Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: zwyciężają ci, którzy nie tracą wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Dzięki zwycięstwu nad Cracovią Śląsk Wrocław wygrzebał się wreszcie z dna ligowej tabeli. Droga do utrzymania wciąż jest jednak długa i wyboista. Kolejny krok w tym kierunku wrocławianie będą chcieli postawić w Wielką Sobotę w meczu z GieKSą, jednak my nie zamierzamy ułatwiać im zadania. Czy we Wrocławiu wciąż tli się nadzieja na utrzymanie? Jakie argumenty przemawiają za tym, aby to właśnie Śląsk uniknął degradacji? Na te pytania odpowiedział nam Piotr Potępa z redakcji serwisu iGol.pl.

Przez większość sezonu Śląsk świeci się w tabeli na czerwono, próbując wydostać się z zagrożonej strefy. Czy to się jeszcze może udać?
Wierzę, że jak najbardziej może, szczególnie patrząc na ostatnie wyniki Śląska. We Wrocławiu krąży powiedzenie, że zwyciężają tylko ci, którzy nie tracą wiary. Z drugiej strony sam muszę przyznać, że był moment, kiedy zwątpiłem w utrzymanie – pod koniec rundy jesiennej, kiedy prowadzący drużynę trenerzy Michał Hetel i Marcin Dymkowski nie mogli się ze sobą dogadać. Dopiero gdy pojawił się Ante Šimundža i zaczął wprowadzać swoje porządki, ta nadzieja do mnie wróciła. W ostatnim czasie po zespole widać już w pełni rękę trenera, który wie, co chce osiągnąć, a jego nastawienie przekłada się na postawę piłkarzy. Na korzyść Śląska przemawia również fakt, że rywale do utrzymania obecnie nie imponują formą.

W tabeli rundy wiosennej Śląsk jest ósmy, jeden punkt za GKS-em. Mogłoby być lepiej, jeśli marzycie o utrzymaniu.
Od początku rundy liczyliśmy, ile punktów potrzebuje Śląsk, aby się utrzymać, ale równie istotna jest kwestia, jak punktują bezpośredni przeciwnicy w walce o utrzymanie. Tymczasem Stal Mielec wygląda obecnie fatalnie, Lechia punktuje w kratkę, a w jej przypadku większym problemem może być uzyskanie licencji na kolejny sezon. Dużą niewiadomą jest postawa Puszczy, która wiele meczów przegrywa, ale potrafi też przepchnąć korzystny wynik przypadkowym golem.

Nadzieją dla Śląska jest więc jego siła czy słabość rywali?
Myślę, że jedno i drugie, bo słabość rywali może być decydująca, ale sam Śląsk jest obecnie na fali wznoszącej. Nasza gra jest w końcu poukładana i widać w tym pomysł trenera, który znalazł wśród zawodników wykonawców swoich założeń. Coraz więcej do gry wnoszą gracze sprowadzeni zimą przez Rafała Grodzickiego. Śląsk ma wreszcie napastnika, który strzela gole, pomocnika, który bierze na siebie odpowiedzialność za rozgrywanie piłki i lewego obrońcę, który zabezpiecza grę na tej pozycji. Wierzę, że to zadziała i Śląsk będzie punktował jak należy, ale równie dobrze może się okazać za późno na odrobienie strat.

Wiary w utrzymanie kibicom chyba nie brakuje?
To, że kibice wierzą w pozytywny finał tego sezonu, pokazuje bardzo dobra frekwencja. Pomimo ostatniego miejsca w tabeli i beznadziejnego startu w rundzie wiosennej, trybuny zawsze wypełniają się na przyzwoitym poziomie. Kibicom udziela się mental drużyny, która pokazuje, że nie można pękać, tylko robić swoje.

Od naszego poprzedniego meczu w waszym klubie wiele się zmieniło pod względem personalnym, począwszy od prezesa, na trenerze kończąc. Czy są to zmiany na lepsze?
Od lutego w klubie jest nowy prezes – Michał Mazur, który w Śląsku jest odkąd pamiętam, najpierw w roli rzecznika prasowego, a potem dyrektora zarządzającego. Zna więc klub od podszewki. Jest też nowy dyrektor sportowy. Rafał Grodzicki, który – jak się niedawno okazało – mimo że wykonał zimą całkiem dobrą robotę, to po sezonie pożegna się ze stanowiskiem. Szykują się więc kolejne zmiany i często zwracamy na to uwagę, że w Śląsku brakuje ciągłości działania według długofalowego planu. Trudno mówić o rozwoju, gdy co pół roku dochodzi do roszad na kluczowych stanowiskach. Doskonale skomentował to na Twitterze nasz kibic Breslavia pisząc, że „prawdopodobnie najgorsze, co dotyka Śląsk to fakt, że tymczasowi ludzie zawsze dostają narzędzia do snucia swoich długofalowych wizji, które zawsze, tak jak ci tymczasowi ludzie, kończą się szybko”.

Do rundy wiosennej Śląsk przystąpił pod okiem nowego trenera. Nie postawiliście ani na „strażaka”, ani na klubową legendę, jak to zwykle bywa, gdy robi się gorąco. Ekstraklasę dla Wrocławia próbuje ratować Słoweniec Ante Šimundža.
Zatrudnienie trenera z zagranicy to bardzo duże ryzyko. Šimundža jest wyborem spoza trenerskiej karuzeli, i to wyborem nie tanim. Od początku jednak przemawia za nim jakość, której efekty widać obecnie. Piłkarze mają duży respekt do Šimundžy, który wymaga od nich dyscypliny i takiego podejścia obecnie potrzebujemy. Trener potrafi wyciągnąć z zawodników to, co najlepsze – piłkarze, którzy za poprzednich szkoleniowców byli dalecy od odpowiedniej formy fizycznej i mentalnej, teraz grają na miarę swoich możliwości. Dlatego uważam, że ryzyko związane z zatrudnieniem trenera spoza naszej bańki opłaciło się.

Patrząc na zimowe wzmocnienia, przestaliście w końcu tęsknić za Erikiem Exposito?
W dalszym ciągu wracamy w rozmowach do Exposito, ale ostatnio bardziej w kontekście porównania z Assadem Al-Hamlawim. Sam widzę kilka podobieństw, ale dostrzegam też u Assada jego własny styl i sportową ambicję. Nasz pomocnik Kuba Jezierski zdradził w rozmowie z dziennikarzem serwisu Slasknet.com, że Al-Hamlawi był niepocieszony, gdy z Motorem nie podtrzymał serii meczów ze zdobytym golem. Exposito był typem piłkarza, który potrzebował nad sobą „bata”, aby prezentować się z najlepszej strony. Gdy tylko dostawał za dużo luzu, od razu pojawiały się u niego problemy z formą czy też wagą. Al-Hamlawi wydaje się być zupełnie inny pod tym względem, bo sam stara się narzucać sobie ambitne cele i próbuje je realizować.

Analizując pozostałe transfery można powiedzieć, że drużyna jest mocniejsza niż jesienią?
Mimo że jestem pierwszym krytykiem Rafała Grodzickiego jako dyrektora sportowego, to muszę mu oddać, że zimą wykonał kawał dobrej roboty. Drużyna jest z pewnością mocniejsza niż jesienią, przede wszystkim dzięki transferowi hiszpańskiego pomocnika José Pozo. Co ciekawe, na żadnym etapie ten ruch nie wypłynął do mediów i dowiedzieliśmy się o nim dopiero z oficjalnego komunikatu klubu. Pozo jest prawdziwym mózgiem naszej drużyny. Jednym przyjęciem potrafi zwieść kilku przeciwników, po czym doskonale obsłużyć napastnika lub skrzydłowych. Według mnie to właśnie Pozo, a nie Al-Hamlawi, jest dziś kluczowym zawodnikiem Śląska.

Po ostatnim meczu gruchnęła informacja o problemach zdrowotnych Petra Schwarza.
Brak Schwarza to cios w serce tej drużyny. Można powiedzieć, że Pozo jest mózgiem Śląska, a Schwarz jego sercem. Kapitan pełną gębą, który nigdy nie odpuszcza. Rodzina piłkarza prosiła, aby nie roztrząsać tematu jego zdrowia na łamach mediów. Piotr Janas z Gazety Wrocławskiej informował jedynie, że do końca sezonu na pewno nie zobaczymy Schwarza na boisku. Jego brak to kolejna poważna przeszkoda na drodze do utrzymania. Jeżeli w takich okolicznościach uda się uratować Ekstraklasę, będzie to niebywałe osiągnięcie.

Na początku rundy na dłuższy czas wypadł z kolei Jakub Świerczok. Jak oceniasz tę stratę?
Osobiście od początku nie byłem fanem Świerczoka, przede wszystkim ze względu na zachowanie względem Śląska za czasów jego występów w Zagłębiu Lubin. Obecnie z gry eliminuje go poważna kontuzja zerwania więzadła krzyżowego, jednak niezależnie od tego większość naszych kibiców niespecjalnie za nim tęskni. Podobnie zresztą jest w przypadku Sebastiana Musiolika, który jest wystawiony na listę transferową.

Jeśli chodzi o napastników, to najlepszy obecnie na tej pozycji wychowanek Śląska gra w naszych barwach. Śledzisz losy Sebastiana Bergiera?
Z jednej strony możemy być dumni, że wychowaliśmy takiego napastnika, ale z drugiej nie przynosi nam chwały, że wypuściliśmy go z rąk. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Sebastian odchodził ze Śląska, bo nie był w stanie wygrać rywalizacji z Erikiem Exposito. Jako zawodnik urósł dopiero u was i to przede wszystkim wasza zasługa, że dziś jest jednym z najlepszych napastników w Ekstraklasie. Zawsze ciepło się o nim wypowiadam, bo to chłopak z Wrocławia, od dzieciństwa trenujący w Śląsku. Jego losy tak się jednak potoczyły, że musiał odejść, ale wszyscy życzymy mu jak najlepiej – niech się rozwija i strzela dużo goli, może z wyjątkiem najbliższego meczu.

Bergier nie zagrał przeciwko Śląskowi w Katowicach z powodu kontuzji. Ta strata była dla nas aż nazbyt odczuwalna, bo w zasadzie nie zagroziliśmy waszej bramce.
Szczerze mówiąc niewiele pamiętam z jesiennego meczu – musiał być na tyle słaby, że wyparłem go z pamięci. W sobotę liczę na lepsze widowisko i mam nadzieję, że przełamie się Assad Al-Hamlawi, strzelając jedną albo dwie bramki. Z drugiej strony spodziewam się, że Seba też trafi do siatki, bo zdarzało się już, że byli piłkarze Śląska strzelali gole dla rywali na stadionie we Wrocławiu.

Jaki scenariusz przewidujesz na nasz sobotni pojedynek?
Ze względu na sytuację w tabeli to gospodarzom powinno bardziej zależeć na wygranej, ale GKS ma już duży komfort, więc może grać otwarty futbol, bez murowania bramki. Zapowiada się więc ciekawy, otwarty mecz i liczę, że zobaczymy kilka goli. Gdybym miał typować wynik to postawię na 2:1 dla Śląska po dwóch trafieniach Assada i jednym Sebastiana.

Na sześć kolejek do końca sezonu Śląsk potrzebuje co najmniej trzech zwycięstw, by realnie myśleć o utrzymaniu. Na kim chcecie zdobyć te brakujące punkty?
Celujemy w pokonanie GKS-u, poza tym na pewno trzeba wygrać derby. Zwycięstwo z Zagłębiem pozwoli zarówno odrobić część strat do Miedziowych, jak i przede wszystkim zmazać plamę z jesiennego meczu w Lubinie. Szansy na trzy punkty upatrywałbym też w meczu z Górnikiem, który obecnie jest w przebudowie i może uda się to wykorzystać. Z Rakowem i Jagiellonią o zwycięstwo będzie niezwykle trudno, ale logika Ekstraklasy często działała na przekór faworytom. Nie chciałbym natomiast, aby o naszym losie decydował ostatni mecz z Puszczą w Niepołomicach. Po pierwsze prawdopodobnie nie będzie tam kibiców Śląska, po drugie obawiam się scenariusza, że mimo heroicznej walki w końcówce sezonu spadamy z ligi tracąc decydującego gola po wrzucie z autu.

Podobny jak teraz scenariusz na końcówkę sezonu Śląsk napisał dwa lata temu. Wówczas udało się urwać ze stryczka.
W ostatnich latach fani Śląska zdążyli przywyknąć do huśtawki nastrojów, jaką serwuje nam drużyna. Niezależnie od celów, o jakie walczymy, kibice zawsze są pełni entuzjazmu i wiary w końcowy sukces. Dwa lata temu, gdy równie rozpaczliwie broniliśmy się przed spadkiem, z inicjatywy redakcji Śląsknetu wielu ludzi związanych ze Śląskiem nagrało krótkie filmiki ze słowami otuchy dla zawodników i sztabu. Byli to między innymi Dalibor Stevanović, członek mistrzowskiej drużyny z 2012 roku, trener Vítězslav Lavička, Maciej Zieliński – legenda koszykarskiego Śląska, Sebastian Mila, Łukasz Gikiewicz i wielu innych. Teraz nastroje są podobne i całe wrocławskie środowisko będzie się w ten czy inny sposób wzajemnie motywować w walce o utrzymanie. Nie mam wątpliwości, że miejsce Śląska jest w Ekstraklasie i do końca będziemy wierzyć, że uda się osiągnąć ten cel.

Masz jakieś osobiste wspomnienia z meczów GieKSy?
Pochodzę z Tarnobrzega na Podkarpaciu i pamiętam z dzieciństwa mecze Siarki z GKS-em. Śledziłem też losy GieKSy w europejskich pucharach i pamiętam słynny mecz z Bordeaux. Z tamtej drużyny najbardziej lubiłem Adama Kucza i polowałem na jego autograf za każdym razem, gdy GieKSa przyjeżdżała do Tarnobrzega. Dla mnie był wcieleniem określenia „mały, ale wariat”.

Niedawno rozmawiałem z przedstawicielem Pogoni o przejęciu klubu przez Alexa Haditaghiego. Mówiło się, że ten inwestor przymierzał się również do objęcia sterów we Wrocławiu.
Informacja o chęci przejęcia Śląska przez Alexa Haditaghiego jest potwierdzona. Prowadzono z nim rozmowy, ale gdy miało dojść do podpisania klauzuli poufności i przekazania Haditaghiemu dokumentów finansowych klubu, pojawiła się opcja przejęcia Pogoni i ostatecznie nie doszło nawet do podpisania wspomnianej klauzuli. Rozmowy zakończyły się więc na wstępnym etapie, a Haditaghi wybrał Szczecin.

Jakie są dziś szanse na prywatnego właściciela w Śląsku?
Większość kibiców nie dowierza, że w ogóle dojdzie do prywatyzacji. Osobiście szczególnie śledzę ten temat i może nieco naiwnie wierzę, że w końcu uda się ten proces sfinalizować. Obecnie prowadzony jest zewnętrzny audyt i nowa wycena klubu – w Mieście zdali sobie chyba sprawę, że przeholowali w kwestii ostatniej wyceny Śląska na ponad 50 mln. Następnym krokiem ma być nowy przetarg na wyłonienie inwestora. Mówi się o kilku zainteresowanych podmiotach, ale na dziś niewiele o nich wiadomo.

W sobotę do Wrocławia wybiera się wyjątkowo liczna grupa kibiców z Katowic. Jak wygląda zainteresowanie meczem po stronie gospodarzy?
Na ten moment sprzedano ok. 12 tysięcy biletów. Nie jest to imponująca liczba, ale trzeba brać pod uwagę okres świąteczny, kiedy wielu kibiców wyjeżdża. Sam jestem poza Wrocławiem u rodziny i sobotni mecz obejrzę w telewizji. Zakładam, że na stadionie będzie ok. 15 tysięcy widzów. W całym sezonie Śląsk jest czwarty w Ekstraklasie pod względem frekwencji więc generalnie nie ma na co narzekać.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Post scriptum do Rakowa i Lecha

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Dwa wyjazdowe mecze za nami. Zapraszamy więc do tradycyjnego post scriptum. A potem już tylko Motor.

1. Na mecz z Rakowem, który miał być najważniejszym spotkaniem od dawna wybraliśmy się w 4 osoby – ja, Misiek, Kazik, Flifen. Jako że nie był to daleki wyjazd, mogliśmy wyjechać stosunkowo późno. Wiadomo – godzinka drogi i jesteśmy na miejscu.

2. Ciekawa zawsze jest to droga – wiadomo, najpierw autostrada, a potem jakieś lokalne drogi. Zawsze zastanawia się czy na tę ulicę Spalonienko czy jakoś tam wjeżdżają te wszystkie autoary przewożące piłkarzy.

3. Chyba nam ta mobilizacja mocno się udzieliła i organizm zareagował… odwrotnie. Bo dużo było… ziewania na trasie. Może tak czasem być, taka paradoksalna reakcja organizmu.

4. Ogólnie to widzieliśmy autokar Rakowa dojeżdżający na stadion. Oni też nie wiedzieli, w jakim widowisku przyjdzie im uczestniczyć.

5. O ile na poprzednich meczach w Częstochowie byliśmy dużo wcześniej, tym razem było to „zaledwie” jakieś półtorej godziny przed meczem. To spowodowało, że musieliśmy się z pewnymi ważnymi rzeczami sprężać.

6. Kazik chciał odpalić drona, żeby zrobić efektowne zdjęcia stadionu i pętli. Niestety jakieś zakłócenia w eterze spowodowały, że dron nie ruszył i musieliśmy zadowolić się zdjęciami naziemnymi. Potem drony latały nad stadionem i zrzucały piłki. Ciekawy pomysł.

7. Chcieliśmy szybko przemieścić się do budki z akredytacjami, ale… policja zablokowała główną ulicę. Casus podobnie jak na Cracovii. Bo zaraz mieli przyjechać kibice gości. Dlatego nie można było poruszać się wzdłuż ulicy.

8. Dodatkowo po przejściu na drugą stronę ulicy, też nie można było przejść. Policja więc kierowała przez jakiś park, potem przez jakieś domki i byliśmy naprzeciwko przejścia. Czekaliśmy, a wkrótce autokary z kibicami przejechały.

9. Szybko odebraliśmy akredytacje i mogliśmy wejść na stadion. Nie kombinowaliśmy już z VIP-ami tylko od razu udaliśmy się na nasze prawowite miejsca.

10. To znaczy, zanim poszliśmy na prasówkę, udaliśmy się do sklepiku klubowego. A potem już był jeden cel – tzw. gięta. Wiedzieliśmy, że przy jednym sektorze jest taka fajna krojona, z cebulką. Mieliśmy taki plan już od grudnia. Ale na następny sezon. Na Raków trafiliśmy jednak w Pucharze Polski.

11. W tym celu obeszliśmy ten stadion. Nie naśmiewając się, bo sami mamy nowy obiekt od niedawna, niektóre miejsca za trybunami wyglądają, jakby były przytwierdzone na trytytki. Ale są to trytytki mocne. Mnie się ostatecznie ten stadion podoba. W dobie tych wszystkich nowy – daje powiew dawnych czasów.

12. Obeszliśmy więc. Na koniec musieliśmy się wylegitymować, żeby wejść na miejsce sektorowe. I znaleźliśmy się pod kiełbasą.

13. No panie, powiem ci – klasyczek. Półtorej (?) chyba kiełby i mnóstwo cebulki takiej zgrillowanej, w duuuużych kawałach. Musztarda, bułeczka. Smakowite. Minusem był ogórek kiszony, który ani trochę nie był kwaśny.

14. Skierowaliśmy się z powrotem – już na sektor prasowy. To pierwszy stadion od powrotu do ekstraklasy, na którym zawitaliśmy po raz trzeci. Wiedzieliśmy więc co i jak – czym to się je. Nagrywka przedmeczowa i zajęliśmy miejsca. Takie bez stolików, ale z większą przestrzenią. Więc komputer wylądował na kolanach.

15. Najgorsze było podłączanie do kontaktu. Trzeba było uklęknąć i się schylić, co na tej kracianej posadzce przyprawiało o ból kolan. Ale dało radę i byliśmy podpięci.

16. Czekaliśmy na mecz. Gdzieś tam w międzyczasie mijałem Mateusza Borka i Grzegorza Mielcarskiego, którzy mieli komentować to spotkanie. Jeszcze nie wiedzieli, jakie emocje będą także ich udziałem.

17. Jakiż to był mecz. Mecz, który zapamiętamy na lata. To była wielka piłka. Dramaturgia, zwroty akcji i dla postronnego widza kapitalny mecz do oglądania. Objęliśmy prowadzenie po golu Jirki, a potem Jędrych podwyższył z rzutu karnego.

18. W przerwie więc mieliśmy dobre humory, ale czujność musiała być zachowana. To jeszcze przecież nie znaczyło, że meldujemy się w finale. Kibice Rakowa mieli się z pyszna. Ale ciągle wierzyli.

19. Początek drugiej połowy był jak nóż w serce. Jeszcze nie wybiła 49. minuta, a już mieliśmy wyrównanie. Stadion przy Limanowskiego w euforii, my nosy spuszczone na kwintę. Nadal jednak przecież to był remis, czyli dla obu stron podobna sytuacja. Ale morale lepsze miał Raków.

20. Wkrótce gospodarze mieli rzut karny. Przez chwilę byliśmy w radości, gdy Dawid Kudła obronił. Ale szybko Diaby-Fadiga dobił ten strzał. Sędzia VAR-ował tę kontrowersyjną sytuację i przy okazji potem poznaliśmy absurdalny przepis o niepostawieniu nogi na murawie. Nie znając go – widzieliśmy potężną kontrowersję.

21. To już był dramat. Przegrywaliśmy 2:3. Wydawało się, że w sposób bardzo frajerski przegramy ten półfinał. Ale Adam Zrelak w samej końcówce doprowadził do wyrównania i wprawił nas w euforię. To był drugi mecz z rzędu, kiedy strzeliliśmy gola w doliczonym czasie.

22. Dogrywka zapowiadała kolejne wielkie emocje. W drugiej połowie znów pokarał nas Rocha, choć ostatecznie okazało się, że to samobój Alana. Ale już ultra katem w tym sezonie jest dla nas Brunes, który w każdym z trzech meczów trafił do siatki.

23. I jeszcze raz wyrównaliśmy. Eman się nie certolił, tylko przywalił precyzyjnie z dystansu. Mateusz Borek godnie oddał to w komentarzu, fenomenalna euforyczna sytuacja i Eman ekspresyjnie cieszący się pod sektorem gości. Cudowny moment. Przyznam, że mimo porażki, potem oglądałem to wielokrotnie.

24. No i te nieszczęsne karne, które okazały się dla nas bezbarwne. Dwa pudła, a Raków strzelił wszystko. Odpadliśmy, a gospodarze cieszyli się z awansu do finału.

25. Zebraliśmy manatki, nagrałem nagrywkę i poszliśmy na konferencję prasową. Teraz inna droga prowadzi na salę konferencyjną, więc pani nie chciała nas wpuścić. Ale akurat przechodził Wojciech Cygan, który „po starej znajomości” pozwolił nam tędy przejść.

26. Na konferencji przynajmniej można było się posilić zupą i jakimiś przekąskami. Marne to było pocieszenie. Straciliśmy tak wielką szansę, było tak blisko i nasi piłkarze zrobili wszystko. Szkoda była wielka.

27. Wypowiedzieli się obaj trenerzy, a my po konferencji jeszcze zrobiliśmy swoje materiały. Internet huczał od kontrowersji. Pożegnał się z nami drugi trener Rakowa oraz rzecznik. Oni byli przeszczęśliwi.

28. Mieliśmy problem z wyjściem, bo brama była zamknięta. Jakiś gościu powiedział, że trzeba nacisnąć jakiś guzik, żeby otworzyła się furtka. Doszliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic.

29. W stolicy Górnego Śląska byliśmy gdzieś przed północą. Nie tym razem Narodowy. Ale czekał nas za trzy dni kolejny mecz. Bardzo ważny i bardzo trudny.

—–

30. Do Poznania to już większa logistyka. Wiadomo, trzeba wyjechać rano, a wrócić w nocy. Ale na szczęście nie bardzo rano. Dlatego też wyjazd mieliśmy zaplanowany na 11. Ostatecznie ruszyliśmy nieco spóźnieni.

31. Mecz opracowywaliśmy w cztery osoby: ja, Misiek, Kazik i Marcin, który dojechał we własnym zakresie i działał na miejscu.

32. Droga przebiegała spokojnie, ładna była pogoda, tylko trochę zimno, gdy wiało. Zrobiliśmy ze dwa postoje, by coś małego przekąsić i napić się herbaty lub kawy. Na większą szamkę upatrzyliśmy sobie jedną z knajpek nieopodal Bułgarskiej.

33. Mijaliśmy znów Tarczyński Arena we Wrocławiu. Czy dane nam tam będzie zawitać w przyszłym sezonie? Jest to całkiem możliwe, bo Śląsk spisuje się w pierwszej lidze bardzo dobrze.

34. W Poznaniu byliśmy przed 15, mieliśmy więc jak na nas czasu i dużo i mało. Ale zjeść było trzeba. Padło więc na „Burger Lokalnie”. Chłopaki wzięli loaded frytki, ja skusiłem się na burgera. Dość dziwny sposób płatności – blik przez telefon. Wiem oczywiście o takim sposobie, ale przyznam, że pierwszy raz się z tym spotkałem w knajpie.

35. Mieli dużo zamówień, więc trochę musieliśmy poczekać. Ponad pół godziny. Na telewizorze leciał mecz Parma – Napoli, a za oknem przejeżdżały zielone tramwaje. Cały czas miałem wrażenie, że to autokar GieKSy przejeżdża, a przecież jak wiemy – bardzo często go spotykamy na swojej drodze.

36. Po nasyceniu się ruszyliśmy do auta i udaliśmy się na stadion. Zapowiadana frekwencja ponad 35 tysięcy powodowała, że zastanawialiśmy się, czy uda nam się ominąć korki.

37. Jak się okazało, nie było żadnych problemów, ot jedne dłuższe światła na kilka razy i już byliśmy na ulicy Ptasiej, od której jest wjazd na parking. No to wjechaliśmy.

38. Kazik odpalił drona, który tu już nie odmówił posłuszeństwa. Ja przyznam, że pierwszy raz widziałem taką akcję, z patrzeniem się na obraz na żywo. Absolutnie fenomenalna sprawa i niesamowity widok oraz szybkość poruszania. Dzięki temu mamy z większości stadionu tak efektowne ujęcia.

39. Udaliśmy się po odbiór akredytacji. Poszło szybko i sprawnie, po czym mogliśmy pójść do bramy wejściowej już stricte na stadion. Jeść nie można.

40. Pamiętałem obiekt przy Bułgarskiej z poprzedniego sezonu, więc tu nie było żadnego błądzenia. Wiedzieliśmy, co jest gdzie. Najpierw więc poszliśmy do pomieszczenia pracy dziennikarzy i fotoreporterów. Były ciastka, nachosy i napoje. Chciałem zrobić herbatę, ale woda była letnia. Więc olałem.

41. Rozdzieliłem się z chłopakami i pojechałem windą na prasówkę. No i wyszedłem na trybuny i znów – wielkie wrażenie. No to jest potężny stadion. Wysokie trybuny, rozległe, a jednak  bardzo dobrą widocznością. Piękny czterdziestotysięcznik. A jeszcze miał być niemal zapełniony.

42. Nagrałem więc przedmeczową nagrywkę, a zanim zająłem miejsce musiałem ogarnąć tę… herbatę. Tutaj znowu był wrzątek, ale nie było saszetek. Co prawda w drugim werniku była gotowa herbka, ale to nie to samo. Zjechałem więc na dół po szaszetki i wróciłem.

43. Warunki do pracy na Lechu są doskonałe. Widoczność to raz. Stanowiska – kapitalne. Duże blaty, dużo kontaktów, świetny internet. Pracowanie na tym obiekcie to czysta przyjemność. Wszystko się tam zgadza.

44. Trybuny powoli się wypełniały, a piłkarze rozgrzewali. Była siedemnasta, więc światło dzienne. Ostatnio byliśmy tu już tylko przy sztucznym oświetleniu.

45. Ale pamiętamy przecież ten stadion bardzo dobrze. Graliśmy tutaj przecież kilka razy z Wartą Poznań. Dla nas swego czasu świętem było uczestnictwo w takim spektakularnym meczu Zielonych, gdy dowodziła nimi pani Łykomska-Pyżalska. Wtedy kilkanaście tysięcy Warciarzy zrobiło show. Kibice GKS również. Wówczas przegraliśmy, ale tylko na takie „święta” mogliśmy liczyć. Z Wartą przy Bułgarskiej też wygrywaliśmy 1:0 czy remisowaliśmy 2:2 i… 3:3.

46. Mecz poprzedziła minuta ciszy ku czci Jacka Magiery. Była cisza i szacunek. A przecież ani z Lechem, ani z GKS Jacek Magiera nie był związany. Podoba mi się to trzymanie szalików w górze podczas takich upamiętnień. Jest to dla mnie wyraz absolutnego szacunku jako społeczność.

47. Potem już zaczęło się wielkie granie. Zastanawialiśmy się jak to będzie wyglądało po Częstochowie. Niepotrzebnie. GieKSa zaprezentowała się po prostu kapitalnie. Nie ustrzegając się błędów w defensywie. Ale dzięki temu mieliśmy świetny mecz. Kibice też swoje zaprezentowali.

48. Naprawdę ten uśmiech Markovića z rozciętym łukiem  brwiowym jest epicki. Jego towarzysze również z jednej strony gratulujący, z drugiej troszczący się. Ranny wojownik na bitwie, ale święcący swój triumf. Można powiedzieć, że to bardzo pierwotne. Archetypowe.

49. Czy nie do tego została stworzona piłka nożna i sport w ogóle? Żeby te pierwotne instynkty związane z walką i rywalizacją rozwiązywać w uzgodniony i cywilizowany sposób? Używamy takich słów: taktyka, strategia, walka. Zwycięstwo i porażka.

50. W przerwie udałem się zobaczyć, co tam ciekawego do jedzenia w kuluarach. Jakaś meksykańska zupka była i kanapki. Też sympatycznie, można było lekko się posilić. Coś tam konsumowali też Mateusz Borek z Grzegorzem Mielcarskim, którzy drugi raz z rzędu mieli okazję komentować kapitalne widowisko z udziałem GieKSy.

51. Druga połowa to był już cios za cios. Poznański Kocioł przeżywał swoje euforie po wyrównujących bramkach i frustracje po golach straconych. A nasz sektor jeszcze dwukrotnie wybuchał radością po golach – najpierw Ilji, a potem Emana.

52. Co ciekawe, dla Ilji Szkurina nie była to pierwsza bramka w tym sezonie przy Bułgarskiej. Zawodnik trafił przecież w Superpucharze jeszcze w barwach Legii, gdy Wojskowi wygrali w Poznaniu 2:1. Strzelił na tę samą bramkę. Trochę ładniej – ale liczy się efekt.

53. Eman na razie strzela tylko na wyjeździe. Dublet w Niecieczy, gol w Częstochowie i teraz dwa trafienia w Poznaniu. Czekamy na pierwsze trafienie Norwega na Nowej Bukowej.

54. Ogólnie mecz przy 35 tysiącach kibiców to już naprawdę europejskie widowisko. A jeśli jeszcze piłkarze obu drużyn stworzyli spektakl, to trudno się dziwić zachwytom. Jeśli GieKSa gra w meczach, które są wizytówką ekstraklasy, to wiedz, że w Katowicach dzieje się coś dobrego.

55. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 3:3. Piłkarze GKS i kibice podziękowali sobie wzajemnie. Kibice Lecha wsparli swoich piłkarzy – docenili tę gonitwę.

56. Nagrywka i na konferencję prasową. Była ona wyjątkowo długa, bo trwała ponad 40 minut, zwłaszcza maglowali dziennikarze trenera Nilsa Frederiksena, z niebywale posępną miną. Szkoleniowiec nie był zadowolony po tym spotkaniu. Natomiast Rafał Górak mówił o pewnym niedosycie, ale też z szacunkiem podchodził do jednego punktu.

57. Jedynie tutaj pan podający mikrofon trochę wywierał presję, bo tak stał nad człowiekiem i po zadaniu pytania już sięgał, żeby mu oddać mikrofon. Powiedziałem mu więc, że jeszcze jedno pytanie chcę zadać. W sumie myślałem, żeby zadać cztery, ale stwierdziłem, że skoro stosuje taki wysoki pressing, to poprzestanę na dwóch.

58. Porobiliśmy jeszcze swoje materiały i w końcu zebraliśmy się. Czekała nas kilkugodzinna podróż powrotna do domu. Przejście przez lochy stadionu Lecha jest ciekawe.

59. Jeszcze zahaczyliśmy o kurczaki we Wrocławiu. Pierwszy raz spotkałem się w takim miejscu z tym, że wychodzi obsługa i mówi, co jeszcze jest dostępne, bo  niedługo zamykają. Ale przynajmniej było świeżutkie, świeżo usmażone.

60. W Katowicach byliśmy o drugiej. Widzieliśmy, jak pod stadion wjeżdża autokar z naszymi piłkarzami.

61. To był bardzo intensywny dwumecz. Nim się jednak nie obejrzymy, to już w piątek zagramy z Motorem. Kupujcie bilety i dopingujemy tę kapitalną drużynę.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga