Felietony Piłka nożna
Piotr Mandrysz – postać dramatyczna teatru Bukowa
Gdy trener Piotr Mandrysz przychodził do GKS Katowice, wydawało się, że na tamten moment nic lepszego nie mogło tego klubu spotkać, jeśli chodzi o stanowisko szkoleniowca. Trener doświadczony, z charyzmą i charakterem, a przede wszystkim z sukcesami w postaci awansów do ekstraklasy. Po Jerzym Brzęczku, który tej charyzmy nie posiadał i bronił ile wlezie sabotujących awans zawodników, przyszedł do nas człowiek słynący z twardej ręki i tego, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Co udowodnił w Sosnowcu, odstawiając tych, którzy według niego działali na szkodę zespołu. „Na głowę nikt mi nie wejdzie” z zapowiadał szkoleniowiec.
Już gdy robiliśmy przedsezonowy wywiad z trenerem (ale już po pucharowym meczu z Siarką), dość mocno akcentowaliśmy i dawaliśmy Mandryszowi do zrozumienia, jakie nastroje panują w Katowicach po zawalonym awansie, a spotkanie z Siarką właśnie było przedłużeniem tych klęsk. Niestety trener już wtedy zaczął mówić, że nie może odmówić zawodnikom walki. Powtórzył to po kompromitująco przegranym spotkaniu z z Pogonią, kiedy to na tle naszych ślimaków, ambitne chłopaki z Siedlec wprost zaorały murawę.
Trener zapewniał, że wie, do jakiego miejsca przyszedł. Mówił, że wiedział o presji i przypominał wizytę kibiców pod szatnią GKS, gdy był trenerem Niecieczy. Po raz kolejny jednak okazało się, że wiedzieć teoretycznie, a zrozumieć i doświadczyć to dwie różne sprawy. Dlatego też gdy na spotkaniu z kibicami po pierwszej kolejce zaczął wypowiadać się tak, jakby był na konferencji prasowej – szybko dostał prosto z mostu komunikat, że kibice głodnych i oficjalnych kawałków łykać nie będą i oczekują merytorycznej i szczerej dyskusji. Widać wówczas było, że szkoleniowiec jest kompletnie zszokowany. Brak wiedzy na temat specyfiki klubu trener przejawił również wspominając mecz w Grudziądzu ze słynnym tańcem – nie rozumiał, że przywoływanie tego spotkania działa jak płachta na byka.
Gdy po spotkaniu z Miedzią na konferencji personalnie skrytykował jednego czy dwóch zawodników, obudziła się nadzieja, że jednak w końcu nie będzie cackania się z gwiazdorami.
Po dwóch wygranych z Rakowem i Chojnicami, przyszedł ordynarnie przechodzony mecz z Odrą. Wtedy trener na konferencji po raz pierwszy odleciał. Skrytykował pogodę, twierdząc że on sam na ławce się spocił, więc co dopiero zawodnicy. Zrzucił winę na trzy mecze w ciągu ośmiu dni, choć była dopiero szósta kolejka. W końcu zaczął wyliczać, ile to GKS nie stworzył zagrożenia pod bramką Odry, podczas gdy w rzeczywistości „okazje” te nie były nawet dwudziestoprocentowe. Można było się zacząć niepokoić, bo tak naprawdę mecz z Odrą był jednym z kilku skandalicznych w rundzie jesiennej. Jednym z tych meczów, które jak na tacy pokazały, że wielu naszym zawodnikom po prostu się nie chce rzetelnie wykonywać swoich obowiązków.
Potem mieliśmy serię katastrofalnych występów. Z Wigrami GKS przegrał po kuriozalnej bramce samobójczej Damiana Garbacika. Obrońca został kozłem ofiarnym i przesunięto go do juniorów. „Decyzją zarządu” – jak było napisane w komunikacie. Potwierdził to szkoleniowiec zapytany przez nas na konferencji po meczu z Zagłębiem Sosnowiec, mówiąc że sam był przeciwny temu odsunięciu. To również była informacja, że dzieje się w związku z trenerem coś niedobrego – tym razem, że zarząd nie respektuje decyzji kadrowych szkoleniowca. Sprawa nie miała oficjalnie swojego ciągu dalszego, a dzisiaj nie ma już w klubie ani Garbacika, ani Mandrysza, ani Wojciecha Cygana, który po tamtym spotkaniu zrezygnował ze stanowiska prezesa.
Na tej samej konferencji po przegranym w fatalnym stylu 0:3 meczu, trener potrafił znów stwierdzić, że walka była, a na domiar złego zrzucił winę za brak wyników na absencję…Tomasza Foszmanczyka, „najbardziej kreatywnego zawodnika w poprzednim sezonie”. Potem była kolejna klęska w meczu, którego druga połowa tylko zaciemniła obraz, mowa o Mielcu. Przegrywać 0:3 do przerwy znów świadczyło jak najgorzej o tej drużynie.
Coś drgnęło później. Chociaż dość frajersko zespół zremisował z Chrobrym, to w końcu było widać cień zaangażowania. Trzy wygrane z rzędu później dały nam nadzieję. Aż przyszedł mecz z Ruchem, najgorszą drużyną w lidze. Abstrahując już od tego, że wolicjonalnie i taktycznie rywal był górą, to szkoleniowiec przy okazji meczu 14-lecia popełnił całą masę gaf świadczących tylko o jednym – on nawet w połowie października nadal nie zdawał sobie sprawy, w jakim miejscu pracuje. Mieliśmy więc przed meczem chwytającą za serce historię, jak to „niestety” kiedyś sędzia ograbił jego Ruch z punktów na Bukowej i „przegraliśmy”. Mieliśmy wystawienie na najważniejszy mecz Grzegorza Goncerza, zawodnika kompletnie bez formy, który wcześniej od wielu kolejek nie powąchał murawy. Gonzo był na tyle bezproduktywny, że został zdjęty w przerwie, czym trener przyznał, że graliśmy w osłabieniu. Werbalnie jednak stwierdził, że „był to dobry, a w drugiej połowie bardzo dobry mecz GKS”. Dla kibiców załamanych po porażce takie słowa były nie do przyjęcia.
Trener wyglądał coraz gorzej. Na konferencjach smutny, przygaszony, nawet nie silący się na jakąś złość – czy to na zespół czy choćby cały świat. W Tychach trener przyznał, że przed przerwą wyglądało to tak, jakby zawodnikom się nie chciało. Mimo wszystko trochę miotał się i mieszał w swojej wypowiedzi. Wyglądał ja siedem nieszczęść, a gdy po meczu z Olimpią nie chciał odpowiadać na pytania dziennikarzy, bo „źle się czuje”, naprawdę można było się martwić, czy szkoleniowca nie łapie depresja…
Rundę udało się przyzwoicie dograć, co było dość zaskakujące. Kilka ostatnich nieprzegranych meczów spowodowało pewien rodzaj zadowolenia, który bardzo dobrze w Katowicach znamy. Czyli konkretnie spieprzona runda zakończona kilkoma przyzwoitymi spotkaniami została przekuta na to, że w „drugiej połowie rundy zdobyliśmy zdecydowanie więcej punktów i jest to optymistyczne”. I o ile z liczbami dyskutować nie należy, to tak naprawdę obraz tych wygranych meczów pozostawiał wiele do życzenia, a przekuwanie właśnie zwycięstw z outsiderami (oprócz Miedzi) czy remisu w Siedlcach w sukces, to typowe klasyczne robienie wody z mózgu.
Wydawało się jednakowoż, że Mandrysz dzięki końcówce roku utrzyma się na posadzie i tak się stało. Tym większe było zaskoczenie, gdy kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że zarząd postanowił pożegnać się ze szkoleniowcem. Jeśli uznać to za merytoryczną decyzję i ocenę na podstawie bardzo kiepskiej rundy – to była to uzasadniona decyzja. Nie będziemy się silić na inne motywy, choć wróbelki ćwierkają, że dyrektorowi i trenerowi mocno było nie po drodze już od początku, więc mogło też chodzi o inne kwestie. Ale to już zostawiamy.
Trener Piotr Mandrysz stał się ofiarą własnego trudnego charakteru, ale w bardzo szerokim pojęciu. Zawsze słynął z twardej ręki, z tego że był nerwowy, wybuchowy, podpalający się. W Sosnowcu popadł w konflikt z piłkarzami i to on wyleciał z klubu. Trudno nie odnieść wrażenia, że w Katowicach postanowił objąć inną taktykę i po prostu stać się bardziej ugodowy. Niestety przegiął w drugą stronę – stał się mało wyrazisty, miękki, gubiący się nawet w swoich wypowiedziach. Nie był przekonujący, nie widać było w nim tej charyzmy, którą znaliśmy. Z czasem autentycznie wyglądał na coraz bardziej smutnego i przegranego. Tylko pojawia się pytanie, czy z powodu własnej bezsilności wobec tego, co widział w drużynie?
Trudno czasem było uwierzyć, że trener wierzy w to, co mówi o zaangażowaniu. Każdy mający dobry wzrok obserwator meczów GKS widział, że co najmniej kilka meczów było oddanych kompletnie bez walki i choćby odrobiny zaangażowania. Nie można chyba być tak zaślepionym, żeby – mowa o trenerze – wmawiać sobie, że zawodnicy gryzą trawę, w momencie, gdy grają de facto przeciw trenerowi i to nawet niekoniecznie celowo, ale po prostu nie angażując się w grę. Czy trener Mandrysz dobrze wiedział co jest grane, ale bał się lub nie chciał tego ugłośnić na konferencjach prasowych? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast – widząc go po prostu na tychże konferencjach – że bardzo mocno to przeżywał i go to gryzło. Wolał jednak wszystko, co trudne zachować dla siebie. I to też go chyba zgubiło.
Trener Mandrysz nie zdał tego ważnego egzaminu w swojej karierze i nie podołał oczekiwaniom kibiców. Są tacy trenerzy, którzy gdy obejmują stanowisko – kibice się cieszą i uważają, ze to był trafny wybór. Tak było, gdy Franciszek Smuda objął reprezentację Polski. Też mówiło się, że twarda ręka i to będzie dobre. Skończyło się na ultradefensywnym ustawieniu w trzecim meczu grupowym z Czechami, w meczu, którzy trzeba było wygrać. Smuda nie wytrzymał ciśnienia i po prostu z autentycznego ludzkiego strachu zagrał bardzo asekuracyjnie. W Katowicach postawę ultra-asekuracyjną od początku przyjął trener Piotr Mandrysz, a to niezgodne z jego charakterem. Można powiedzieć, że z każdą wypowiedzą o walce i zaangażowaniu, zjadał się od środka. Nie dał temu ujrzeć światła dziennego.
Osobiście, szkoda mi szkoleniowca, bo to bardzo sympatyczny człowiek. Nie, wcale nie jest słabym trenerem, jak sugerują niektórzy. Ma warsztat i sukcesy. Jednak w Katowicach po pierwsze kompletnie nie przyjął specyfiki tego miejsca i zaakceptował pewnych warunków, jakie tu są. Po drugie totalnie się zawodowo pogubił i na bazie tego, co zostało napisane wcześniej, zaczął podejmować coraz to bardziej dziwne i irracjonalne decyzje (wspomniany Goncerz czy brak Plizgi w Siedlcach). W tym konkretnym przypadku zadanie go przerosło.
I jeszcze jedna rzecz. Gdyby trener miał do dyspozycji poważny zespół i poważnych piłkarzy, to wszystko by się nie wydarzyło. Te same wyniki, okraszone zwycięstwem z Ruchem i np. remisami w Tychach i Sosnowcu spowodowałyby zupełnie inny pogląd na sprawę. Niestety wszystko zostało przegrane bez walki. I trzeba sobie to jasno powiedzieć, że po raz kolejny w Katowicach piłkarze zwolnili trenera. Swoją postawą to piłkarze w pewnym sensie „zniszczyli” tego szkoleniowca. Mamy nadzieję, że tylko na chwilę, a trener się odbuduje i będzie dalej pracował – już z poważniejszymi ludźmi. Jednak to co zrobili piłkarze to jedno, a to czego w związku z tym nie zrobił trener – to jego odpowiedzialność. Widząc, co się dzieje nie zareagował i właśnie na tym polu przegrał i swoje zadanie zakończył niepowodzeniem.
Trener Mandrysz w GKS Katowice to już przeszłość. Wierzymy, że kolejni szkoleniowcy – tym razem Jacek Paszulewicz – wyciągną wnioski z tego, co się działo, będą wiedzieć, do jakiego klubu przyszli i szybko poznają – nie tylko teoretycznie – jego specyfikę. To jest GKS Katowice i to trzeba przyjąć z całym „dobrodziejstwem inwentarza”. Bez tej wiedzy żaden trener nie osiągnie tu sukcesów. Wiedzieć, czym jest GKS Katowice i „czym to się je” – to pierwszy i najbardziej konieczny warunek, żeby móc osiągnąć sukces. Dopiero na drugim miejscu jest włączenie swojego warsztatu i rzetelna merytoryczna praca na rzecz sukcesu sportowego.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.


Irishman
12 stycznia 2018 at 20:29
W PUNKT!!!
Nie potrafię pojąć, jak taki trener, który dodatkowo przecież był wcześniej częstym gościem na Bukowej, mógł tak bardzo zaufać niektórym z tych piłkarzy, którzy tak bardzo zawiedli na wiosnę?!?!?!
Chyba, się faktycznie pogubił! Ale taki trener?!!! Jak to możliwe?????
Irishman
12 stycznia 2018 at 20:33
Oby Paszulewicz, nie popełni tego samego błędu!!!!!
tomassi
12 stycznia 2018 at 20:36
Nic dodać nic ująć.
Czekamy…..!!!?
Ktoś musi w końcu przełamać tą niemoc
Ktoś musi kopnąć ich porządnie w dupę
I mam nadzieję że będzie to teraz,już a nie kiedyś…..
Solski
12 stycznia 2018 at 21:04
Tak czysto po ludzku, trenera mi szkoda.
Czy zmiana była dobrym krokiem? Zobaczy się po rundzie wiosennej.
Wg mnie można było dać spokojnie przepracować Mandryszowi wiosnę. Po długim zimowym okresie przygotowawczym można by wtedy rozliczyć go za wyniki i decyzje. 6 pkt straty to nie dużo i jednak wiele do odrobienia. Prawda jest taka, że kto by nie przyszedł to z tymi wkładami wyniku nie osiągnie.
Wkłady zwolniły już Cygana i wielu trenerów. O poparciu dla Mandrysza tez wiele się wypowiadaliście, że należy trzymać Jego stronę bo to wina kopaczy. Tak samo teraz piszecie w momencie zatrudnienia Paszulewicza. Ciekaw jestem po ilu kolejkach będziecie się domagali zwolnienia trenera, bo jak sądzę kopacze wiele więcej z siebie nie dadzą.
zippo50
12 stycznia 2018 at 22:03
Jeżeli dalej tak będzie że trener rządzi na boisku a w szatni kto inny to dalej będzie padaczka, z naszymi kopaczami jedyna metoda to „zamordyzm” a jak będą wyniki trochę odpuścić a nie odwrotnie.Nie opuściłem ani jednego meczu i szlag mnie trafiał jak Piotr ustawiał składy kogo trzymał na ławie a komu dał grać.Błędna była koncepcja mocnej obrony bo strzelać nie było komu a teoria stara jak świat to NAJLEPSZA OBRONA TO ATAK.Do momentu kiedy nie nauczymy się strzelać [często dwa strzały celne na bramkę przez cały mecz]to nie będziemy wygrywać amen.
kris
13 stycznia 2018 at 01:57
Ciąg dalszy robienia nas w ciula,teraz będzie wytlumaczenie jak nie awansują; że nowy trener nie zgrali się i nie zatrybiło jeszcze wszystko i nie rozumieją strategii Paszulewicza…to wszystko trwa wy myslicie że przyjdzie nowy trener i zrobi SZYBKI AWANS w pół roku.hehe pozdro dla kumatych.Wywalą go znowu po to kontrakt na rok,granie na czas tak jak kiedyś pisałem że awans będzie jak stadion powstanie…Droga do awansu chyba wtedy powstaje jak są transfery,wyniki? zachęta dla kibiców i ich sciągnięcie na trybuny żeby było ich jak najwięcej, a u nas wszystko na odwrót.W takich warunkach i atmosferze AWANS..Nie jescze tym razem.
Irishman
13 stycznia 2018 at 09:19
@Kris, nie chciało mi się w to wierzyć ale ostatnie miesiące pokazują, że to może być prawda. Z tym, ze mam także coraz większe wątpliwości czy ten stadion w ogóle powstanie.
Chyba jedyną dla nas szansa jest przejęcie nas przez prywatnego sponsora ale… to jest praktycznie niemożliwe bez stadionu i kółko się zamyka.
Źle to wygląda, bardzo źle.
Co nie zmienia faktu, że trzeba trzymać kciuki za nowego trenera!
Pewny
13 stycznia 2018 at 14:38
Shellu typ z góry uprzedzony do nie niektórych piłkarzy….obiektywizm….zero…zwykła…menda
scifo
14 stycznia 2018 at 12:21
Ja obstawiam, że Pewny to Gonzo, a Wy?
Zwieracze puszczają, może to dobrze, może w końcu znaleźliśmy trenera, który pożegna paru „gwiazdorów”.
Shellu tak trzymej chopie!!