Dołącz do nas

Kibice Piłka nożna

Piast Gliwice kibicowsko

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Piast Gliwice to stara ekipa z Górnego Śląska. Ich problem wizerunkowy polegał na byciu w cieniu innych śląskich ekip ze względu na brak klubu w poważnej piłce. W latach 90., jak i na początku 2000 roku kształtowały się w Polsce układy sił (szczególnie w derbowych miastach), a Piast miał wyjątkowo trudno – ze względu na wycofanie się z ligi w 1993 roku.

W 1997 roku zespół został reaktywowany na poziomie okręgówki, a na wyjazdy do takich miejsc, jak Poniszowice, Bargłówka, Kleszczów, Wielowieś, Toszek, Pyskowice, Bycina, Ciochowice, Miasteczko Śląskie, Żernica, Ornontowice, Strzybnica czy Nakło Śląskie, zapuszczała się najwierniejsza ekipa Piastoholików. Chuligani Górnika Zabrze wykorzystali zapaść piłkarską w Gliwicach i Torcida mocniej rozwinęła tam swoje wpływy. 

Klub od połowy lat 70. regularnie grał na poziomie zaplecza, robiąc kilka podejść do elity. Doszli w międzyczasie także do Finału Pucharu Polski, ale nie udało im się zdobyć upragnionego trofeum. Nie przeszkodziło to w zbudowaniu ekipy, która dorobiła się pierwszych zgód – z takimi firmami jak Lechia Gdańsk czy Ruch Chorzów. To już mówi wiele, jaki rozwój zanotowali kibice, którzy potrafili w 1983 roku pojechać w 1000 głów do Piotrkowa Trybunalskiego i tam właśnie związać się z Lechią zgodą. Rok później, dzięki zgodzie Ruchu z Widzewem, sztama RTS – Piast stała się faktem podczas derbów ŁKS – Widzew (jesień 1984).

W 1985 roku na stadionie Wojska Polskiego rozegraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z łódzkim Widzewem, który wówczas tworzył potężną koalicję zgód. Mieli sztamę z Jagiellonią Białystok, Ruchem, Wisłą Kraków (każda z wymienionych ekip miała też zgodę między sobą) i tego dnia Piast także wsparł RTS-  zasiadając wśród 2000 kibiców z czerwono-biało-czerwonej strony Łodzi.

W latach 90., oprócz wspomnianej zapaści piłkarskiej, kiedy Piast nie miał po prostu gdzie się pokazać, związali się chwilowo w układem chuligańskim z BKS Stal Bielsko-Biała. Jednak wspólny wyjazd do Łazisk jesienią 1998 roku wiele zmienił. Piast, przy bierności bielszczan, został obity przez Zagłębie Sosnowiec, które jechało na swój ligowy mecz. Natomiast BKS postanowił w trakcie meczu pojechać do Zagłębia, co już było jasnym sygnałem, że relacja dobiega końca. Korzystając z wizyty w Łaziskach oraz widząc tam zbierających się chuliganów Ruchu (głównie z Mikołowa), Piast postanowił zgadać się na jednodniowy pakt i przeprowadził wspólny atak na pociąg z kibicami Zagłębia, które wracało przez dworzec w Mikołowie.

We wrześniu 1999 roku doszło do przybicia układu chuligańskiego, a zaraz później przekucia relacji w zgodę, z Polonią Bytom. Przez starą i mocną sztamę Polonii z Odrą Opole, naturalnym krokiem była zgoda Piasta z OKS-em, co utworzyło niebiesko-czerwoną koalicję. Trwało to wszystko do jesieni 2005 roku – wtedy zaczęły dochodzić głosy, że zgoda Piasta z Polonią się rozsypała. „Mecz zgody” w Gliwicach miał wiele rozstrzygnąć. Na derbowy pojedynek przyjechało 200 fanów Polonii, którzy – zajmując łuk przypominający sektor gości (stali za żywopłotem) – dali do zrozumienia gospodarzom, że dziś wspólnie nie będą świętować zgody. Natomiast Odra Opole, która przyjechała na wspólne święto, zdezorientowana niezręczną sytuacją, zajęła neutralny sektor, żeby pokazać, że nie stoi po żadnej stronie. Po niedługim okresie także zgoda Odry z Piastem poszła w zapomnienia. Piast został sam, a Odra z Polonią mają się, od 1987 roku, dalej ku sobie.

Obecnie Piast ma dwie zgody i podobnie jak my – jedną zagraniczną i jedną regionalną. Z białoruskim BATE Borysów trzymają się od 2011 roku. Z kolei sztama z GKS Jastrzębie została przybita oficjalnie w 2021 roku, ale wcześniej związali się układem chuligańskim. Z dobrych relacji, ale nie mających konkretnej nazwy (coraz częstsze zjawisko na polskim podwórku), należy wspomnieć o RKS Radomsko, z którym działają na niwie chuligańskiej. Przez sztamę z GKS Jastrzębie mają również dobre kontakty ze Stalą Stalowa Wola. Kilka lat temu mieli kontakty z chuliganami Sigmy Ołomuniec, u boku której stoczyli wygraną awanturę banda na bandę z koalicją Górnik Konin & Odra Wodzisław.

