Dołącz do nas

Piłka nożna Podcasty

[PODCAST] Czas podsumowań – Trójkolorowa połowa #42

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do odsłuchania czterdziestego drugiego odcinka podcastu „Trójkolorowa połowa”. Tym razem Błażej z Shellem starali się podsumować minioną rundę. Każdy z nas chciałby o niej zapomnieć, ale dobrze wiemy, że tak się nie da… Nasi redaktorzy spróbowali odpowiedzieć na pytanie: co się stało z GieKSą na jesieni tego roku?

Dajcie znać, jak Wam się podobał odcinek. Prosimy także o pomoc w wypromowaniu podcastu poprzez lajki, udostępnienia, oceny w aplikacjach itd. Nie obrazimy się także na dyskusję w komentarzach. Z góry dzięki!

.
Polecamy subskrybować nas w Spreaker.com (kliknij tutaj).

Możesz nas wesprzeć finansowo (odsłuchanie kosztuje 5 zeta, a komentowanie 19,64 ;)):

Konto:
BZ WBK
87 1090 1186 0000 0001 2146 9533
SK 1964
ul. Moniuszki 4/3, 40-005 Katowice
Tytułem: Podcast

PAY PAL:
E-mail: [email protected]
Tytułem: Podcast

Podcast „Trójkolorowa połowa” możesz ściągnąć w formacie mp3 z poniższych linków:

-> odcinek #42 13.12.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #41 5.12.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #40 13.11.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #39 5.11.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #38 1.11.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #37 25.10.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #36 10.10.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #35 3.10.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #34 27.09.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #33 23.09.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #32 19.09.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #31 15.09.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #30 3.09.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #29 27.08.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #28 23.08.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #27 19.08.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #26 6.08.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #25 6.08.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #24 30.07.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #23 23.07.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #22 18.07.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #21 5.07.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #20 28.06.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #19 21.06.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #18 14.06.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #17 29.05.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #16 21.05.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #15 14.05.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #14 10.05.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #13 7.05.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #12 29.04.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #11 25.04.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo)
-> odcinek #10 22.04.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo)
-> odcinek #9 19.04.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #8 14.04.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #7 10.04.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #6 4.04.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #5 28.03.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #4 21.03.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #3 14.03.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #2 8.03.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo),
-> odcinek #1 2.03.2018 (kliknij tutaj, a pobieranie rozpocznie się samo).

Podcast „Trójkolorowa połowa” możesz odsłuchać także z poziomu strony GieKSa.pl, klikając żółty przycisk w poniższych okienkach. Poniżej przedostatni odcinek:

.
Jesteśmy dostępni także na YouTubie, gdzie również możecie słuchać naszych podcastów.

30 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

30 komentarzy

  1. Avatar photo

    Irishman

    14 grudnia 2018 at 17:44

    Dzięki Shellu, Błażej, Kosa za te wszystkie podcasty i całą resztę. Tym większy szacunek, że daliście radę wytrwać w tym dziadowskim piłkarsko roku. Podsumowywać już nie ma co, bo już chyba każdy takie podsumowanie gdzieś tam napisał. Oby przyszły rok był o wiele lepszy, bo tak jak mówicie, jak będzie tylko trochę lepszy to zabraknie nam do utrzymania.

  2. Avatar photo

    PanGoroli

    14 grudnia 2018 at 19:19

    Pozostawienie Bartnikowi misji ratowania przed spadkiem, to jest po prostu skandal. Słuchałem wypowiedzi Bartnika na stronie klubowej. Przecież on sam na tacy podaje, że obecna sytuacja jest konsekwencją jego decyzji. Zero zarządzania ryzykiem, myślenia w przód, przygotowania. Zupełny brak planów awaryjnych. Jego decyzje, to nie zarządzanie, ale partyzantka. Wywala cały zespół, a nie ma gotowych kandydatów w ich miejsce. Sam przyznaje, że plan był, by poczekac z zakupami i zobaczyć co, komu od pyska odpadnie. Czyli zarządzanie zasobami osobowymi, to u niego loteria. Wywalił całą sekcję nie wiedząc, czy w ogóle ktoś będzie dostępny w ich miejsce. Plus z góry elementem jego planu było, że zespół będzie skompletowany na ostatnią chwilę i przystąpi do sezonu nieprzygotowany. No to na co on kurwa liczył?? Na cud??? Przecież gdyby nie kosmiczna dyspozycja bramkarzy, to teraz mielibyśmy 8, 9 punktów i już teraz murowany spadek! A to miał być plan na walkę o awans! No, ale jak słyszę, że to prawnik, no to dziwią jego idiotyczne decyzje. Tylko, że w takim razie co on robi w GieKSie na stanowisku menedżera??? Przecież to zupełnie inne kwalifikacje, inna wiedza, umiejętności, niż ma prawnik. Ja pieprzę, ale burdel! Przecież nie tylko trzymanie go na stanowisku, ale samo powierzenie mu takiej funkcji, która jest opłacana z funduszy społecznych, no to jest sprawa dla prokuratora! To ma swoją nazwę – defraudacja.
    No w tym momencie nie dziwi, że ma gadane, ale zero umiejętności. Kurcze, ale wałki teraz odchodzą w GieKSie.

  3. Avatar photo

    PanGoroli

    14 grudnia 2018 at 19:23

    mialo być – 'nie dziwią jego idiotyczne decyzje’

  4. Avatar photo

    Mecza

    14 grudnia 2018 at 21:07

    Padło pytanie dlaczego nam niewierzycie? Mandrysz się nie nadawał, uwierzcie nam ale nie powiedzą dlaczego. Nie bo nie (na samym końcu podcastu padło tylko że był smutny na konferencjach) Śmiałem się jak były ostatnio sugestie, że redakcja siedzi w kieszeni klubu ale jak uważają siebie za niezależnych to nie powinni się bać mówić a tym bardziej o kimś kogo już nie ma w klubie. Argument że sprawiał wrażenie zmęczonego jest słaby, zresztą zastał drużynę taką że dużo zdrowia stracił ale dał rade. Podobno w styczniu ma się ukazać wywiad z Paszulem jak już będzie mógł mówić, pojawia się wątek złego prowadzenia drużyny. Dudek też to wspomniał, ciekawe. Jeśli to prawda to ja bym mógł się pomylić zatrudniając zawodników będąc spoza środowiska ale nasi „zarządzający”? W sumie co w tym dziwnego jak odludek nie ma kontaktów to kogo mógł spytać. Nie ma funduszy dla zatrzymania fizjo bo klub płaci dużą kasę Mandryszowi (2020?! i po co ma się pchać do nowej) Paszulowi, byłym zawodnikom i obecnym niepotrzebnym z których chciał zrezygnować miesiàc bo angażu. Cyrk.

  5. Avatar photo

    KaTe

    14 grudnia 2018 at 22:01

    Nie lubię tego grypserskiego określenia, ale w przypadku pana Bartnika pasuje jak ulał – „Papuga”.
    Adwokackie gadanie, niekończący się słowotok, zasypywanie odbiorców mnóstwem wyszukanych słów, aż dochodzenie ich treści i sensu staje się karkołomne.
    Dla wszystkich zainteresowanych sprawa jest jasna: pan Bartnik miał największy wpływ na spierdzielony piłkarsko rok 2018. Zawalił z Mandryszem. Zadziwił wyborem dwóch trenerów wywalonych przez swoich pracodawców. Oraz namieszał fatalną polityką transferową (z jednym skautem – łoł!). Zatem: powinien obecnie zacząć zajmować się czymś innym, a nie eksperymentować dalej na żywym organizmie – jakim jest drużyna Gieksy.

  6. Avatar photo

    blazej

    14 grudnia 2018 at 22:01

    @mecza przypomnij się przed następym podcastem to Ci powiem czemu się nie pasował itd. Nie to że nie chcemy mówić tylko poprostu czasem się o wielu rzeczach zapomina. Wydawało mi się, że kiedyś to już poruszaliśmy

  7. Avatar photo

    PanGoroli

    15 grudnia 2018 at 01:49

    Poza tym, jeśli Bartnik byłby rzeczywiście lotnym umysłem, to byłby teraz… prawnikiem. A nie odwalałby państwową fuche załatwioną pewnie dzięki jakimś układom. Koncepcja oczyszczenia szatni była słuszna, ale realizacja kretyńska. Jestem ciekawy, jak to on sobie wyobrażał, że to miało się udać.
    Decyzja o pozostawieniu Bartnika dyskredytuje rownież Janickiego. Jego strategia 'nie znam się, ale otaczam się fachowcami’ w tym momencie leży i kwiczy, gdyż na przykładzie Bartnika widać, że aby móc dobierać faktycznych fachowców, to należy mieć na tyle wiedzy, by móc odróznić kto jest fachowcem, a kto nie. Janicki jej nie ma.
    No więc tak, prezes GieKSy, to amator. Dyrektor sportowy – również amator-hobbysta. Bawi się GieKSą za ciężkie miliony Katowic. A jedyne osoby, na których faktycznie spoczywa teraz ratunek przed spadkiem w obliczu paskudnego rozkładu gier, to trener nowicjusz, dopiero co wywalony za kiepskie wyniki, i nieprzygotowani, niewyszkoleni piłkarze, którzy u nas się znaleźli, bo przez cały sezon transferowy nikt nie chciał za nich zapłacić.
    No, i taka ostatnia myśl, która mi przyszła słuchając podcastu, to że w świetle tego, co usłyszałem, wychodzi, że Cygan, to… cygan.

  8. Avatar photo

    Irishman

    15 grudnia 2018 at 09:34

    @PanGoroli, zgadzam się z Tobą. Do tego, że Bartnik właściwie sam w wywiadach odpowiedział na pytanie dlaczego powinien odejść dodałbym jeszcze jedną kwestię. Mówił, że drużyna grała źle, bo trenowało ją w rundzie trzech trenerów i grała pięcioma stylami gry. A czyja to jest wina??? Co szkodziło, aby trener Dziółka poprowadził drużynę do końca jesieni? Tymczasem zatrudniono Dudka, który kompletnie nie ogarnął zastanej sytuacji, postawił fatalne diagnozy i w efekcie stracił bardzo ważne punkty z Wartą i Garbarnia! Beztroska taktyka na Tychy też była tego pokłosiem. Właśnie to mnie najbardziej martwi, że sekcja piłkarska prowadzona jest w taki….. no niech będzie, że beztroski sposób. Podejmowane są nieprzygotowane decyzje kadrowe jakbyśmy zamiast mieć jakąś strategię, jakiś plan łapali tylko okazje, podejmowane jest niepotrzebne ryzyko. Czytam po ostatnim meczu, że trener Dudek chce na wiosnę grać bardziej ofensywnie, bo on woli remisować 3:3 niż 1:1. Kurcze, już widzę, jak ta przebudowana, nowa defensywa (a tym bardziej gdyby miała zostać obecna) będzie takim monolitem, że pozwoli nam na „ładną”, ofensywną grę! Przecież takie Wigry i Jastrzębie u nich oraz Raków u nas, z którymi zagramy pierwsze mecze tylko na to czekają! Ja mam wrażenie, że w naszym klubie ciągle panuje beztroskie przekonanie, że jakoś to będzie, że w końcu przyjdzie ta koniunktura (kolejny kwiatek z wywiadu dyrektora Bartnika) i będzie dobrze.
    @PanGoroli zgadzam się też, że ostatecznie za to wszystko odpowiada dyrektor Janicki. Ale oprócz tego jest pytanie dlaczego prezydent Krupa pozwala, na wydawanie poważnej, miejskiej kasy na coś takiego.

  9. Avatar photo

    Irishman

    15 grudnia 2018 at 09:35

    @Błażej, ja oczywiście mam do Was zaufanie ale tak jak @Mecza, też chciałbym poznać jakieś konkretne powody, dla których pożegnano trenera Mandrysza. Kiedyś tam mówiliście czy pisaliście, że on zdaje się „nie żył klubem, nie angażował się” czy jakoś tak. Ale to nie jest dla mnie poważny argument. Trener I drużyny odpowiada za jej wyniki i tyle. Od całej reszty jest dyrektor sportowy, który ma zapewnić temu pierwszemu komfort pracy, a nie odwrotnie. Jeśli nie ma wyników to trener won, jeśli są, to wszystko inne się nie liczy. Bo inaczej dochodzimy do paradoksów, że niby wszystko pięknie, klub jest niby cudownie zorganizowany tylko, że zaraz poleci do II ligi….. no bo kurcze niema koniunktury i nic nie zrobimy!
    No chyba, że to co mówiliście o ciężkiej depresji trenera Mandrysza to nie było uproszczenie tylko on faktycznie był chory. Jeśli tak, to i tak ogromny szacunek za wyniki, które osiągnął w tej sytuacji ale jest to jakiś konkretny argument.
    A zresztą, stało się i się już nie odstanie, a teraz mamy znacznie większe problemy.

  10. Avatar photo

    PanGoroli

    15 grudnia 2018 at 12:11

    Co mnie najbardziej zaniepokoiło w wypowidedzi szkodnika – jesli się dobrze przysłuchać temu, co on bełkocze, to okazuje się, ze cała ta wypowiedź, to faktycznie już budowanie alibii dla niego na wypadek spadku. To oznacza, że w ocenie władz klubu druga liga jest bardzo realna, jednak nawet w takim wypadku szkodnik nadal się widzi na stołku…
    Przykre to jest, co się dzieje z GieKSą. Najpierw toczył ją nowotwór w szatni. Teraz wygląda na to, ze klub jest pionkiem w rękach jakiejś koteryjki miejskiej…

  11. Avatar photo

    mariusjno

    15 grudnia 2018 at 12:52

    Panowie mówi sie LIVERPOOLU A NIE LIVERPORZE

  12. Avatar photo

    mixer1964

    16 grudnia 2018 at 02:59

    Co do Mandrysza to na tamten czas większość kibiców chciała jego odejścia i myślę, że spowodowane to było narastającą frustracją po przegranych derbach z ruchem, tyskimi.
    Wychodzi na to, że trzeba go było wtedy zostawić, bo raz, że pod koniec rundy zaczęli zdobywać punkty, dwa teraz musimy płacić trzem trenerom, trzy mimo zarzucaniu mu depresji itp. to on miał lepsze wyniki. I jest to kolejny kamyczek do ogródka Bartnika.

  13. Avatar photo

    Irishman

    16 grudnia 2018 at 06:08

    A z chorzowskimi i dzbanami i tak przegraliśmy rewanże.
    Zaś czary wstydu i goryczy dopełniły porażka u siebie z Jastrzębiem oraz z jednymi z najsłabszych drużyn jakie gościły na Bukowej czyli Garbarnia i Wartą.

  14. Avatar photo

    Irishman

    16 grudnia 2018 at 06:38

    To jest dla mnie po prostu N I E P O J Ę T E, że po tych wszystkich kompromitacjach i upokorzeniach nic się nie dzieje. Właściciel milczy, prezes stawia na stabilizację, dyrektor swobodnie mówi o swoich błędach, za chwilę rozdamy Złote Buki (no po prostu impreza jak na tonącym Titanicu) – jednym słowem sielanka. Ale najgorsze, że z naszym, kibicowskim udziałem, którzy nadal popierają ludzi, którzy do tego doprowadzili, głosują w tym plebiscycie, który z przyzwoitości i szacunku dla poprzednich zwycięzców trzeba by zawiesić w tym roku. Chyba przez te wszystkie lata już tak zdziadzieliśmy i zobojętnialiśmy, że nas to nie rusza. Jak człowieka zniszczonego przez życie, któremu jeden cios więcej od losu, jeden mniej już nie sprawia różnicy…

  15. Avatar photo

    PanGoroli

    16 grudnia 2018 at 13:28

    W cywilizowanym świecie standardy, jakie obowiązują przy powierzaniu jakiegoś stanowiska, a co za tym idzie, odpowiedzialności, to – po pierwsze kwalifikacje. Należy się wykazać, że się posiada odpowiednie wykształcenie, wiedzę, plus doświadczenie, aby dać gwarancję, że powierzone zadania będą wykonywane w sposób kompetentny i profesjonalny. Po drugie – doświadczenie, referencje. Samo wykształcenie nie wystarcza – musi byc jeszcze dowód, że dana osoba potrafi robić właściwy użytek z wiedzy, którą posiada. W absolutnie wyjątkowych sytuacjach dopuszcza się wykształcenie poniżej wymaganego minimum, ale wyłącznie w sytuacji, gdy jest mocna ewidencja, że kandydat na stanowisku ma bogate doświadczenie i OSIĄGNIĘCIA w dziedzinie, która dotyczy satanowiska, o które się ubiega.
    A teraz spójrzmy na Bartnika. Czy ma odpowiednie wykształcenie, czy ma kwalifikacje zawodowe? Absolutnie nie. Nie jest ani menedżerem, nie ma również ani grama kwalifikacji sportowych, z tego co wiem. Jest prawnikiem, w dodatku miernym. inaczej, to by był sędzią adwokatem, notariuszem, czy radcą prawnym. Czy ma doświadczenie, osiągnięcia? Nie, jest ewidencja, że kiepsko sprawdza się w kierowaniu klubem piłkarskim. jego historia zawodowa pokazuje, że w poprzednim (i nadal obecnym, co jest już w ogóle pogwałceniem elementarnych zasad!) miejscu pracy klub, którym zarządza nie radzi sobie 3 ligi niżej. I przykład Bartnika pokazuje, że taki sposób selekcji ma sens. Bartnik nigdy nie miał prawa znaleźć się na stanowisku menedżerskim w GieKSie – nie ma kwalifikacji, doświadczenia, osiągnięć. To, co się dzieje z GieKSą teraz, to musiało nastąpić. Bartnik, to jest eksperyment, który tylko na zasadzie cudu mógł się udać. Ale cud nie nastąpił. Bartnik popełnia katastrofalne błędy, bo na tej robocie się nie zna. Jednak inna kwestia, to jakim cudem on się znalazł na tym stanowisku, skoro nie spełniał ani jednego kryterium? kolejne pytanie, to skoro nastąp[iło to, co musiało nastąpić – nasz klub się wykoleja w wyniku prowadzenia przez niekompetentne osoby, to dlaczego te osoby są nadal na swoich stanowiskach? Bartnik otrzymuje pensję pochodzącą z funduszy społecznych, gdzie powinny obowiązywać cywilizowane standardy, o których pisałem wcześniej. To, co widzimy, to prywata, kumoterstwo, układziki. To jest sprzeniewierzanie publicznych pieniędzy, gdyż Bartnik nie powinien otrzymywać ani złotówki, gdyż nie spełnia ŻADNEGO kryterium niezbednego do zajmowania stanowiska, na którym się znajduje. Bartnik w GieKSie, to jest gruby wałek!

  16. Avatar photo

    PanGoroli

    16 grudnia 2018 at 13:54

    To jest mój apel do SK1964:
    W chwili obecnej jesteśmy świadkami rażącego łamania standardów zarządzania podmiotu publicznego. GKS Katowice, ktore jest takim podmiotem, jest zarządzany przez osoby niewykwalifikowane, niespełniające podstawowych kryteriów. Konsekwencją tego jest postępujący upadek sekcji piłkarskiej w klubie.
    Apeluję do Was, jako oficjalnych przedstawicieli społeczności kibicowskiej i sympatyków GKS Katowice, byście tak jak kiedyś, podjęli kroki w celu ratowania piłki nożnej w naszym klubie, takie, jak interwencja u Prezydenta Krupy, zaangażowanie i zainteresowanie śroków masowego przekazu.

    Proszę Was, kibiców i sympatyków, o wyrażenie opinii, kto się podpisuje pod tym apelem.

  17. Avatar photo

    kosa

    16 grudnia 2018 at 15:03

    @PanGoroli

    Mariusz zapraszamy w nasze szeregi. Z Zabrza nie masz przecież daleko.

  18. Avatar photo

    PanGoroli

    16 grudnia 2018 at 15:36

    Dziękuję Kosa, jest mi bardzo miło. Niestety, mieszkam na stałe w Glasgow, a to trochę dalej, niż Zabrze.. Ale przy obecnie dostępnych środkach technicznych odległość nie musi być problemem. Jeśli moge w jakiś sposób wesprzeć SK1964 swoimi umiejętnościami i doświadczeniem, to bardzo chętnie. Proponuję przenieść dalszą rozmowę na drogę mailową. Pozdrawiam.

  19. Avatar photo

    Irishman

    17 grudnia 2018 at 07:09

    @PanGoroli trochę przesadziłeś. Dyrektor Bartnik ma za sobą karierę zawodniczą podczas której, zapewne zebrał doświadczenie sportowe. Zdaje się, że gdy jeszcze był piłkarzem podjął studia prawnicze co z kolei świadczy o jego pracowitości i inteligencji. Natomiast nie da się ukryć, że to wszystko okazało się niewystarczające, bo sobie nie poradził na swoim stanowisku w GieKSie, zamieniając drużynę walcząca o awans na jednego z kandydatów do spadku. Niestety brak reakcji jego zwierzchników rodzi różne domysły – zupełnie niepotrzebnie, bo szkodzi to tak im jak i klubowi.
    Natomiast raczej nie licz na jakąś reakcją SK1964, bo ludzie z nim związani (z Kosą na czele) mają jednak zupełnie inne zdanie odnoście dyrektora Bartnika. Moim zdaniem całkowicie niesłusznie ale mam wielką nadzieje, że to jednak oni maja rację, bo jeśli nie to…..

  20. Avatar photo

    PanGoroli

    17 grudnia 2018 at 12:02

    @Irishman, wywaliło mi odpowiedź, a nie mam czasu drugi raz pisać, więc krótko – inteligencja, wiedza, mądrość, to nie to samo, jednak powszechnie mylone. Można zajebiście grać w szachy (świadczy o inteligencji), być napakowany wiedzą, i być skończonym głupkiem równocześnie.
    W każdym razie proponuję w miejsce Bartnika wziąć kogoś po seminarium. Fachowość ta sama, ale może będzie większa szansa na cud, którego potrzebujemy. Pozdrawiam

  21. Avatar photo

    Mecza

    17 grudnia 2018 at 14:45

    Pomijając wszystko to co zdarzyło się później dla mnie Bartnik przekreślił się 11 miesięcy temu. Pamiętam jak dzisiaj że chciałem nazwać go głupkiem w komentarzu ale powstrzymałem się. Facet który zrywa umowę obowiązującą jeszcze 1,5 roku nie mając tak naprawdę powodu oprócz swoje zdania marnotrawi środki zamiast przeczekać. Nawet grając w FM chcąc kogoś zwolnić z długim kontraktem zarząd nie wyrażał na to zgody. Ciekawy jestem gdyby to były prywatne pieniądze Bartnika czy zrobiłby to samo, po prostu wyrzucił pieniądze w błoto.

  22. Avatar photo

    kosa

    17 grudnia 2018 at 19:30

    Stowarzyszenie kibiców nie jest od tego, by się wpierdalać w rządzenie prezesom. Jesteśmy od działań kibicowskich i tak pozostanie. Jak klub upadał, to go broniliśmy, ale tutaj nie upada (nawet przy spadku), a pieniędzy nikt w klubie nie kradnie. Nawet wśród kibiców są różne opinie na to, co się dzieje, więc tym bardziej stowarzyszenie nie będzie zajmowało się tym tematem. Swoje robimy, ale dla kibiców. Poza tym każdy może zapisać się do stowarzyszenia i mieć wpływ na jego działanie.

    Co do GieKSa.pl to uogólnianie i wmawianie nam, że mamy jedno zdanie jest głupotą. Wystarczy posłuchać i poczytać, że zdanie kosy i Shella jest diametralnie różne, a mamy w redakcji prawie 30 osób. Piszcie więc personalnie swoje uwagi, ale nie na „wy”. Zresztą — każdy może napisać u nas swój tekst, ale chętnych od dawna nie ma.

    Zarzucanie komuś brania pieniędzy i przez to rzekomego milczenia na jakiś temat, jest już poważnym zarzutem i w świecie kibicowskim, gdy okazuje się zwykłym pierdoleniem, kończy się nie zawsze miło. Nikt tutaj nie jest anonimowy. Naprawdę. Piszący też nie – można do nich podejść i powiedzieć im, że biorą kasę z klubu.

  23. Avatar photo

    PanGoroli

    18 grudnia 2018 at 04:24

    @Kosa, każda organizacja społeczna, a taką jest jakiekolwiek stowarzyszenie, w tym również stowarzyszenie kibiców, MA PRAWO i PRZYWILEJ do kontroli i informacji w gwarantowany przez FoI – Freedom of Information. Jest to europejski akt prawny, którego z tego co wiem, Polska jest również sygnatariuszem. Wraz z Aktem o Ochronie Danych Osobowych, prawem prasowym, itd, jest to jeden z ogólnoeuropejskich fundamentów prawnych gwarantujący jedną z podstawowych zasad funkcjonowanie społeczeństw obywatelskich (demokratycznych), jaką jest prawo do obywatelskiej kontroli i dostępu do informacji. Tak, jak masz prawo głosować w wyborach, dochodzić sprawiedliwościach w sądach, tak każdy obywatel, czy organizacja społeczna ma prawo do sprawowania kontroli nad instytucjami i podmiotami publicznymi (takim jest GieKSa) w ramach określonych przez prawo. Pan Bartnik jest prawnikiem, więc spytany o to z pewnością to potwierdzi. I nie jest to „wpierdalanie się”, tylko Wasze święte prawo, czy to się komu podoba, czy nie. Inna sprawa, że oczywiście to nie jest obowiązkiem…
    Pozdrawiam.

  24. Avatar photo

    PanGoroli

    18 grudnia 2018 at 04:43

    Jako oficjalne stowarzyszenie macie siłę, z której, jak widze nawet sobie nie zdajecie sprawy..

  25. Avatar photo

    Irishman

    18 grudnia 2018 at 12:20

    @Kosa, nie chcecie się wpieprzać prezesom – Wasza decyzja, być może słuszna, ja tam i tak mam psinco do gadanie bo nie jestem w Stowarzyszeniu. Z drugiej strony gdyby kibice, wtedy gdy współrządzili GieKSą mieli oddłużony klub i taką pomoc ze strony miasta jaką ma dzisiaj prezes Janicki z dyrektorem Bartnikiem to prawdopodobnie gralibyśmy w ekstraklasie.
    I oczywiście, że klub nie upadnie nawet jak spadniemy. Tylko, ze stanie się klubem hokejowo-siatkarskim ze zmarginalizowaną sekcją piłkarska, występująca gdzieś tam w TRZECIEJ(!!!) klasie rozgrywkowej. Rozumiem, że nie ma na to Waszej zgody?

    Natomiast jeśli pisałeś do mnie, to ja bynajmniej nie uważałem i nie uważam że mówicie jednym głosem. Zresztą wystarczy poczytać forum, żeby zobaczyć jakie macie różne zdania i to na rożne tematy. Zgadzam się też, że zarzucanie komuś jakichś bzdur jest po prostu pomówieniem i też mnie wkurza jak niektórzy, szczególnie w komentarzach mogą sobie bezkarnie to robić. Pewnie gdyby stanęli oko w oko z kimś, o którym piszą sobie bezpiecznie zza monitorka to nie byliby tacy „odważni”. Twierdze natomiast, że Wy, z Redakcji macie często bezpośredni kontakt z ludźmi z klubu, więc oceniacie ich nie tylko poprzez efekty ich pracy ale także poprzez to jacy są na co dzień, jak się do Was odnoszą, może poprzez jakieś prywatne sympatie – co też jest naturalne.

  26. Avatar photo

    Greg

    18 grudnia 2018 at 12:33

    Super panowie jak zawsze profesja

  27. Avatar photo

    Błażej

    18 grudnia 2018 at 13:46

    @Irish

    Z ręka na sercu – Z Bartnikiem dłużej gadałem dwa razy

    1. Wywiad na stronę
    2. Byliśmy z Kosą na spotkaniu można powiedzieć Organizacyjnym przed sezonem 2018/19 by wyjaśnić pare kwestii, dopytac o formę kontaktów na linii klub – redakcja itd. Spotkanie trwało jakąś godzinę.

    Podejrzewam ż Kosa z Bartnikiem też duzo więcej nie gadał a Shellu to już w ogóle. To nie są nasze animozje czy też kwestia a chuj lubie Bartnika bo mi zawsze Czesc na meczu mówi ( zawsze witamy się na dzień dobry) to poprostu kwestia tego jak ktoś kogoś ocenia. Ja mimo wszystko wierzę że Bartnik się ogarnie, że dostał po dupie i wyciągnie wnioski. Czy mam racje zobaczymy najwcześniej za pol roku.

  28. Avatar photo

    Mecza

    18 grudnia 2018 at 21:53

    Otóż to, co innego pisać anonimowo co tydzień „jadąc” po kimś a pisać o kimś i raz na tydzień spotkać się, spojrzeć w oczy i powiedzieć dzień dobry. Z drugiej strony Shellu kilka razy pojechał z piłkarzami a później były wpisy że jest zerem (zapewne nie od kibiców)

  29. Avatar photo

    Irishman

    19 grudnia 2018 at 09:31

    Jak będzie, zobaczymy, obyście obaj (Kosa, Błażej) mieli racje, bo jak nie to czarno widzę naszą przyszłość. Nie, nie upadniemy ale znajdziemy się prawie na miejscu gdzie byliśmy, gdy zaczynała się kibicowska akcja ratowania klubu. I będziemy tam co prawda z kasą ale już bez tych nadziei, bez tego zapału i energii, które wtedy wszystkich mobilizowały. A co gorsze nasi „rywale” nie będą tylko na zewnątrz ale będą też nimi pozostałe sekcje, które CAŁKIEM SŁUSZNIE będą się domagały, aby stać się oczkiem w głowie klubu.
    Bardzo bym chciał, aby to było tylko takie moje czarnowidztwo, które mnie dopadło bo tym całorocznym dziadostwie i to bez żadnych konsekwencji dla tych, którzy nas w to wepchnęli, a którzy dalej będą zarządzać klubem i piłką nożną…..
    Cóż, skoro jednak nie ma innego wyjścia i dyrektor Bartnik koniecznie musi pozostać na swoim stanowisku (a prezes Janicki na swoim) to nie ma co dalej ciągać tej dyskusji tylko trzeba im życzyć, aby się faktycznie obaj ogarnęli. Dla dobra nas wszystkich.

  30. Avatar photo

    Gieksiorz

    19 grudnia 2018 at 18:30

    Niestety, ale myślę, że w naszym przypadku nasz spadek=upadek klubu. Nikt poważny nie będzie chciał nas sponsorować II lidze, miasto też w końcu się wkurwi i przykręci kurek. Kpiną jest, że odpowiedzialna za to osoba utrzymała stołek i prawdopodobnie dokończy dzieła spuszczając nas z ligi.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna kobiet

Kolejne podium!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trójkolorowe w ostatnim meczu sezonu pokonały AP Orlen Gdańsk, zapewniając sobie miejsce na podium sezonu 2025/26!

Mecz od zbyt głębokiej wrzutki rozpoczęła Klaudia Maciążka, Nicola Brzęczek bez odpuszczania zderzyła się z bramkarką, na szczęście bez żadnych uszczerbków na zdrowiu po obu stronach. Mimo oblężenia Geletova tak naprawdę nie musiała się zbytnio wysilać, najwięcej trudu sprawić mogły jedynie wycieczki po piłkę pod siatkę na końcu murawy. W 7. minucie przytomnie i z łatwością powstrzymała obiecującą kontrę GieKSy, Julia Włodarczyk zdecydowanie zbyt mocno dograła do Nicoli Brzęczek. Wcześniej zamiary rywalek odczytała Oliwia Malesa, niwecząc szybkie rozegranie Klaudii Fabovej. W 11. minucie Klaudia Maciążka obróciła się z piłką otrzymaną od Brzęczek na plecach rywalki, zwodem uniknęła odbioru, położyła bramkarkę drugim ruchem i pewnie kopnęła w środek bramki! Poprawić wynik sama strzelczyni próbowała celnym uderzeniem z dystansu, Geletova z trudem doskoczyła do dolnego narożnika bramki. Jeszcze bliżej była Brzęczek po mocnej, ciętej wrzutce Milovanović z prawej flanki, piłka była jednak zbyt podkręcona, by celnie zmieścić ją pod poprzeczkę. Nie minęła minuta, a Brzęczek obiła słupek po błędzie defensywy, znów upiekło się przyjezdnym. Po drugiej strony piłkę za plecy obrończyń skasowała Kinga Seweryn, dając przy okazji szansę na zorganizowanie wysokiego pressingu. Po kilku nieudanych podaniach Gdańszczanek już na bramkę gnała Maciążka, po kilku zwodach minimalnie mijając okienko z bardzo ostrego kąta. W 30. minucie lewą flanką uciekła Aleksandra Nieciąg po podaniu Oliwii Malesy, ale mimo zastawienia się z piłką, nie doczekała się jednak wbiegnięcia koleżanek w szesnastkę. W 38. minucie mocna centra Katarzyny Nowak została przekierowana przez Brzęczek i Maciążkę, która jednak znalazła się na pozycji spalonej. Minutę później rzut wolny z połowy boiska wykonała… Kinga Seweryn, co prawdopodobnie wprowadziło w szok zespół gościń – Galetova o ułamek sekundy spóźniła się z wyskokiem, równając z ziemią przeciwniczkę we własnym polu karnym. Katarzyna Nowak dość długo nie mogła się pozbierać, mocno odczuwając starcie. Do piłki na jedenastym metrze podeszła Aleksandra Nieciąg, jednak bramkarka odczytała jej zamiary i rzuciła się w dobrym kierunku. Chwilę później po kilku „kółeczkach” w końcu pod bramkę przedostała się Julia Włodarczyk, nieco bezczelnie próbując podcinki z bardzo bliska – wcale tak dużo nie zabrakło do szczęścia. Po jej odbiorze na skrzydle przez krótką chwilę z bramki cieszyła się Patrycja Kozarzewska, dopóki nie ujrzała uniesionej w górę chorągiewki.

Strzelanie na bramkę w drugiej połowie rozpoczęła Julia Włodarczyk, wariantem siłowym nie sprawiając wiele problemów golkiperce. W 55. minucie znów indywidualnie błysnęła Klaudia Maciążka, Geletova z trudem sparowała piłkę w jakimkolwiek kierunku, byleby nie wpadła do siatki. Inicjatywę na kilka minut przejęły przyjezdne, choć Kinga Seweryn nadal nie musiała testować swoich rękawic. W 64. minucie Julia Włodarczyk krótko prowadząc piłkę i zagrywając na obieg z Katarzyną Nowak przedarła się pod samo pole bramkowe, tam jej wszystkie próby strzału zostały zablokowane i skończyło się na rzucie rożnym. W 69. minucie druga linia GieKSy nie doceniła możliwości motorycznych rywalek, dając im wyjść na kontrę 5 na 3 – Zajmi mimo świetnej okazji przegrała starcie z Kingą Seweryn. Odpowiedź po drugiej stronie Oliwi Malesy również zakończyła się wyblokiem, choć miała równie dużo miejsca na przedpolu. W 74. minucie po rajdzie huknęła Julia Włodarczyk, po rykoszecie zatrzepotała boczna siatka. Poprawiała Klaudia Maciążka, a po dośrodkowaniu Katarzyny Nowak w 76. minucie GieKSa podwyższyła prowadzenie. Aleksandra Nieciąg wywalczyła sobie pozycję w szesnastce, pokonując bezradną bramkarkę. Od razu powinno być już 3:0, jednak Klaudia Maciążka po minięciu wszystkich piłkarek niepotrzebnie oszczędziła na sile strzału. W 81. minucie dwójkowo błysnęły Włodarczyk z Nieciąg, ta pierwsza zmusiła bramkarkę do interwencji precyzyjnym uderzeniem. Cztery minuty później na wolne pole przy kontrze wychodziły Nieciąg i Amelia Bińkowska, podanie Klaudii Maciążki skończyło w rękach Geletovej. W końcówce regulaminowego czasu gry na wolne pole z pierwszej piłki i nad głowami defensorek podanie otrzymała od Nieciąg Maciążka, arbiter od razu uniosła jednak chorągiewkę. W 91. minucie Klaudia Maciążka jeszcze wykrzesał resztki sił na sprint, urwała się skrzydłem i wystawiła futbolówkę na pustą bramkę Amelii Binkowskiej.

Kolejny sezon na podium – gratulacje i dziękujemy!

GKS Katowice – AP 2010 Orlen Gdańsk 3:0
Bramki:
Maciążka (11), Nieciąg (76), Binkowska (90).
GKS Katowice: Seweryn – Milovanović, Zawadzka, Nowak – Włodarczyk, Kozarzewska (90. Theodoraki), Vojtková (86. Kaláberová), Malesa – Maciążka, Brzęczek (62. Bińkowska), Nieciąg (90. Vuškāne).
AP Orlen Gdańsk: Geletova – Maskiewicz, Nowotny, Derus (86. Okoń), Fabova, Konat (86. Zimecka), Kołodziejek (58. Butlion), Siwińska (86. Myszk), Ostopinka, Jagodzińska, Charaszczak (46. Zajmi).
Kartki: Konat, Nowotny.
W 42. minucie Nieciąg nie wykorzystała rzutu karnego (Geletova obroniła).

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Przez ból i radość – podsumowanie sezonu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Ten sezon był iście szalony. Jako cała liga, ale też stricte w wykonaniu GKS Katowice. Przeżywaliśmy różne stany, byliśmy w różnych miejscach w tabeli, a rzutem na taśmę ustaliły się nasze nastroje z dobrych na wyśmienite. Prześledźmy sobie jeszcze raz, jak to wszystko wyglądało. To było 39 meczów, które w sumie – zapisały się w nowej historii GKS Katowice, a nasz zespół zajął najlepsze miejsce w lidze od 23 lat. Jesteśmy w piątce najlepszych klubów w Polsce!

Ciężkie początki

To właśnie inauguracja sezonu była tym najgorszym momentem. Wiedzieliśmy, że terminarz mamy ciężki, bo przecież grać mieliśmy m.in. z Rakowem, Legią i nieobliczalnym Widzewem, z czego z tymi dwoma ostatnimi rywalami na wyjazdach. Liczyliśmy więc przede wszystkim na zwycięstwo u siebie z Zagłębiem Lubin. Przewidując, że drużyna Leszka Ojrzyńskiego będzie jednym z głównych kandydatów do spadku, obowiązkiem wydawało się zdobyć w tym spotkaniu trzy punkty.

W pierwszej kolejce przegraliśmy u siebie z Rakowem, po meczu bardzo nijakim. Nie było tej ikry z końcówki poprzedniego sezonu. Raków zagrał solidnie, ale też nic wielkiego. Z debiutującym Oskarem Repką w składzie. Wystarczył jeden gol Brauta Brunesa i schodziliśmy z boiska pokonani. Macieja Rosołka zastąpił w drugiej połowie Aleksander Buksa i nawet miał jedną niezłą sytuację. Wiemy, jak się potem potoczyły losy zarówno Rosołka, jak i Buksy.

Po pierwszej połowie meczu z Zagłębiem było już bardzo źle. GieKSa przegrywała 0:2, a Lubinianie grali świetnie. Tzw. dziennikarze Zagłębia (wporzo ludzie) chwytali się za głowy i mówili „co tu się dzieje?!”. Na szczęście w drugiej połowie błysnął po raz pierwszy w tym sezonie Bartosz Nowak i swoim dubletem zapewnił GieKSie punkt. W końcówce dość desperacko się broniliśmy, ale jeden punkt w takim meczu to było coś, co należało szanować.

Przyszły te dwa wyjazdy – na Widzew i Legię. W Łodzi początek był nawet niezły, ale jedna akcja gospodarzy przyniosła im prowadzenie. Systematycznie GKS w tym meczu był coraz słabszy, Maciej nie wykorzystał świetnej sytuacji, a w końcówce to już się posypało wszystko, gdy pechowy samobój Kowala i gol Frana Alvareza zapewniły zwycięstwo RTS. No i Bergi był z golem.

Z Legią za to mecz wyglądał zupełnie inaczej. W pierwszej połowie to GKS dominował i grał bardzo dobrze. Brakowało szczęścia i świetnie bronił Tobiasz. Niestety podtrzymana (i potem jeszcze długo też) została seria traconych bramek do szatni i pokarał nas Wszołek. W drugiej połowie Katowiczanie grali już słabiej, ale doprowadzili do wyrównania, po przepięknym strzale z pierwszej piłki Nowaka. Remis przy Łazienkowskiej był bardzo cenny i trzeba było to dociągnąć. Niestety. W doliczonym czasie gry gola strzelił popularny Jędza (jedyna bramka w sezonie), a poprawił Morishita. Z wielkim niedosytem z Warszawy wracaliśmy, jeden punkt w czterech meczach wyglądał bardzo źle, ale sama postawa w tym meczu dawała nadzieję na lepsze jutro.

Przeplatanka z optymizmem

Dobra postawa z Warszawy była kontynuowana w meczu z Arką, tym razem już z większą skutecznością. GKS od początku meczu narzucił szybkie tempo i strzelił dwie bramki. To spotkanie stało pod znakiem stałych fragmentów gry, które gospodarze wykonywali świetnie, a co dotknął w złoto zamieniał Bartek Nowak. Dwa trafienia po przerwie zaliczył Lukas Klemenz. W końcu odczarowaliśmy ten fatalny początek i zapunktowaliśmy za trzy.

W związku tym z dużymi nadziejami jechaliśmy na Roosevelta. Niestety GKS zagrał tam bardzo słaby mecz i podobnie jak rok wcześniej, przegrał 0:3. Byliśmy bezzębni i po prostu słabi, a „estońska sztuczka” Martena Kuuska była idealnym podsumowaniem tych derbów i przypomniała starego dobrego Damiana Garbacika z meczu z Wigrami. W zasadzie o tym meczu najlepiej było po prostu jak najszybciej zapomnieć.

Znowu w tabeli zrobiło się niewesoło i czekaliśmy co nasz zespół pokaże z Radomiakiem, który miał bardzo efektowny początek sezonu, ale potem nieco spuścił z tonu. Ostatecznie na Bukowej oglądaliśmy arcyciekawe spotkanie, takie cios za cios, w którym obie drużyny grały bardzo ofensywnie. Ozdobą pierwszej połowy były bramki Balde oraz przede wszystkim Bartka, który zaskoczył wszystkich na stadionie, a najbardziej Majchrowicza i z rzutu wolnego trafił do siatki. W drugiej połowie padł tylko jeden gol, ale też przedniej urody, gdy Marcin Wasielewski z woleja pokonał bramkarza gości. Największy wybuch euforii miał miejsce jednak pod koniec meczu, gdy Radomiak wyrównał na 3:3, ale po analizie VAR Tomasz Kwiatkowski bramkę anulował. Po tym niesamowitym spotkaniu GKS dopisał sobie kolejne trzy punkty i już wyglądało to nieco lepiej.

Słabizna z promykami

Do kolejnego „okienka międzyreprezentacyjnego” przystępowaliśmy więc w bardzo dobrych nastrojach. Nad morzem jednak w ten wrześniowy wieczór dostaliśmy zimy prysznic. Znów na wyjeździe i znów było bardzo słabo. Najpierw straciliśmy kuriozalnego gola, którego autorem był Kurminowski, a pod koniec zmęczonego armeńskimi wojażami z młodzieżówką Kowala wyprzedził w wyścigu sprinterskim Mena. To był czwarty wyjazd i na naszym koncie w delegacjach było okrągłe zero.

Nie lepiej było w kolejnym meczu u siebie. To znaczy można było wyciągać jakieś pozytywy z pierwszych 20-25 minut, bo GKS cisnął bardzo mocno, ale bramki zdobyć nie mógł. Pasy się otrząsnęły, w krótkim czasie strzeliły dwa gole i było już praktycznie po zawodach. W poprzednim sezonie mieli supersnajpera Kallmana, to teraz jego rolę przejął Stojilković, który po przerwie ustalił wynik spotkania.

Pocieszenia chcieliśmy szukać w Pucharze Polski. Przyjechała do Katowic świetnie spisująca się w lidze Wisła Płock. Przy kameralnych trybunach dostaliśmy bardzo ciekawe widowisko i w końcu skuteczną GieKSę. Pierwszego gola dla GKS zdobył pozyskany krótko wcześniej Ilja Szkurin. Niestety po golu Wiktora Nowaka w 90. minucie musieliśmy grać dogrywkę. Wcześniej i nasz Nowak gola strzelił. Ekstra czas zaczęliśmy już świetnie, po od strzelonej przez Bartka kolejnej bramki. Mocno pomogła nam kontuzja Lecoeuche’a, bo goście wykorzystali swoje sloty zmian i musieli kończyć w dziesiątkę. Ostatecznie Bartosz Nowak zaliczył hat tricka i doczekał się skandowania swojego nazwiska, co przecież na GKS jest rzadkością.

Za chwilę znów graliśmy z Wisłą – tym razem w Płocku, w lidze. W końcu uszczknęliśmy jeden punkt na wyjeździe. Co prawda znów straciliśmy gola do szatni, po niesamowicie pechowym rykoszecie po strzale Rogelja. Ale niesamowitą mądrością i sprytem popisał się w drugiej połowie Wasyl, który odebrał piłkę Leszczyńskiemu i strzelił na 1:1. GKS przełamał złą passę wyjazdową i w końcu zdobył też po prostu punkt w lidze.

Liczyliśmy, że dobra postawa zostanie utrzymana w meczu u siebie z Lechem. Pamiętaliśmy wszak grę z Kolejorzem z końcówki poprzedniego sezonu. I tak – GKS zagrał dobry mecz z piłkarzami Frederiksena, ale niestety przegrał. Gola strzelił Fiabema, na którego generalnie raczej bardziej pomstowali kibice Lecha, niż chwalili. U nas Borja Galan miał świetną sytuację, ale zabrakło niewiele do wyrównania. Cztery mecze ligowe i znów tylko jeden punkt. Ale przynajmniej gra dająca optymizm, no i bonus w postaci awansu do kolejnej rundy Pucharu Polski.

Jesienne odrodzenie

Po kolejnej przerwie na kadrę jechaliśmy trochę z duszą na ramieniu na bardzo ważny mecz w Lublinie. Punkty w tabeli wybitnie nam się nie zgadzały i lekki nóż na gardle zaczął się pojawiać. W tym okienku mieliśmy zmierzyć się z trzeba drużynami z dołu – Motorem, Termaliką i Piastem. Konieczne było więc solidne zapunktowanie, by nie okopać się bardziej w dolnych rejonach tabeli.

GKS zdobył w Lublinie dwie szybkie bramki i naprawdę wyglądało to dobrze. Niestety w charakterystyczny dla nas sposób daliśmy się zepchnąć do głębokiej defensywy i dwa szybkie gole Czubaka doprowadziły do wyrównania. Motor nie poprzestawał i mógł jeszcze zdobyć przed przerwą trzeciego gola, a to byłaby katastrofa. Na szczęście ciśnienia nie wytrzymał Łabojko, który tuż przed przerwą zobaczył drugą żółtą kartkę. Dzięki temu w drugiej połowie Motor już nie istniał, a nasi napastnicy dopełnili dzieła zniszczenia dokładając trzy bramki i wygrywając 5:2.

Oprócz tych drużyn zamieszanych w „walkę o spadek” mierzyliśmy się też z… mierzącą wysoko Koroną, która jeszcze była w tamtej fazie sezonu dobra. Po bardzo trudnym i wyrównanym meczu, w końcówce trafił do siatki Sebastian Milewski. W końcówce wybroniliśmy się cudem, gdy Borja Galan wybijał z linii bramkowej. Te trzy punkty były pewnym bonusem w tych naszych planach. Było to bardzo ważne zwycięstwo, dające naprawdę dużo oddechu.

Nie tylko ligą jednak człowiek żył. Tym razem los w Pucharze Polski był nieco łaskawszy, ale też nie idealny. W Łodzi z ŁKS GieKSa pokazała jednak zdecydowanie wyższość zespołu z ekstraklasy nad pierwszoligowym. Jedyne, co można było naszym zawodnikom zarzucić przez większość meczu to nieskuteczność. Mecz bowiem można było zamknąć dużo wcześniej. A tak mając 2:0 w końcówce Arkadiusz Jędrych strzelił bardzo pechowego samobója i do końca lekko drżeliśmy o wynik. Jednak awans do kolejnej rundy stał się faktem i w końcu przeszliśmy dwie rundy, co dawno nam się nie zdarzyło.

Zwycięską passę GKS Katowice kontynuował w Niecieczy. Mecz co prawda do najłatwiejszych nie należał, ale tutaj Katowiczanie byli bardzo efektywni. Pierwszy raz (i jedyny na jesieni) błysnął Eman Marković, który zaliczył dublet, umiejętnie zakładając bramkarzowi rywali siatki. To było trzecie ligowe i czwarte w ogóle zwycięstwo z rzędu. GKS Katowice złapał świetny moment na jesieni – znacząco poprawił swoją sytuację w tabeli, a i właśnie w rozgrywkach pucharowych pokazał się z bardzo dobrej strony.

Przed kolejną przerwą reprezentacyjną mogliśmy jeszcze postawić piękną kropkę nad i. Przyjechał bowiem na tamten moment outsider z Gliwic. Outsider, ale z nowym trenerem – Danielem Myśliwcem, który sprzątał bałagan po poprzednim szkoleniowcu. I Piast rozegrał najlepsze do tamtej pory spotkanie w sezonie, zaproponował walkę wręcz, której nie podołali nasi zawodnicy. W krótkim okresie czasu goście strzelili dwa gole, a potem jeszcze trzeciego dołożył Erik Jirka. Mimo porażki w domowym meczu, ten okres GieKSy był bardzo dobry.

Zwycięstwa bez piłki

W Białymstoku meczu nie zagraliśmy. Jagiellonia zrobiła cyrk i wykorzystała minimalne opady śniegu do tego, żeby spotkania nie rozegrać. Boiska nie odśnieżano, a jak już zaczęto, to w taki sposób, jak na viralowym filmiku, który krążył w sieci. Kibice w rekordowej liczbie pojechali na Podlasie, ale musieli przejechać całą Polskę tam i nazot, by obejść się smakiem.

Istniało wielkie ryzyko, że i kolejny mecz – z Pogonią się nie odbędzie. Gęsta mgła spowiła bowiem Katowice i po przyjechaniu na stadion naprawdę widoczność była ograniczona. Na szczęście warunki się wkrótce nieco poprawiły i mecz się odbył – to by było za dużo! GKS przyjął określoną taktykę i oddał Pogoni piłkę. Goście konstruowali swoje akcje, ale nie mogli znaleźć sposobu na szczelną defensywę GieKSy. Futbolówki więc posiadaliśmy mało, ale jeszcze przed przerwą GKS zdobył dwa gole. Taki wynik utrzymał się do końca i znów mogliśmy cieszyć się z triumfu.

Chwilę później schemat się powtórzył. W Pucharze Polski zagraliśmy z Jagiellonią i tu rywale ponownie oddali mnóstwo strzałów, z czego większość niegroźnych czy nieprzygotowanych. W sumie w z Pogonią i Jagą rywale próbowali około 50 razy. Trafili tylko raz – Pululu z karnego. GieKSa zagrała świetnie i swoje gole strzeliła. Znów Jaga przy wyprowadzaniu piłki straciła ją i Bartek Nowak trafił do siatki. Potem gola dołożył Ilja, znów trafiając w pucharze. Stadion wybuchł euforią, gdy w końcówce Bartosz Nowak ustalił wynik spotkania na 3:1. Po raz pierwszy od ponad 20 lat GKS miał zagrać w rozgrywkach pucharowych na wiosnę!

Rok 2025 kończyliśmy w Częstochowie. Ach gdyby Adam Zrelak dobrze podał… Mecz był średni, ale długo utrzymywaliśmy remis. W drugiej połowie jednak wszedł Fadiga i gospodarze ruszyli z impetem, czego efektem była bramka. Mieliśmy swoją sytuacje, gdy Eman trafił w poprzeczkę. No szkoda. Rok zakończyliśmy porażką. Rok zakończyliśmy w strefie spadkowej, ale bardzo na styku z kilkoma drużynami. Po fatalnym początku mogło być dużo gorzej. Teraz byliśmy pod kreską, ale żadnej tragedii nie było.

Odbijamy się od dna

Wiosnę (w środku zimy) mieliśmy zacząć od meczu w Lubinie. Zagłębie w przypadku wygranej wskakiwałoby na pozycję lidera. Jednak strzelanie zaczął kilka sekund po upływie pierwszej minuty Bartek Nowak. Całościowo był to bardzo dobry mecz GieKSy, taktyczny i bardzo solidny. W drugiej części gry gola strzelił Arek Jędrych i ani przez chwilę zwycięstwo nie było zagrożone. GKS już na samym wstępie wydostał się ze strefy spadkowej.

Chwilę później po raz pierwszy na Nowej Bukowej pojawił się Widzew. I wzorem poprzednich domowych meczów, GieKSie nie zależało specjalnie na przesadnym posiadaniu piłki. Dlatego Widzew z futbolówką męczył się i męczył, ale strzał oddał tylko jeden celny w całym meczu. Za to GieKSa bramką do szatni uciszyła pusty sektor gości. W końcówce mieliśmy sporo nerwów, bo podyktowany był rzut karny dla Widzewa, ale został anulowany przez VAR. Dwa mecze – sześć punktów i zero straconych bramek. Początek wyśmienity.

Liczyliśmy na to, że mając tak dobrą formę, w końcu wygramy z niebędącą w najlepszej dyspozycji Legią. I może tak by się wydarzyło, ale sędzia Sylwestrzak nie miał tego dnia najlepszego. Trzy bardzo wątpliwe decyzje na korzyść Warszawian spowodowały, że uciekli ze stryczka. Niezależnie jednak od tego, GKS grał z niesamowitą walecznością – podobnie jak z Widzewem. Po słabszej pierwszej połowie, druga była już już lepsza i niewiele zabrakło do wygranej. Z drugiej strony – GKS ten mecz przegrywał i doprowadził do wyrównania. Był więc niedosyt, ale też docenienie punktu.

W Gdyni prowadzenie już mieliśmy w pierwszej minucie, kiedy Mateusz Wdowiak trafił do siatki. Szkoda było tego meczu, bo Arka grała fatalnie i nie istniała na boisku. GKS dominował, ale w którymś momencie… przestał grać. Arka z niczego strzeliła dwa gole. W drugiej połowie na tym klepisku oglądaliśmy już kiepskie widowisko, a gospodarze utrzymali swój wynik.

GieKSa rośnie w siłę

Przed nami były dwa domowe mecze o wielkim ciężarze gatunkowym i prestiżowym. Najpierw na pojedynek ligowy przyjechał Górnik. Piłkarze Michala Gasparika mieli wówczas zadyszkę, ale sami wiemy, jak ciężki był to rywal w poprzednich meczach, mimo że rok temu GKS na inaugurację Nowej Bukowej wygrał. Tym razem znów nie było to łatwe spotkanie. GieKSa prowadziła, potem goście wyrównali. Mecz był na styku, ale z lekką przewagą Górnika, tym bardziej cenne było to, że z przyszłym wicemistrzem Polski w końcówce nasz zespół przechylił szalę na swoją korzyść. Przy okazji mieliśmy też… jedyny w lidze podyktowany dla GKS rzut karny. Świetnie nastroiliśmy się przed ćwierćfinałem Pucharu Polski.

Znów przyjechał Widzew. Kolejne wyrównane spotkanie, choć gdyby Ilja Szkurin wykorzystał doskonałą okazję tuż przed przerwą, byłoby spokojniej. Łodzianie w drugiej połowie wyrównali wprowadzając w euforię sektor gości. Dogrywka nie przyniosła rezultatu i ku wielkiej radości ławki Widzewa – rzuty karne miały być egzekwowane na bramkę od sektora gości właśnie. Na nic się to zdało, bo w bramce mieliśmy niezawodnego Rafała Strączka. Gdy Fornalczyk przeniósł piłkę nad poprzeczką – stadion odleciał. To był olbrzymi sukces, GKS awansował do półfinału Pucharu Polski. Od Stadionu Narodowego dzielił nas już tylko jeden krok.

Wydawało się po tych emocjach, że gdzieś może przyjść zadyszka. Tymczasem kolejny mecz – na wyjeździe z Radomiakiem, GieKSa również wygrała. Choć było to spotkanie bardzo trudne, głównie w drugiej połowie. Przed przerwą bowiem mieliśmy trochę taką kopaninę, w której w końcówce Arek Jędrych dobił swój własny strzał. W drugiej części gry to już była nawałnica gospodarzy i dość rozpaczliwa obrona GKS. Nasza drużyna wyszła jednak obronną ręką z tego kotła i zawiozła do Katowic trzy punkty. Na trybunach (jak to w Radomiu) nie wytrzymywano ciśnienia, dostało się Goncalo i zaraz nie był już trenerem Radomiaka.

Za to pojedynek z Lechią to był taktyczny majstersztyk. GKS grał podwójnie osłabiony, bo za żółte kartki pauzowali Alan Czerwiński i Arkdaiusz Jędrych. Trener musiał rzeźbić linię defensywną i martwiliśmy się, jak to będzie wyglądać, tym bardziej, że naprzeciw miał być Tomas Bobcek. Przed meczem okazało się jednak, że i Słowak nie wystąpi z powodu kontuzji, więc siły się trochę wyrównywały. W pierwszej części gry Lechia jeszcze coś próbowała, były groźne strzały z dystansu. W drugiej – goście byli już kompletnie bezradni i wybitnie neutralizowani przed naszą drużynę. Wisienką w tym meczu była kontra, po której padła bramka na 1:0, to przyjęcie Bartka Nowaka, asysta Sebastiana Milewskiego i Mati Wdowiak trafiający podcinką do siatki. Być może najpiękniejsza akcja sezonu, choć później te z meczu z Motorem również będą mogły kandydować.

Zadyszka z króliczkiem na koniec

GieKSa napunktowała solidnie, ale gdzieś ten lekki moment kryzysu musiał przyjść, choć nie był to kryzys stricte. Odrabialiśmy zaległości z Jagiellonią i będąca w prawdziwym kryzysie Jaga akurat rozegrała najlepszą połowę od dawna. Mieliśmy też trochę pecha, bo sposób, w jaki piłka wpadła do bramki po strzale Pozo był kuriozalny. Trafił również Romanczuk i do przerwy mieliśmy dwubramkową stratę. Po przerwie GKS wyszedł już odmieniony i grał naprawdę dobrze. Erik Jirka strzelił kontaktową bramkę, ale na wyrównanie brakło czasu. Mimo wszystko jakoś trzeba było się liczyć, że z Białegostoku możemy wrócić bez punktów.

Grunt to było zdobyć oczka, najlepiej trzy, z beznadziejnie słabą Cracovią. I to po końcowym gwizdku był chyba najbardziej frustrujący mecz w tym sezonie. Po i przed meczem Cracovia była słaba i w trakcie meczu też była słaba. GieKSa powinna była po prostu wyjść i wypunktować takiego przeciwnika. Tymczasem naszemu zespołowi brakowało wrzucenia jednego biegu wyżej, wszystko było toczone trochę w zwolnionym tempie. I gdy wydawało się, że z wielkim niedosytem będziemy podchodzić do bezbramkowego remisu, na 10 minut przed końcem przypadkowa ręka Lukasa i karny, którego wykorzystał Hasić. Naprawdę ciężko było zrozumieć, jak można było ten mecz przegrać. Szkoda polegała też na tym, że było to tuż przed przerwą reprezentacyjną. I mimo że wcześniejsze mecze były bardzo dobre i zwycięskie, tutaj po dwóch porażkach znów pojawił się pewien znak zapytania w kontekście utrzymania.

Rozpęd maszyny

Powrót do rozgrywek nastąpił w Wielką Sobotę. Jak się później okazało, było to jedno z kluczowych spotkań w kontekście ostatecznego układu tabeli. Wówczas o pucharach poprzez ligę nawet nie marzyliśmy. Dodatkowo na chwilę liga schodziła na dalszy plan, bo przecież za kilka dni mieliśmy grać półfinał Pucharu Polski. Przy Nowej Bukowej Wisła Płock cofnęła się i wyczekiwała swoich szans. Miała żelazną defensywę i kilka wypadów było bardzo groźnych. W końcówce znów Wiktor Nowak miał znakomitą okazję. Po chwili to jednak piłkarze i kibice GKS cieszyli się, gdy w doliczonym czasie gry Lukas Klemenz pokonał bramkarza gości. Zrównaliśmy się wówczas z Wisłą punktami i wyprzedziliśmy meczami bezpośrednimi. A przecież dopiero co – na początku rundy wiosennej – Wisła była liderem, a GKS w strefie spadkowej.

W końcu przyszedł wspomniany puchar. Mecz, który przeszedł do historii, a cała piłkarska Polska ujrzała GieKSę w pełnej krasie. Dwubramkowe prowadzenie do przerwy, potem ultraszybkie dwie bramki Rakowa w drugiej połowie. Następnie ta niesamowita kontrowersja z dobitką Fadigi i wcześniejszym „wskokiem” w pole karne. Wyrównanie w doliczonym czasie gry Adama Zrelaka. Dogrywka i piękne trafienie Emana. No i te rzuty karne, które – w przeciwieństwie do tego co zawsze – były najmniej ciekawym elementem tego widowiska. 4:4, porażka w serii jedenastek i koniec marzeń o pucharze. Bolało, ale byliśmy dumni. GieKSa na wyjeździe z czołową drużyną w kraju walczyła niesamowicie. „To jest futbol. I love this game” – krzyczał rozentuzjazmowany Mateusz Borek.

Trzy dni później mieliśmy mecz w Poznaniu. Wszyscy GieKSę przed tym meczem skreślali – Lech faworytem, gra u siebie, GieKSa ma 120 minut w nogach i jest mentalnie rozbita. Tak miało być. A tymczasem na stadionie przy Bułgarskiej piłkarze Rafała Góraka rozegrali kolejne doskonałe spotkanie. Strzelili Mistrzowi Polski (ówczesnemu i przyszłemu) trzy gole, trzykrotnie wychodzili na prowadzenie i po prostu grali swoją piłkę, bez kompleksów. Szwankowała trochę gra defensywna, więc Kolejorz również trzy razy trafił. Ale punkt w Poznaniu również na koniec sezonu okazała się bardzo cenny. Błysnął znów Eman, który ustrzelił dublet, co jak się później okaże – będzie jego ulubionym sposobem punktowania w meczach.

Po tych niesamowitych emocjach wyjazdowych, wróciliśmy na Bukową. Po to, by znów rozegrać niesamowicie pasjonujący mecz, tym razem z Motorem. Pierwsza połowa to była perfekcja ofensywna. GieKSa grała efektownie i z rozmachem. Druga i trzecia bramka to był praktycznie wjazd do bramki. Akcje trwające nieco ponad 20 sekund od swojego pola karnego, piłka przechodząca przez 7-8 zawodników, szybka gra, na jeden lub dwa kontakty i gol. Coś pięknego. Niestety zaraz po przerwie straciliśmy kontaktową bramkę i trochę drżeliśmy, tym bardziej, że nawałnica ofensywna naszego zespołu nie potrafiła przynieść gola, a bramka Tratnika była jak zaczarowana. Niemniej – wygraliśmy i nasza przewaga nad strefą spadkową zrobiła się już na tyle duża, że utrzymanie było już praktycznie pewne. I tak naprawdę po raz pierwszy na bardzo poważnie zaczęliśmy myśleć o pucharach. Tabela wskazywała na to, że jest to realne. Przede wszystkim trzeba było wyprzedzić Wisłę Płock i Zagłębie.

Końcówka sezonu powoli zaczęła dawać o sobie znać. Pierwszy przejaw tego mieliśmy w Kielcach. GKS zagrał już z mniejszym animuszem, Korona też nie grała specjalnie dobrze. Jednak to co było bardzo istotne to fakt, że nie przegraliśmy tego meczu. Tym razem jeden gol wystarczył do remisu. GieKSa nie była gorsza od Kielczan, nie była też specjalnie lepsza, więc wynik był zasłużony, a kolejny punkt w tabeli dopisany.

Termalica przyjechała na Nową Bukową walczyć o złudzenia, ale szybko została ich pozbawiona. Mimo trudnego początku meczu, GieKSa znów się rozpędziła i szybko prowadziła 3:0. W drugiej części gry Katowiczanie dołożyli jeszcze dwie bramki. Wynik 5:1 to najwyższym w zakończonym sezonie i po raz drugi nasza drużyna strzeliła pięć bramek. Słonie pożegnały się z ekstraklasą, a GieKSa na poważnie włączyła się do walki o europejskie puchary. W tym momencie nasz zespół znajdował się na miejscu premiowanym. Znając terminarze Wisły i Zagłębia wiedzieliśmy, że do powrotu do Europy może wystarczyć.

Wytrzymany finisz

Ciężka to była końcówka sezonu. Trener mówił drużynie, żeby jeszcze wytrzymała, żeby utrzymała ten reżim treningowy. Pierwszym z trzech ostatnich meczów było wyjazdowe spotkanie z Piastem Gliwice. Bardzo słaba pierwsza połowa i trochę lepsza druga, nieco szczęścia i GKS zremisował w Gliwicach 0:0. To był kolejny punkt dopisany, taka jedna trzecia planu. Co prawda zwycięstwo spowodowałoby, że praktycznie te puchary są już niemal zapewnione. Ale nie wybrzydzaliśmy. Mieliśmy jeszcze dwie szanse.

Spotkanie z Jagiellonią to był finał sezonu na Nowej Bukowej. Przy komplecie publiczności, z rywalem, który złapał kapitalną formę i walczył o wicemistrzostwo. To była niesamowita walka. Jagiellonia świetnie grała w ofensywie, GKS też pokazał swoje, ale przede wszystkim obejrzeliśmy niesamowitą walkę. Bardzo cenne było wyjście z opresji, gdy po raz pierwszy od dawna przegrywaliśmy w trakcie meczu. Ozdobą meczu i wisienką tego sezonu była przepiękna bramka Borjy Galana, chyba najpiękniejszy był to gol na nowym stadionie. Katowiczanie zakończyli rundę bez porażki u siebie. Jadze plany się posypały, my nie zapewniliśmy sobie pucharów, ale punkcik był bardzo, bardzo ważny.

I gdyby Legia nie strzeliła w doliczonym czasie w Gdańsku, mielibyśmy te puchary na 99% nawet w przypadku porażki w Szczecinie. Tak jednak trzeba było z Pogonią przynajmniej zremisować. Pierwsza połowa była bardzo słaba, jedna z najsłabszych w sezonie. GieKSa przegrywała. W drugiej części było już trochę lepiej, ale piłka do bramki Kamińskiego wpaść nie chciała. Pomógł nam golkiper gospodarzy piąstkując piłkę poza polem karnym, dzięki czemu do bramki musiał wejść zawodnik z pola. I wtedy cały na złoto-zielono-czarno wjechał on – Marcel Wędrychowski. Oddał strzał z szesnastu metrów. Im dalej od tego meczu, tym bardziej można stwierdzić, że ten strzał był naprawdę świetny. Piłka na niewielkiej wysokości nad murawą, w powietrzu, w długi róg. Wpadła idealnie w siatkę. Dodatkowo strzał był na tyle chytry, że Filip Cuić nie wiedział, czy interweniować nogą czy ręką i wyszedł z tego fatalny mix. GieKSa wyrównała w doliczonym czasie i zapewniła sobie europejskie puchary.

Football bloody hell

Przeżyliśmy w zakończonym sezonie całą huśtawkę emocji. Od rozczarowania początkiem sezonu, po okresowe radości po wyjściu z dołka. Jesienią cały czas mieliśmy w głowie ciężką walkę o utrzymanie. Od meczu z Motorem zaczął się prawdziwie mentalny marsz w górę. Do Lublina jechaliśmy wtedy – tak jak pisałem – z duszą na ramieniu, bo porażka w tamtym meczu mogła być brzemienna w skutkach. A tymczasem od tamtego meczu już do końca sezonu GKS był najlepszą drużyną w lidze. Tułając się w dolnej strefie tabeli, zaczęliśmy serię z bilansem 12-6-5 do końca sezonu. Co prawda zimę spędziliśmy w strefie spadkowej, ale wiosna potem była nasza. W samej tabeli wiosny GieKSa była druga. Systematycznie pięliśmy się w górę tabeli oddalając widmo spadku, dokładaliśmy jeszcze Puchar Polski. Kilka kolejek przed końcem pojawiła się realna perspektywa gry o puchary. Byliśmy dumni z drużyny, bylibyśmy dumni nawet jakby tych pucharów nie było. Ale GieKSa grała swoje, przede wszystkim nie przegrywała meczów i z ośmioma spotkaniami na koniec bez porażki zakończyła sezon, wprawiając nas wszystkich w euforię.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga