Piłka nożna Prasówka
Opinie mediów na temat meczu GKS 1962 Jastrzębie-GieKSa: Razowiec zamiast delicji
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień na temat wczorajszego meczu GKS 1962 Jastrzębie – GKS Katowice 0:0.
gksjastrzebie.com – [Relacja] GKS Jastrzębie 0-0 GKS Katowice
[…] Całe spotkanie było dość wyrównane, choć pierwszą połowę można zapisać na konto GKS-u Katowice, natomiast w drugiej części inicjatywę przejął nasz zespół, jednak żadna ze stron tego dnia nie znalazła sposobu na zdobycie bramki. W 8. minucie spotkania po małym zamieszaniu w naszym polu karnym piłkę sprzed linii bramkowej wybił Borkała, a w odpowiedzi dwie minuty później z dystansu uderzał Kuczałek, ale Kudła z problemami zdołał wybić piłkę na róg. W 16. minucie bliski pokonania Reclafa był Szwedzik, który ubiegł naszego bramkarza, lecz piłka minęła spojenie bramki. Chwilę później ofensywnym wejściem popisał się Zalewski, który akcję zakończył niecelnym uderzeniem z kilkunastu metrów. Ten sam zawodnik świetnie interweniował w naszej szesnastce w 25. minucie, powstrzymując groźną akcję gości. Następnie przez długi czas bramkarze byli praktycznie bezrobotni, a kolejne okazje pojawiły się w ostatnich minutach. Najpierw w 42. minucie Szwedzik trafił w słupek, a chwilę później Słodowy uderzył z rzutu wolnego sprzed pola karnego przyjezdnych nad bramką. Tuż przed gwizdkiem sędziego kończącym pierwszą połowię dobrą okazję po stronie gości zmarnował Wojciechowski, uderzając głową obok słupka.
Druga połowa przebiegała pod dyktando naszej drużyny, która wykazywała więcej chęci do zdobycia bramki. Stuprocentowych okazji jednak zabrakło, a próby Kamińskiego, Handzlika czy Rumina nie przyniosły skutku. W 69. minucie katowiczanie wyszli z jedną z nielicznych kontr, którą w ostatniej chwili świetnym wślizgiem zastopował Zejdler. W 76. minucie przed szansą stanął Feruga, ale uderzenie naszego pomocnika z kilkunastu metrów zdołał jednak zablokować obrońca gości. Cztery minuty później byliśmy bliscy wyjścia na prowadzenie, gdy przed bramką GKS-u Katowice piłka odbiła się od jednego z naszych rywali, ale niestety o centymetry minęła słupek i wyszła na róg. W końcówce goście jeszcze dwukrotnie zaatakowali, lecz najpierw niecelnie uderzył Pavlas, a chwilę później po stracie Bojdysa Reclaf do spółki z jednym z naszych obrońców zdołali zażegnać niebezpieczeństwo i ostatecznie derbowe starcie zakończyło się bezbramkowym remisem.
dziennikzachodni.pl – Bezbramkowy remis w derbach pogodził kibiców
Ani jednej bramki w derbowym spotkaniu GKS-u Jastrzębie z GKS-em Katowice na stadionie przy Harcerskiej nie zobaczyli zgromadzeni na trybunach kibice. Mecz nie porwał fanów, którzy oprócz dopingowania swoich zespołów skupili się także na wzajemnym wyzywaniu się.
[…] Zdecydowanie nie ma bardziej prestiżowego meczu dla kibiców GKS-u Jastrzębie przy Harcerskiej niż derbowe spotkanie z GKS-em Katowice. Fani jastrzębskiej drużyny mobilizowali się na tę rywalizację już od dłuższego czasu.
Do przybycia na Stadion Miejski w Jastrzębiu zachęcał ich także sam klub, który bardzo liczył na ich wsparcie i zapraszał na mecz z katowiczanami kibiców z wszystkich jastrzębskich osiedli.
Rzecz jasna derbowe starcie w Jastrzębiu zelektryzowało też sympatyków zespołu gości – GKS-u Katowice – kibice GieKSy, dla których był to z kolei jeden z istotniejszych wyjazdów rundy, a nawet sezonu, wrócili na Harcerską po ponad dwóch latach w ciągu których ich zespół występował w drugiej lidze.
Derbowa potyczka w Jastrzębiu zgromadziła na trybunach najwięcej kibiców spośród wszystkich dotychczas rozegranych meczów GKS-u u siebie. Najliczniej był też wypełniony sektor gości.
Fani obu GKS-ów nie szczędzili gardeł w dopingowaniu swoich zespołów. Oprócz tego skupili się też jednak na obrzucaniu się wzajemnie obelgami i wyzwiskami.
Zgromadzonych na trybunach w Jastrzębiu kibiców spotkanie nie porwało. Derbowe starcie było typowym meczem walki, w którym fani nie zobaczyli bramek. Remis pogodził sympatyków jednej i drugiej drużyny, a z przebiegu spotkania zarówno kibice jastrzębian, jak i katowiczan powinno uszanować zdobyty przez ich zespoły punkt.
gol24.pl – Z dużych derbów mało wrażeń
„Górnicze” derby piłkarzy z Jastrzębia i Katowic nie przyniosły ani goli, ani dużych emocji. Bezbramkowy remis w pełni oddaje to, co działo się na murawie.
[…] Starcie dwóch GKS-ów rozczarowało. Bezbramkowy remis, spięć jak na lekarstwo, nawet żółtych kartek nie było. Jastrzębianie dzięki punktowi wyszli – przynajmniej do czasu rozegrania spotkań przez rywali – nad strefę spadkową, katowiczanie utrzymali nad nią pięciopunktowy remis.
Bliżsi zwycięstwa byli goście. Patryk Szwedzik w pierwszej połowie powinien strzelić gola, ale z pola karnego oddał strzał prosto w słupek. Cała pierwsza połowa toczyła się z przewagą katowickiej drużyny, ale poza tą okazją niewiele z niej wyniknęło.
Po przerwie role się odwróciły. Jastrzębie odważniej atakowało, ale Dawid Kudła nie miał wielkich problemów z interwencjami. W jedynym krytycznym momencie po uderzeniu Daniela Ferugi wyręczył go Grzegorz Janiszewski.
W sumie w całym meczu zobaczyliśmy trzy celne strzały. Jak na derby śląskich drużyn to bardzo mizerna statystyka.
sportdziennik.com – Razowiec zamiast delicji
Drużyny z Jastrzębia i Katowic pogodził bezbramkowy remis, który tak naprawdę nie zadowolił żadnego z rywali.
[…] Gwoli prawdy spotkanie w Jastrzębiu Zdroju nie było porywającym widowiskiem, mnóstwo w nim było chaosu, niecelnych podań, a ciekawe i płynne akcje można było policzyć na palcach jednej ręki. Na plus należy zapisać fakt, że mimo ogromnej stawki meczu zawodnicy obu zespołów nie uciekali się do brutalnych zagrań, więc sędzia Piotr Lasyk nie miał powodów, by któregokolwiek z nich upomnieć żółtą kartką.
Do przerwy lepsze sytuacje wypracowali sobie goście. Już w 8 minucie po małym zamieszaniu w polu karnym gospodarzy Remigiusz Borkała wybił sprzed linii bramkowej piłkę zmierzającą do siatki. Potem (10 min.) niezłym uderzeniem z dystansu popisał się Michał Kuczałek, a bramkarz katowiczan Dawid Kudła z trudem sparował futbolówkę na korner.
Końcówka I połowy to dwie doskonałe okazje do zdobycia gola dla podopiecznych Rafała Góraka. W 41 minucie najlepszy na boisku Rafał Figiel obsłużył Patryka Szwedzika, napastnik GieKSy zszedł do środka, ale po jego strzale piłka odbiła się od słupka. Jastrzębianie mogli odetchnąć z ulgą. W 46 minucie (45+1) Figiel dośrodkował z lewej flanki na głowę Zbigniewa Wojciechowskiego, ale jego strzał w dogodnej sytuacji był niecelny.
Po przerwie gospodarze w końcu obudzili się i zaczęli częściej niepokoić Dawida Kudłę. W 53 minucie Konrad Handzlik groźnie uderzył zza pola karnego, ale minimalnie chybił celu. Najlepszą okazję do korekty wyniku gospodarze mieli w 75 minucie spotkania. Daniel Rumin wycofał piłkę do Daniela Ferugi, ale strzał pomocnika ofiarną interwencją zablokował Grzegorz Janiszewski. Jastrzębianie reklamowali jeszcze zagranie ręką obrońcy katowiczan, ale sędziowie VAR nie uwzględnili ich protestu. Niewiele brakowało, by wspomniany Janiszewski był największym pechowcem sobotniego spotkania. W 80 minucie po dośrodkowaniu Ferugi z rzutu wolnego piłka odbiła się od stopera gości i wyszła tuż przy słupku na rzut rożny. Tym razem to piłkarze z Bukowej moli mówić o ogromnym szczęściu.
Ironia losu polegała na tym, że w 87 minucie Michał Bojdys niepotrzebnie wdał się w drybling, stracił piłkę i katowiczanie mieli stuprocentową okazję na zdobycie bramki. Ofiarna interwencja jednego z obrońców i bramkarza Mikołaja Reclafa zapobiegał nieszczęściu. Gdyby w tej sytuacji padła bramka dla gości, trener Jacek Trzeciak chyba ukrzyżowałby „Bojdiego”…
[…] Piłkarz meczu Rafał FIGIEL.
sport.inetria.pl – Śląskie derby na remis
Obie drużyny chciały wygrać, jednak gospodarze nie mieli właściwie okazji, a goście nie mieli szczęścia.
[…] W pierwszej połowie groźniejsi byli katowiczanie. W 8. minucie goście mogli wyjść na prowadzenie, ale po strzale Michała Kołodziejskiego jeden z obrońców wyręczył 17-letniego bramkarza Mikołaja Reclafa i wybił piłkę lecącą do bramki. Z kolei po doskonałym podaniu Adriana Błąda kilka minut później kiedy Patryk Szwedzik minął się z obrońcami i o spalonym mowy być nie mogło – strzał głową katowickiego napastnika minimalnie minął poprzeczkę Jastrzębia. W 42. Szwedzik nadspodziewanie łatwo urwał się obrońcom i oddał mocny strzał, który trafił w słupek. Świetną okazję zmarnował też Zbigniew Wojciechowski, który w 45.minucie spudłował głową z pięciu metrów.
Gospodarze nie mieli tylu okazji w tej części gry. Daniel Rumin, były zresztą napastnik Katowic był odcięty od podań. Jastrzębie stworzyło najlepszą okazję tuż przed przerwą, ale rzut wolny z 18 metrów zmarnował Mateusz Słodowy przenosząc piłkę wyraźnie nad poprzeczką.
Druga połowa była przez większą część niestety senna, piłkarze nie potrafili skonstruować składnej akcji złożonej z kilku dobrych podań. Starał się bardzo szybki Szwedzik, ale jednak nic z tego nie wynikło. W końcówce groźniejsze było Jastrzębie. W 81.minucie gospodarze mogli cieszyć się z gola po… samobójczym strzale Grzegorza Janiszewskiego, jednak piłka po jego interwencji przy centrze Daniela Ferugi minimalnie minęła słupek katowickiej bramki. Z kolei tuż przed końcem Reclaf uratował Jastrzębie po strzale Błąda.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


Джой казино вход
2 listopada 2021 at 11:34
19-latek nie mialby szans wygrac rywalizacji o miejsce w wyjsciowym skladzie z Mikaelem Ishakiem, Arturem Sobiechem czy Aronem Johannssonem przez co zdecydowano sie wypozyczyc mlodego napastnika do I-ligi. Dzis nowym klubem prawonoznego snajpera oficjalnie zostal GKS Katowice, w ktorym w ataku gra m.in. inny wychowanek Lecha Poznan, Piotr Kurbiel (w ubieglych rozgrywkach strzelil tylko 1 bramke). Filip Szymczak to drugi pilkarz Lecha Poznan po Juliuszu Letniowskim, ktory w piatek, 2 lipca oficjalnie zostal wypozyczony do innej druzyny. Wkrotce na wypozyczenie trafi jeszcze m.in. Krzysztof Bakowski, ktory ma grac w Stomilu Olsztyn.