Dla mnie to był totalny bonus, bo mentalnie byłem przy remisie do przerwy. A potem w doliczonym czasie całego meczu Bartosz ponownie strzelił gola.

Euforia po tej bramce była niebywała. Z wszystkich spadło ciśnienie. Te okrzyki „GKS! GKS!” i „Loooo, lolo loooooooo” po bramce przypominały stare czasy, jeszcze z lat 90., kiedy właśnie tak celebrowało się bramki. Absolutnie piękna sprawa.

Trener oczywiście na konferencji jest „oficjalny”, więc gdy zapytałem go, czy ma satysfakcję, że utarli nosa Jagiellonii za ten mecz ligowy, który się nie odbył powiedział, że nie rozpatruje tego w takich kategoriach. Za to my, jako kibice możemy – bo to też jest kwintesencja kibicowania, takiego bym powiedział w stylu angielski, czyli takie prztyczki, docinki. Więc troszkę Jaga dostała za swoje za to, że nie przygotowali boiska i lekceważąco podeszli zarówno do naszej drużyny, jak i kibiców, którzy do Białegostoku przyjechali. Chytry traci. Więc nie było co kombinować, trzeba było w tamtą niedzielę zagrać. Choć może Jaga wiedziała, co ją czeka i po prostu się bała?…

Myślałem o takim performancie, żeby trenerowi Siemieńcowi wręczyć łopatę do odśnieżania po meczu, ale stwierdziłem, że nie będę takich cyrków robił, choć wydaje mi się to całkiem zabawne (ach, pamiętny Puchar Pepco). Jednak nawet gdybym już miał sprzęt przygotowany, to w ostatniej chwili bym zrezygnował. Widząc przybitego trenera gości, włączyłaby mi się empatia i po prostu bym mu już nie dowalał. Poza tym mógłbym z tej konfrontacji nie wyjść żywy 😉

Jesteśmy w ćwierćfinale. Po raz pierwszy od 21 lat. W końcu po latach upokorzeń, kompromitacji i pucharowych dramatów, przeszliśmy już trzy rundy i zagramy na wiosnę w tych rozgrywkach. Czy znów naszym przeciwnikiem będzie ekipa z ekstraklasy? A może jakaś drużyna z niższej ligi? W ósemce znalazły się Avia Świdnik, Zawisza Bydgoszcz i Chojniczanka. To byłyby bardzo ciekawe opcje. W każdym razie droga na Narodowy zrobiła się realna. Trzeba będzie walczyć o to ze wszystkich sił.

W niedzielę Raków. Na zakończenie roku. GKS Katowice ma obecnie sześć zwycięstw w siedmiu ostatnich meczach. Bilans to znakomity. Trochę osób wieszczyło, że po porażce z Piastem w pozostałych spotkaniach nie zdobędziemy już żadnych punktów, że wszystko przegramy. Tymczasem mecz w Białymstoku się nie odbył, a potem z Pogonią i Jagą GKS po bardzo dobrej grze odniósł zwycięstwa. Naprawdę – wierzmy w tę drużynę.

Oczywiście z Rakowem łatwo nie będzie, bo piłkarze Marka Papszuna złapali dobry rytm. Odprawili z kwitkiem Rapid Wiedeń i Arkę strzelając im po cztery gole, wyeliminowali także Śląsk Wrocław. Więc przeciwnik jest trudny, ale przecież w lutym pokonaliśmy go w Częstochowie. A GieKSa jest na tyle w dobrej dyspozycji, że nie ma powodów, by nie wierzyć, że przy Limanowskiego nasz zespół nie jest w stanie grać o zwycięstwo.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga