Dołącz do nas

Piłka nożna

Podsumowanie formacji cz.2 – obrońcy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W tym artykule zajmiemy się linią obronną GKS Katowice w rundzie jesiennej sezonu 2012/2013. W tej formacji trener Rafał Górak raczej nie żonglował znacząco piłkarzami, ale kilka kluczowych zmian w trakcie rundy dokonywał – albo bardziej precyzyjnie – szukał optymalnego rozwiązania. Jak w każdym zespole zdarzały się kontuzje i kartki, dlatego też czasem na jeden mecz na daną pozycję wskakiwał ktoś inny. Prześledźmy jak wyglądała formacja defensywna na prawej i lewej obronie oraz na jej środku (autorem statystyk jest Koles1989).

Wyjściowe ustawienia linii obrony wyglądały w poszczególnych meczach następująco:

ŁKS:
Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Warta: Farkas, Beliancin, Napierała, Kaciczak
Cracovia: Farkas, Beliancin, Napierała, Sobotka
Łęczna: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Kolejarz: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Zawisza: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Nieciecza: Farkas, Kamiński, Napierała, Sobotka
Flota: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Kaciczak
Polonia: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Sandecja: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Tychy: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Miedź: Czerwiński, Kaciczak, Napierała, Sobotka
Okocimski: Czerwiński, Kamiński, Napierała, Sobotka
Arka: Farkas, Kamiński, Cholerzyński, Chwalibogowski
Olimpia: Farkas, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Stomil: Farkas, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski
Dolcan: Farkas, Kamiński, Napierała, Chwalibogowski

Prawa obrona:
Po odejściu Tomasza Rzepki (a także jeszcze w trakcie jego pobytu w GKSw poprzednim sezonie) Rafał Górak próbował na tej pozycji kilku zawodników m.in. Kamila Cholerzyńskiego. Kłopoty kadrowe (zakaz transferowy) powodowały jednak, że obsada prawej flanki nastręczała sporo trudności szkoleniowcowi. Kamila widział bowiem bardziej w pomocy, a zawodnik grający w sparingach – Alan Czerwiński – nie mógł jeszcze występować w pierwszoligowym GKS. Przed sezonem był w Katowicach także na treningach Grzegorz Fonfara, który przez wiele sezonów właśnie grał w tej strefie boiska, ale jego też nie można było zakontraktować, a jak pokazała cała runda jesienna – piłkarz w ogóle nie był brany po uwagę w linii defensywnej. Z braku laku szkoleniowiec musiał na prawej obronie więc wystawić Michala Farkasa. Słowak w całym poprzednim sezonie (kiedy grał) nie zaprezentował się dobrze katowickiej publiczności i można było mieć uzasadnione obawy, że tą stroną przeciwnicy ligowi będą przeprowadzać skuteczne ataki. Wiele nie było w tym pomyłki. Już pierwsza kolejka zakończyła się dla naszego stranieri pechowo. Zdobył pierwszą bramkę w tym sezonie przy Bukowej – problem był jednak taki, że była to bramka samobójcza – dla ŁKS Łódź. W ogóle pierwsze mecze były raczej koszmarem tego zawodnika. Popełniał masę błędów w kryciu, przegrywał pojedynki jeden na jeden, dawał się wyprzedzać rywalom i mając tendencje do ruszania do przodu – nie wracał się na czas do akcji defensywnej. Tak wyglądały praktycznie w całości pierwsze cztery kolejki, a jedynym jasnym momentem była asysta przy golu Przemysława Pitrego w meczu z ŁKS. Coś drgnęło na plus w meczu z Kolejarzem w piątej kolejce. Zawodnik przestał popełniać rażące błędy – co prawda nie było fajerwerków, ale już nie musieliśmy tak drżeć, co się za chwilę wydarzy na naszej prawej stronie. Zawodnik próbował też gry ofensywnej z prawym pomocnikiem. Jednak gdy uchwycił dobrą formę, przyplątała się kontuzja i przez kilka kolejek Słowak pauzował.

Na jego miejsce wskoczył Alan Czerwiński, który wcześniej wchodził w dwóch meczach z ławki rezerwowych, ale na pomoc. Pierwszy raz młodzieżowiec pojawił się w wyjściowej jedenastce w Świnoujściu. To był kiepski „debiut” – młodzian nie pomógł zespołowi i miał współudział przy utracie dwóch bramek. Także i kolejne spotkanie – derbowe z Polonią Bytom było bardzo słabe. Natomiast w Nowym Sączu dostosował się do reszty kolegów i rozegrał bardzo dobry mecz. To był jednak jedyny występ na plus w obronie młodego zawodnika. Ponadto notował albo średnie występy, albo słabe – jak choćby z Okocimskim, kiedy przy jednej z bramek krył rywala i nagle w niezrozumiałych okolicznościach od niego odbiegł, a ten strzelił bramkę. Po tym meczu trener zdecydował się na przesunięcie Alana do pomocy i tam spisywał się już dużo lepiej, bo jest to zawodnik z inklinacjami ofensywnymi. O jego poczynaniach w pomocy napiszemy w osobnym artykule.

Gdy Czerwiński grał w obronie Michal Farkas albo nie pojawiał się na boisku, albo wchodził z ławki, ale zastępując któregoś z pomocników. Na cztery kolejki przed końcem wrócił na obronę w wyjazdowym meczu z Arką i trzeba powiedzieć, że był to najlepszy okres Słowaka w GieKSie w ogóle. Właśnie w Gdyni stopował akcje rywali i rozpoczynał nasze akcje ofensywne. Podobnie w dwóch ostatnich meczach na Bukowej oraz w Ząbkach był jednym z najpewniejszych punktów zespołu. Oprócz dobrych interwencji w obronie udzielał się mocno w ofensywie, nie bał się uderzać z dystansu, a w Gdyni był też blisko zaliczenia asysty, gdyby Marcin Pietroń z bardzo dobrej pozycji strzelił gola. Naprawdę zawodnik ugruntował swoją pozycję na prawej obronie i jeśli wiosną będzie się tak spisywał jak ostatnio, można będzie być bardzo zadowolonym, a i na pewno pojawią się aktywa z przodu w postaci bramki czy asysty.

Stoperzy:
Tutaj praktycznie przez całą rundę dominował duet Adrian Napierała – Mateusz Kamiński. Pozycja zwłaszcza Kamińskiego wydawała się wymuszona, gdyż okazało się, że z powodu zawieszenia nie będzie mógł w całej rundzie grać Jacek Kowalczyk, a Jan Beliancin szybko odniósł poważną – jak się okazało – kontuzję. Liczba straconych bramek (25 w 17 meczach) niespecjalnie przemawiała za środkowymi obrońcami, choć przecież oczywiście liczy się gra defensywna całego zespołu. Zasadniczo do wspomnianego duetu nie można się było bardzo przyczepić, ale liczba goli – jakby nie było – wpływa na ich ogólną ocenę. W pewnym momencie wydawało się, że możemy mieć naprawdę rewelacyjną dwójkę – to był mecz z Kolejarzem Stróże, kiedy obaj spisali się świetnie, wyłączyli z gry snajpera Macieja Kowalczyka, dobrze się ustawiali i asekurowali. Podobnie byłoby w Bydgoszczy, gdyby nie taki szczegół jak dwie stracone bramki – Kamiński co prawda zagrał bardzo dobrze, ale Adrian przy drugim golu nie przypilnował linii spalonego (za późno wyszedł do przodu) i podobny błąd przydarzył mu się w końcówce rundy ze Stomilem. Wahania formy obu zawodników były bardzo widoczne – Kamiński po wspomnianych bardzo dobrym meczu w Bydgoszczy potrafił 10 dni później w Świnoujściu zaprezentować się tragicznie. Podobnie Napierała, który zaliczał dobre występy, w innych meczach najzwyczajniej się gubił. Drugim meczem, w którym moglibyśmy w samych superlatywach wypowiadać się o obu piłkarzach jednocześnie to spotkanie z GKS Tychy. Podobnie jak z Kolejarzem – spisali się świetnie. Ogólnie rzecz ujmując Kamiński w przekroju rundy spisywał się odrobinę lepiej niż Napierała – nie dawał się aż tak zwodzić się rywalowi, tak jak czasem się naszemu kapitanowi zdarzało. Na chwilę obecną ta dwójka jest podstawową w naszym zespole, ale rywalizacja zacznie się na dobre gdy do gry wrócą Beliancin i Kowalczyk. Jeśli chodzi o aktywa z przodu to Kamiński strzelił gola z Okocimskim i nie wykorzystał rzutu karnego z ŁKS. Kilka razy w końcówce rundy zapędził się do przodu – i to wcale nie tylko przy rzutach rożnych. Napierała natomiast strzelił dwie bramki – z Wartą Poznań i Flotą Świnoujście. Kilka razy w końcówce, przy niekorzystnym wyniku, był próbowany manewr z Napierałą w ofensywie. Efekt był żaden, po wszystkie długie piłki Adrian zgrywał na aferę w kierunku pola karnego, gdzie najczęściej nie było nikogo. Raz dobrze zgrał piłkę klatką piersiową do partnera i było z tego zagrożenie. Ponadto coś, co kiedyś tam wyszło w meczu ze Stalą Stalowa Wola nie jest i nigdy nie będzie regułą.

Incydentalnie na tej newralgicznej pozycji występowali Damian Kaciczak i Kamil Cholerzyński. Kaciczak grał w spotkaniu z Miedzią Legnica i był wyraźnie zagubiony. Cholerzyński natomiast nieźle spisał się w Gdyni, choć miał swój udział przy straconej bramce. Zdarzało się też, że zastępował któregoś ze stoperów w trakcie meczu np. w ostatniej kolejce jesieni z Dolcanem, kiedy w wyniku urazu boisko musiał opuścić Napierała.

Lewa obrona:
Pozycja, która była zdecydowanie największym bólem głowy trenera, jak i kibiców. Dość powiedzieć, że wedle słów szkoleniowca Bartłomiej Chwalibogowski, który grał tam w kilku ostatnich kolejkach, był trzecim zawodnikiem na tę pozycję. Sezon rozpoczęliśmy z Bartoszem Sobotką. Ten zawodnik to chyba największy zawód rundy. Piłkarz, który tak dobrze się zapowiadał rok temu, systematycznie obniżał loty aż popadł w piłkarską przeciętność. Pamiętamy wszyscy nie tylko jego dobrą grę w destrukcji, ale także znakomite dośrodkowania – czy to z akcji, czy stałych fragmentów gry, które to wrzutki nieraz zamieniały się w groźne strzały. W rundzie jesiennej mieliśmy cień zawodnika. W zasadzie nawet ciężko go winić za jakieś koszmarne błędy, bo takowych nie miał – bywały natomiast błędy w ustawieniu, brakowało jakichś interwencji, z jego strony były przeprowadzane ataki rywali. Kompletnie bez ikry – zaliczył kilka poprawnych występów, ale ogólnie było słabo. Zauważył to trener Górak i po meczu z Niecieczą odstawił zawodnika od pierwszej jedenastki, a w pewnym momencie nawet zesłał do rezerw. Na stałe piłkarz już do wyjściowej jedenastki nie wrócił, ale dostał swoją szansę – w spotkaniach z Miedzią i Okocimskim (w obu był zdejmowany w trakcie meczu). Trener szukał mu także pozycji w pomocy, gdzie kilka razy przez pewien okres meczu mógł się zaprezentować. Ostatni raz mieliśmy okazję zawodnika widzieć w końcówce meczu ze Stomilem i trzeba powiedzieć, że w tym spotkaniu pokazał się z dobrej strony.

Piłkarzem, który od środka rundy grał na lewej obronie był niespodziewanie Bartłomiej Chwalibogowski. Wiele osób uważa – i słusznie – że jest to zawodnik ofensywny i dużo bardziej przydałby się z przodu. Przez większą część występów na tej pozycji był mocno zagubiony w defensywie, nie wiedział, jak się ustawić, jak pokryć przeciwnika, dawał się wymanewrować rywalom. W destrukcji nie odnotował wielkich sukcesów. Kulała też gra w ofensywie – nie był tak efektywny, jak czasem nas do tego przyzwyczaił. Dużo lepiej spisuje się na pomocy, choć w tej rundzie akurat i tam nie było z jego strony fajerwerków. Po jego błędach – choćby w samej końcówce rundy – ze Stomilem i Dolcanem padały gole dla przeciwników. Bartłomiej jest zawodnikiem szybkim, potrafi być może najlepiej w naszej drużynie wygrać na szybkości pojedynek 1 na 1 i te atuty co prawda można wykorzystywać będąc bocznym obrońcą, ale Bartek ma tendencje do niewracania się na swoją pozycję po szybszym ataku. Ogólnie słabiutka runda zawodnika.

Na lewej obronie grał też Damian Kaciczak, ale do niego trener nie ma zaufania, bo dał mu dwa razy szansę i po jednym meczu znów wracał na ławkę. Damian nie bierze odpowiedzialności za wydarzenia boiskowe najczęściej kryjąc… na radar. Tak właśnie pilnował Tomasza Magdziarza z Warty i nie zrobił nic, aby uniemożliwić strzał z dystansu rywalowi. W meczu z Flotą jak na tak mocnego oponenta spisał się nieźle, ale GKS stracił trzy bramki i niezłe wrażenie nie wystarczyło, aby trener wystawił go w kolejnym meczu.

Podsumowanie:
Można powiedzieć, że w końcówce rundy wykrystalizowała się linia obrony, choć wymaga ona wzmocnień zwłaszcza na lewej stronie. Tam trójka Sobotka-Kaciczak-Chwalibogowski nie zapewniała w rundzie jesiennej bezpieczeństwa i była dobrym korytarzem, którym przeciwnicy mogli szarżować w nasze pole karne. Na prawej stronie po bardzo słabym początku swoje miejsce znalazł Michal Farkas i wygląda na to, że wraca na prostą. Jeśli utrzyma formę z końcówki rundy to jest pewniakiem do podstawowej jedenastki. Na środku obrony obecny duet Napierała-Kamiński będzie musiał walczyć o miejsce w składzie gdy wrócą Jan Beliancin czy Jacek Kowalczyk. Nasi stoperzy grają poprawnie, ale nie gwarantują mniejszej ilości straconych bramek, a o to chyba chodzi wszystkim, którym GieKSa leży na sercu. Dlatego można spodziewać się na środku roszad, ale przydałyby się jakieś znaczące wzmocnienia na tę pozycję.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    silva

    6 grudnia 2012 at 19:36

    Pelna mobilizacja na jastrzebie !!

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga