Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Pęknięty balon

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Wstęp tego felietonu ukazał się w dzisiejszym programie meczowym „GieKSa.pl Plus”. Tutaj prezentujemy całość. Autorem jest Bhoy, który był kiedyś członkiem naszej ekipy, a obecnie zdecydował się na formę „listu do redakcji”. Planując tego newsa nie znamy wyniku dzisiejszego spotkania i głęboko wierzymy, że dzisiejszym spotkaniem nasi piłkarze odpowiedzieli że tezy wysnute w felietonie nie są do końca prawdziwe. 

Po znakomitej rundzie jesiennej, wszyscy w GieKSie zimę spędzili pełni optymizmu i wiary, że nasza tułaczka po peryferiach futbolu dobiega końca. Awans na 50 – lecie zapowiadano hucznie w czasie obchodów półwiecza katowickiego klubu. Dobry nastrój udzielił się wszystkim – również, a może przede wszystkim nam kibicom, do tej pory ostrożnym i sceptycznym w podejściu do tematu powrotu w szeregi najwyższej klasy rozgrywkowej.

GieKSa grała bardzo dobrze, a zawodnicy, trener, prezes zapowiadali, że celem jest awans. Nareszcie po tylu latach doczekaliśmy się czasów, w których wszyscy głośno zaczęli mówić, iż GKS ma ambicje już teraz zagrać o powrót na należne mu miejsce. Zwracając szczególną uwagę na te deklaracje, trudno mieć pretensje do kogokolwiek, a już szczególnie do kibiców, że dali się ponieść tym wszystkim zapowiedziom i okolicznościom. Zima to również starania marketingu i Stowarzyszenia Kibiców GKS-u Katowice „SK 1964” o wypromowanie i sprzedanie jak największej liczby karnetów na rundę. Cel 1964 karnetów, jak wiemy został zrealizowany. Pamiętamy też uroczystą urodzinową galę i zapierające dech w piersiach racowisko w centrum miasta. Masa ludzi, kibiców zrobiła kapitalną robotę, aby nakręcić wszystkich na czynne uczestnictwo w życiu GieKSy na wiosnę, aby wszyscy mogli wziąć udział w efektownej szarży Trójkolorowych na ekstraklasę.

Pierwsze ostrożne, lecz sceptyczne głosy dało się usłyszeć chwilę przed startem rundy, kiedy okazało się, że wzmocniliśmy się tylko dwoma graczami. Obrońca Sylwestrzak oraz napastnik wypożyczony z Górnika Szymon Skrzypczak. Trochę mało w porównaniu do innych kandydatów do awansu. Bardzo długo wszyscy żyli powrotem na Bukową Denisa Rakelsa, który ostatecznie wybrał grę dla Cracovii, jednak każdy liczył na kreowanego na wielki talent Skrzypczaka, który miał przy Bukowej wypromować się co najmniej tak, jak Mateusz Zachara. Długo oczekiwany powrót piłkarzy na boisko w końcu nastąpił, a wraz z nim skończyć miały się wszelkiej maści spekulacje. Teraz boisko miało zweryfikować ambitne zapędy „ludzi GieKSy”. Początek rundy i od razu ciężki nokaut dla wszystkich hurra optymistów. Porażka w Nowym Sączu – trzeba przyznać pechowa, bo gra podopiecznych trenera Moskala była dobra, a nawet bardzo dobra. Później było i jest już tylko gorzej. Najpierw kuriozalna decyzja Wojewody Śląskiego, który tuż przed spotkaniem inaugurującym zmagania przy Bukowej, postanowił na dwa mecze zamknąć „Blaszok”, a potem sabotaż w wykonaniu piłkarzy zakładających koszulki z herbem GKS – u Katowice na sercu. Mecz z Okocimskim, w którym nasi zawodnicy robili wszystko, aby nie zdobyć w nim punktów, na długo pozostanie w pamięci kibiców. Padła „Twierdza Bukowa” w starciu z najsłabszą ekipą w tej lidze arbuzów. GKS nie strzelił karnego, piłkarze snuli się po boisku nie mając żadnego pomysłu na grę, żadnej chęci, woli walki, ambicji. Po spotkaniu piłkarze sami przyznawali, że w nieodpowiedni sposób podeszli do spotkania, że zabrakło walki i charakteru. Tak, takie słowa padają z ust dorosłych facetów, którzy otrzymują pieniądze za kopanie piłki, za kilka treningów w tygodniu i jeden mecz w tygodniu. Takie słowa padają z ust „profesjonalnych piłkarzy”, którzy będąc w czołówce ligi, zapowiadali chęć walki o awans do ekstraklasy. Wyobrażacie sobie w ten sposób odezwać się w pracy po tym, jak coś zepsujecie, czegoś nie sprzedacie, nie dopilnujecie? „Szefie tak zawaliłem, bo mi się nie chciało, bo źle do tego podszedłem, bo zabrakło mi ambicji”. Szef by zrozumiał? Moim zdaniem macie mocno po premii lub idziecie się zarejestrować do Urzędu Pracy. Piłkarzom raczej nie było wstyd, bo choć tydzień później nagle im się chciało zagrać przeciw drużynie z Bełchatowa, to już w Legnicy znowu wystawili dramat , po którym atmosfera w Katowicach jest bardzo napięta wręcz nieznośna. O awansie już wszyscy co bardziej spostrzegawczy marzyć przestali, a teraz pozostało nam się tylko zastanawiać, kto konkretnie zrobił nas w ch..a?

Prezes Cygan, który zapowiadał gotowość walki o promocję, a zdołał podpisać kontrakt z obrońcą i Skrzypczakiem, który miał być napastnikiem, a jest statystą, komediantem, beztalenciem.

Piłkarze, którzy snują się po boisku, kopią się po czołach i nie mają żadnej koncepcji, jak umieścić piłkę w bramce? Oczywiście chodzi mi o bramkę przeciwnika, bo do swoje potrafią ładować, aż miło.

Może trener Moskal, który zdaje sobie sprawę, że źle przygotował zespół do rozgrywek, który nie potrafi dać w czasie kryzysu odpowiedniego impulsu tej drużynie, nie potrafi zadbać o odpowiednią reakcję na boisku, a wreszcie nie umie nakreślić skutecznej taktyki? Może odpowiedź na postawione pytanie jest najprostsza z możliwych i wszyscy zrobili z nas wała? Może z góry założenia były takie, że ten awans w tym roku nie jest ani priorytetem, ani nie jest realny, ani się nie opłaca? Dlaczego więc mówiono, że w razie awansu nie ma co się martwić o licencję itd. itp.? Można było obrać inną taktykę, inaczej podejść do sytuacji i powiedzieć wprost, że hola hola, ale na awans to jest za wcześnie, jesteśmy za słabi piłkarsko i organizacyjnie. Nikt jednak takich słów nie użył, każdy pompował balon, który teraz pękł, a z jego wnętrza wydobywa się krzyk wściekłych kibiców, którzy czują się oszukani!

Podnoszą się głosy, że jak to kibice teraz obrażają piłkarzy, wyzywają od frajerów? Przecież śpiewacie, że „na dobre i na złe”, że „pierwsza, druga, trzecia liga, to nie ważne dla nas jest”, „czy wygrywasz czy nie”. Każdy, kto używa takiego argumentu jest zwykłym idiotą. Ile razy kibice GieKSy udowadniali, że ten klub to całe ich życie? Ile poświęceń nas to kosztuje? Ile poświęconego czasu na oprawy, transy, flagi, wyjazdy, artykuły do kibicowskich mediów? Ile wybitych zębów i walk o honor na dzielnicach? Dla nas to życie, codzienna walka o dobre imię tego klubu, a nie jeden raz walka o to, żeby ten klub w ogóle istniał! Skoro powiedzieliście nam, że walczymy o awans, a teraz jedyne o co walczycie, to o to, żeby do końca życia kojarzyć was z frajerstwem z zaprzepaszczeniem takiej szansy, to nie dziwcie się na nasze reakcje! Nikt nie lubi, jak robi się z niego durnia. Wy robicie z nas idiotów i zabijacie nasze marzenia o wielkiej GieKSie w ekstraklasie, bo naszą ambicją jest widzieć GieKSę w starciach z Legią, Lechem czy Ruchem. Wy zadawalacie się spotkaniami w Stróżach, Niecieczy czy Niepołomicach. Z takim podejściem do zawodu, z taką grą, już niedługo będziecie grać w Polonii Łaziska. Wychowałem się na takich GieKSiarzach jak Ledwoń, Kucz, Świerczewski, Wojciechowski, Widuch, ale też Furtok, Koniarek, Jojko. Wychowałem się na piłkarzach, którzy tak zapie…li dla GieKSy, że choć przegrali to słaniali się na nogach, rzygali ze zmęczenia. Zawsze ich będę pamiętał, a Was obecna kadro GieKSy nikt nie będzie chciał pamiętać. Nikt!

Bhoy (list do redakcji)

8 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

8 komentarzy

  1. Avatar photo

    elo

    5 kwietnia 2014 at 19:42

    nic dodawac nie trzeba

  2. Avatar photo

    2

    5 kwietnia 2014 at 19:52

    sukces remis utrzymany!

  3. Avatar photo

    aaa

    5 kwietnia 2014 at 20:33

    Boze a teraz 3 mecze na wyjezdzie , az strach sie bac 😀

  4. Avatar photo

    Zygzak

    5 kwietnia 2014 at 21:45

    Dobry felieton.Ja też wychowałem się na Gieksie kiedy grali Jojko,Piekarczyk,Koniarek,Furtok,Świerczewscy,WIDUCH,SZEWCZYK i inni dobrzy piłkarze.Miło się wtedy jako dziecko oglądało mecze,była walka i ambicja Ci piłkarze mieli w sercu Gieksę.A dzisiaj co jest wielkie g…..ale dalej jeżdże na mecze tak już z przyzwyczajenia i miłości do tego klubu.

  5. Avatar photo

    Zygzak

    5 kwietnia 2014 at 21:49

    Trzeba prawdzie w oczy spojrzeć teraz 3 mecze wyjazdowe i 0 punktów.Taka prawda i obym się mylił.

  6. Avatar photo

    PanPrezes

    5 kwietnia 2014 at 22:39

    Według mnie założenie z góry że gramy o „najwzyższe cele”, „walczymy o ekstraklase” ma sens bo w piłce chodzi o to by grać o najwyższe cele. Słowa w stylu w tym roku gramy o utzrymanie bądź nie wlaczymy o ekstraklase a środek tabeli bo na tyle nas stać, mija sie z celem i jeśli grać o „nic” to lepiej nie grać w cale, chce słyszeć przed każdym sezonem gramy o ekstraklase, gramy o mistzrostwo polski (bedac w ex)

  7. Avatar photo

    n.k.w.d.

    6 kwietnia 2014 at 10:14

    5 szpili yno 2 punkciki 🙁

  8. Avatar photo

    Sas

    6 kwietnia 2014 at 21:40

    Amen

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga