Piłka nożna
Podsumowanie 16. kolejki
GKS Katowice pokonał u siebie olsztyński Stomil i nad strefą spadkową ma już 8. punktów przewagi. Tym miłym akcentem rozpoczynamy tradycyjne podsumowanie, 16. już kolejki – 1. ligi. Oznacza to, że w tym roku na zapleczu czeka nas jeszcze tylko jedna seria gier. W ten weekend ciekawie było na wszystkich stadionach, odrodził się – Zawisza, na boisku lidera w Świnoujściu i tym samym zawodnicy – Szatałowa wracają do gry o ekstraklasę. Wciąż zadziwiają beniaminki z Tychów i Legnicy, a Olimpia Grudziądz nadal notuje serię meczów bez porażki. Kolejną kompromitację zaliczyła – Arka oraz Okocimski, poprawiły się humory fanów – ŁKS-u.
GKS Tychy – Cracovia Kraków 2:0
Niespodzianka przy pustych trybunach w Jaworznie. GKS Tychy znów zadziwia i pokonuje faworyzowaną – Cracovię. Goście przeważali w tym spotkaniu, a szczególnie w pierwszej połowie, jednak znów się potwierdziło znane piłkarskie stwierdzenie, że liczy się tylko to, co w sieci. „Pasy” grały, GKS im na to pozwalał, a potem kontrował i punktował, jak wytrawny bokser. Gospodarze wykorzystali dwa stałe fragmenty gry i mogą cieszyć się z 3. punktów. Najpierw w 55. minucie, dośrodkowanie z rzutu rożnego – Piotra Rockiego, na gola zamienił – Marcin Folc, a w 77. minucie dośrodkowanie z rzutu wolnego ponownie – Rockiego, na bramkę zamienił – Mańka. Tychy na 5. pozycji w tabeli, a „Pasy” zaliczają porażkę numer 4. Mecz bez udziału publiczności.
Okocimski KS Brzesko – ŁKS Łódź 0:1
Spotkanie drużyn walczących o życie nie zawiodło. Widowisko mogło się podobać, a bramkarze mieli pełne ręce roboty. Pierwsza odsłona bez goli, ale sytuacji z jednej i drugiej strony bardzo dużo. Druga połowa nie obfitowała już w tak liczne okazje bramkowe, ale była za to, pełna walki i determinacji, jak w meczu o „6. punktów” przystało. Mecz bardzo wyrównany, zakończył się jednak ważnym zwycięstwem podopiecznych trenera – Chojnackiego. Bramkę na wagę 3. punktów dzięki, którym goście o punkt w tabeli wyprzedzili – Okocimskiego, strzelił w 53. minucie – Jakub Więzik. Na 5. minut przed końcowym gwizdkiem, drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę zobaczył piłkarz gospodarzy – Tomasz Baliga. W sumie sędzia – Tomasz Garbowski pokazał, aż 11. kartoników. Widzów: 800
Olimpia Grudziądz – LKS Nieciecza 0:0
Można rzec, spotkanie czołowych zespołów zaplecza ekstraklasy. Olimpia notuję serię meczów bez porażki, bo ten remis oznacza 9. taki mecz z rzędu, natomiast goście w ligowej tabeli znajdują się tuż za plecami – Floty. W zapowiedzi przewidzieliśmy trafnie podział punktów w tym spotkaniu, dopiero drugi dla – Niecieczy i to drugi z rzędu. Szkoda tylko, że remis bezbramkowy w dodatku po bardzo słabym meczu. Sytuacji strzeleckich praktycznie nie było z obu stron. Mecz po prostu się odbył i tyle. Szkoda. Widzów: 3500
GKS KATOWICE – Stomil Olsztyn 4:2
Wszystko o meczu w innych miejscach na naszej stronie. Widzów: 3300
Polonia Bytom – Kolejarz Stróże 0:1
Polonia wciąż bez wygranego meczu, a wcale tak być nie musiało. Samo spotkanie porywającym widowiskiem nie było, ale to głównie za sprawą gości. Pierwsza połowa to ładna gra gospodarzy, z której nic jednak nie wynikało. Na domiar złego w 24. minucie ładną akcję – Nitkiewicza wykończył – Krzysztof Markowski, który z 5. metrów posłał futbolówkę, obok bezradnego – Miki. 2. minuty później powinno być 1:1, jednak – Alancewicz przestraszył się, że przed sobą ma tylko bramkarza gości i zamiast strzelać, postanowił dryblować i wymanewrował sam siebie… Druga połowa, to sporo niedokładności i słabej gry. Kolejarz wykorzystał swoje doświadczenie i spokojnie dowiózł wygraną do końca. Polonia zamyka tabelę z 4. punktami i chyba tylko cud może uratować ją przed degradacją. Widzów: 1000
Sandecja Nowy Sącz – Bogdanka Łęczna 1:0
Byli winni swoim kibicom „Sączersi” godne pożegnanie, przed zimową przerwą. Udało się. Bardzo ważne 3. punkty zostały w Nowym Sączu i trzeba przyznać, że jest to niespodzianka. Mecz można podsumować krótko, Bogdanka grała w piłkę, a Sandecja strzeliła gola. Złotą bramkę zdobył – Arkadiusz Aleksander z rzutu karnego w 39. minucie spotkania. Szczególnie w pierwszej odsłonie przeważali goście. Druga połowa stała na bardzo niskim poziomie, Sandecja na jej początku miała dwie dogodne okazje, za sprawą rozgrywającego świetny mecz – Bartosza Szeligi, który w pierwszej połowie wywalczył karnego. W końcówce do remisu mógł doprowadzić – Midzierski, jednak na wysokości zadania stanął – Cabaj. Warto jeszcze odnotować, że przed spotkaniem minutą ciszy uczczono pamięć – Jana Płachty, kibica Sandecji, który kilka dni temu zmarł w wieku 103 lat. Widzów: 1100
Arka Gdynia – Dolcan Ząbki 1:2
Podczas tego spotkania zamknięta dla kibiców, była popularna „Górka”. To kara nałożona przez Komisję Ligi, za efektowną oprawę podczas spotkania z GieKSą. Jak można się spodziewać, ucierpiała na tym frekwencja. Arka u siebie po raz kolejny w tym sezonie zawiodła i to na całej linii. Kolejna porażka, kolejna w ostatnich sekundach meczu. Pierwsza połowa zakończyła się prowadzeniem gospodarzy, a gola zdobył w 38. minucie – Piotr Kuklis. Mecz stał na bardzo wysokim poziomie, i odziwo lepsze wrażenie sprawiali goście, którym brakowało skuteczności. W drugiej odsłonie mecz nie stracił na wartości, a wręcz przeciwnie. Szybkie tempo i sporo sytuacji, szczególnie w końcowych 10. minutach. W 49. minucie, sytuacji sam na sam z bramkarzem – Dolcanu nie potrafił wykorzystać – Marcus Da Silva. 10. minut później, znów groźnie strzelał – Da Silva. Nagle przyszła 63. minuta, błąd obrońcy gospodarzy, potężny strzał – Tataja i mamy 1:1. Piękny strzał pod poprzeczkę, bramkarz bez szans. 2. minuty potem, Arkę ratuje poprzeczka po strzale – Piątkowskiego, natomiast dobitkę – Tataja cudownie broni – Szlaga. W 84. minucie – Szwoch marnuje okazję „oko w oko” z Leszczyńskim. 87. minuta, kolejna znakomita okazja – Tataja, minutę później – Leszczyński znów górą w pojedynku jeden na jeden. Wreszcie przyszła 90. minuta, błąd obrońców – Arki, piękny strzał – Piątkowskiego i milkną trybuny w Gdyni. Po świetnym meczu – Dolcan bardzo niespodziewanie, ale chyba zasłużenie, ogrywa – Arkę w Gdyni. Widzów: 2634.
Miedź Legnica – Warta Poznań 5:2
Kolejny bardzo ciekawy i jak się okazało bardzo dobry mecz w 1. lidze. Znakomicie prezentuje się zespół trenera – Bogusława Baniaka, dla którego było, to 4. zwycięstwo z rzędu. W dodatku jakże efektowne. Goście potwierdzili, że są zespołem nie stabilnym, i stać ich tylko na środek tabeli. Pierwsza bramka tego spotkania, padła w 6. minucie gry, a jej autorem – Tomasz Magdziarz. Zamieszanie w polu karnym i niespodziewane prowadzenie gości. Warta cieszyła się z prowadzenia równo 5. minut. Wtedy to z rzutu wolnego piłkę zagrywał – Łuszkiewicz, akcję wykończył – Łobodziński i mieliśmy remis. Minęły kolejne 4. minuty i tym razem – Łobodziński wciela się w rolę asystenta, a bramkę strzela kolejny piłkarz z ekstraklasowym doświadczeniem – Zbigniew Zakrzewski. Goście jednak starali się otrząsnąć, po tym zimnym prysznicu i kilka razy groźnie strzelali w kierunku bramki – „Miedzianki”. Groźnie lecz niecelnie. W 35. minucie ładna akcja gospodarzy, strzał – Nowackiego i gol na 3:1. Miedź rządzi i dzieli na boisku, czego efektem gol na 4:1 – Wojciecha Łobodzińskiego w 3. minucie doliczonego czasu gry. Druga połowa rozpoczęła się od ataków gości, którzy chcieli za wszelką cenę powstać z kolan. W 58. minucie gościom udało się wywalczyć jedenastkę, którą na gola zamienił – Grzegorz Bartczak. Kolejne minuty to dominacja piłkarzy trenera – Czesława Owczarka, którzy zamknęli – Miedź na ich połowie. Niestety wszelkie próby gości były nieskuteczne, a w 79. minucie gry, zamieszanie w polu karnym – Warty i samobójczy gol – Bartkowiaka. Warta nadal próbowała, nieskutecznie strzelał jednak aktywny – Trochim. Piękny mecz w Legnicy, skuteczny zespół gospodarzy i co warto podkreślić, bardzo ambitna – Warta. Miedź w tabeli jest na 6. miejscu z 4. punktami straty do wicelidera i ma przed sobą zaległy mecz z Dolcanem u siebie. Widzów: 2000
Flota Świnoujście – Zawisza Bydgoszcz 0:3
W idealnym momencie i z idealnym przeciwnikiem przyszło przełamanie dla piłkarzy –Zawiszy Bydgoszcz. Flota przegrała dopiero drugi raz w tym sezonie i znów u siebie. Dla podopiecznych trenera – Jurija Szatałowa, może to być przełomowy moment sezonu. Po głębokim załamaniu formy, „niebiesko-czarni” wysoko i pewnie pokonali lidera na ich terenie i wrócili do walki o awans. Mecz znakomicie zaczął się dla gości, gdyż już w 1. minucie – Rafał Leśniewski wykorzystał błąd defensywy gospodarzy i mocno huknął pod poprzeczkę. Kasprzik ani drgnął. Jednak już w 13. minucie, ocknęli się z letargu gospodarze i strzał – Zalepy zatrzymał się na poprzeczce. W 30. minucie, potężny strzał – Adriana Błąda z 30. metrów, kapitalnie wybronił – Kasprzik, jednak w 42. minucie był już bezradny, przy uderzenie – Błąda z narożnika pola karnego. Do przerwy 2:0 dla gości. Druga połowa zaczęła się spokojnie, goście starali się kontrolować przebieg boiskowych wydarzeń i szybko rozbijali próby ataków pobudzonych gospodarzy. Wszelkie wątpliwości, co do losów niedzielnej potyczki rozwiał w 55. minucie – Tomasz Ostalczyk, który ustalił wynik meczu na 3:0, trafiając z 9. metrów do pustej bramki. Do końca meczu mieliśmy jeszcze 3 bardzo dogodne sytuacje strzeleckie. Jedną z nich zmarnował – Adrian Błąd, jednak dwie okazje mieli liderzy ze Świnoujścia. Najpierw – Olszar z 5. metrów nie trafił nawet w światło bramki, a następnie – Śpiączka mając przed sobą pustą bramkę, wypadł z piłką poza końcową linię boiska.. Kolejny bardzo dobry mecz i efektowne zwycięstwo – Zawiszy. Do Floty, bydgoszczanie tracą, aż 11. punktów, natomiast do – Cracovii i Niecieczy, już tylko 3. Widzów: 2500.
4. spotkania, 16. kolejki – 1. ligi, zakończyły się zwycięstwem gospodarzy, 4. razy wygrywali goście, a jeden mecz pozostał nierozstrzygnięty. W 9 spotkaniach padły 24 gole, co daje średnią 2,6 gola na mecz. Warto zwrócić uwagę, że aż 13. bramek padło na stadionach w Katowicach i Legnicy. Jeśli chodzi o frekwencję, tym razem nie będziemy brali pod uwagę spotkania – GKS-u Tychy z Cracovią, ponieważ decyzją Komisji Ligi, mecz odbył się bez udziału publiczności. Pozostałe 8. spotkań z wysokości trybun obejrzało 16 834. widzów, co daje średnią 2104. widzów na spotkanie.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Piłka nożna
Gabriel Kobylak 2028
GKS Katowice zdecydował się na transfer definitywny Gabriela Kobylaka z Legii Waszawa. 24-letni bramkarz podpisał z nami umowę do końca czerwca 2028 roku. Kontrakt zawiera opcję przedłużenia o kolejny sezon.
Kobylak występował w podkarpackich drużynach młodzieżowych (Zgoda Zarszyn, Orzeł Bażanówka, Ekoball Sanok i Karpaty Krosno). W 2018 roku trafił do Legii, gdzie najpierw grał w rezerwach a następnie został wypożyczony do Puszczy Niepołomice (2020-22) oraz Radomiaka Radom (2022/23 i wiosna 2024). Po sezonie 2023/24 wrócił do Legii Warszawa, ale nie przebił się na stałe do pierwszej jedenastki. Ze stołeczną drużyną zdobył Puchar i SuperPuchar Polski.
W ostatnim sezonie wystąpił w 8 spotkaniach (6 w rezerwach Legii w III lidze, 1 w Lidze Konferencji i 1 w Pucharze Polski). Na poziomie Ekstraklasy ma rozegrane 47 spotkań, a na jej zapleczu – 50. Ma także skromne doświadczenie pucharowe – wystąpił w 6 meczach w Lidze Konferencji (w tym 1 w eliminacjach).
Życzymy powodzenia w naszych barwach!
Foto: GKSKatowice.eu


Najnowsze komentarze