Piłka nożna
Piłkarsko-trenerski chaos w drugiej linii
Kolejną formacją, którą prześledzimy pod kątem zakończonej rundy jesiennej jest pomoc. Jako że zawsze to właśnie w drugiej linii jest najwięcej rotacji – przysparza to największego kłopotu. Tym razem zdecydowaliśmy się na podział na skrzydła i środek – bez podziału na defensywnych pomocników i rozgrywającego, bo choć często dobrze wiemy, kto za co jest odpowiedzialny, to w mniejszym lub większym stopniu zawodnicy wymieniają się pozycjami (choć o jakości tych wymian raczej nie ma co gadać).
W naszym zestawieniu nie ujmujemy nominalnych napastników, którzy pojawiali się w drugiej linii. Dla porządku i w związku z wymiennością pozycji, napastników potraktujemy osobno w innym artykule.
Środek pomocy
W meczu z Siarką Tarnobrzeg w środku pomocy zagrali Bartłomiej Kalinkowski, Lukas Klemenz i Tomasz Foszmańczyk. Jak wiemy ten pierwszy z mniejszym lub większym wymiarem czasu grał w meczach GieKSy, Klemenz szybko został przesunięty do obrony, a Foszmańczyk odniósł kontuzję.
Postawa Kalinkowskiego w przekroju całej jesieni pokazała, że nie jest to zawodnik z umiejętnościami wystarczającymi do gry w GKS Katowice. Rok temu na jesieni wydawało się, że wraz z Zejdlerem tworzą bardzo dobry duet, a poprawę jakości w GKS wiązaliśmy właśnie głównie z pojawieniem się dwóch dobrych i odpowiedzialnych defensywnych pomocników. Niestety, jak większość rzeczy w tej drużynie, okazało się to iluzją. Nawet wyjąwszy fatalną rundę wiosenną – jesień w wykonaniu Kalego była po prostu słaba. To co rzucało nam się w oczy w pierwszych meczach to jedno wielkie przeciętniactwo tego zawodnika. Trzeba przyznać, że nie miał wahań formy i jak zespół grałby dobrze, to Bartek pozostałby przeciętny. Ale to działa i w drugą stronę – gdy GKS grał beznadziejnie w meczach z Pogonią czy Puszczą, to ta beznadzieja nie dotyczyła tego zawodnika, spisywał się trochę lepiej niż koledzy. To co uderzało już od początku rozgrywek to widoczny strach zawodnika przed ryzykiem, wzięciem odpowiedzialności, na przykład przy potencjalnych próbach uderzeń z dystansu. Czasem aż prosiło się o strzał, ale Kali z tego rezygnował, zapewne uznając, że taka próba nie przyniesie rezultatu.
W tym wszystkim zawodnik wzniósł się na wyżyny w meczu z Chojniczanką i trudno było zrozumieć, co się stało. Grał bardzo pewnie, dojrzale, spokojnie, jak ligowy wyjadacz. Pokazał, że da się to zrobić. Szkoda tylko, że w zaledwie jednym spotkaniu. Późniejsze niestety już często nie były przeciętne, tylko po prostu słabe. W pamięci mamy sytuację z Sosnowca, w której dostał idealną piłkę na rajd ku bramce rywali. Niestety zawodnik biegł jakby miał kulę u nogi, zwalniał z każdym metrem i odebrał sobie możliwość dobrego strzału. W Mielcu było już fatalnie, za to z Chrobrym zdobył swoją pierwszą i na razie jedyną bramkę dla GKS, po przytomnym dołożeniu nogi po stałym fragmencie. Mimo to, był to schyłek jeśli chodzi o jego występy w tym roku. Ze Stomilem wszedł z ławki już w 14. minucie, ale na tle właśnie dobrze grających kolegów spisał się bardzo średnio. Z Ruchem było już bardzo słabo. W ostatnim swoim meczu z Górnikiem Łęczna zarobił dwie żółte kartki w ciągu trzech minut, z czego drugą za pyskówkę z sędzią. Bez niego grająca w dziesiątkę GieKSa strzeliła trzy gole i wygrała, a Kalego nie oglądaliśmy już do końca rozgrywek (pauza w Siedlcach, z Miedzią nie zagrał).
Wspomniany Lukas Klemenz na początku był próbowany na pozycji defensywnego pomocnika i dość szybko z tego pomysłu wyleczył się trener Mandrysz. W Tarnobrzegu zagrał słabo i został zmieniony w przerwie. W pomocy zagrał również z Miedzią i już w pierwszych 10 minutach popełnił dwa fatalne błędy, które mogły się zakończyć utratą bramki. Z Puszczą zagrał fatalnie, miotał się i był kompletnie zagubiony. Wrócił dopiero na Odrę Opole, ale już na pozycję stopera i tam grał (dużo lepiej!) do końca rundy.
Łukasz Zjedler to jeden z największych zawodów tego roku. Wydawałoby się, że jest to zawodnik ambitny, ale też posiadający sporo umiejętności. Zdania na jego temat są podzielone, na pewno piłkarz ma potencjał, ale skoro od marca do listopada pokazał to incydentalnie, to należy zadać sobie pytanie, czy ten potencjał nie jest tylko teoretyczny. Łukasz zaczął grę w pomocy od meczu z Pogonią i zagrał beznadziejnie, strasznie. Podobnie było w spotkaniu z Miedzią i z Puszczą nie zagrał, wracając dopiero na Raków. W Częstochowie zagrał dobrze, ale skończył mecz przed czasem z powodu drugiej żółtej kartki. Z Chojnicami zagrał bardzo dobrze, jak reszta, za to z Odrą był „naczelnym spowalniaczem” akcji GieKSy. To było niesamowite jak często, gdy wydawało się, że można pójść z szybkim atakiem, zatrzymywał się stawał i pozwalał rywalom na powrót. Na tle całej zaspanej drużyny, on wiódł w tym prym. Kolejne spotkania były znów beznadziejne, z momentem pobudki w Mielcu, gdzie wyglądał na jedynego, któremu się chciało i strzelił bramkę. Z Chrobrym i Bytovią widać było, że zawodnik walczy i chce. Piłkarsko jeszcze to nie było to, ale zaangażowanie było widoczne. Potem było już gorzej, ze Stomilem i Ruchem zagrał przeciętnie lub słabo, a w tym drugim meczu przy pierwszej bramce dał się przepchnąć, jakby od dwóch dni nic nie jadł. W Tychach wszedł z ławki, z Olimpią już od początku, ale przeciętnie, choć strzelił gola. Końcówka rudny była już mocno przeciętna. Kilka razy piłkarz był ustawiany lub przesuwany na lewą obronę, o czym pisaliśmy. Nie jest to pozycja dla niego, ale patrząc na cały rok 2017 można sobie zadać pytanie, czy jakakolwiek pozycja jest dla niego…
Swoje incydentalne występy, oprócz gry w obronie, zaliczył w środku Dalibor Pleva. Niestety było to bardzo niekorzystne. Z Wigrami zagrał beznadziejnie, strasznie i fatalnie. Jedyny przyzwoity mecz z jego strony to było spotkanie w Bytowie, gdzie spisał się nieźle. Natomiast derby w Tychach to był dramat. Kiksy, złe ustawianie i podania do przeciwnika. Trener Mandrysz zdjął go w przerwie i więcej w tym roku nie wpuścił na boisko.
Ciekawą postacią w środku pola był Peter Sulek. Zawodnik tyle z elementami jakości piłkarskiej, co kontuzjogenny. Na początku grywał ogony i tak naprawdę trudno było cokolwiek powiedzieć. Jednak gdy wszedł w Bytowie w 64. minucie, gra stała się poukładana i sensowna. Do tego stopnia, że z Podbeskidziem wyszedł od pierwszej minuty i spisał się bardzo dobrze. Świetna gra w destrukcji i konstrukcji, podał Plizdze przy pierwszym golu. Niestety w kolejnym spotkaniu doznał kontuzji już w 13. minucie i musiał opuścić boisko. Z Ruchem nie zagrał, czego żałowaliśmy. Niestety z Tychami zagrał słabo, z Olimpią był bardzo niewidoczny i odniósł kolejną kontuzję. Wrócił na kilka minut w meczu z Miedzią.
Rafał Kuliński grał w tym roku bardzo mało, co jest jedną z wielu niezrozumiałych decyzji trenera. Od pierwszej minuty Rafał wystąpił w meczu z Puszczą. I w pierwszej połowie na tle fatalnych kolegów, zawodnik spisał się dobrze – zarówno w grze, jak i wykonując stałe fragmenty. Co prawda w drugiej połowie się „popsuł”, ale odstawienie go od składu na kolejne 14 meczów ligowych było nieporozumieniem i uprzedzeniem szkoleniowca. Niespodziewanie Kuliński pojawił się na boisku w Siedlcach. Zagrał średnio, w meczu z Miedzią nieźle, ale to co rzucało się w oczy, to próby grania crossów, co najważniejsze próby skuteczne. Element kreatywności jest GieKSie bardzo potrzebny, a zdarza się bardzo rzadko. Ostatnim zawodnikiem, który próbował takich długich krzyżowych podań był Sławomir Duda.
Przechodząc do akcentów ofensywnych, zacznijmy od Tomasza Foszmańczyka. Przez większą część rundy zawodnik nie grał z powodu urazu pośladka/kręgosłupa. Spotkania z początku sezonu były jednak kiepskie. W Tarnobrzegu po niezłym początku, w drugiej połowie grał już bardzo źle i bez zęba. W ligowych spotkaniach z Pogonią i Miedzią było dalej słabo, nawet mimo gola z karnego w pierwszej kolejce. Zawodnik kontynuował swoją kiepską postawę z wiosny. Po spotkaniu w Legnicy nie grał aż do 13. kolejki. Wrócił na mecz z Podbeskidziem i w końcówce zaliczył asystę przy golu Adriana Błąda. W dwóch spotkaniach derbowych wchodził z ławki na drugą połowę. Z Ruchem coś tam próbował, ale bez efektu. W Tychach był typowy Fosa, czyli bez zaangażowania i ambicji. Przyzwoicie zagrał tylko z Olimpią, pozostałe mecze do końca roku były słabe, bez jakości.
Do GKS Katowice wrócił Dawid Plizga i mogliśmy liczyć na doświadczenie. Występy tego zawodnik w większości miały miejsce po wejściu z ławki. Początek miał fatalny. Zero szybkości, zero dynamiki, po dwóch minutach pobytu na boisku wyglądał, jakby miał w nogach trzy mecze rozegrane tego dnia. Zwłaszcza wejście w Legnicy było fatalne, zawodnik psuł grę. Od pierwszej minuty pojawił się w meczu z Wigrami i było odrobinę lepiej, ale nadal bez efektu. Po meczu w Sosnowcu zniknął na sześć kolejek. Wrócił na Podbeskidzie i od tego momentu widać było, że jest lepiej. Pojawiła się dynamika, pojawiły się umiejętności. Dawid pokazał doświadczenie w Bielsku, strzelił bramkę, ale też dobrze i rozsądnie rozgrywał. Ze Stomilem zagrał już naprawdę bardzo dobrze, świetnie dogrywał, choć koledzy nie wykorzystywali sytuacji. Miał też swoje, choć nie wykorzystał. Niestety dwa mecze derbowe były fatalne w jego wykonaniu i ani trochę nie przypominał zawodnika z Bielska i Stomilu. To na tyle nie spodobało się trenerowi Mandryszowi, że nie wystawiał Dawida w kolejnych meczach. Wpuścił go jedynie na drugą połowę w Łęcznej i zawodnik swoją świetną grą w końcówce załatwił zespołowi zwycięstwo. Zasłużył na grę od pierwszej minuty w Siedlcach, a tymczasem nie tylko nie zagrał w ogóle z Pogonią, ale także w ostatnim meczu z Miedzią. Coś widać trenerowi nie pasuje u zawodnika. Niewystawienie go jednak z Pogonią po tak dobrym meczu z Górnikiem – indywidualnie jednym z najlepszych występów w tym roku – było żenujące. W każdym razie po początkowej fali krytyki, wkrótce Dawid zaczął pokazywać umiejętności.
Boki pomocy
Armin Cerimagić trochę grał w środku, więcej na skrzydle. Widać było u zawodnika technikę i umiejętności, ale nieraz brakowało kropki nad i. Próbował uderzeń z dystansu, jak na przykład w meczu z Chrobrym. Ma też problem z wykorzystywaniem sytuacji, jakie miał na przykład z Bytovią. Piłkarz strzelił bramki w Mielcu i u siebie z Ruchem, ale obie w przegranych meczach. Do poprawki stałe fragmenty gry, bo wydaje się, że zawodnik ma technikę, ale akurat ze stojącej piłki nie za bardzo umie kopnąć. Trener miał problem ze względu na brak możliwości wystawiania jednocześnie Prokića i Cerimagića i w większości decydował się na tego pierwszego. Armin natomiast niejednokrotnie wchodząc na boisko w końcówce, dawał temu zespołowi więcej niż reszta przez cały mecz. Zazwyczaj jednak brakowało czasu. I choć były to dobre zmiany, stosunkowo rzadko dostawał szansę od początku. W meczu w Łęcznej również miał udział w zwycięstwie, będąc zmiennikiem.
Jednak kwestia bocznych pomocników sprowadzała się głównie do czterech zawodników – Błąda, Mandrysza, Prokića i Skrzecza.
W pierwszych meczach jako praktycznie jedyny zawodnik, który błyszczał na tle słabych kolegów był Paweł Mandrysz. Jako młodzieżowiec dużo dawał od siebie. W meczu z Pogonią zarobił karnego, z Miedzią strzelił bramkę, z Puszczą tę bramkę wypracował. Gdyby nie Paweł, mielibyśmy zero po stronie zysków, zarówno punktowych, jak i bramkowych. Niestety to było wszystko, na co było stać zawodnika w tej rundzie. Kolejne spotkania były coraz słabsze i co najwyżej przeciętne. Tak naprawdę trudno jakoś szeroko się wypowiedzieć, bo te występy były bardzo bezbarwne, takie beznamiętne. Pamiętając jego bramkę ze sparingu z Banikiem Ostrava zastanawialiśmy się nieraz, co się stało z tym zawodnikiem, gdzie zatracił szybkość i dynamikę i dlaczego zamiast się rozwijać, cofa się w rozwoju. Mecze z Tychami i Olimpią (po wejściu) były już tragiczne. Jedynie coś optymistycznego było z Siedlcami po wejściu, ale to chyba taki optymizm na chwilę.
Drugi młodzieżowiec Oktawian Skrzecz. Zawodnik początkowo grał ogony, więcej minut dostał w spotkaniu z Odrą Opole. Od pierwszej minuty zagrał w Sosnowcu i niby tam był żwawy, ale przypominał Alexa Januszkiewicza, czyli nie jest to dobra laurka. W Mielcu był tak słaby, że został zdjęty w przerwie. Znów od pierwszych minut grał ze Stomilem i Ruchem i nadal wyglądało to bardzo słabo. Mieliśmy obawy, że zawodnik sprzeciętniał już w tej szatni albo po prostu jest kolejnym, młodym jeszcze, ale jednak szrotem. W końcu odpalił w meczu z Olimpią. Zagrał bardzo dobrze, był aktywny, szybki i dobrze podawał. W końcu pokazał swój potencjał i to bardzo duży. Powiało optymizmem na następne spotkania. W Łęcznej już tak dobrze nie było, ale i tak był lepszy niż reszta (wyłączając rezerwowych). Z Pogonią było już słabo. Na razie tak naprawdę jedynym pozytywnym występem była Olimpia.
Andreja Prokić to zawodnik pokrzywdzony przez trenera, który wystawia go nie w ataku, tylko na skrzydle. Zawodnik nie ma predyspozycji do grania na flance. Nie potrafi wykorzystać swojej szybkości, gra jak dzik bez głowy. Nie potrafi robić normalnych centr, tylko zakiwuje się na śmierć, nie patrząc, co się dzieje wokół. Dlatego nieraz brakowało odegrania do dobrze ustawionego kolegi. Nie mówimy, że było jednoznacznie źle, ale to nie było to. Z Siarką Prokić zmarnował najlepszą sytuację w meczu, sam na sam. Tak to chyba rozsierdziło trenera, że nie wystawił go w pierwszym meczu ligowym. Mimo ciągłej gry na skrzydle, zawodnik i tak nieraz schodził go środka. Paradoksalne i kuriozalne jest to, że właśnie dochodząc do okazji jak środkowy napastnik, strzelił dwie bramki w Częstochowie. To jednak nadal nie przekonywało szkoleniowca i tak naprawdę po dobrym meczu z Chojniczanką, Andreja na skrzydle nam dziadział. Dodatkowo zawodnik ma wielki problem z ergonomią wysiłku i zazwyczaj daje z siebie wszystko w pierwszej połowie, a w drugiej jest cieniem samego siebie, przestaje grać i nie ma z niego kompletnie żadnego pożytku. Ze Stomilem znów strzelił gola jako rasowy napastnik. Z Ruchem było fatalnie, natomiast końcówka rundy była dokładnie taka, jak większość, czyli spore zaangażowanie i zerowa efektywność.
Małym odkryciem tej jesieni był Adrian Błąd. Cieszyliśmy się z przyjścia tego zawodnika, bo znany był z ambicji i waleczności, co mogliśmy okazję obserwować choćby jak przyjeżdżał na Bukową z Zawiszą czy Zagłębiem. Początek w GKS miał jednak beznadziejny, debiut z Wigrami, a potem mecze w Sosnowcu i Mielcu pokazywały, że nie rozumie się z kolegami, nie potrafi wejść w tę ekipę. Coś drgnęło w meczu z Chrobrym, a potem było już tylko lepiej. Szkoda jednak, że po dwóch meczach, w których dał zwycięstwo GieKSie swoimi bramkami – odniósł kontuzję, która wyeliminowała go z meczów derbowych. Widać było, że ten zawodnik może podnieść jakość. Wrócił dopiero jako rezerwowy na mecz z Łęczną i wraz z Plizgą we dwójkę załatwili wygraną. Te kilka dobrych spotkań wystarczyło, żeby znaleźć się wśród nominowanych na piłkarza roku w Złotych Bukach.
Podsumowanie
Druga linia nie dała GieKSie w rundzie jesiennej tyle, co powinna. Zawodnicy albo zapomnieli jak się gra w piłkę (Zejdler), albo w ogóle nie umieją w nią grać (Kalinkowski) albo byli wystawiani na niewłaściwych pozycjach (Prokić), albo mieli kontuzje (Sulek). Niektórzy z niezrozumiałych względów nie dostawali szans prawie w ogóle (Kuliński) albo nie dostawali, gdy ewidentnie zasługiwali (Plizga, Cerimagić).
Nie było stabilizacji w składzie w pomocy, dlatego też czasem trener cofał nominalnych napastników, Kędziorę czy Goncerza.
Jeśli chodzi o defensywę, to pomocnicy nie byli zasiekami nie do przejścia. Często w wyniku ich błędów, nonszalancji, braku koncentracji, rywale stwarzali sobie sytuacje bramkowe. Nawet jeśli nie były to tak fatalne kiksy jak Klemenza, to ogół gry sprawiał, że to nie była mocna pozycja.
Podobnie było w konstrukcji, gdzie nie mieliśmy stałego, dobrego zawodnika, który rozrzuciłby piłkę na skrzydło czy zagrał prostopadle dla napastnika. Były pojedyncze mecze, wyskoki, jak na przykład Plizgi, ale wtedy trener sadzał go na ławce.
Jeśli chodzi o skrzydła, to młodzież niestety wygląda, że nigdy nie dorośnie. Nieźle rokuje Skrzecz, ale jeśli na wiosnę znów zagra tylko jeden czy dwa dobre mecze, to będzie sobie mógł szukać klubu w Tarnowskich Górach. Czas pokazać swój potencjał, a że go ma, pokazał z Olimpią. Niestety Paweł Mandrysz chyba zdziadział na dobre.
Nie chcemy Andreji Prokića w pomocy. Zawodnik musi grać w ataku. I naprawdę trudno zrozumieć, że widzą to wszyscy kibice, a nie widzi mający klapki na oczach trener.
Jeśli w pomocy nie pojawi się stabilizacja – a odpowiadają za to zarówno zawodnicy, jak i trener – nadal będzie to wyglądało słabo. Tak jak przez cały rok 2017.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.
Piłka nożna
Post scriptum do Rakowa i Lecha
Dwa wyjazdowe mecze za nami. Zapraszamy więc do tradycyjnego post scriptum. A potem już tylko Motor.
1. Na mecz z Rakowem, który miał być najważniejszym spotkaniem od dawna wybraliśmy się w 4 osoby – ja, Misiek, Kazik, Flifen. Jako że nie był to daleki wyjazd, mogliśmy wyjechać stosunkowo późno. Wiadomo – godzinka drogi i jesteśmy na miejscu.
2. Ciekawa zawsze jest to droga – wiadomo, najpierw autostrada, a potem jakieś lokalne drogi. Zawsze zastanawia się czy na tę ulicę Spalonienko czy jakoś tam wjeżdżają te wszystkie autoary przewożące piłkarzy.
3. Chyba nam ta mobilizacja mocno się udzieliła i organizm zareagował… odwrotnie. Bo dużo było… ziewania na trasie. Może tak czasem być, taka paradoksalna reakcja organizmu.
4. Ogólnie to widzieliśmy autokar Rakowa dojeżdżający na stadion. Oni też nie wiedzieli, w jakim widowisku przyjdzie im uczestniczyć.
5. O ile na poprzednich meczach w Częstochowie byliśmy dużo wcześniej, tym razem było to „zaledwie” jakieś półtorej godziny przed meczem. To spowodowało, że musieliśmy się z pewnymi ważnymi rzeczami sprężać.
6. Kazik chciał odpalić drona, żeby zrobić efektowne zdjęcia stadionu i pętli. Niestety jakieś zakłócenia w eterze spowodowały, że dron nie ruszył i musieliśmy zadowolić się zdjęciami naziemnymi. Potem drony latały nad stadionem i zrzucały piłki. Ciekawy pomysł.
7. Chcieliśmy szybko przemieścić się do budki z akredytacjami, ale… policja zablokowała główną ulicę. Casus podobnie jak na Cracovii. Bo zaraz mieli przyjechać kibice gości. Dlatego nie można było poruszać się wzdłuż ulicy.
8. Dodatkowo po przejściu na drugą stronę ulicy, też nie można było przejść. Policja więc kierowała przez jakiś park, potem przez jakieś domki i byliśmy naprzeciwko przejścia. Czekaliśmy, a wkrótce autokary z kibicami przejechały.
9. Szybko odebraliśmy akredytacje i mogliśmy wejść na stadion. Nie kombinowaliśmy już z VIP-ami tylko od razu udaliśmy się na nasze prawowite miejsca.
10. To znaczy, zanim poszliśmy na prasówkę, udaliśmy się do sklepiku klubowego. A potem już był jeden cel – tzw. gięta. Wiedzieliśmy, że przy jednym sektorze jest taka fajna krojona, z cebulką. Mieliśmy taki plan już od grudnia. Ale na następny sezon. Na Raków trafiliśmy jednak w Pucharze Polski.
11. W tym celu obeszliśmy ten stadion. Nie naśmiewając się, bo sami mamy nowy obiekt od niedawna, niektóre miejsca za trybunami wyglądają, jakby były przytwierdzone na trytytki. Ale są to trytytki mocne. Mnie się ostatecznie ten stadion podoba. W dobie tych wszystkich nowy – daje powiew dawnych czasów.
12. Obeszliśmy więc. Na koniec musieliśmy się wylegitymować, żeby wejść na miejsce sektorowe. I znaleźliśmy się pod kiełbasą.
13. No panie, powiem ci – klasyczek. Półtorej (?) chyba kiełby i mnóstwo cebulki takiej zgrillowanej, w duuuużych kawałach. Musztarda, bułeczka. Smakowite. Minusem był ogórek kiszony, który ani trochę nie był kwaśny.
14. Skierowaliśmy się z powrotem – już na sektor prasowy. To pierwszy stadion od powrotu do ekstraklasy, na którym zawitaliśmy po raz trzeci. Wiedzieliśmy więc co i jak – czym to się je. Nagrywka przedmeczowa i zajęliśmy miejsca. Takie bez stolików, ale z większą przestrzenią. Więc komputer wylądował na kolanach.
15. Najgorsze było podłączanie do kontaktu. Trzeba było uklęknąć i się schylić, co na tej kracianej posadzce przyprawiało o ból kolan. Ale dało radę i byliśmy podpięci.
16. Czekaliśmy na mecz. Gdzieś tam w międzyczasie mijałem Mateusza Borka i Grzegorza Mielcarskiego, którzy mieli komentować to spotkanie. Jeszcze nie wiedzieli, jakie emocje będą także ich udziałem.
17. Jakiż to był mecz. Mecz, który zapamiętamy na lata. To była wielka piłka. Dramaturgia, zwroty akcji i dla postronnego widza kapitalny mecz do oglądania. Objęliśmy prowadzenie po golu Jirki, a potem Jędrych podwyższył z rzutu karnego.
18. W przerwie więc mieliśmy dobre humory, ale czujność musiała być zachowana. To jeszcze przecież nie znaczyło, że meldujemy się w finale. Kibice Rakowa mieli się z pyszna. Ale ciągle wierzyli.
19. Początek drugiej połowy był jak nóż w serce. Jeszcze nie wybiła 49. minuta, a już mieliśmy wyrównanie. Stadion przy Limanowskiego w euforii, my nosy spuszczone na kwintę. Nadal jednak przecież to był remis, czyli dla obu stron podobna sytuacja. Ale morale lepsze miał Raków.
20. Wkrótce gospodarze mieli rzut karny. Przez chwilę byliśmy w radości, gdy Dawid Kudła obronił. Ale szybko Diaby-Fadiga dobił ten strzał. Sędzia VAR-ował tę kontrowersyjną sytuację i przy okazji potem poznaliśmy absurdalny przepis o niepostawieniu nogi na murawie. Nie znając go – widzieliśmy potężną kontrowersję.
21. To już był dramat. Przegrywaliśmy 2:3. Wydawało się, że w sposób bardzo frajerski przegramy ten półfinał. Ale Adam Zrelak w samej końcówce doprowadził do wyrównania i wprawił nas w euforię. To był drugi mecz z rzędu, kiedy strzeliliśmy gola w doliczonym czasie.
22. Dogrywka zapowiadała kolejne wielkie emocje. W drugiej połowie znów pokarał nas Rocha, choć ostatecznie okazało się, że to samobój Alana. Ale już ultra katem w tym sezonie jest dla nas Brunes, który w każdym z trzech meczów trafił do siatki.
23. I jeszcze raz wyrównaliśmy. Eman się nie certolił, tylko przywalił precyzyjnie z dystansu. Mateusz Borek godnie oddał to w komentarzu, fenomenalna euforyczna sytuacja i Eman ekspresyjnie cieszący się pod sektorem gości. Cudowny moment. Przyznam, że mimo porażki, potem oglądałem to wielokrotnie.
24. No i te nieszczęsne karne, które okazały się dla nas bezbarwne. Dwa pudła, a Raków strzelił wszystko. Odpadliśmy, a gospodarze cieszyli się z awansu do finału.
25. Zebraliśmy manatki, nagrałem nagrywkę i poszliśmy na konferencję prasową. Teraz inna droga prowadzi na salę konferencyjną, więc pani nie chciała nas wpuścić. Ale akurat przechodził Wojciech Cygan, który „po starej znajomości” pozwolił nam tędy przejść.
26. Na konferencji przynajmniej można było się posilić zupą i jakimiś przekąskami. Marne to było pocieszenie. Straciliśmy tak wielką szansę, było tak blisko i nasi piłkarze zrobili wszystko. Szkoda była wielka.
27. Wypowiedzieli się obaj trenerzy, a my po konferencji jeszcze zrobiliśmy swoje materiały. Internet huczał od kontrowersji. Pożegnał się z nami drugi trener Rakowa oraz rzecznik. Oni byli przeszczęśliwi.
28. Mieliśmy problem z wyjściem, bo brama była zamknięta. Jakiś gościu powiedział, że trzeba nacisnąć jakiś guzik, żeby otworzyła się furtka. Doszliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic.
29. W stolicy Górnego Śląska byliśmy gdzieś przed północą. Nie tym razem Narodowy. Ale czekał nas za trzy dni kolejny mecz. Bardzo ważny i bardzo trudny.
—–
30. Do Poznania to już większa logistyka. Wiadomo, trzeba wyjechać rano, a wrócić w nocy. Ale na szczęście nie bardzo rano. Dlatego też wyjazd mieliśmy zaplanowany na 11. Ostatecznie ruszyliśmy nieco spóźnieni.
31. Mecz opracowywaliśmy w cztery osoby: ja, Misiek, Kazik i Marcin, który dojechał we własnym zakresie i działał na miejscu.
32. Droga przebiegała spokojnie, ładna była pogoda, tylko trochę zimno, gdy wiało. Zrobiliśmy ze dwa postoje, by coś małego przekąsić i napić się herbaty lub kawy. Na większą szamkę upatrzyliśmy sobie jedną z knajpek nieopodal Bułgarskiej.
33. Mijaliśmy znów Tarczyński Arena we Wrocławiu. Czy dane nam tam będzie zawitać w przyszłym sezonie? Jest to całkiem możliwe, bo Śląsk spisuje się w pierwszej lidze bardzo dobrze.
34. W Poznaniu byliśmy przed 15, mieliśmy więc jak na nas czasu i dużo i mało. Ale zjeść było trzeba. Padło więc na „Burger Lokalnie”. Chłopaki wzięli loaded frytki, ja skusiłem się na burgera. Dość dziwny sposób płatności – blik przez telefon. Wiem oczywiście o takim sposobie, ale przyznam, że pierwszy raz się z tym spotkałem w knajpie.
35. Mieli dużo zamówień, więc trochę musieliśmy poczekać. Ponad pół godziny. Na telewizorze leciał mecz Parma – Napoli, a za oknem przejeżdżały zielone tramwaje. Cały czas miałem wrażenie, że to autokar GieKSy przejeżdża, a przecież jak wiemy – bardzo często go spotykamy na swojej drodze.
36. Po nasyceniu się ruszyliśmy do auta i udaliśmy się na stadion. Zapowiadana frekwencja ponad 35 tysięcy powodowała, że zastanawialiśmy się, czy uda nam się ominąć korki.
37. Jak się okazało, nie było żadnych problemów, ot jedne dłuższe światła na kilka razy i już byliśmy na ulicy Ptasiej, od której jest wjazd na parking. No to wjechaliśmy.
38. Kazik odpalił drona, który tu już nie odmówił posłuszeństwa. Ja przyznam, że pierwszy raz widziałem taką akcję, z patrzeniem się na obraz na żywo. Absolutnie fenomenalna sprawa i niesamowity widok oraz szybkość poruszania. Dzięki temu mamy z większości stadionu tak efektowne ujęcia.
39. Udaliśmy się po odbiór akredytacji. Poszło szybko i sprawnie, po czym mogliśmy pójść do bramy wejściowej już stricte na stadion. Jeść nie można.
40. Pamiętałem obiekt przy Bułgarskiej z poprzedniego sezonu, więc tu nie było żadnego błądzenia. Wiedzieliśmy, co jest gdzie. Najpierw więc poszliśmy do pomieszczenia pracy dziennikarzy i fotoreporterów. Były ciastka, nachosy i napoje. Chciałem zrobić herbatę, ale woda była letnia. Więc olałem.
41. Rozdzieliłem się z chłopakami i pojechałem windą na prasówkę. No i wyszedłem na trybuny i znów – wielkie wrażenie. No to jest potężny stadion. Wysokie trybuny, rozległe, a jednak bardzo dobrą widocznością. Piękny czterdziestotysięcznik. A jeszcze miał być niemal zapełniony.
42. Nagrałem więc przedmeczową nagrywkę, a zanim zająłem miejsce musiałem ogarnąć tę… herbatę. Tutaj znowu był wrzątek, ale nie było saszetek. Co prawda w drugim werniku była gotowa herbka, ale to nie to samo. Zjechałem więc na dół po szaszetki i wróciłem.
43. Warunki do pracy na Lechu są doskonałe. Widoczność to raz. Stanowiska – kapitalne. Duże blaty, dużo kontaktów, świetny internet. Pracowanie na tym obiekcie to czysta przyjemność. Wszystko się tam zgadza.
44. Trybuny powoli się wypełniały, a piłkarze rozgrzewali. Była siedemnasta, więc światło dzienne. Ostatnio byliśmy tu już tylko przy sztucznym oświetleniu.
45. Ale pamiętamy przecież ten stadion bardzo dobrze. Graliśmy tutaj przecież kilka razy z Wartą Poznań. Dla nas swego czasu świętem było uczestnictwo w takim spektakularnym meczu Zielonych, gdy dowodziła nimi pani Łykomska-Pyżalska. Wtedy kilkanaście tysięcy Warciarzy zrobiło show. Kibice GKS również. Wówczas przegraliśmy, ale tylko na takie „święta” mogliśmy liczyć. Z Wartą przy Bułgarskiej też wygrywaliśmy 1:0 czy remisowaliśmy 2:2 i… 3:3.
46. Mecz poprzedziła minuta ciszy ku czci Jacka Magiery. Była cisza i szacunek. A przecież ani z Lechem, ani z GKS Jacek Magiera nie był związany. Podoba mi się to trzymanie szalików w górze podczas takich upamiętnień. Jest to dla mnie wyraz absolutnego szacunku jako społeczność.
47. Potem już zaczęło się wielkie granie. Zastanawialiśmy się jak to będzie wyglądało po Częstochowie. Niepotrzebnie. GieKSa zaprezentowała się po prostu kapitalnie. Nie ustrzegając się błędów w defensywie. Ale dzięki temu mieliśmy świetny mecz. Kibice też swoje zaprezentowali.
48. Naprawdę ten uśmiech Markovića z rozciętym łukiem brwiowym jest epicki. Jego towarzysze również z jednej strony gratulujący, z drugiej troszczący się. Ranny wojownik na bitwie, ale święcący swój triumf. Można powiedzieć, że to bardzo pierwotne. Archetypowe.
49. Czy nie do tego została stworzona piłka nożna i sport w ogóle? Żeby te pierwotne instynkty związane z walką i rywalizacją rozwiązywać w uzgodniony i cywilizowany sposób? Używamy takich słów: taktyka, strategia, walka. Zwycięstwo i porażka.
50. W przerwie udałem się zobaczyć, co tam ciekawego do jedzenia w kuluarach. Jakaś meksykańska zupka była i kanapki. Też sympatycznie, można było lekko się posilić. Coś tam konsumowali też Mateusz Borek z Grzegorzem Mielcarskim, którzy drugi raz z rzędu mieli okazję komentować kapitalne widowisko z udziałem GieKSy.
51. Druga połowa to był już cios za cios. Poznański Kocioł przeżywał swoje euforie po wyrównujących bramkach i frustracje po golach straconych. A nasz sektor jeszcze dwukrotnie wybuchał radością po golach – najpierw Ilji, a potem Emana.
52. Co ciekawe, dla Ilji Szkurina nie była to pierwsza bramka w tym sezonie przy Bułgarskiej. Zawodnik trafił przecież w Superpucharze jeszcze w barwach Legii, gdy Wojskowi wygrali w Poznaniu 2:1. Strzelił na tę samą bramkę. Trochę ładniej – ale liczy się efekt.
53. Eman na razie strzela tylko na wyjeździe. Dublet w Niecieczy, gol w Częstochowie i teraz dwa trafienia w Poznaniu. Czekamy na pierwsze trafienie Norwega na Nowej Bukowej.
54. Ogólnie mecz przy 35 tysiącach kibiców to już naprawdę europejskie widowisko. A jeśli jeszcze piłkarze obu drużyn stworzyli spektakl, to trudno się dziwić zachwytom. Jeśli GieKSa gra w meczach, które są wizytówką ekstraklasy, to wiedz, że w Katowicach dzieje się coś dobrego.
55. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 3:3. Piłkarze GKS i kibice podziękowali sobie wzajemnie. Kibice Lecha wsparli swoich piłkarzy – docenili tę gonitwę.
56. Nagrywka i na konferencję prasową. Była ona wyjątkowo długa, bo trwała ponad 40 minut, zwłaszcza maglowali dziennikarze trenera Nilsa Frederiksena, z niebywale posępną miną. Szkoleniowiec nie był zadowolony po tym spotkaniu. Natomiast Rafał Górak mówił o pewnym niedosycie, ale też z szacunkiem podchodził do jednego punktu.
57. Jedynie tutaj pan podający mikrofon trochę wywierał presję, bo tak stał nad człowiekiem i po zadaniu pytania już sięgał, żeby mu oddać mikrofon. Powiedziałem mu więc, że jeszcze jedno pytanie chcę zadać. W sumie myślałem, żeby zadać cztery, ale stwierdziłem, że skoro stosuje taki wysoki pressing, to poprzestanę na dwóch.
58. Porobiliśmy jeszcze swoje materiały i w końcu zebraliśmy się. Czekała nas kilkugodzinna podróż powrotna do domu. Przejście przez lochy stadionu Lecha jest ciekawe.
59. Jeszcze zahaczyliśmy o kurczaki we Wrocławiu. Pierwszy raz spotkałem się w takim miejscu z tym, że wychodzi obsługa i mówi, co jeszcze jest dostępne, bo niedługo zamykają. Ale przynajmniej było świeżutkie, świeżo usmażone.
60. W Katowicach byliśmy o drugiej. Widzieliśmy, jak pod stadion wjeżdża autokar z naszymi piłkarzami.
61. To był bardzo intensywny dwumecz. Nim się jednak nie obejrzymy, to już w piątek zagramy z Motorem. Kupujcie bilety i dopingujemy tę kapitalną drużynę.



































































Najnowsze komentarze