Piłka nożna
Piłkarsko-trenerski chaos w drugiej linii
Kolejną formacją, którą prześledzimy pod kątem zakończonej rundy jesiennej jest pomoc. Jako że zawsze to właśnie w drugiej linii jest najwięcej rotacji – przysparza to największego kłopotu. Tym razem zdecydowaliśmy się na podział na skrzydła i środek – bez podziału na defensywnych pomocników i rozgrywającego, bo choć często dobrze wiemy, kto za co jest odpowiedzialny, to w mniejszym lub większym stopniu zawodnicy wymieniają się pozycjami (choć o jakości tych wymian raczej nie ma co gadać).
W naszym zestawieniu nie ujmujemy nominalnych napastników, którzy pojawiali się w drugiej linii. Dla porządku i w związku z wymiennością pozycji, napastników potraktujemy osobno w innym artykule.
Środek pomocy
W meczu z Siarką Tarnobrzeg w środku pomocy zagrali Bartłomiej Kalinkowski, Lukas Klemenz i Tomasz Foszmańczyk. Jak wiemy ten pierwszy z mniejszym lub większym wymiarem czasu grał w meczach GieKSy, Klemenz szybko został przesunięty do obrony, a Foszmańczyk odniósł kontuzję.
Postawa Kalinkowskiego w przekroju całej jesieni pokazała, że nie jest to zawodnik z umiejętnościami wystarczającymi do gry w GKS Katowice. Rok temu na jesieni wydawało się, że wraz z Zejdlerem tworzą bardzo dobry duet, a poprawę jakości w GKS wiązaliśmy właśnie głównie z pojawieniem się dwóch dobrych i odpowiedzialnych defensywnych pomocników. Niestety, jak większość rzeczy w tej drużynie, okazało się to iluzją. Nawet wyjąwszy fatalną rundę wiosenną – jesień w wykonaniu Kalego była po prostu słaba. To co rzucało nam się w oczy w pierwszych meczach to jedno wielkie przeciętniactwo tego zawodnika. Trzeba przyznać, że nie miał wahań formy i jak zespół grałby dobrze, to Bartek pozostałby przeciętny. Ale to działa i w drugą stronę – gdy GKS grał beznadziejnie w meczach z Pogonią czy Puszczą, to ta beznadzieja nie dotyczyła tego zawodnika, spisywał się trochę lepiej niż koledzy. To co uderzało już od początku rozgrywek to widoczny strach zawodnika przed ryzykiem, wzięciem odpowiedzialności, na przykład przy potencjalnych próbach uderzeń z dystansu. Czasem aż prosiło się o strzał, ale Kali z tego rezygnował, zapewne uznając, że taka próba nie przyniesie rezultatu.
W tym wszystkim zawodnik wzniósł się na wyżyny w meczu z Chojniczanką i trudno było zrozumieć, co się stało. Grał bardzo pewnie, dojrzale, spokojnie, jak ligowy wyjadacz. Pokazał, że da się to zrobić. Szkoda tylko, że w zaledwie jednym spotkaniu. Późniejsze niestety już często nie były przeciętne, tylko po prostu słabe. W pamięci mamy sytuację z Sosnowca, w której dostał idealną piłkę na rajd ku bramce rywali. Niestety zawodnik biegł jakby miał kulę u nogi, zwalniał z każdym metrem i odebrał sobie możliwość dobrego strzału. W Mielcu było już fatalnie, za to z Chrobrym zdobył swoją pierwszą i na razie jedyną bramkę dla GKS, po przytomnym dołożeniu nogi po stałym fragmencie. Mimo to, był to schyłek jeśli chodzi o jego występy w tym roku. Ze Stomilem wszedł z ławki już w 14. minucie, ale na tle właśnie dobrze grających kolegów spisał się bardzo średnio. Z Ruchem było już bardzo słabo. W ostatnim swoim meczu z Górnikiem Łęczna zarobił dwie żółte kartki w ciągu trzech minut, z czego drugą za pyskówkę z sędzią. Bez niego grająca w dziesiątkę GieKSa strzeliła trzy gole i wygrała, a Kalego nie oglądaliśmy już do końca rozgrywek (pauza w Siedlcach, z Miedzią nie zagrał).
Wspomniany Lukas Klemenz na początku był próbowany na pozycji defensywnego pomocnika i dość szybko z tego pomysłu wyleczył się trener Mandrysz. W Tarnobrzegu zagrał słabo i został zmieniony w przerwie. W pomocy zagrał również z Miedzią i już w pierwszych 10 minutach popełnił dwa fatalne błędy, które mogły się zakończyć utratą bramki. Z Puszczą zagrał fatalnie, miotał się i był kompletnie zagubiony. Wrócił dopiero na Odrę Opole, ale już na pozycję stopera i tam grał (dużo lepiej!) do końca rundy.
Łukasz Zjedler to jeden z największych zawodów tego roku. Wydawałoby się, że jest to zawodnik ambitny, ale też posiadający sporo umiejętności. Zdania na jego temat są podzielone, na pewno piłkarz ma potencjał, ale skoro od marca do listopada pokazał to incydentalnie, to należy zadać sobie pytanie, czy ten potencjał nie jest tylko teoretyczny. Łukasz zaczął grę w pomocy od meczu z Pogonią i zagrał beznadziejnie, strasznie. Podobnie było w spotkaniu z Miedzią i z Puszczą nie zagrał, wracając dopiero na Raków. W Częstochowie zagrał dobrze, ale skończył mecz przed czasem z powodu drugiej żółtej kartki. Z Chojnicami zagrał bardzo dobrze, jak reszta, za to z Odrą był „naczelnym spowalniaczem” akcji GieKSy. To było niesamowite jak często, gdy wydawało się, że można pójść z szybkim atakiem, zatrzymywał się stawał i pozwalał rywalom na powrót. Na tle całej zaspanej drużyny, on wiódł w tym prym. Kolejne spotkania były znów beznadziejne, z momentem pobudki w Mielcu, gdzie wyglądał na jedynego, któremu się chciało i strzelił bramkę. Z Chrobrym i Bytovią widać było, że zawodnik walczy i chce. Piłkarsko jeszcze to nie było to, ale zaangażowanie było widoczne. Potem było już gorzej, ze Stomilem i Ruchem zagrał przeciętnie lub słabo, a w tym drugim meczu przy pierwszej bramce dał się przepchnąć, jakby od dwóch dni nic nie jadł. W Tychach wszedł z ławki, z Olimpią już od początku, ale przeciętnie, choć strzelił gola. Końcówka rudny była już mocno przeciętna. Kilka razy piłkarz był ustawiany lub przesuwany na lewą obronę, o czym pisaliśmy. Nie jest to pozycja dla niego, ale patrząc na cały rok 2017 można sobie zadać pytanie, czy jakakolwiek pozycja jest dla niego…
Swoje incydentalne występy, oprócz gry w obronie, zaliczył w środku Dalibor Pleva. Niestety było to bardzo niekorzystne. Z Wigrami zagrał beznadziejnie, strasznie i fatalnie. Jedyny przyzwoity mecz z jego strony to było spotkanie w Bytowie, gdzie spisał się nieźle. Natomiast derby w Tychach to był dramat. Kiksy, złe ustawianie i podania do przeciwnika. Trener Mandrysz zdjął go w przerwie i więcej w tym roku nie wpuścił na boisko.
Ciekawą postacią w środku pola był Peter Sulek. Zawodnik tyle z elementami jakości piłkarskiej, co kontuzjogenny. Na początku grywał ogony i tak naprawdę trudno było cokolwiek powiedzieć. Jednak gdy wszedł w Bytowie w 64. minucie, gra stała się poukładana i sensowna. Do tego stopnia, że z Podbeskidziem wyszedł od pierwszej minuty i spisał się bardzo dobrze. Świetna gra w destrukcji i konstrukcji, podał Plizdze przy pierwszym golu. Niestety w kolejnym spotkaniu doznał kontuzji już w 13. minucie i musiał opuścić boisko. Z Ruchem nie zagrał, czego żałowaliśmy. Niestety z Tychami zagrał słabo, z Olimpią był bardzo niewidoczny i odniósł kolejną kontuzję. Wrócił na kilka minut w meczu z Miedzią.
Rafał Kuliński grał w tym roku bardzo mało, co jest jedną z wielu niezrozumiałych decyzji trenera. Od pierwszej minuty Rafał wystąpił w meczu z Puszczą. I w pierwszej połowie na tle fatalnych kolegów, zawodnik spisał się dobrze – zarówno w grze, jak i wykonując stałe fragmenty. Co prawda w drugiej połowie się „popsuł”, ale odstawienie go od składu na kolejne 14 meczów ligowych było nieporozumieniem i uprzedzeniem szkoleniowca. Niespodziewanie Kuliński pojawił się na boisku w Siedlcach. Zagrał średnio, w meczu z Miedzią nieźle, ale to co rzucało się w oczy, to próby grania crossów, co najważniejsze próby skuteczne. Element kreatywności jest GieKSie bardzo potrzebny, a zdarza się bardzo rzadko. Ostatnim zawodnikiem, który próbował takich długich krzyżowych podań był Sławomir Duda.
Przechodząc do akcentów ofensywnych, zacznijmy od Tomasza Foszmańczyka. Przez większą część rundy zawodnik nie grał z powodu urazu pośladka/kręgosłupa. Spotkania z początku sezonu były jednak kiepskie. W Tarnobrzegu po niezłym początku, w drugiej połowie grał już bardzo źle i bez zęba. W ligowych spotkaniach z Pogonią i Miedzią było dalej słabo, nawet mimo gola z karnego w pierwszej kolejce. Zawodnik kontynuował swoją kiepską postawę z wiosny. Po spotkaniu w Legnicy nie grał aż do 13. kolejki. Wrócił na mecz z Podbeskidziem i w końcówce zaliczył asystę przy golu Adriana Błąda. W dwóch spotkaniach derbowych wchodził z ławki na drugą połowę. Z Ruchem coś tam próbował, ale bez efektu. W Tychach był typowy Fosa, czyli bez zaangażowania i ambicji. Przyzwoicie zagrał tylko z Olimpią, pozostałe mecze do końca roku były słabe, bez jakości.
Do GKS Katowice wrócił Dawid Plizga i mogliśmy liczyć na doświadczenie. Występy tego zawodnik w większości miały miejsce po wejściu z ławki. Początek miał fatalny. Zero szybkości, zero dynamiki, po dwóch minutach pobytu na boisku wyglądał, jakby miał w nogach trzy mecze rozegrane tego dnia. Zwłaszcza wejście w Legnicy było fatalne, zawodnik psuł grę. Od pierwszej minuty pojawił się w meczu z Wigrami i było odrobinę lepiej, ale nadal bez efektu. Po meczu w Sosnowcu zniknął na sześć kolejek. Wrócił na Podbeskidzie i od tego momentu widać było, że jest lepiej. Pojawiła się dynamika, pojawiły się umiejętności. Dawid pokazał doświadczenie w Bielsku, strzelił bramkę, ale też dobrze i rozsądnie rozgrywał. Ze Stomilem zagrał już naprawdę bardzo dobrze, świetnie dogrywał, choć koledzy nie wykorzystywali sytuacji. Miał też swoje, choć nie wykorzystał. Niestety dwa mecze derbowe były fatalne w jego wykonaniu i ani trochę nie przypominał zawodnika z Bielska i Stomilu. To na tyle nie spodobało się trenerowi Mandryszowi, że nie wystawiał Dawida w kolejnych meczach. Wpuścił go jedynie na drugą połowę w Łęcznej i zawodnik swoją świetną grą w końcówce załatwił zespołowi zwycięstwo. Zasłużył na grę od pierwszej minuty w Siedlcach, a tymczasem nie tylko nie zagrał w ogóle z Pogonią, ale także w ostatnim meczu z Miedzią. Coś widać trenerowi nie pasuje u zawodnika. Niewystawienie go jednak z Pogonią po tak dobrym meczu z Górnikiem – indywidualnie jednym z najlepszych występów w tym roku – było żenujące. W każdym razie po początkowej fali krytyki, wkrótce Dawid zaczął pokazywać umiejętności.
Boki pomocy
Armin Cerimagić trochę grał w środku, więcej na skrzydle. Widać było u zawodnika technikę i umiejętności, ale nieraz brakowało kropki nad i. Próbował uderzeń z dystansu, jak na przykład w meczu z Chrobrym. Ma też problem z wykorzystywaniem sytuacji, jakie miał na przykład z Bytovią. Piłkarz strzelił bramki w Mielcu i u siebie z Ruchem, ale obie w przegranych meczach. Do poprawki stałe fragmenty gry, bo wydaje się, że zawodnik ma technikę, ale akurat ze stojącej piłki nie za bardzo umie kopnąć. Trener miał problem ze względu na brak możliwości wystawiania jednocześnie Prokića i Cerimagića i w większości decydował się na tego pierwszego. Armin natomiast niejednokrotnie wchodząc na boisko w końcówce, dawał temu zespołowi więcej niż reszta przez cały mecz. Zazwyczaj jednak brakowało czasu. I choć były to dobre zmiany, stosunkowo rzadko dostawał szansę od początku. W meczu w Łęcznej również miał udział w zwycięstwie, będąc zmiennikiem.
Jednak kwestia bocznych pomocników sprowadzała się głównie do czterech zawodników – Błąda, Mandrysza, Prokića i Skrzecza.
W pierwszych meczach jako praktycznie jedyny zawodnik, który błyszczał na tle słabych kolegów był Paweł Mandrysz. Jako młodzieżowiec dużo dawał od siebie. W meczu z Pogonią zarobił karnego, z Miedzią strzelił bramkę, z Puszczą tę bramkę wypracował. Gdyby nie Paweł, mielibyśmy zero po stronie zysków, zarówno punktowych, jak i bramkowych. Niestety to było wszystko, na co było stać zawodnika w tej rundzie. Kolejne spotkania były coraz słabsze i co najwyżej przeciętne. Tak naprawdę trudno jakoś szeroko się wypowiedzieć, bo te występy były bardzo bezbarwne, takie beznamiętne. Pamiętając jego bramkę ze sparingu z Banikiem Ostrava zastanawialiśmy się nieraz, co się stało z tym zawodnikiem, gdzie zatracił szybkość i dynamikę i dlaczego zamiast się rozwijać, cofa się w rozwoju. Mecze z Tychami i Olimpią (po wejściu) były już tragiczne. Jedynie coś optymistycznego było z Siedlcami po wejściu, ale to chyba taki optymizm na chwilę.
Drugi młodzieżowiec Oktawian Skrzecz. Zawodnik początkowo grał ogony, więcej minut dostał w spotkaniu z Odrą Opole. Od pierwszej minuty zagrał w Sosnowcu i niby tam był żwawy, ale przypominał Alexa Januszkiewicza, czyli nie jest to dobra laurka. W Mielcu był tak słaby, że został zdjęty w przerwie. Znów od pierwszych minut grał ze Stomilem i Ruchem i nadal wyglądało to bardzo słabo. Mieliśmy obawy, że zawodnik sprzeciętniał już w tej szatni albo po prostu jest kolejnym, młodym jeszcze, ale jednak szrotem. W końcu odpalił w meczu z Olimpią. Zagrał bardzo dobrze, był aktywny, szybki i dobrze podawał. W końcu pokazał swój potencjał i to bardzo duży. Powiało optymizmem na następne spotkania. W Łęcznej już tak dobrze nie było, ale i tak był lepszy niż reszta (wyłączając rezerwowych). Z Pogonią było już słabo. Na razie tak naprawdę jedynym pozytywnym występem była Olimpia.
Andreja Prokić to zawodnik pokrzywdzony przez trenera, który wystawia go nie w ataku, tylko na skrzydle. Zawodnik nie ma predyspozycji do grania na flance. Nie potrafi wykorzystać swojej szybkości, gra jak dzik bez głowy. Nie potrafi robić normalnych centr, tylko zakiwuje się na śmierć, nie patrząc, co się dzieje wokół. Dlatego nieraz brakowało odegrania do dobrze ustawionego kolegi. Nie mówimy, że było jednoznacznie źle, ale to nie było to. Z Siarką Prokić zmarnował najlepszą sytuację w meczu, sam na sam. Tak to chyba rozsierdziło trenera, że nie wystawił go w pierwszym meczu ligowym. Mimo ciągłej gry na skrzydle, zawodnik i tak nieraz schodził go środka. Paradoksalne i kuriozalne jest to, że właśnie dochodząc do okazji jak środkowy napastnik, strzelił dwie bramki w Częstochowie. To jednak nadal nie przekonywało szkoleniowca i tak naprawdę po dobrym meczu z Chojniczanką, Andreja na skrzydle nam dziadział. Dodatkowo zawodnik ma wielki problem z ergonomią wysiłku i zazwyczaj daje z siebie wszystko w pierwszej połowie, a w drugiej jest cieniem samego siebie, przestaje grać i nie ma z niego kompletnie żadnego pożytku. Ze Stomilem znów strzelił gola jako rasowy napastnik. Z Ruchem było fatalnie, natomiast końcówka rundy była dokładnie taka, jak większość, czyli spore zaangażowanie i zerowa efektywność.
Małym odkryciem tej jesieni był Adrian Błąd. Cieszyliśmy się z przyjścia tego zawodnika, bo znany był z ambicji i waleczności, co mogliśmy okazję obserwować choćby jak przyjeżdżał na Bukową z Zawiszą czy Zagłębiem. Początek w GKS miał jednak beznadziejny, debiut z Wigrami, a potem mecze w Sosnowcu i Mielcu pokazywały, że nie rozumie się z kolegami, nie potrafi wejść w tę ekipę. Coś drgnęło w meczu z Chrobrym, a potem było już tylko lepiej. Szkoda jednak, że po dwóch meczach, w których dał zwycięstwo GieKSie swoimi bramkami – odniósł kontuzję, która wyeliminowała go z meczów derbowych. Widać było, że ten zawodnik może podnieść jakość. Wrócił dopiero jako rezerwowy na mecz z Łęczną i wraz z Plizgą we dwójkę załatwili wygraną. Te kilka dobrych spotkań wystarczyło, żeby znaleźć się wśród nominowanych na piłkarza roku w Złotych Bukach.
Podsumowanie
Druga linia nie dała GieKSie w rundzie jesiennej tyle, co powinna. Zawodnicy albo zapomnieli jak się gra w piłkę (Zejdler), albo w ogóle nie umieją w nią grać (Kalinkowski) albo byli wystawiani na niewłaściwych pozycjach (Prokić), albo mieli kontuzje (Sulek). Niektórzy z niezrozumiałych względów nie dostawali szans prawie w ogóle (Kuliński) albo nie dostawali, gdy ewidentnie zasługiwali (Plizga, Cerimagić).
Nie było stabilizacji w składzie w pomocy, dlatego też czasem trener cofał nominalnych napastników, Kędziorę czy Goncerza.
Jeśli chodzi o defensywę, to pomocnicy nie byli zasiekami nie do przejścia. Często w wyniku ich błędów, nonszalancji, braku koncentracji, rywale stwarzali sobie sytuacje bramkowe. Nawet jeśli nie były to tak fatalne kiksy jak Klemenza, to ogół gry sprawiał, że to nie była mocna pozycja.
Podobnie było w konstrukcji, gdzie nie mieliśmy stałego, dobrego zawodnika, który rozrzuciłby piłkę na skrzydło czy zagrał prostopadle dla napastnika. Były pojedyncze mecze, wyskoki, jak na przykład Plizgi, ale wtedy trener sadzał go na ławce.
Jeśli chodzi o skrzydła, to młodzież niestety wygląda, że nigdy nie dorośnie. Nieźle rokuje Skrzecz, ale jeśli na wiosnę znów zagra tylko jeden czy dwa dobre mecze, to będzie sobie mógł szukać klubu w Tarnowskich Górach. Czas pokazać swój potencjał, a że go ma, pokazał z Olimpią. Niestety Paweł Mandrysz chyba zdziadział na dobre.
Nie chcemy Andreji Prokića w pomocy. Zawodnik musi grać w ataku. I naprawdę trudno zrozumieć, że widzą to wszyscy kibice, a nie widzi mający klapki na oczach trener.
Jeśli w pomocy nie pojawi się stabilizacja – a odpowiadają za to zarówno zawodnicy, jak i trener – nadal będzie to wyglądało słabo. Tak jak przez cały rok 2017.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Piłka nożna
Gabriel Kobylak 2028
GKS Katowice zdecydował się na transfer definitywny Gabriela Kobylaka z Legii Waszawa. 24-letni bramkarz podpisał z nami umowę do końca czerwca 2028 roku. Kontrakt zawiera opcję przedłużenia o kolejny sezon.
Kobylak występował w podkarpackich drużynach młodzieżowych (Zgoda Zarszyn, Orzeł Bażanówka, Ekoball Sanok i Karpaty Krosno). W 2018 roku trafił do Legii, gdzie najpierw grał w rezerwach a następnie został wypożyczony do Puszczy Niepołomice (2020-22) oraz Radomiaka Radom (2022/23 i wiosna 2024). Po sezonie 2023/24 wrócił do Legii Warszawa, ale nie przebił się na stałe do pierwszej jedenastki. Ze stołeczną drużyną zdobył Puchar i SuperPuchar Polski.
W ostatnim sezonie wystąpił w 8 spotkaniach (6 w rezerwach Legii w III lidze, 1 w Lidze Konferencji i 1 w Pucharze Polski). Na poziomie Ekstraklasy ma rozegrane 47 spotkań, a na jej zapleczu – 50. Ma także skromne doświadczenie pucharowe – wystąpił w 6 meczach w Lidze Konferencji (w tym 1 w eliminacjach).
Życzymy powodzenia w naszych barwach!
Foto: GKSKatowice.eu
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.


Najnowsze komentarze