Nasza kibicowska rywalizacja jest bardzo krótka. Owszem, piłkarze rywalizowali ze sobą od utworzenia GieKSy – zaczynając w sezonie 1963/1964 aż do 1982 roku, kiedy GieKSa świętowała awans do elity, a Piast dalej grał na zapleczu.

Nasze pierwsze kibicowskie zderzenie ze sobą miało miejsce jesienią 2007 roku. Przyjechaliśmy jako beniaminek w 373 osoby. Mimo otrzymania 200 biletów wszyscy zostaliśmy wpuszczeni, a dokładniej… upchani do czegoś, co przypominało klatkę dla zwierząt (na dodatek zamkniętą łańcuchem). W tej liczbie było 10 kibiców Banika Ostrava, a podczas jazdy przez Zabrze do Gliwic, dosiadło się do nas kilkudziesięciu Żaboli, z którym od tego roku zaczął łączyć nas układ chuligański. Gospodarze postanowili wspomnieć o nim w swojej „estetycznej” oprawie.

Wiosną 2008 roku zagraliśmy derby na Bukowej. Były to dla nas „nowe derby”, bo Piast pierwszy raz w historii (i jak się później okazało – ostatni) mógł się pojawić na Bukowej, ale ich liczba – mimo bliskiej odległości – budziła podziw. Przyjeżdżając w liczbie 1100 głów, zaskoczyli w tym dniu chyba samych siebie. Warto odnotować, że tą liczbą Piastoholicy wpisali się do topu kibiców gości, którzy pojawili się na GieKSie kiedykolwiek. Wykręcić ponad 1000 osób na Bukowej potrafiło mało ekip. Niewielka liczba kilometrów nie ma tutaj znaczenia. Piast na koniec sezonu awansował do Ekstraklasy.

Ponownie spotkaliśmy się w 2010 roku, ale na jej zapleczu. Tym razem pojechaliśmy do Gliwic jesienią, już oficjalnie jako zgoda Górnika (od 2009 roku), więc ciśnienie między nami urosło. W klatce zameldowało się 330 głów, w tym 7 JKS Jarosław, z którym rok wcześniej odnowiliśmy relację oraz 5 fanów Banika. W trakcie meczu Piast wysypał się w naszym kierunku, ale była to bardziej pokazówka, którą szybko wyjaśniła ochrona, gazując oba sektory.

W marcu 2011 roku doszło do rewanżu, ale nie miał już takiego prestiżu, przez wyłączoną Trybunę Północną, która przez zły stan techniczny przestała pełnić rolę jednego z najlepszych sektorów gości w Polsce. Na meczu debiutowało kilka odnowionych naszych flag: Gladiators, VIP czy Pierońskie Hanysy oraz płótno naszej legendy z Giszowca – ŚP. Pisaka.

W tym samym roku jesienią zagraliśmy ponownie na Bukowej. W październiku przy garstce najwierniejszych kibiców oraz wciąż nieczynnego sektora gości, piłkarze wygrali derby 3:2.

W maju 2012 roku pojechaliśmy do Gliwic w 700 osób (w tym 50 Banik i 47 Górnik), jednak przez beznadziejną i złośliwą ochronę, weszło tylko 450 GieKSiarzy. Po awanturze reszta nie obejrzała już spotkania. Gospodarze ponownie oprawę skierowali w naszym kierunku. Piast po sezonie świętował powrót do Ekstraklasy, a my czekaliśmy 12 lat, żeby się ponownie spotkać. Nareszcie w Ekstraklasie!

W sierpniu 2024 roku zarząd gospodarzy poszedł po rozum do głowy i nie kombinował z pulą biletów. W poniedziałkowy wieczór mogliśmy wspierać piłkarzy przy pełnym sektorze gości, który liczył 986 głów – w tym 16 Banik, 55 Górnik i 1 ROW Rybnik. Gospodarze mocno się zmobilizowali, wystawiając nabity młyn liczący 1700 gardeł, a duże wsparcie otrzymali od swojej zgody z Jastrzębia.

W niedzielę po 17 latach Piast zawita na Bukową. Naprawdę kawał czasu… Do zobaczenia na Blaszoku!

Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl. – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Henryk

    8 listopada 2025 at 20:03

    Fajny artykuł, super się to czytało, wróciły wspomnienia z wyjazdów, bardzo żałuję zgody z Polonią Bytom i Odrą Opole, to był konkretny czas

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga