Piłka nożna
Podsumowanie formacji cz.2 – obrońcy
W tym artykule zajmiemy się linią obronną GKS Katowice w rundzie jesiennej sezonu 2012/2013. W tej formacji trener Rafał Górak raczej nie żonglował znacząco piłkarzami, ale kilka kluczowych zmian w trakcie rundy dokonywał – albo bardziej precyzyjnie – szukał optymalnego rozwiązania. Jak w każdym zespole zdarzały się kontuzje i kartki, dlatego też czasem na jeden mecz na daną pozycję wskakiwał ktoś inny. Prześledźmy jak wyglądała formacja defensywna na prawej i lewej obronie oraz na jej środku (autorem statystyk jest Koles1989).
Wyjściowe ustawienia linii obrony wyglądały w poszczególnych meczach następująco:
ŁKS: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Warta: Farkas, Beliancin, Napierała, Kaciczak
Cracovia: Farkas, Beliancin, Napierała, Sobotka
Łęczna: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Kolejarz: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Zawisza: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Nieciecza: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Flota: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Kaciczak
Polonia: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Sandecja: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Tychy: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Miedź: Czerwiński, Kaciczak, Napierała, Sobotka
Okocimski: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Sobotka
Arka: Farkas, Kamiński, Cholerzyński, Chwalibogowski
Olimpia: Farkas, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Stomil: Farkas, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Dolcan: Farkas, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Prawa obrona:
Po odejściu Tomasza Rzepki (a także jeszcze w trakcie jego pobytu w GKSw poprzednim sezonie) Rafał Górak próbował na tej pozycji kilku zawodników m.in. Kamila Cholerzyńskiego. Kłopoty kadrowe (zakaz transferowy) powodowały jednak, że obsada prawej flanki nastręczała sporo trudności szkoleniowcowi. Kamila widział bowiem bardziej w pomocy, a zawodnik grający w sparingach – Alan Czerwiński – nie mógł jeszcze występować w pierwszoligowym GKS. Przed sezonem był w Katowicach także na treningach Grzegorz Fonfara, który przez wiele sezonów właśnie grał w tej strefie boiska, ale jego też nie można było zakontraktować, a jak pokazała cała runda jesienna – piłkarz w ogóle nie był brany po uwagę w linii defensywnej. Z braku laku szkoleniowiec musiał na prawej obronie więc wystawić Michala Farkasa. Słowak w całym poprzednim sezonie (kiedy grał) nie zaprezentował się dobrze katowickiej publiczności i można było mieć uzasadnione obawy, że tą stroną przeciwnicy ligowi będą przeprowadzać skuteczne ataki. Wiele nie było w tym pomyłki. Już pierwsza kolejka zakończyła się dla naszego stranieri pechowo. Zdobył pierwszą bramkę w tym sezonie przy Bukowej – problem był jednak taki, że była to bramka samobójcza – dla ŁKS Łódź. W ogóle pierwsze mecze były raczej koszmarem tego zawodnika. Popełniał masę błędów w kryciu, przegrywał pojedynki jeden na jeden, dawał się wyprzedzać rywalom i mając tendencje do ruszania do przodu – nie wracał się na czas do akcji defensywnej. Tak wyglądały praktycznie w całości pierwsze cztery kolejki, a jedynym jasnym momentem była asysta przy golu Przemysława Pitrego w meczu z ŁKS. Coś drgnęło na plus w meczu z Kolejarzem w piątej kolejce. Zawodnik przestał popełniać rażące błędy – co prawda nie było fajerwerków, ale już nie musieliśmy tak drżeć, co się za chwilę wydarzy na naszej prawej stronie. Zawodnik próbował też gry ofensywnej z prawym pomocnikiem. Jednak gdy uchwycił dobrą formę, przyplątała się kontuzja i przez kilka kolejek Słowak pauzował.
Na jego miejsce wskoczył Alan Czerwiński, który wcześniej wchodził w dwóch meczach z ławki rezerwowych, ale na pomoc. Pierwszy raz młodzieżowiec pojawił się w wyjściowej jedenastce w Świnoujściu. To był kiepski „debiut” – młodzian nie pomógł zespołowi i miał współudział przy utracie dwóch bramek. Także i kolejne spotkanie – derbowe z Polonią Bytom było bardzo słabe. Natomiast w Nowym Sączu dostosował się do reszty kolegów i rozegrał bardzo dobry mecz. To był jednak jedyny występ na plus w obronie młodego zawodnika. Ponadto notował albo średnie występy, albo słabe – jak choćby z Okocimskim, kiedy przy jednej z bramek krył rywala i nagle w niezrozumiałych okolicznościach od niego odbiegł, a ten strzelił bramkę. Po tym meczu trener zdecydował się na przesunięcie Alana do pomocy i tam spisywał się już dużo lepiej, bo jest to zawodnik z inklinacjami ofensywnymi. O jego poczynaniach w pomocy napiszemy w osobnym artykule.
Gdy Czerwiński grał w obronie Michal Farkas albo nie pojawiał się na boisku, albo wchodził z ławki, ale zastępując któregoś z pomocników. Na cztery kolejki przed końcem wrócił na obronę w wyjazdowym meczu z Arką i trzeba powiedzieć, że był to najlepszy okres Słowaka w GieKSie w ogóle. Właśnie w Gdyni stopował akcje rywali i rozpoczynał nasze akcje ofensywne. Podobnie w dwóch ostatnich meczach na Bukowej oraz w Ząbkach był jednym z najpewniejszych punktów zespołu. Oprócz dobrych interwencji w obronie udzielał się mocno w ofensywie, nie bał się uderzać z dystansu, a w Gdyni był też blisko zaliczenia asysty, gdyby Marcin Pietroń z bardzo dobrej pozycji strzelił gola. Naprawdę zawodnik ugruntował swoją pozycję na prawej obronie i jeśli wiosną będzie się tak spisywał jak ostatnio, można będzie być bardzo zadowolonym, a i na pewno pojawią się aktywa z przodu w postaci bramki czy asysty.
Stoperzy:
Tutaj praktycznie przez całą rundę dominował duet Adrian Napierała – Mateusz Kamiński. Pozycja zwłaszcza Kamińskiego wydawała się wymuszona, gdyż okazało się, że z powodu zawieszenia nie będzie mógł w całej rundzie grać Jacek Kowalczyk, a Jan Beliancin szybko odniósł poważną – jak się okazało – kontuzję. Liczba straconych bramek (25 w 17 meczach) niespecjalnie przemawiała za środkowymi obrońcami, choć przecież oczywiście liczy się gra defensywna całego zespołu. Zasadniczo do wspomnianego duetu nie można się było bardzo przyczepić, ale liczba goli – jakby nie było – wpływa na ich ogólną ocenę. W pewnym momencie wydawało się, że możemy mieć naprawdę rewelacyjną dwójkę – to był mecz z Kolejarzem Stróże, kiedy obaj spisali się świetnie, wyłączyli z gry snajpera Macieja Kowalczyka, dobrze się ustawiali i asekurowali. Podobnie byłoby w Bydgoszczy, gdyby nie taki szczegół jak dwie stracone bramki – Kamiński co prawda zagrał bardzo dobrze, ale Adrian przy drugim golu nie przypilnował linii spalonego (za późno wyszedł do przodu) i podobny błąd przydarzył mu się w końcówce rundy ze Stomilem. Wahania formy obu zawodników były bardzo widoczne – Kamiński po wspomnianych bardzo dobrym meczu w Bydgoszczy potrafił 10 dni później w Świnoujściu zaprezentować się tragicznie. Podobnie Napierała, który zaliczał dobre występy, w innych meczach najzwyczajniej się gubił. Drugim meczem, w którym moglibyśmy w samych superlatywach wypowiadać się o obu piłkarzach jednocześnie to spotkanie z GKS Tychy. Podobnie jak z Kolejarzem – spisali się świetnie. Ogólnie rzecz ujmując Kamiński w przekroju rundy spisywał się odrobinę lepiej niż Napierała – nie dawał się aż tak zwodzić się rywalowi, tak jak czasem się naszemu kapitanowi zdarzało. Na chwilę obecną ta dwójka jest podstawową w naszym zespole, ale rywalizacja zacznie się na dobre gdy do gry wrócą Beliancin i Kowalczyk. Jeśli chodzi o aktywa z przodu to Kamiński strzelił gola z Okocimskim i nie wykorzystał rzutu karnego z ŁKS. Kilka razy w końcówce rundy zapędził się do przodu – i to wcale nie tylko przy rzutach rożnych. Napierała natomiast strzelił dwie bramki – z Wartą Poznań i Flotą Świnoujście. Kilka razy w końcówce, przy niekorzystnym wyniku, był próbowany manewr z Napierałą w ofensywie. Efekt był żaden, po wszystkie długie piłki Adrian zgrywał na aferę w kierunku pola karnego, gdzie najczęściej nie było nikogo. Raz dobrze zgrał piłkę klatką piersiową do partnera i było z tego zagrożenie. Ponadto coś, co kiedyś tam wyszło w meczu ze Stalą Stalowa Wola nie jest i nigdy nie będzie regułą.
Incydentalnie na tej newralgicznej pozycji występowali Damian Kaciczak i Kamil Cholerzyński. Kaciczak grał w spotkaniu z Miedzią Legnica i był wyraźnie zagubiony. Cholerzyński natomiast nieźle spisał się w Gdyni, choć miał swój udział przy straconej bramce. Zdarzało się też, że zastępował któregoś ze stoperów w trakcie meczu np. w ostatniej kolejce jesieni z Dolcanem, kiedy w wyniku urazu boisko musiał opuścić Napierała.
Lewa obrona:
Pozycja, która była zdecydowanie największym bólem głowy trenera, jak i kibiców. Dość powiedzieć, że wedle słów szkoleniowca Bartłomiej Chwalibogowski, który grał tam w kilku ostatnich kolejkach, był trzecim zawodnikiem na tę pozycję. Sezon rozpoczęliśmy z Bartoszem Sobotką. Ten zawodnik to chyba największy zawód rundy. Piłkarz, który tak dobrze się zapowiadał rok temu, systematycznie obniżał loty aż popadł w piłkarską przeciętność. Pamiętamy wszyscy nie tylko jego dobrą grę w destrukcji, ale także znakomite dośrodkowania – czy to z akcji, czy stałych fragmentów gry, które to wrzutki nieraz zamieniały się w groźne strzały. W rundzie jesiennej mieliśmy cień zawodnika. W zasadzie nawet ciężko go winić za jakieś koszmarne błędy, bo takowych nie miał – bywały natomiast błędy w ustawieniu, brakowało jakichś interwencji, z jego strony były przeprowadzane ataki rywali. Kompletnie bez ikry – zaliczył kilka poprawnych występów, ale ogólnie było słabo. Zauważył to trener Górak i po meczu z Niecieczą odstawił zawodnika od pierwszej jedenastki, a w pewnym momencie nawet zesłał do rezerw. Na stałe piłkarz już do wyjściowej jedenastki nie wrócił, ale dostał swoją szansę – w spotkaniach z Miedzią i Okocimskim (w obu był zdejmowany w trakcie meczu). Trener szukał mu także pozycji w pomocy, gdzie kilka razy przez pewien okres meczu mógł się zaprezentować. Ostatni raz mieliśmy okazję zawodnika widzieć w końcówce meczu ze Stomilem i trzeba powiedzieć, że w tym spotkaniu pokazał się z dobrej strony.
Piłkarzem, który od środka rundy grał na lewej obronie był niespodziewanie Bartłomiej Chwalibogowski. Wiele osób uważa – i słusznie – że jest to zawodnik ofensywny i dużo bardziej przydałby się z przodu. Przez większą część występów na tej pozycji był mocno zagubiony w defensywie, nie wiedział, jak się ustawić, jak pokryć przeciwnika, dawał się wymanewrować rywalom. W destrukcji nie odnotował wielkich sukcesów. Kulała też gra w ofensywie – nie był tak efektywny, jak czasem nas do tego przyzwyczaił. Dużo lepiej spisuje się na pomocy, choć w tej rundzie akurat i tam nie było z jego strony fajerwerków. Po jego błędach – choćby w samej końcówce rundy – ze Stomilem i Dolcanem padały gole dla przeciwników. Bartłomiej jest zawodnikiem szybkim, potrafi być może najlepiej w naszej drużynie wygrać na szybkości pojedynek 1 na 1 i te atuty co prawda można wykorzystywać będąc bocznym obrońcą, ale Bartek ma tendencje do niewracania się na swoją pozycję po szybszym ataku. Ogólnie słabiutka runda zawodnika.
Na lewej obronie grał też Damian Kaciczak, ale do niego trener nie ma zaufania, bo dał mu dwa razy szansę i po jednym meczu znów wracał na ławkę. Damian nie bierze odpowiedzialności za wydarzenia boiskowe najczęściej kryjąc… na radar. Tak właśnie pilnował Tomasza Magdziarza z Warty i nie zrobił nic, aby uniemożliwić strzał z dystansu rywalowi. W meczu z Flotą jak na tak mocnego oponenta spisał się nieźle, ale GKS stracił trzy bramki i niezłe wrażenie nie wystarczyło, aby trener wystawił go w kolejnym meczu.
Podsumowanie:
Można powiedzieć, że w końcówce rundy wykrystalizowała się linia obrony, choć wymaga ona wzmocnień zwłaszcza na lewej stronie. Tam trójka Sobotka-Kaciczak-Chwalibogowski nie zapewniała w rundzie jesiennej bezpieczeństwa i była dobrym korytarzem, którym przeciwnicy mogli szarżować w nasze pole karne. Na prawej stronie po bardzo słabym początku swoje miejsce znalazł Michal Farkas i wygląda na to, że wraca na prostą. Jeśli utrzyma formę z końcówki rundy to jest pewniakiem do podstawowej jedenastki. Na środku obrony obecny duet Napierała-Kamiński będzie musiał walczyć o miejsce w składzie gdy wrócą Jan Beliancin czy Jacek Kowalczyk. Nasi stoperzy grają poprawnie, ale nie gwarantują mniejszej ilości straconych bramek, a o to chyba chodzi wszystkim, którym GieKSa leży na sercu. Dlatego można spodziewać się na środku roszad, ale przydałyby się jakieś znaczące wzmocnienia na tę pozycję.
Hokej
Kompromitacja w Tychach
W 20. kolejce THL nasza drużyna wyruszyła do Tychów żeby zmierzyć się z miejscowym GKS-em.
Pierwszą tercję rozpoczęliśmy od szarpanej gry w tercji neutralnej. Dopiero w 4. minucie strzał na bramkę Fucika zdołał oddać Wronka, ale jego uderzenie nie sprawiło problemów bramkarzowi gospodarzy. W 7. minucie miejscowi wyszli na prowadzenie. W drugiej połowie pierwszej odsłony nasza drużyna stanęła przed szansą wyrównania wyniku za sprawą liczebnej przewagi. Pomimo oddania kilku groźnych strzałów, to żaden z naszych zawodników nie zdołał pokonać Fucika. W 19. minucie fantastyczną interwencją popisał się Eliasson ratując nas przed utratą drugiej bramki. Chwilę przed syreną kończącą pierwszą tercję Eliasson ponownie zachował czujność i pewnie obronił kolejne strzały gospodarzy.
Drugą tercję rozpoczęliśmy od zdecydowanego ataku na bramkę Fucika, blisko zdobycia bramki był Wronka i Varttinen. W 24. minucie gospodarze zdobyli drugą bramkę, wykorzystując liczebną przewagę. Kilkanaście sekund później gospodarze ponownie podwyższyli. W 25. minucie nastąpiła zmiana bramkarza w naszej drużynie. W 28. minucie czwartą bramkę dla drużyny gospodarzy zdobył Drabik, wykorzystując bierną postawę naszych obrońców. W 33. minucie w sytuacji sam na sam z Fucikiem znalazł się Dupuy, ale jego strzał był za lekki, by pokonać bramkarza gospodarzy. Na sam koniec drugiej odsłony gospodarze po raz piąty wbili krążek do naszej bramki.
Trzecią odsłonę rozpoczęliśmy od kilku strzałów na bramkę Fucika. Jednak to gospodarze ponownie znaleźli drogę do naszej bramki, zdobywając szóstą bramkę w tym meczu. Minutę później po raz siódmy do bramki trafił Viinikainen. Na sam koniec meczu bramkę honorową dla naszej drużyny zdobył Jonasz Hofman.
GKS Tychy – GKS Katowice 7:1 (1:0, 4:0, 2:1)
1:0 Filip Komorski (Valtteri Kakkonen, Rafał Drabik) 06:16
2:0 Alan Łyszczarczyk (Rasmus Hejlanko, Valtteri Kakkonen) 23:23, 5/4
3:0 Mark Viitianen (Dominik Paś) 24:18
4:0 Rafał Drabik (Szymon Kucharski, Mateusz Bryk) 27:48
5:0 Mateusz Gościński (Hannu Kuru, Olli Kaskinen) 38:56
6:0 Hannu Kuru (Juuso Walli, Bartłomiej Pociecha) 45:23
7:0 Olli-Petteri Viinikainen (Alan Łyszczarczyk, Rasmus Hejlanko) 47:54
7:1 Jonasz Hofman
GKS Tychy: Fucik, Lewartowski – Viinikainen, Bryk, Łyszczarczyk, Komorski, Knuutinen – Kaskinen, Kakkonen, Jeziorski, Kuru, Heljanko- Walli, Pociecha, Karkkanen, Paś, Viitanen – Bizacki, Ubowski, Drabik, Kucharski, Gościński.
GKS Katowice: Eliasson, Kieler – Maciaś, Hoffman, Wronka, Pasiut, Fraszko – Varttinen, Verveda, Anderson, Monto, Dupuy – Runesson, Lundegard, Michalski, McNulty, Hofman Jo. – Chodor, Dawid, Hofman Ja.
Felietony Piłka nożna
Komu nie zależało, by zagrać?
Gdy wyjrzałem dziś za okno z pokoju hotelowego, zobaczyłem szron na pobliskich dachach. I tyle. Śniegu nie było ani grama, jedyne, co mogło nas przyprawiać o lekkie dreszcze to przymrozek i konieczność spędzenia tego meczu w tak niskiej temperaturze. Wiadomo jednak, że podczas dobrego widowiska można się porządnie rozgrzać i emocje sportowe niwelują jakiekolwiek atmosferyczne niedogodności. Głowiłem się, jak to jest, że w różnych rejonach Polski mamy atak zimy, a przecież okolice bieguna zimna, które teoretycznie najbardziej są narażone na popularny biały puch, tym razem są wolne od tego.
Gdy jechałem autobusem na mecz i zaczęło lekko prószyć – a było to o godz. 10.30 ani przez myśl nie przeszło mi, jak to się wszystko skończy. Po prostu – śnieg zaczął sobie padać, nie był to jakiś armagedon, a i same opady śniegu, choć były wyraźne, nie przypominały tych, które znamy z przeszłości.
Po wejściu na stadion zobaczyłem taką właśnie oprószoną murawę – niezasypaną. Białawo-zieloną lub zielonkawo-białą. Typowy widok, gdy mamy pierwsze opady śniegu w roku lub też szron po mroźnej nocy. Białe gunwo (że tak zejdziemy z romantycznej wersji o puchu) ciągle jednak z białostockiego nieba spadało. I w pewnym momencie rzeczywiście murawa stała się dość biała. Nie przeszkodziło to jednak obu drużynom oraz sędziom rozgrzewać się. Kibice wypełniali stadion, zwłaszcza ci z Jagiellonii jeszcze przed meczem głośno dopingując swój zespół. Sympatycy GieKSy powoli zaczęli wchodzić na sektor gości i też dali znać o sobie. Przyznam, że nie myślałem w ogóle o tym, że mecz może się nie odbyć. Nie miałem takiego konceptu w głowie.
Za łopaty wzięło się… kilka osób. Zaczęli odśnieżać pola karne. Wyglądało to tak, że na jednym skrzydle stało trzech chłopa i sami nie wiedzieli, jak się za to zabrać. „Gdzie kucharek sześć…” – powiedziałem Miśkowi. A na drugim skrzydle szesnastki jeden jegomość odśnieżył na kilka metrów szerokość pola karnego, pokazując, że „da się”. A tamci deliberowali. Do tej pory odśnieżone były tylko linie i wspomniany kawałek. Na drugim polu karnym natomiast jakiś artysta „odśnieżał” w taki sposób, że zagarniał, wręcz zdrapywał śnieg, zamiast go nabierać na łopatę. Nie trzeba być śnieżnym omnibusem, żeby wiedzieć, że średnio efektywna jest to metoda. Po niedługim czasie wszyscy położyli na to lachę i sobie poszli czy tam przestali działać.
Dopiero kilka minut przed meczem zorientowałem się, że sędzia się dziwnie zachowuje, wychodzi i sprawdza. Załączyłem Canal+, by nasłuchiwać wieści i tam było jasne, że arbiter Wojciech Myć sugerował, iż szanse na rozegranie tego spotkania są dość marne. Potem wyszedł na boisko jeszcze raz, ze swoimi asystentami i patrzyli, jak zachowuje się piłka. W moim odczuciu ta rzucana i turlana przez nich futbolówka reagowała normalnie, z odpowiednim odbiciem czy brakiem większego oporu przy toczeniu się po ziemi. Do końca miałem nadzieję, że mecz się odbędzie.
Sędzia jednak zadecydował inaczej. W wywiadzie dla Canal+ powiedział, że ze względu na zdrowie zawodników, a także ograniczoną widoczność – podejmuje decyzję o odwołaniu meczu. Podał też argument, że do pomarańczowej piłki przykleja się śnieg i tak jej nie widać. A linie, które zostały odśnieżone i tak za chwilę zostałyby zasypane.
Mecz się nie odbył.
Odniosę się więc najpierw do słów sędziego, bo już one są dla mnie kuriozalne. Odśnieżone linie po 40 minutach (także już po odwołaniu meczu) nadal były widoczne. I nie zanosiło się specjalnie na to, że mają zostać momentalnie zasypane. Nawet jeśli – to chwila przerwy w meczu lub po prostu w przerwie między dwiema połowami – pospolite ruszenie do łopat i gotowe. A argument o piłce to już kuriozum do kwadratu. Na Boga – przecież śnieg to nie jest jakiś klej czy oleista substancja. I nawet jeśli w statycznej sytuacji klei się do piłki, to jest ona cały czas KOPANA. Dla informacji pana Mycia – to powoduje drgania w futbolówce, a to (plus odbijanie się od ziemi) z piłki przyklejony kawałek śniegu strząsa. Więc naprawdę nie mówmy takich głodnych kawałków na głos, bo tylko wzmacniamy opinię o sędziach taką, a nie inną.
Trener Siemieniec już po decyzji mówił dla Canal Plus, że z punktu widzenia logistyki w rundzie jesiennej, nie na rękę jest im nie grać, w domyśle, że ten mecz trzeba będzie jeszcze gdzieś wcisnąć. Tylko przecież WIADOMO, że tego spotkania nie da się rozegrać jesienią, bo przecież po ostatnim meczu ligowym Jaga gra dwa razy w Lidze Europy plus jeszcze w środku grudnia zaległy mecz z Motorem. Więc z GKS musieliby zagrać tuż przed świętami, a przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie przedłuży rundy GieKSie o dwa tygodnie z powodu zaległego meczu. Niech więc trener Adrian nie robi ludziom wody z mózgu. Poza tym trener powiedział, że ze względu na stan boiska, była to jedyna i słuszna decyzja i trudno nie było odnieść wrażenia, że z powodu napiętego terminarza właśnie TERAZ, dłuższy oddech dla Jagiellonii to najlepsze, co może ich spotkać…
A Rafał Górak? Bardzo dyplomatycznie mówił, że rozumie decyzję sędziów, ale chyba trzy razy podczas wywiadu dał do zrozumienia, jakie miał zdanie… Panowie za zamkniętymi drzwiami rozmawiali, każdy dał swoje argumenty. Trener zwrócił uwagę, że ze względu na szczelnie wypełniony sektor gości mogło to wyglądać inaczej. Że białe linie widać i przy dobrej woli organizatora, boisko można byłoby doprowadzić do stanu używalności. Że taki wyjazd bez meczu to dodatkowe koszty dla klubu. Jakbym więc miał typować, to pewnie wyglądało to tak „ej Rafał, wiesz, jak jest, jaką mamy sytuację, wiem, że nie jest to wam na rękę, ale zgódź się na przełożenie meczu, odwdzięczymy się dobrym winkiem”… Być może więc ze względu na solidarność kolegów po fachu i gentelmen’s agreement, szkoleniowiec, mimo że wolałby zagrać – nie oponował.
No i właśnie. To jest pytanie – czy komuś zależało, żeby wykorzystać opady i meczu nie rozegrać? Powiem wprost – reakcja organizatora meczu na tę „zimę” jest mocno zastanawiająca i nie wiem, czy Jagiellonia nie powinna z tego tytułu ponieść konsekwencji. Powtórzę – klub nie zrobił absolutnie nic, żeby ten mecz rozegrać. Począwszy od prognoz – przecież atak zimy w Polsce był już wczoraj, więc nie można było nie zakładać, że podobna sytuacja powtórzy się w Białymstoku. A jeśli tak, to przygotowuje się zastępy ludzi – choćby na wszelki wypadek – do tego, żeby boisko odśnieżyć. Pamiętacie, co było w zeszłym sezonie w meczu Radomiaka z Zagłębiem? Momentalnie, w ciągu kilku minut płyta po nawałnicy zrobiła się biała. Tam też było ryzyko przerwania i odwołania meczu. Ale ludzie robili, co w swojej mocy, odśnieżali, jak tylko się da i spotkanie zostało dokończone. Wczoraj w Rzeszowie kompletnie zasypany stadion został odśnieżony i mecz również się odbył. A w Białymstoku? Nie było chętnych czy nie miało ich być? Mogli nawet tych żołnierzy wziąć, co to zawsze są na trybunach. Cokolwiek. A tutaj kilku ludzi z łopatą zaczęło nieskładnie machać, ale chyba ktoś im powiedział, że to bez sensu – no i przestali.
Nie będę wnikał, czy na takim boisku można grać czy nie. Jak bardzo wpływa to na zdrowie zawodników. Wiem, że w przeszłości takie mecze się odbywały i nikt nie płakał i nie zasłaniał się ani zdrowiem, ani terminarzem. GieKSa taki mecz rozgrywała z Arką Gdynia – pamiętny z niewykorzystanym karnym Adamczyka – i jakoś się dało. Nie jest to może najbardziej estetyczne widowisko, ale mecz jest rozegrany i jest z głowy.
Natomiast tu nie chodzi o to, czy na zaśnieżonym boisku można grać. Chodzi o to, że nikt nie zajął się odśnieżaniem. Dlatego cała ta sytuacja ostatecznie wydaje mi się po prostu skandaliczna. Dosłownie godzinkę śnieg poprószył – bez jakiejś większej nawałnicy – i odwołujemy mecz.
I tak – piłkarze pojechali sobie na drugi koniec polski, by pobiegać na murawie stadionu Jagiellonii. Klub zapłacił za hotel, wyżywienie, przejazd. Teraz będzie to musiał zrobić drugi raz – najpewniej na wiosnę. Kibice zrywali się o drugiej w nocy, niektórzy pewnie nawet nie poszli spać, by stawić się na zbiórkę w ciemnych Katowicach. Jechali w tak wielkiej liczbie przez cały kraj – też przecież zapłacili za bilety i przejazd. I dostali w bambuko, bo paru osobom nie chciało się wyjść i doprowadzić boisko do jako takiego stanu.
Uważam, że PZPN czy Ekstraklasa, czy kto tam zarządza tym całym grajdołkiem, nie powinien przyzwalać na taką fuszerkę. To jest kupa kasy i czas wielu ludzi, którzy zdecydowali się do Białegostoku przyjechać. To po prostu jest nie fair.
Nieraz bywały jakieś sytuacje czy to z pogodą, czy wybrykami kibiców i kapitanowie lub trenerzy obu drużyn zgodnie mówili – gramy/nie gramy. Była ta wyraźna jednogłośność. A czasem spór. Grano nawet po zapaści Christiana Eriksena – choć tam akurat uważam, że ta decyzja była fatalna (choć z drugiej strony to Euro, więc logistyka dużo trudniejsza). Tutaj zabrakło determinacji, żeby mecz rozegrać. Rozumiem trenera Góraka, że podszedł dyplomatycznie do sprawy. Ja tego protokołu dyplomatycznego trzymać nie muszę i wysuwam hipotezę, że komuś na rękę był ten niezbyt wielki opad śniegu.
Dotychczas wielokrotnie pisałem i mówiłem, że cenię Jagiellonię i Adriana Siemieńca za to, jak łączą ligę i puchary. Byłem pod wrażeniem, że rok temu Jaga nie przełożyła spotkania z GKS na jesień, gdy sama była pomiędzy meczami z Ajaxem – trener gospodarzy dzisiejszego niedoszłego pojedynku mówił, że poważna drużyna musi umieć grać co trzy dni. Tym razem jednak w obliczu meczu z KuPS i końcówki ligi, takie zdanie przestało już zobowiązywać.
Nam nie pozostaje nic innego, jak przygotować się do sobotniego spotkania z Pogonią. Oby piłkarze GKS również wykorzystali fakt, że nie będą mieli Jagi w nogach i jak najlepiej mentalnie i fizycznie przygotowali się do spotkania z Portowcami. A z Jagiellonią i tak się już niedługo zmierzymy, bo za jedenaście dni w Pucharze Polski.
Kups!
Piłka nożna
Mecz z Jagiellonią odwołany!
W związku z atakiem zimy w Białymstoku i niezdatnymi według sędziego warunkami do gry mecz Jagiellonia Białystok – GKS Katowice został odwołany.



silva
6 grudnia 2012 at 19:36
Pelna mobilizacja na jastrzebie !!